Poprzednie częściWilkołak - Wstęp [I/IV]  

Wilkołak - Wstęp [II/IV]

Nastała grobowa cisza. Nawet lekki powiew wiatru nie odważył się zakłócić tego spokoju. Uważnie stąpałem po ziemi rozglądając się. Raz w prawo, raz lewo. Szukając znaku, który powie, że on tam gdzieś siedzi. Po chwili, ujrzałem cień. Usłyszałem hałas i moim oczom ukazała się zwiewająca postać. To on. Był tuż, tuż. Po głowie chodziła już myśl, że zaraz "nauczę gnojka dobrych manier" i będę mógł spokojnie wrócić do domu. Musiałem powtórnie zacząć pościg. Na szczęście w porę się spostrzegłem. Dzieliło mnie od niego tylko kilka kroków. Wiedziałem, że nic już mi nie przeszkodzi w dorwaniu go.

Nagle szok. Trah! Leżałem na ziemi i zerkałem na otoczenie. Zdziwiony i zaskoczony, czułem wbijające się w mój brzuch kamienie. Podniosłem głowę. Z jednej strony widać było uciekającego złodzieja, a z drugiej jakieś zwierze. Nie wiem co to było. Chyba jakiś pies albo wilk. Ciemny jak spojrzenie mroku, który mnie otaczał zewsząd, gdzie właśnie rozpłynął się po sekundzie. Cholernik nieźle zadrapał mi rękę, gdy chciał mnie przeskoczyć. Oby nie wdało się zakażenie. To było dziwne.

Zrozumiałem, że już nie dorwę dziś tego złodziejaszka. Musiałem tym razem odpuścić. Wstałem, otrzepałem się i poszedłem w stronę domu. Idąc stwierdziłem, że przyda mi się znieczulenie na nieprzestającą boleć, lewą rękę. Piekła jak cholera. Byłem obiektywnie twardym kolesiem, ale i tak postanowiłem zaczepić o mój ulubiony bar, czyli "U Georga". Był to jeden z tych barów na uboczu, które chętnie witali ludzie z wielu stron i z masą problemów, które trzeba zapić. Wnętrze miało swój klimat i urok. Lokal był stary, ale mimo to trzymał się stabilnie z tego co widziałem. Większość pomieszczeń jak i mebli było z drewna lub desek, co sprawiało staroświecki klimat miejsca. Wewnątrz mieszały się ze sobą takie kolory jak szary, brązowy, a czerwone dekoracje znikały w półmroku czerni... czyli tak jak lubiłem. Jak na tą godzinę nadal było sporo ludzi. Do głowy mi wpadła myśl, że ten pub to jedno z najbardziej dochodowych miejsc w okręgu tych dzielnic. Zawsze jak tam jestem to jest problem ze znalezieniem miejsca. Jednak mój urok osobisty w jakimś stopniu za każdym razem pomaga mi rozwiązać ten problem. Ciekawe czy ten ruch, to przez miłą obsługę czy dobre trunki, a może przez burdel, który nielegalnie jest prowadzony na górze. Skąd wiem? I czemu nic z tym nie zrobiłem? To już moja sprawa. Po wejściu podszedłem do baru, żeby zagadać do mojej ulubionej barmanki, gdy tylko ją zauważyłem.

- Czy to niebo się rozstąpiło, czy widzę anioła? - powiedziałem z uwodzącym uśmiechem na ustach do Katie. Odwróciła się do mnie i odwzajemniła, uśmiechając się oraz witając ze mną.

- Hej Alex! Jak zawsze uroczy - rzuciła z dozą ironii. - Nie spodziewałam się ciebie o tej godzinie tutaj. - Odrzuciła szmatkę, którą wycierała kufle i pełna skupienia stała na wprost mnie, czekając na jakąś intrygującą opowieść.

- Dziś zeszło dłużej w pracy i jakoś postanowiłem wpaść na coś, co pomoże mi zasnąć po ciężkim dniu. Co słychać? - zapytałem.

- Chętnie bym się stąd gdzieś teraz wyrwała. Rozumiesz? I spędziła noc tak, aby nie pamiętać błędów wczoraj. Nudzę się już tutaj. Wśród zgredziałych, pozbawionych szacunku dziadów i lejącego się bez przerwy piwa - oznajmiła znudzonym głosem. - Może wyskoczylibyśmy gdzieś, gdy będziesz mieć czas? - dodała.

- W sumie, czemu nie, postaram się znaleźć kiedyś wolną chwilę - powiedziałem do niej myśląc, że nie wypadało odmówić na starcie, gdyż mogłaby sie pogniewać. Nie miałem przez ostatni okres chęci na żadne randki i teraz też nic się nie zmieniło. Katie już od jakiegoś czasu próbuje mnie wyciągnąć. Jej upór jest lekko męczący. Mimo wszystko i tak lubię ją. Jest szaloną dziewczyną, ale w dobrym słowa znaczeniu. Odkąd pamiętam była dla mnie miła. Zawsze potrafiła rozweselić każdego swoim poczuciem humoru, a nawet samą osobą. Pocieszała mnie także po wypadku rok temu, w którym zginęła moja żona i córka. Pamiętam do dziś całe zajście. Ale nie czas i miejsce na rozklejanie się wśród tylu gapiów. Zauważyłem, że Katie po coś sięga spod baru.

- Masz. Na koszt firmy Ali - powiedziała podając butelkę piwa. Jej uwagę w pewnym momencie przyciągnęła moja rana na ręce. Zaniepokoiła się tym. Zakryła rękoma twarz i szepnęła do siebie. - O Boże... - Po czym zapytała. - Alex! Co ci się stało w rękę? - Bóg nie miał z tym nic wspólnego, pomyślałem.

- Drapnął mnie jakiś pies dzisiejszej nocy. To nic takiego. W pracy zdarzają się wypadki, a szczególni, gdy człowiek się szwenda po licho wie jakich zakamarkach - odparłem spokojnie, patrząc z pogardą na ranę, aby ją uspokoić mimo, że faktycznie nie przestawała boleć. Ale w sumie było mi wszystko jedno. Chciałem się tylko uwalić w domu i odpocząć. Ona jednak, w jednym momencie dała mi coś mocniejszego spod lady na ból i wybiegła za bar. Minęła niecała minuta, gdy wróciła z bandażem i wodą utlenioną. Jak już mówiłem, była kochana, miała złote serce.

- Proszę, teraz będzie lepiej i nie wda się zakażenie - powiedziała po polaniu mi zadrapania wodą utlenioną i zaczęła obandażowywać moją rękę. Podziękowałem jej za zainteresowanie i pomoc, lecz czułem, że muszę się już zbierać.

Idąc ciemnymi uliczkami miasta, przypomniał mi się ostatni incydent. Nie mogłem zapomnieć niedawnej sytuacji jaka miała miejsce. W głowie roiło się wiele pomysłów i dociekań, co to mogło być. To nie mógł być pies... a nawet wilk. Wilki nie są, aż tak duże. To coś było znacznie większe niż przeciętne psowate zwierzę. Idąc i rozważając po chwili zakręciło mi się w głowie. Czyżbym aż tyle wypił? Zaryłem w glebę twarzą, jakbym leciał z co najmniej z trzeciego piętra. Najpierw ręka... teraz głowa nawala. Leżąc na zimnym asfalcie chyba straciłem przytomność.

Obudziłem się następnego dnia. Nie jest dobrze, pomyślałem. Zauważyłem, że jestem w szpitalu. Leżałem na pryczy, a wokoło było pełno urządzeń lekarskich. Jakiś pomyleniec musiał mnie zauważyć i przywlec tutaj. Kiedyś mu za to zapłacę, o ile go znajdę. Wpędził mnie w czarną dziurę. Czemu? Bo to jedno z najgorszych miejsc w tym mieście. Wolałbym leżeć na ulicy, niż w tym szpitalu. W zaułkach krążą tylko co chwile historie o służbie zdrowia nie przejmującej się pacjentami, bez skrupułów i litości. Służbie, która za nic ma kim jesteś i że chcesz przeżyć. Ludziach dbających tylko o swoje badania i wynikach. Jak oni je zdobywają? To dopiero ciekawostka. Nieustannie łapię i zabierają jakiś pacjentów na niższe poziomy szpitala, aby przeprowadzać tam sekcje i brutalne doświadczenia. Wielu ucierpiało przychodząc tutaj, a praktycznie nikt się stąd nie wydostał z tego co wiem. Szpital nie dość, że miał już swoje lata i zaczął się wyniszczać, przez co trzeba było uważać gdzie się stąpa, bo lada moment mógł się zawalić, to miał w sobie wielki labirynt, który krył tajemnice na każdym kroku. Przybytek posiadał dosłownie setki pokoi i korytarzy oraz był wielopoziomowy. Pomieszczeń nie wiadomo czy pustych, czy z pacjentami. Jak mówiłem szpital nie był pierwszej młodości - ściany były pokryte pleśnią, sufit trzymał się aby tylko, a pod stopami gdzie niegdzie nie było po czym stąpać, gdyż podłoga była krucha od starości. Do tego wszędzie waliło trupem. Można powiedzieć w żartach, że coś jak u mnie w domu, gdyby nie problematyczna sytuacja. Gdy przechodziło się koło tego budynku, w pobliżu unosiły się krzyki wołające o pomoc. Istny budynek śmierci. Nie zawsze tak było. Odkąd szpital przejął ekscentryczny Dr.Sneek nie dzieje się tu nic dobrego. Jest on istnym szaleńcem, ale ma głowę na karku i znajomości w wyższych sferach, przez co nie można mu nic zrobić. Jak większości podobnych jemu osób w tym skorumpowanym mieście. Nie wiem nawet skąd on się wziął i co stało się z poprzednim doktorem. Po prostu nagle się pojawił w mieście, a poprzednik wyparował. Wystarczy, że powiesz o dwa słowa za dużo i już słyszysz ocierające się o siebie wodorosty lub zwyczajnie gryziesz piach.

Wiedziałem, że muszę znikać czym prędzej. Znajdowałem się chyba w jakiejś wstępnej izbie, dla świeżo co złapanych ludzi, po której dopiero zabierają w dalszą podróż po peryferiach. Na szczęście nie było wtedy nikogo w pobliżu, więc to była moja jedyna szansa, aby jakoś uciec z tego pomylonego miejsca. Musiałem się wpierw uwolnić z pasów, które miałem zapięte na rękach i nogach. Jak tego dokonałem? Musiałem niestety wyłamać sobie kciuk. U której ręki? Można się domyślić. Jedną musiałem mieć sprawną, więc niestety całe zło poszło na już poszkodowaną. Zadałem jeszcze więcej bólu obandażowanej. Zacisnąłem zęby jak najmocniej mogłem i zrobiłem to. Udało mi się bez większego jęku. Po całym ciele rozeszło się uczucie bólu i niemiłego skurczu, który stworzył łzę w moim oku, błagającym o koniec. Jak do tego punktu nie słyszałem zbliżania się nieproszonych gości. Nie miałem dużo czasu. Musiałem wziąć się w garść i zdjąć te pasy. Po uwolnieniu ręki odpiąłem pozostałe uwięzie. Zdjąłem te głupie ciuszki szpitalne, które nałożyli na mnie, gdy byłem nieprzytomny i założyłem swoje ubrania. Stojąc przed swoimi ubraniami dostrzegłem, iż moja najlepsza, skurzana kurtka jest cała ufajdana we krwi i błocie. Ehh... oczywiście. Pech nadal się mnie trzymał. Trzeba było jednak się skupić. W każdej chwili mógł ktoś wejść do pomieszczenia. Jedyną drogą ucieczki stąd, aby nie zostać zauważonym było wyjście przez okno. Całe szczęście byłem tylko na pierwszym piętrze, a na dole był kontener ze śmieciami. Chociaż jedna dobra wiadomość. Mimo to, był to kolejny wyczyn jaki musiałem wykonać. Otworzyłem okno i wciągnąłem się jedną ręką na parapet. Stałem na krawędzi przed upadkiem. Ciało przeszył dreszcz wywołany myślą o nieudanym skoku. A może to zwyczajnie zimny wiatr, który wtedy zastałem na zewnątrz. Widziałem już jak muszę skoczyć. Splunąłem w podłogę budynku szpitala i skoczyłem. Otworzyłem oczy - żyję. No może nie cały i nie zdrów, ale żyję. Pełny krwi na sobie, leżąc w kontenerze ze śmieciami. Nie wiedziałem co było gorsze: ból po zadrapaniu czy po skoczeniu? Nie mogłem zwlekać, nadal byłem na posiadłości. Wyszedłem z kontenera i oddaliłem się jak najdalej z tamtego miejsca kulawym krokiem. Nigdy więcej nie chce się tam znaleźć. Mam dosyć tego dnia.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Margerita 5 miesięcy temu
    pięć podoba mi się to co piszesz
  • Lancelot 5 miesięcy temu
    dzięki marg
  • Ozar 5 miesięcy temu
    Fajny pomysł takie powiązanie kryminału z horrorem, albo fantasy. Podejrzewam że to zakażenie wilkołaka będzie miało swoje skutki. A szpital opisałeś tak, że ja to nawet umierający nie chciałbym sie tam znaleźć. To bardziej jakiś KL z eksperymentami na ludziach niż normalny szpital. Ja pierdolę taki przybytek niby mający leczyć ludzi. Ale jak ktoś się cieszy leżąc pokrwawiony i obolały w kontenerze na śmieci a nie w szpitalu, to wyjaśnia wszystko. 5 za pomysł i czekam na dalsze.
  • Lancelot 5 miesięcy temu
    Dzięki wielkie Ozar i cieszę się że tekst ci podszedł :) hmm myślę że są duże szanse że rana będzie miała swoje skutki nie chcąc spoilerowac nie mówię za wiele. Jeśli chodzi o klimat to coś w ten deseń łącze jak powiedziałeś. W głowie miałem ogólnie często jako mentora Sin City w którym klimat mi się bardzo spodobał.
  • Lancelot 5 miesięcy temu
    Dzięki wielkie Ozar i cieszę się że tekst ci podszedł :) hmm myślę że są duże szanse że rana będzie miała swoje skutki nie chcąc spoilerowac nie mówię za wiele. Jeśli chodzi o klimat to coś w ten deseń łącze jak powiedziałeś. W głowie miałem ogólnie często jako mentora Sin City w którym klimat mi się bardzo spodobał.
  • Ozar 5 miesięcy temu
    Lancelot Wiesz rana zadana przez wilkołaka zazwyczaj zaraża ofiarę, to taki standard, ale u ciebie zabrzmiało to całkiem sensownie, bo niby przypadkowo.
  • Lancelot 5 miesięcy temu
    Ozar tak, taki był cel :)
  • Ozar 5 miesięcy temu
    Lancelot A tak myślałem. Czyli czekam na c.d. z człekiem wilkołakiem!
  • Kapelusznik 4 miesiące temu
    Nadal przejścia mi jakoś nie podchodzą. Forma jakby mi umyka. Coś mi nie pasuje, ale nie umiem dokładnie wskazać gdzie.
    Co do wilka - te mogą być NAPRAWDĘ DUŻE. Szczególnie dzikie - argument że są przecie w środku miasta - więc wilków tu nie może być - powinno być bardziej logiczne.
    Aspekt wilkołactwa, sorry ale formę przyjąłeś dla mnie zbyt typową, więc na razie daje 4. Inna perspektywa niż wilkołaka byłaby miłą odmianą.
    Ale fabuła i historia się trzyma, więc nie mogę jakoś kosmicznie narzekać.
    Pozdrawiam
    Kapelusznik
  • Kapelusznik 4 miesiące temu
    A znalazłem ten filmik
    Żebyś zobaczył jak wielgaśne mogą być wilki:
    https://www.youtube.com/watch?v=z-AE5sFENys
    Dla skali i porównania, nie żeby cię speszyć.
  • Lancelot 4 miesiące temu
    Kapelusznik rozumiem co do przemyśleń, hmm przeanalizuje to i może zmienię jakoś jak poczuję wenę w tej pracy, ostatnio raczej porzuciłem chwilowo ten projekt i ruszyłem z tymi pomieściami. pozdrawiam :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania