Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Wardnikant cz. I

Nie upadam - ani się też podnoszę

Wątpię - brak mi mott i nawoływań

Ryszard Milczewski-Bruno Moja - wasza samotność

 

I. Dzieci z zestawu

 

Jest późny wieczór, zmierzch zapadł w ubiegłym tygodniu, dwie pory roku temu.

Graciarnia wokół mnie, otaczający kolaż, rozsypane puzzle uwędzone ciężkim dymem zza okna; całe to sadzowisko przebrzydłe, jak zawsze po zmroku zmienia się w kobietę.

To już nasz przednocny rytuał splatania: tapety zsuwają się ze ścian, owijają meblościankę, niczym płaskie węże.

Dziesiątki dusicieli rozjechanych gąsienicami czołgów, które zmierzają na wojnę z... przytomnością? Logiką?

Lampka zaczyna świecić... wyraźniej. Nie ma to nic wspólnego z jasnością emitowanego światła, jego fakturą; nie roztacza się nade mną żaden para-słoneczny klosz, po suficie nie biegną czarno-kosmate zygzaki.

Rzecz bardziej w... hmmm... ciężko to opisać... RZETELNOŚCI przekazu, jaki stanowi owo światło, szczerościtego, co "mówi" do mnie żarówka.

A gada, telepatycznawo i cicho, tak, że tylko ja słyszę i rozumiem, teksty kołysanek. Amelodyjnie - bo, nie przesadzajmy, nie mam półtora roczku, by trzeba mi było śpiewać do snu, jakimś "aaa, kotki dwa", lulać i uspokajać.

Słowa niesione na płonących zapałkach, chrapliwe i nieco parzące w ucho, namiętne i delikatne, bo z czystego światła.

Słowa piromańskie, wywołujące chęć skopcenia połowy Rozdrodzia, jednocześnie - pełne nieopisanej wręcz czułości.

I nie opisujące niczego konkretnego; nie ma o czym gadać,, wsystko zostało już dawno wyszeptane, dookreślone do setnego miejsca po przecinku, wymruczane przez gardła, spieczone nozdrza miliardów par kochanków, którzy żyli przede mną. Przed NAMI.

Musimy tylko powielać, spokojnie - nie ma w tym nic z plagiatu, zrzynania, małpiego i bezrozumnego naśladownictwa, ściągania.

To kultywowanie tradycji - uśmiecha się abażur w wyblakłe i liniejące różyczki.

To powielanie schematu, rysowanie planu ucieczki. W głąb siebie. Za każdym razem,w ydawałoby się, że dobrze znana droga wygląda inaczej. Smutniej, czasem - zabawniej. Niekiedy przybiera groźne barwy: róż, seledyn' to znowu jest piękna - cała w czerni, jak panna młoda na negatywie starego zdjęcia.

Droga, przy której straszą widziadła polityków, zmarłych członków rodziny: dziadkowie i wicepremierzy, aktorzy z dawno nieemitowanych filmów, peerelowskich szmir; wszyscy czarno-biali, za młodzi, by być w sepii.

Ścieżyna wiodąca przez las, dzikie i tajemne borzysko wiodące wyrosłe właśnie na ogołoconych z papieru ścianach; muszę uważać - kto wie, jakie licho czai się za drzewami: wilk bez zębów, ślepa niedźwiedzica, czy stado oszustów z firmy pożyczkowej chcących namówić na wzięcie lichwiarskiego kredytu nie do spłacenia...

Dotyk bywa zwodniczy, zdarza mu się wieść oczadzonego i poddającego się nastrojowi chwili dzieciaka na manowce, tak długo strychać (jest takie słowo??) na dudka, aż wystrychnąć na dobre: zostawić gołego na szczycie Rysów, czy Giewontu, obdartego ze skóry, pozbawić złudzeń, portfela, marzeń, komórki, czasami czegoś więcej. Nieważne.

Półsiedzę - półzginam się na wersalce. Spocony, z gołym torsem, w samych slipkach, idę na spotkanie nieuniknionemu...

...mierzyć się z upragnionym. Walczyć z tym, do czego caluchny dzień tęskniłem. Ponosić cudowną porażkę, przegrywać z uśmiechem na ustach.

Książki, bibeloty i drobnica meblowa typu pufy; obrazy, obrazki i obrazunie, pozrzucane ze ścian przez ożywione i zwężowiałe tapety, płyty, sztućce i talerze, nawet ubrania: skarpety, buty i bielizna; wszystko się łączy, spaja do kupy. Zawiązuje koalicję przeciw mnie, spisek jawny i żałosny, tajemny i święty, w bractwo mnichów-sybarytów, których obowiązuje wstrzemięźliwość od wstrzemięźliwości, którzy mają - pod karą ekskomuniki, o ile nie stosu - nakazane grzeszyć, nie ustawać w szmaceniu się. W masonerię materii nieożywionej. Ryt polski, rozgrodzki, dawny i uznany.

Przychodzi mi polec w boju o spokój, zostać zdekapitowanym, albo skonać z pełnymi garściamni własnych jelit, próbując wepchnąć je tam, skąd wylazły; zostać wytrzewieńcem, lub stracić jedną - trzy, albo wszystkie dwadzieścia pięć kończyn, skończyć jako kaleka. Duchowy.

Nachyla się nade mną ona - kobieta-splot, kobieta-rzecz, uprzedmiotowiona w najgłębszym i najdosłowniejszym znaczeniu, bo składająca się właśnie z przedmiotów. Tylko z nich.

Bezmięsna, niekoścista, przeogromna Pani, emanacja żeńskości, wcielona w paręnaście moich gratów. Dama-śmietnik, wybranka będąca w istocie barachłem, przedmiotami codziennego użytku, na ogół zużytymi, wysłużonymi. Lady Godiva z rupieci, przyjeżdżająca po zmierzchu na oklep na toksycznym karoszu. Wyuzdanica moja kochana.

Oddech. Gorący. Mam przed sobą sięgający sufitu, samobieżny piec hutniczy, bo kaflowy to za mało.

Pieczysko martenowskie, wannowy piec płomieniowy, od patrzenia na którego spiekają się jaja, płoną włosy na głowie. tudzież w innych, mniej szlachetnych częściach ciała.

Włosy pod pachami. Włosy mózgowe. Kłaki na myślach, rude i lubieżne. Świńska szczecina porastajaca wyobraźnię. Loki owijające złe sny (pukle doczepne, jak u Violetty Villas).

Piec, od widoku którego zwęgla się się broda, baki, wąsy, wreszcie: cała twarz.

Oddech ognistej kobiety, której ulubioną potrawą jest surówka. Odlewnicza.

Przecholerniste, staryzne okna są nieszczelna; zalewają nas fale smogu, owija pledzisko wyziewów z pobliskich fabryk. Jesteśmy lizani przez ich ogromne kominy. Ozory szorstkie jak u kotów. Tygrysów z papieru ściernego.

Krztuszę się tym syfem, własnym podnieceniem, które jest cholernie kasłogenne, pluję czystym żelazem, bryłkami śrub, gwoździ, podkładek, całych statków, kontenerowców sprasowanych przez niewyobrażalną, kosmiczną siłę.

Lepi mi się w ustach. Poniżej pasa. Jestem sklejany, zamiast serca mam tubkę butapenu, lepik smołowaty, czarny.

Kleefp! Kfplassh! - pluska w nim gęstość nad gęstościami. Wydaje nieprzyjemne dźwięki, jakby ktoś szedł błotnistą drogą, albo po kostki w gnoju. Szlamie.

Powinienem czuć odrazę, bo to przecież ja tak dźwięczę, to w mojej klatce piersiowej jakiś tułacz, podpierając się kosturem, idzie w poszukiwaniu dobrych ludzi, którzy daliby choć kromkę chleba, użyczyliby kąta, nawet w stajni, czy chlewiku, gdzie mógłby przenocować.

A mi się chce śmiać.

Dotyk. Śliski i parzący, ale - paradoksalnie - przyjemny. Jakby ktoś, kogo kochasz, macał cię pineskami. Każda - wilgotna i stworzona przez wyuzdanego Pana Jezuska z różowej chmurki tylko po to, by nieść ci radość. Grzeszną, niewysłowioną. By ci wpluć tę radochę przy pierwszym pocałunku prosto w oskrzela. Patrzeć, jak się krztusisz.

Ściskam, ściskamy mocniej. Żebra miękną, kręgosłup staje się rozgotowaną kaszą, ręce i nogi - garnkami pełnymi makaronu; tak - saganami z zepsutym makaronidłem typu świderki. Rurki. Wężyki. Skrutiaszki. Są ciężkie, prawie nie do uniesienia.

Lekarska, drewniana szpatułka wsuwa się pod język, co - jak zawsze w miom przypadku - skutkuje odruchem wymiotnym.

Pierwszy, blaszany spazm. Przejeżdża przeze mnie kolejka, kurewsko szerokotoroooooowa. Dzwoni w żyłach, ciągnie złogi, wagony tłuszczu, spycha tęczowe, szare, niebiesiutkie (podenaturatowe?) krwinki. Wyrzuca mi je przez nozdrza, poza ustrój. Rozpycha się, pasożyt, miażdży mi narządy wewnętrzne.

Wyginam się jeszcze bardziej, przygotowuję na drugie uderzenie. Prawą ręką łapię się za oparcie fotela. Sekunduchnę później zderzam się ze spadłą z przestworzy Międzynarodową Stacją Kosmiczną.

Nie tyle ona uderza we mnie, w statyczne, bierne ciało, co... dochodzi do zderzenia czołowego dwóch pędzących obiektów.

Wybity z orbity. Dobry tytuł dla durnowatego filmu dla dzieci i skretyniałych dorosłych. Można by nakręcić sequel Kaczora Howarda i właśnie tak go zatytułować.

Albo "O dwóch takich wybitych z orbity, co rozkradli Polskę, Europę, pół świata".

Zmieniam trajektorię, oczywiście nie przestaję dyszo-sapać.

Nie onanizuję się, bez przesady. Ja się... wytracam, bawię w kosmitę, udaję przed samym sobą, że jestem nowy na tej planecie, w tej skórze. Przyleciałem w gości i poważnie zastanawiam się, czy by nie zostać na dłużej (rozważam też osiedlenie się na Merkurym, choć tam gorąco jak diabli).

To moja mała wycieczka na najzimniejszy z księżyców Nibylandii, który na potrzebę chwili zmienił się w olbrzymią, bezludną planetę. To szczególny rodzaj ucieczki, poszukiwanie zapomnienia w głębi siebie, wiwisekcja, spowiedź pełna kłamstw, zmyślanie grzechó, bo tak trzeba, nie można wyjść na no-lifa, pierdołę, która boi się wypić piwa w miejscu publicznym, złamać zakaz palenia; trzeba dorabiać zło, dosztukowywać poprzecierany jedwab, łatać skórę na łokciach, szarzeć, w końcu - zacząć przypominać profesora, nudziarza w tweetowej marynarce.

Mieć złe błyski w oczach - o tak, to najważniejsze. Niech tylko one świadczą, jaki jestem niegrzecz...

Nie zidiociałem na tyle, by uprawiać samogwałt. Biegnę w ultramaratonie, ścigany przez sforę wściekłych szakali, sklepikarzy wrzeszczących, że mija drugi miesiąc, odkąd wziąłem zgrzewkę portera na zeszyt, kiedy wreszcie zapłacę...

Piszę wypracowanie na język polski, kreśle przygody pazia w świecie dwuipółmetrowych zabawek. Mam nadzieję dostać co najmniej czwórkę z plusem...

Wiem, ze nie powinienem się teraz trzepać, co do cholery mi odbiło, za półtorej godziny - gruba... Może - pierwsze spotkanie trzeciego stopnia... A ja tu zużywam amunicję, strzelam do cieni, w powietrze. Zaraz przybiegnie czerwony ze złości dowódca, zacznie ryczeć z wściekłością, że co do kurwy nędzy wyczyniam, a jak zza węgła wychynie nieprzyjaciel - co zrobię? Zagadam go, zbluzgam, pojadę po jego starej, czy zacznę błagać o litość?

Późny wieczór jest kobietą. Domina nie zna litości, w jej słowniku zabrakło miejsca na "łagodność", "zaufanie", "poczucie bezpieczeństwa".

Żałosne i zjełczałe określenia dla frajerów!

Moja muszelka jest pełna gorącego płynu. Gęsty sok agrestowy, bez pestek.

Ciepluśkie, brązowe, jak u Mulatki, wargi rozchylają się ukazując różowe wnętrze.

W ustach czuję smak terpentyny, pasty formeb do nabłyszczania politury. Gryzę wiórowe płyty. Pani Noc wali mnie na odlew, z całej siły. Plask! - rozlega się raz za razem. Za ostro. Mam ochotę zwymiotować.

Utknąłem na diabelskim młynie i wiszę dtak już trzecią dobę z rzędu, krzyczę, ale nikt nie kwapi się, by przyjść z pomocą. Współtowarzysze niedoli dawno stracili nadzieję na jakikolwiek ratunek, rzucili się (niektórzy - trzymając w objęciach kilkuletnie dzieci) na łeb, na szyję, w dół. Lepsze to, niż śmierć głodowa.

Nie jestem mężczyzną, nie śmiem uważać się za istotę większą od karalucha (najgenialniejszy z owadów!).

Kobieta-bajzel, układanka, nachyla się. Wchodzi we mnie trzydzieści sześć ostrych kłów. Wampirzyca cholerna!

Najniebezpieczniejszy urbex: zwiedzanie zamkniętej przed paroma laty, ostatniej w kraju fabryki eternitu.

Nie idę sam, niemowlaczek o zajęczym sercu. Oprowadza mnie jeden z byłych pracowników, uroczy, wąsaty transik pod siedemdziesiątkę, w rozkloszowanej sukience.

Kategoryczny zakaz fotografowania!

...dostosowuję sie, chociaż z oporami. Najchętniej fociłbym co popadnie, strzelał fleszem jak japoński turysta z powiedzonka; dokumentował każdy centymetr kwadratowy brudu.

Moja gorąca cipka pulsuje. Dłonie Kobiety to kaktusy o oswojonych, miękkich kolcach.

WRozgrodziu działają dwa ostatnie zakłady: w jednym produkuje się zabawki i zbroje dla zwierząt, psie maski przeciwgazowe.

Drugi - to salon mazażu, czyli pospolity burdelik, gdzie ludzie skręcają się ze sobą, tworzą - na skalę przemysłową! - androidy, roboty kuchenne, zmieniają się w mięsne cyborgi.

Wstrzymuję oddech, bo z małego pokoju, mimo zatkania kołdrą szpary pod drzwiami, pomimo uszczelnienia drzwisk czym popadnie - ręcznikami-nie ręcznikami - zawiewa trupi zapach.

Tyle dni, długich godzin minęło - nadal czuć. Gówniarz nie daje o sobie zapomnieć, wczepił się jak kleszcz, wbił główkę głęboko pod skórę, zapuścił we mnie korzenie i nie pozwala się wyrwać, złośliwy gnojek.

Perfumy wabiące nekrofaunę, sępy, kołujących nad miastem, mięsożernych wróżbitów, którzy za kilo nawet nadpsutego schabu, czy jełczejącej słoniny, przepowiedzą co tylko będziesz chciał, wykocopolą największe farmazony, połechczą ego klienta, byleby tylko nazreć się do syta.

Idiotka w traumie, zapłakana gówniara bez instynktu samozachowawczego, kretynka z mózgiem wypłukanym w wybielaczu, pełnym wyżartych dziur, nie pozbyła się w porę. Potem oboje baliśmy i brzydziliśmy się podejść, jak się okazało - cierpieliśmy na patologiczną odrazę-fobię, myko-zgrozę.

Żeby AŻ TAK bać się pleśni, pleśni, rozpływającego się ciał(k)a? Jak widać - można.

Kieruję myśli na inne, nieco normalniejsze tory. Nie, żebym wyobrażał sobie sielankę, Bahamy, Costa del Sol, pieczenie się na plaży pod parasolem, wdychanie morskiej piany, żarcie jeszcze żywych, piszczących homarów. Ale, Matko Boska... Chcę być jak najdalej od obcego dziecka. Niewerbalnego krzyku, domagania się uwagi (rośnie atencyjny egoista!), spazmatycznego płączu, cichego kwilenia ("mama! mama!" - łka się lokatorowi pudełka po adidasach).

Staram się być jak najbardziej obojętny, tonować emocje, studzić serce, odruch współczucia, rugować kiełkujące myśli o...

Rwę ten perz z korzeniami, plewię noc (głupio zabrzmiało).

Koncentruję się na genitaliach, swoich-naszych, na smogu, z którego tworzy się kobieta. Bezwartościowa, bo z tanich mebli, znosszonych ubrań, wyblakłych dewocjonaliów. Mało święta nosicielka starych różańców, wisiorków z głowami wszystkich papieży z ubiegłego wieku, ryngrafów, miłośniczka patriotycznej odzieży z hasłami gloryfikującymi "Burego", "Łupaszkę", czy Benedykta XVI, który - wwedle najnowszych badań geneaologicznych był w jednej trzeciej Polakiem.

Nie myślę o eksperymentach na żywej tkance: hodowaniu niemowląt w ciemnicy, pod łóżkiem. Albo w pawlaczu.

Uśmiecham się. Zaraz się zastrzelę. Kule, bo będzie ich kilkanaście, odbiją się od obdartej z tapet ściany. Trafią mnie z powrotem w głowę.

Otwieram szeroko usta, by je przełknąć. Dziecko z Ikei, do samodzielnego montażu, okazało się być wybrakowane, lecz moja była, zamiast je reklamować, schowała głęboko. Cuchnie, bubel.

Gardzę nim, choć nie mam powodu.

Dziecko udaje pająka, ja - mysz. Idzie, idzie. Raczkuje, wyciąga kosmate odnóża. Nerwowo poruszam pyszczkiem.

Śmieszne to wszystko, choć tak głupie. Choć tak tragiczne i zarazem pełne magii.

Nic, tylko ubrać się w skafander kosmonauty; pod spód założyć jedną z sukienek Tamtej.

I tańczyć, być trzynastolatką z filmu Waleria i tydzień cudów. Kręcić remake bez happy endu.

 

II. Weekend w Szmergielewie

 

Na klatce schodowej gromadzą się spaliny, smog i sadza z połowy miasta. Otwieram drzwi i nie zdążam przestąpić progu, jak - jeeeb! - w nos, usta, uszy, we wszelkie inne przyrodzone otwory ciała - fala gryzącego dymu, mazidło konsystencji i koloru pasty do butów.

Owija mnie zużyty papier toaletowy i jestem lepką od cudzego gówna, szarą mumią.

Klucze, do cholery ciężkiej... E, tu nie ma co kraść. Poza dzieckiem, he, he. Może komuś przyda się truchło, jakiś nekropedofil z naddatkiem instynktu ojcowskiego zechce usynowić mieszkańca pudełka - próbuję być dowcipny.

W środku - siedzi nabzdyczony dupek. Nie do śmiechu w tym syfie. Mam w sobie stupięćdziesięciokilowe prezesidło rozpostarte na obrotowym, skórzanym fotelu. Siorbie pijąc szampana, burak, kopci cygara-samoróbki.

Nienawidzę sukinkota. Jak dobrze pójdzie - niedługo cholerne dziadzisko przejdzie do prehistorii, będzie jedynie przykrym wspomnieniem. Nikt nie pożałuje gnoja.

Zabiorę ze sobą wszystkie osobowości, heteronimy, wesołą trupę cyrkowców, kuglarzy, klaunów, brzydkie kobiety, zęby, płetwy, togi nieudolnych adwokatów, którzy nigdy nie wybronili klienta, chiurgów-partaczy, onkologów-amatorów, nieznających się na rzeczy ludwisarzy-amatorów odlewajacych nieme, plastikowe dzwony.

Odejdę z walizkami pełnymi kości, potłuczonej twardymi butami najeźdźców ceramiki, zastaw rodowych, z tornistrem w odblaskowe serduszka. Grzechotać w nim będą bezgłowe figurynki marmuru, zwiewne Laury, postaci Euterpe, Kaliope i innych starożytnych kurewek, szkło z potłuczonych witraży.

Zabiorę butelki schowane pomiędzy okładkami ksiąg, opasłe flaszki pełne najprzedniejszych literatur, wysokoprocentowe libretta oper erotycznych, pornolskie kryminały, kasety wideo z kinowymi hitami lat 80.

Gdy zniknę - przyjdzie niewesoły pan potwór i pożuje świat. Wypluje jeszcze gęstszy, maziowaty, pełen ślinosadzy. Rozgrodzie stanie się błotnistą pustynią...

...a nie, sorry - już jest. Na każdym piętrze bloku, co jest chyba ewenementem na skalę światową, wisi... kran-rura. Szeroki, by nie rzec dorodny, kran-wąż, z którego - jeśli naciśnie się pedął pod nim - leci woda. Rezerwuar darmowej kranówy, kto wie, komu i po co potrzebny...

Dla rezydujących czasami na klatkach bezdomnych, by nie pomarli z pragnienia; do podlewania begonii i petunii stojących w doniczkach, czy mycia domowych pupili: psów, kociambrów, czy oswojonych skorpionów? Czort wie, co drzemało w głowie architekta, szlauchokonstruktora.

Tamta mówiła, że nikt nie ma pojęcia, nawet ...-sińska, najstarsza stażem mieszkanka bloku.

Mało ważne. Teraz to przyrząd do chłodzenia rozgorączkowanej głowy, płukania jej ze strachu, stroszących ostre pióra myśli-kłobuków, ze strachu, zniecierpliwienia.

Podchodzę. Przykładam spragnione usta. Staram się nie pammiętać opowieści o dwóch łobuzach z czwartego piętra, którzy robili sobie lewatywy każdym z tych węży, pieprzeni klizmafile.

Klatki, jak mówiła Tamta, były każdorazowo zalewane przez dowciapnych urwisów. Kładły, szczeniaczyska, cegły na pedałach i uciekały. Raz nawet usiłowały wyrwać jedną z "trąb bloku"- jak ktoś je określił. Ciągnęli obaj, ile mieli sił.

Nic z tego, mocny, komunistyczny wyrób, guma - nie sparciała. Gniotsia, nie rwiotsia.

Piję łapczywie. Nawadniam się, zalewam po krtań. Gulgoczę. I - tfu, w kątek - pozbywam się szarej mgły.

Pozłącany gino rossi nie działa od co najmniej tygodnia (gdzie tu znajdę zegarmistrza albo sklep, w którym kupiłbym baterię?), mimo to ciągle go noszę. Nawet nie jestem przywiązany do szmelcostwa - ani to prezent od byłe, którą kochałem, ani od matki, czy chrzestnego, barachło pierwszokomunijne (kto dziś daje zegarki? Quady, smartfony, laptopy, tablety, drony - to są prezenty! Zegarunio - to se możesz nałożyć psu na łapę, sprezentowałbyś roszczeniowemu smarkaczowi - toby sie rozwył, a jego rodzice obrazili, żeś pożałował kasy na godniejszy prezent; dzieciąteczko Pana Bozię pierwszy raz do buzi bierze, z połykiem - a ten się wysadził z zegarkiem za durne sto pięćdziesiąt zeta, jakby nie mógł wziąć kredytu na coś droższego, zapozyczyć się po uszy, ale wyjść z twarzą; sknera, pierdolona jego mać, Żydziura).

Noszę bo liczę, że kiedyś się ten cały bajzel skończy, przyjedzie firma sprzątajaca, zastępy woźnych w niebieskich fartuszkach i kraj mi uporządkują, na glanc, wyczyszczą zapaskudzone srebra, nakręcą pozytywki, zegary stare niby świat, w telewizji będzie nadawany normalny program (łapię się na tym, że tęsknię nawet za... serialami paradokumentalnymi, co już samo w sobie jest oznaką ciężkiego zaburzenia, siakiejś aberracji duchowej), a nie tylko komunikat łysego okularnika w mundurze. Że "bez obaw", "bez obaw" - stara się uspokajać nakrochmalonym, sztywniackim głosem, "w najbliższych dniach sztab krysysowy opracuje procedury odnośnie..." - cedzi kwadratowe głoski, wypluwa cegły. Jaki szmok mu wierzy?

Zanim nam się kraisko zapluło, niczym dzidzior bez śliniaczka, zarzygało jak menel po drugiej połówce samogonu, Kwaśniewicz, generalissimus wielki koronny, za jakiego teraz robi, był łżecznikiem poprzedniego rządu, czytaj: dziwką której płacą by mówiła, że ona i jej koleżanki to pensjonarki płoniące się na myśl o pocąłunku, oblewajace się rumieńcem, gdy jaki młodzian mija je na ulicy.

Schodzę przygarbiony. Nastrój mi siada i też jakby się garbi; ekscytacja ustępuje miejsca pospolitemu strachowi.

Dureń powinien się cieszyć, ale że jest durniem włąśnie - ręce mu się pocą, z dłoni odkapują paznokcie, potem - całe palce, po plecach i z fiuta ścieka słony pwodospad. Potogrzmoty.

Na chwilę zatrzymuję się przed wiszącym na klatce drugiego piętra, tanim, tandetnym, bo gdy ma się paskudny, psi nastrój, choćby zwiedzało się Bursztynowe Komnaty, Luwry - wszystko wokół zdaje sie być kupione na starzyźnie od bezzębnego garbusa, wygrzebane na śmietniku, przywleczone z wystawek z Niemiec, wzięte za free z ulicy, wyrzucone wcześniej przez kogoś, komu się lepiej powodzi, wiedzie wyraźniejsze, bardziej czytelne, poukładane, niespazmatyczne życie; stoję przed gamoniowatym zegarkiem, którego niby-to-zabawne wskazówki przypominają kształtem psie szminki.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 4 miesiące temu
    Nawet połowicznie, bo Rzetelnie wcale teraz tej nieklasycznej prozy poetyckiej nie rozbiorę, więc na pewno wrócę do czytania.
    Mnóstwo wyładowań nie tylko erotycznych piorunów.
    Niesamowity rytm, naturalizm prawd... piękno odwagi.
    5!
  • Something 4 miesiące temu
    Są na tym portalu osoby, które mają rzeczywisty talent do kreowania obrazów. Jesteś jedną z nich. Cudowna lektura. Głęboka i refleksyjna. Wrócę tu niedługo, aby napisać coś więcej, aniżeli proste, subiektywne zdania aprobujące.
  • Florian Konrad 4 miesiące temu
    dziękuję, Kochani jesteście

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania