Straceńcy

To byłby dobry dzień, pomyślał Folami, wchodząc powoli na trzeszczące stopnie szubienicy. Byłby naprawdę dobry, gdybym nie musiał wykonywać tej roboty.

Słońce na wschodzie robiło się już amarantowe za jego plecami, wciąż jednak było jeszcze daleko do świtu. Starał się mimo silnego mrozu stać nieruchomo, by ludzie nie pomyśleli, że trzęsie się ze strachu.

Choć w sumie nie miał się czym martwić. Widowni nie było wiele. Pod szubienicą stało jedynie kilka spracowanych, starych kobiet, muszących na co dzień wstawać przed pierwszym kurem i grupa cuchnących obrzydliwie żebraków, nie mających nigdy nic lepszego do roboty. Mimo to, nawet oni nie powinni mieć wątpliwości co do tego, że królewski dostojnik nie odczuwa żadnego strachu.

Lista skazanych na śmierć również nie dopisywała. Stanowiło ją pięciu młodzieńców i jedna dziewczyna, złapanych dzień wcześniej w niedalekiej oberży, dzięki współpracy pracującego tam człowieka. Najstarsze z nich miało może dwadzieścia lat. Najmłodsze było na tyle małe, że omal nie musieli dostawić stołka, by dosięgło szyją do swojej pętli. Już kilka razy mówił już królowi, że szubienica jest wadliwa i należy ją poprawić, ale ten jak dotąd uznawał prowadzenie wojny i dławienie buntu za ważniejsze, niż usprawnienia w dziale lokalnej rozrywki.

Folami miał już jednak inne zdanie. Wystarczyło tylko popatrzeć na ludzi, których życia przyszło mu dziś zakończyć. Każdy był w łachmanach i niemalże rozpadających się butach. Wszyscy cali w bliznach, tak nowych jak i tych starych, wychudzeni, brudni i kompletnym w nieładzie. Włosy każdego były zmierzwione, twarze puste, spojrzenia wyprane z nadziei. Połowa z nich nie była nawet w stanie stać o własnych siłach, a większość pozostałych patrzyła w przestrzeń zupełnie tępym, bydlęcym wzrokiem. Nie wyglądali jak żadni buntownicy, tylko grupa giermków, pobitych przez swojego mistrza i wyrzuconych z domu. Nikt nie miał nawet ochoty wstawać przed świtem dla tak marnego pokazu, jak zabicie kolejnych rebeliantów.

A właśnie oni byli najbardziej poszukiwaną grupą buntowniczą w całej okolicy.

Kazali nazywać się „Okiem”. Dokonali już kilku dosyć spektakularnych akcji, jak zniszczenie okolicznego mostu, spalenie paru spichlerzy z zapasami zboża, czy nawet zgładzenie kilkunastu żołnierzy, samym nie dając się przy tym zupełnie wymordować przy pierwszym ataku. To naprawdę imponujące w czasach, gdy nawet transport suchego chleba dla świń zaopatrzony był w przynajmniej troje strażników. Zyskali sobie dzięki temu pewną renomę, może nawet postrach w okolicy i szybko awansowali na pierwsze miejsce na listach najbardziej poszukiwanych. Niegdyś coś takiego było w pewnym sensie wysokim tytułem, nadawanym tylko tym, których niezwykłe zdolności, pierwszorzędne wyszkolenie i sprawny umysł pozwalały konkurować z najwybitniejszymi dowódcami królestwa. Ale to było kiedyś. Gdy po raz pierwszy publicznie skazano najbardziej poszukiwanych w stolicy, to było jak święto. Tłumy pojawiały się na ulicach, ludzie patrzyli z okien, krzykacze i straganiarze ustawiali jeszcze w głębokiej nocy, by rozwinąć swoje kramy. Każdy chciał zobaczyć na własne oczy, jak wieszają najniebezpieczniejszych kryminalistów w kraju. Dziś mało kogo dało się tym w ogóle wyciągnąć z łóżka.

Folami stęknął głośno, wchodząc na ostatni schodek. Ostatnie cięcia w racjach żywnościowych nie wpływały dobrze na jego kondycję, sprawiając, że coraz częściej łapał się na nagłych utratach energii i problemach z chodzeniem. O tym również wspominał królowi, gdy rozmawiali sam na sam, ale zawsze słyszał to samo. To konieczne, w kraju źle się wiedzie, możni i biedota muszą jeść po równo, wojna to poświęcenia i tak dalej i tak dalej. Już od dawna obiecywał sobie, że gdy tylko ich państwo stanie się wreszcie stabilnym i prosperującym krajem, pierwszym co zrobi będzie wykupienie rocznego zapasu żywności i zrobienie sobie samemu takiej uczty, że największy bal królewski będzie przy niej jak skromne śniadanie.

Na jego szczęście, ten dzień zdawał się już bliski.

Na razie jednak powinien zająć się egzekucjami, a ucztowanie zostawić w planach. Gdy zakończy swoją pracę i wróci do kwatery, koniecznie będzie musiał spróbować zamienić trochę wody w wino. Nigdy nie był najlepszym magikiem, ale przy obecnych cenach wina nawet królewskiemu katu lepiej było samemu pobawić się w maga, niż wychodzić na targowisko.

Podszedł do pierwszego ze skazanych i chwycił mocno za wajchę, mającą opuścić zapadnię i jednym szybkim ruchem zakończyć jego życie. Zanim pociągnął, spojrzał raz na twarz skazanego i wypowiedział standardową w tej sytuacji formułkę.

-Z wyroku jaśnie panującego nam Edwarda da Rossier, króla Międzylądu i podległych mu krain, zostajesz skazany na śmierć za morderstwo, rozbój, spiskowanie przeciw koronie, sabotaż i kradzieże. Czy masz jakieś ostatnie słowa?

Nieznajomy spojrzał tylko na niego z wyrazem błagania w oczach i bezskutecznie próbował powiedzieć coś przez opuchnięte gardło. Biedaczek, w celi więziennej musiał wrzeszczeć i płakać przez całą noc. No, ale trudno w sumie żałować kogoś, kto na własne życzenie wplątuje się w królobójstwo.

Folami westchnął w duszy. Według prawa, jeśli ktokolwiek skazany na śmierć miał cokolwiek do przekazania, ale nie mógł wyraźnie mówić, jego egzekutor miał obowiązek nadstawić ucha i wysłuchiwać dokładnie każdego słowa przez przynajmniej dwie minuty, lub, jeśli nawet to było niemożliwe, odczytać jego wolę z ruchu warg. I to właśnie powinien teraz robić Folami, ale zamiast tego przekrzywił po prostu dźwignię i pozwolił, by młode ciało zawisło nad brukiem. Nie miał ochoty tracić czasu na wysłuchiwanie jęków, a kto sprawdzi, czy on miał cokolwiek do przekazania? To i tak było przecież bez znaczenia, szczególnie przy traceniu takich jak oni.

Gdy Folami podniósł głowę znad drgającego ciała, zobaczył że pozostała piątka zaczyna nagle denerwować się i patrzeć po sobie nawzajem. Wszyscy przerażeni, nikt nie rozumiał, co się dzieło, każdy ze wzrokiem, jakby sam diabeł wyrósł mu spod ziemi. Folami lubił tę część. Wiedział, że to nie w porządku, ale po prostu kochał patrzeć, jak wszyscy stojący na szafocie, dumni, wyniośli, z podniesioną głową, nagle kurczą się i panikują. Jak wpadają w totalny szał, gdy tylko zdają sobie sprawę z tego, że tym razem to jednak prawdziwy szafot, a nie żadna bohaterska ballada i teraz naprawdę umrą. To było okrutne, ale zawsze śmiał się, widząc ich przerażenie, kwitnące na twarzach wszystkich zebranych. To nie była jego wina, po prostu tak miał.

Następny w kolejce był ten mały, z szyją ledwo dosięgającą do pętli. Na jego twarzy widać było totalny szok, jakby nie miał pojęcia, co dzieje się dookoła. Folami podszedł do niego i ponownie chwycił za dźwignię.

-Z wyroku jaśnie panującego nam Edwarda Rossier, króla Międzylądu i podległych mu krain, zostajesz skazany na śmierć za morderstwo, spiskowanie przeciw koronie, kradzieże, sprzedaż i wytwarzanie kontrabandy, rozboje i sabotaż. Czy masz jakieś ostatnie słowa?

Mały człowiek wciąż patrzył na Folamiego ze strachem i wyrazem szoku na twarzy.

-Zabiłeś go.

Folami dopiero po chwili zrozumiał, że mówi o poprzednim człowieku. Spojrzał w jego stronę, gdzie świeże truchło wciąż dyndało jeszcze na wietrze.

-Ano. Na tym właśnie polega kara śmierci.

-Przecież on miał prawo do ostatnich słów!

Wzruszył ramionami.

-Nie mógł mówić. Jeżeli twoimi ostatnimi słowami były te zażalenia prawne, to chyba już czas zakończyć twoje cierpienia.

-Nie, stój! - wrzasnął dzieciak, gdy tylko kat położył dłoń na krawędzi swojej dźwigni. - Chcę coś jeszcze powiedzieć.

-Więc słucham.

Skazany, i tak naprężony już jak struna, by dosięgnąć do liny, wyprostował się jeszcze bardziej i zaczął przemawiać do zebranego tłumku. Tak samo kobiety, żebracy jak i sam dostojnik królewski nie wydawali się jednak specjalnie zaaferowani. Mówił po prostu to, co niemal każdy rewolucjonista przed nim, a zapewne i jeszcze kilku, którzy nadejdą po nim. O nadziei, prawie, tyranii, że i tak zwyciężą i tak dalej. Gdy jasnym było, że nie skończy się to szybko, Folami wyjął z kieszeni małą klepsydrę i odliczył cierpliwie dwie minuty. Nim piasek się przesypał, dzieciak zdawał się w ogóle już nie mieć pomysłów na dalszą przemowę i teraz już zwyczajnie się powtarzał. Folami wiedział się, że grał na czas. Ale gdy tylko ostatnie ziarenka piasku spadły na dolną część naczynia, Folami podszedł do mówiącego coraz ciszej człowieka i bez specjalnego żalu pociągnął za wajchę. Wystarczyła jedna chwila, by i on zawisł w bezruchu.

Folami przyjął to z ulgą. Nie mógł już słuchać jego gadania. Po kilku latach takiej pracy do widoku ludzi ze złamanym karkiem można przywyknąć i człowiek zaczyna w sumie tylko cieszyć się, że kogoś uciszył.

Dziwne uczucie.

Następna w kolejce jest jedyna dziewczyna w grupie. Wysoka, szczupła, z lekko zadartym nosem i długą blizną na policzku. Przez cały czas dwóch poprzednich egzekucji patrzyła tylko przed siebie, dopiero teraz zwróciła oczy na Folamiego. Od razu coś w niej polubił. Była, mimo okaleczenia i podartych łachmanów, naprawdę piękna, ale nie o to chodziło. Było w niej coś więcej. Może fakt, że nie patrzyła na niego ze strachem, nienawiścią, albo z fałszywą pogardą. Była spokojna, stała jak równy z równym. Wyprostowana, pewna, z suchą godnością. Wydawała się chcieć tylko odejść w pokoju, z godnością i zachowaną twarz. Dwójka jej przyjaciół właśnie umarła, ale ona wciąż trzymała podniesioną głowę.

-Więc to już? – przemówiła głośno, ale spokojnie.

Folami pokiwał głową i się uśmiechnął. Szanował ludzi, którzy potrafili szanować siebie. Którzy niezależnie od wszystkiego nie marnowali siły na wrzaski i wycie, gdy nie miały one sensu. Większość skazanych okazywała mu jedynie pogardę albo żałosną, spóźnioną rozpacz. A w tej dziewczynie nie było to ani jednego, ani drugiego. Ona nie marnowała na niego swojej wyniosłości ani nienawiści. Chciała tylko odejść w pokoju, z podniesioną głową. Szanował to, może nawet podziwiał.

Ale służba pozostawała służbą. Chwycił za dźwignię.

-Z wyroku Jaśnie Panującego nam Edwarda Rossier, króla Międzylądu i podległych mu krain, zostajesz skazana na śmierć za morderstwo, spiskowanie przeciw koronie, podpalenia, przekupstwo, szpiegostwo i sabotaż. Czy masz jakieś ostatnie słowa?

-Owszem. - powiedziała kobieta. - Chcę, żebyś przekazał moim bliskim ze stolicy wieść o tym, w jaki sposób zginęła ich córka. Każdemu.

-Oczywiście.

-Lista jest długa.

-Zapamiętam. Nie od dziś jestem na królewskim dworze.

-Proszę jednak, żebyś zapisał.

-Nie ma takiej potrzeby.

Dziewczyna pochyliła głowę, pomimo że pętla ledwo na to pozwalała, i spojrzała prosto w jego oczy. Źrenice zabłysnęły jej szkliście.

-Zapisz to. Proszę.

Folami aż się cofnął, słysząc te słowa. Nie ze strachu, bardziej dlatego, że było w niej coś desperackiego, ostatecznego, tak błagalnego, jak tylko błagać może kobieta stojąca na baczność i patrząca w dół w pełnej godności. Jedno, pojedyncze drżenie na końcu ostatniego słowa, które zabrzmiało bardziej błagalnie, niż u wielu brzmi żebranie na kolanach. Folami poczuł, jak zażenowana jest ta dziewczyna, wymawiając swoją ostatnią prośbę. Błagała go właśnie o pomoc, a przynajmniej była błagania bliżej, niż kiedykolwiek przez całe swoje życie.

Pod wpływem tego dziwnego impulsu wyjął z kieszeni kartkę i kawałek ołówka, by posłusznie zanotować każde jej słowo. Lista, w istocie, była długa. Dziewczyna mówiła przez cały czas dwóch minut i jeszcze o wiele dłużej, wymieniając razem pięć nazwisk, wraz z imionami, rodami i wiekiem wezwanych. Wiadomość za każdym razem była inna, więc musiała dyktować ją od nowa. Trwało to tak długo, ze zaczął zastanawiać się, czy i ona nie próbuje jedynie odwlec swojej śmierci. Czy jednak nie pomylił się, nie ocenił błędnie jeszcze jednej tchórzliwej rewolucjonistki.

-Starczy – powiedział wreszcie, gdy skończyła proklamować piątą wiadomość. - Nie możesz wymagać ode mnie więcej.

-Dobrze więc. - odpowiedziała z przerażającym chłodem w głosie. Chłodem, od którego z Folamiego w jednej chwili opuściły wszystkie podejrzenia. Co ja gadam, mruknął do siebie. Ona nie mogłaby odwlekać swojej egzekucji. Nie ona. Nie kobieta, która wciąż stała na baczność, wciąż mówiła chłodno i patrzyła twardo, mimo rąk spętanych za plecami, pętli zaciśniętej na szyi i całej nocy spędzonej w lochu, gdzie była bita i głodzona. Niemożliwe. Po prostu nie.

–Czyń swoją powinność. – dodała spokojnie.

Chwycił za wajchę, odchylił się odrobinę w lewo, by zebrać dość energii potrzebnej do tego ruchu. A potem jeszcze szybko, ostatni raz na nią spojrzał.

-Na pewno nie masz do powiedzenia nic więcej? – zapytał, chociaż było to kompletnie nie w jego stylu

-Nie. Zakończ to.

Folami uśmiechnął się po raz ostatni.

-Szkoda. Byłabyś wspaniała na salonach.

Dziewczyna nie zdąża odpowiedzieć. Chociaż i tak zresztą nie miała pewnie zamiaru. Szybki ruch ręki, otwarta zapadnia, suchy trzask pękającego karku. Jeden moment. Kilka sekund i wszystko.

Folami westchnął ciężko. Ciężko i absolutnie szczerze. Szkoda mu było tej dziewczyny. Znał ją zaledwie kilka minut, ale czuł, że była inna. Lepsza, niż ta zgraja otaczających ją huncwotów i zasługująca na coś lepszego, niż śmierć na stryczku za nic nie znaczące przewinienia. A była taka dumna. Taka honorowa. Miał wrażenie, że nawet w ostatniej chwili widział, jak odwraca się w stronę swoich towarzyszy i patrzy na nich przepraszająco. Tylko niby przepraszająco za co? Nie wiedział. Chociaż, może tylko mu się wydawało? Może idealizował kogoś, kogo przecież niemalże nie znał?

A przede wszystkim, jakie to miało teraz znaczenie? Zostały mu jeszcze trzy stryczki, a jego niedoszła bohaterka nic przecież do tego nie miała.

Westchnął tylko i podszedł do kolejnego skazańca. Nim był młody chłopak, około lat dziewiętnastu. Istne monstrum. Mierzył prawie dwa metry, miał biceps grubszy końskiego uda i nogi jak pni drzew. Ale nie miał zdecydowanie powagi ani dumy swojej poprzedniczki. Gdy tylko do niego podszedł, zaczął kopać, pluć, próbował gryźć i chciał uderzyć go związanymi z tyłu rękoma. Gdy to nie przyniosło skutku, zaczął wyklinać go na wszystkie sposoby.

Folami patrzył na to ze zmęczoną pogardą. Raz jeszcze powtórzył tylko swoją kwestię.

-Z wyroku Jaśnie Panującego nam Edwarda Rossier, króla Międzylądu i podległych mu krain, zostajesz skazany na śmierć za wielokrotne morderstwa, spiskowanie przeciw koronie, sabotaż i podpalenie. Czy masz jakieś ostatnie słowa?

-Pierdol się!!!!! Pierdol się chuju, skurwysynu, cwelu jebany! Wyrucham ciebie i całą twoją zgraję! Osobiście kurwa...

Folami tylko westchnął. Przez myśl przeszła mu przykra refleksja: czemu ona nie mogła przeżyć, a w jej miejsce nie można było postawić kolejnego gówniarza takiego jak on? Tacy zasługiwali na śmierć. Nie byli warci tego, by trzymać ich na publicznym widoku. Takich jak on zabijał bez skrupułów. Może nawet z pewną przyjemnością.

-Kurwa!!! Zajębę cię, twoją córkę, żonę, psa, dzieciaki! Zgwałcę ci...

Nie marnował nawet czasu, by tego słuchać. Chwycił tylko za wajchę i po raz kolejny powtórzył swoje jedyne zadanie. Jeden ruch, a zaraz jest spokój... Nie, nie jest. Dzieciak walczył dalej. Udało mu się dostać jakoś na skraj szubienicy i trzymał teraz stopy między jej krańcami, wykonujący przy tym iście cyrkowy szpagat. Słyszał już, że takie sytuacje się zdarzały, ale to był pierwszy raz, gdy tego wyczynu dokonał jego skazaniec. Byłby to przekomiczny widok, gdyby chłopak nie był wychudzony i pobity, nie miał liny okręconej wokół szyi i dłoni i nie wrzeszczał właśnie jakby opętał go diabeł.

-Jebany.... kurw... ja p...

Folami kopnął chłopaka w nogę. Raz, drugi, trzeci. Dopiero przy czwartym udało mu się zrzucić go w przepaść, gdzie wciąż jeszcze walczył i próbował wskoczyć z powrotem na szafot. Ten wybryk jeszcze przedłużył jego wyrok, nieumyślnie zmieniając metodę egzekucji z bezbolesnego przerwania karku na powolne uduszenie. Kat królewski czekał cierpliwie, aż skazany umrze, tak, jak nakazywał regulamin. Ale chłopak nie dawał się zabić. Wciąż jeszcze bujał się na linie, wyginał szyję niczym pelikan, próbował odbić się od podłoża i wrócić na szafot. Raz, a potem nawet drugi, prawie mu się to udało. Kilka razy dotknął nawet drewnianych desek, dzięki czemu łapał jeden szybki, desperacki oddech, po czym wracał w dół i znów miotał się dalej, coraz wolniej i słabiej.

Folami nie miał siły na to patrzeć. Ci którzy czekali na swoją kolej praz niektórzy obserwujący spod szafotu, zdawali się być pod wrażeniem siły chłopaka, ale on widział w tym jedynie kompletną błazenadę. Czy ten wieprz nie widział, że tylko odwlekał swój koniec? Że bujając się jak idiota, łapiąc ostatnie hausty powietrza, szarpiąc za gardło i tonąc we własnej ślinie niczego nie poprawiał, jedynie zadawał sobie jeszcze większy ból i pokazywał całemu światu kretyński, żenujący spektakl, którego nikt nie chciał oglądać? Folami nie widział w tym żadnego bohaterstwa. Widział tylko głupotę, zażenowanie i wyjątkowo groteskową kaźń.

Chłopak walczył niewyobrażalnie długo. Minęło chyba pięć minut, nim wreszcie odszedł. Zapewne trwałoby to jeszcze dłużej, gdyby nie fakt, że wstało wreszcie słońce i mógł zakończyć jego męczarnie, przyciskając go magicznie do ziemi. Dopiero wtedy niebiosa pozwoliły mu na wieczny odpoczynek. To, jak bardzo opierał się śmierci, było niemalże tak niezwykłe, jak żałosne.

To był już niemal koniec. Jeszcze tylko kilka chwil i będzie mógł wrócić do swojej siedziby, by tam odpocząć i napić się wina.

Przedostatnią ofiarą była chudą, szczupłą postacią, z suchymi, szarymi włosami. Folami dostrzegł, że to dziewczyna dopiero teraz, gdy podszedł blisko. Z odległości słabiutki zarys piersi pod szmatką, jaka została z jej ubrania był kompletnie niewidoczny, a długa i brzydka twarz nie przypominała ani kobiecej, ani męskiej. Pomyślał, że wygląda ona bardziej jak koń, niż jak człowiek z jakąkolwiek płcią.

- Z wyroku Jaśnie Panującego nam Edwarda Rossier, króla Międzylądu i podległych mu krain, zostajesz skazana na śmierć za gwałt, bałwochwalstwo, kradzież uzbrojenia, sabotaż i podszywanie się pod urzędników królewskich. Czy masz jakieś ostatnie słowa?

-Nie ma takiej potrzeby. - powiedziała, ale w jej głosie nie było dumy, jaką odznaczała się jego poprzednia ofiara. Ona brzmiała jak zepsuta lalka. Zniszczona zabawka, której i tak jest już wszystko jedno. - To już koniec.

-Dobrze więc. - Folami chwycił za wajchę.

-Czekaj! Mogę popatrzeć na słońce jeszcze przez chwilę? Proszę. Tylko moment.

Wzruszył ramionami.

-Oczywiście. Masz dwie minuty.

Wspólnie patrzyli na wschodzącą nad ich głowami pomarańczową tarczę. Była już widoczna w pełni, choć jeszcze nie oślepiała. Folami niemalże czuł już smak swojego wina.

-Dziękuję. - powiedziała po chwili kobieta. - Cieszę się, że raz jeszcze mogłam je zobaczyć.

Po tych słowach królewski kat pociągnął wreszcie za dźwignię. Gdy kolejne ciało upadło, w jego obowiązku pozostał już tylko jeden człowiek.

Podszedł do ostatniego skazanego. Jak zawsze, herszt bandy zostawał na koniec. Miał umrzeć jako ostatni, by móc patrzeć na kaźń każdego ze swoich ludzi. Tak nakazywał obyczaj. A Folami ich z reguły przestrzegał.

To był wysoki chłopak, zdecydowanie najstarszy z całej grupy. Dowódcy byli z reguły ubrani najlepiej, nawet jeśli przed powieszeniem zabiera się ludziom wszystko, co wartościowe. Wciąż mają jakieś ozdoby, proste sygnety, flagi. Z reguły są chociaż bardziej zadbani, albo lepiej odżywieni, bo inni skazańcy właśnie im zostawiają to kilka drobiazgów, które mogą jeszcze do czegoś posłużyć. Ten nie miał nawet tego. Był ubrany w kawałek szmaty, który nieudolnie zakrywał mu lędźwie, pod chudą skórą wyraźnie widać było każdą kość, a ręce i nogi zdawały się w jego życiu zdrapane do żywego mięsa przynajmniej kilkanaście razy. Stał pochylony, prawie zgięty i zapewne usiadłby, gdyby nie przywiązano go liną do górnej belki szubienicy. I uśmiechał się, prezentując całemu światu przeżarte próchnicą, żółtoszare zęby.

A mimo to, coś było w tym człowieku. Jakaś trudna do nazwania, cwaniacka, bezczelna pewność siebie. Stał na szafocie, ale w jego oczach wciąż był jakiegoś rodzaju triumf, chociaż bardziej pasujący do zdegenerowanego bogacza, który będąc na łożu śmierci wie, że pokonał wszystkich, z którymi mógł się kiedykolwiek mierzyć.

Folami otaksował go raz jeszcze wzrokiem. Nie mógł go znać, ale gdzieś w sobie wiedział, że gdyby ich losy potoczyły się inaczej, byłby gotów za nim podążyć. Nie wiedział, dlaczego. Tak po prostu było i on to czuł. Znał się na tym.

- Z wyroku jaśnie panującego nam Edwarda Rossier, króla Międzylądu i podległych mu krain, zostajesz skazany na śmierć za morderstwa, podpalanie własności, spiskowanie przeciw koronie, kradzieże, rozboje, morderstwa, podszywanie się pod królewskich urzędników, napaście na karawany, zastawianie pułapek na ludzi, celowe roznoszenie chorób, działalność sabotażową, szmuglowanie i sprzedaż kontrabandy, nielegalne wytwarzanie broni, rozsiewanie propagandy, przewodzenie grupom nielegalnie uzbrojonych ludzi i siedemnaście pomniejszych przewinień. Czy masz jakieś ostatnie słowa?

-Piękny dzień, czyż nie?

-Słucham?

-Mówię, że dzień jest piękny. To wspaniałe, widzieć słońce w pełnym blasku.

A więc tak chcesz odejść, pomyślał sobie. Dobrze, niech i tak będzie. Nie był to pierwszy, który na łożu śmierci decydował się udawać spokój.

-Ano piękne. - odparł obojętnie, przerzucając piasek w swojej małej klepsydrze. - I wschodzi coraz wyżej. Wkrótce zacznie się kolejny dzień.

-Myślisz, że to dobry dzień żeby umrzeć?

Folami westchnął w duchu.

-Nie opowiadaj bzdur. Na to nie ma czegoś takiego, jak dobry dzień.

-Naprawdę? A ty nie chciałbyś umrzeć w dzień taki jak ten? Gdy słońce jest wysoko, a ludzie patrzą z podziwem na twoje życiowe czyny?

Folemi zaśmiał się niewesoło. Z kompletnej grzeczności.

-Nie. Na pewno nie w ten.

-Szkoda. Wielka

Przez chwilę obaj milczeli. Chłopak patrzył przed siebie, jakby rażące coraz mocniej słońce miało zaraz zmienić całe jego życie. Bijący od niego spokój przeszkadzał jednak Folamiemu. Wydawał się zbyt naturalny, nie pasował do kogoś, kto naprawdę zaraz umrze.

-Myślisz, że to, co robicie, jest w porządku? - zapytał nagle chłopak.

-Znaczy?

-Nie macie praw do tronu. Twój pan rządzi nim nielegalnie.

-Prawo tworzy król, nie króla prawo. Nie ważne co ci wmówią, nigdy nie będzie inaczej. Zresztą, nasz władca jest o niebo lepszy, niż wasz. On dba o wszystkich po równo.

-Wyznawcy większości religii by się z tym nie zgodzili. Wszystkich, właściwie. Poza jedną.

-I właśnie dlatego mamy wojny. Mieliście swoją szansę polemiki i oto, co z wam z niej przyszło. To koniec. Tronu nikt nam już nie odbierze.

-Skąd ta pewność?

-Nie zadawaj głupich pytań. Myślisz, że wygracie tę wojnę?

-Oczywiście. A czemu nie?

-Folemi spojrzał na niego jak na wariata.

-Ja wiem? Może ma na to wpływ fakt, że zostało was może dwa tysiące, a my mamy tu ćwierć miliona żołnierzy? Albo to, że ukrywacie się w lasach i musicie żebrać o jedzenie od wioskowych, a my mamy twierdze, konie, maszyny wojenne... I rzecz jasna magów. Przede wszystkim magów. A bez nich nikt nigdy nie ma szans, by odnieść zwycięstwo.

-Też znamy magię.

-Nie rozśmieszaj mnie! Tych kilka prostych sztuczek, używanych przez waszych pachołków nazywasz magią? My mamy ludzi, którzy potrafią zablokować najpotężniejsze zaklęcia, wymordować całe wioski w kilka godzin, rzucać kule ognia, rozmawiać telepatycznie z ludźmi, którzy są na drugim końcu świata. A wy? Wasi ludzie ledwo potrafią przesuwać przedmioty i opuścić własne ciała. Wasza magia jest bezużyteczna i nie znajduje się nawet blisko do poziomu, jaki mamy my! Nie możecie nam dorównać, a chcecie konkurować!

-Cały czas się rozwijamy. Każdego dnia można wynaleźć coś nowego wiesz?

-Szkoda, że nie wynaleźliście nic, co uratowałoby tamtą piątkę. - zakpił Folami.

Cios był celny. Chłopak aż zacisnął usta i uciekł wzrokiem, nic nie odpowiadając. Folami miał z tego satysfakcję.

Gdy chłopak znów przemówił, mówił bardzo powoli i kompletnie zmienionym głosem.

-Masz rację. Wielka szkoda. Już chyba czas, prawda?

Folami spojrzał na ziarenka, lecące pomału w klepsydrze. Właściwie, to zostało ich jeszcze na jakieś 20 sekund, ale jeśli skazaniec życzył sobie odejść już teraz, to nie widział problemu. Wstał, a następnie obaj ustawili się na swoich miejscach. Chłodny spokój na twarzy chłopaka i oczy przewiercające go na wskroś wciąż go dobijały.

-Zanim to zrobisz, mam dla ciebie ostatnią radę. – odezwał się.

-Słucham.

-Nigdy nie lekceważ siły kogoś, kogo przyparto do muru.

Wiele grzeczności kosztowało go, by się teraz nie roześmiać.

-Jasne.

Pociągnął za wajchę. Czekał, aż otworzy się umieszczona w podłodze klapa, gdy nagle poczuł, jakby powietrze wokół niego zgęstniało. Coś szarpnęło nim od środka i przebiegło błyskawicą po jego karku. Mgła zakryła jego oczy. Czuł się, jakby rozpuszczał się cały świat, a on spadał. Chciał się szarpnąć, ale dłonie miał jak związane. Chciał krzyknąć, ale gardło miał jak ściśnięte imadłem. Cały świat rozmazał się nagle, po czym zniknął, jakby ktoś odciął go od niego piłą. W jednej chwili, nie czuł już nic.

 

Ostatnia wajcha została naciśnięta, a ostatnia lina poszła w dół. Mała grupa ludzi, zadowolonych z porannego spektaklu, zaczęła rozchodzić się każdy w swoją stronę, przyłączając się do budzącego się właśnie miasta. Nikt nie zauważył wtedy, że kat nagle stał się znacznie żywszy, że nie próbował już ukryć drżenia z zimna, ani że szedł niezwykle chwiejnie. Nikt nie spojrzał w jego oczy, w których był szczeniacki triumf, pasujący do zdegenerowanego bogacza, który będąc na łożu śmierci wie, że pokonał wszystkich, z którymi mógł się kiedykolwiek mierzyć.

Nikt nie zwrócił uwagi ani na to, ani na dziwny, agonalny wzrok człowieka, wbity bezsensownie w odchodzącą sylwetkę kata. Nikt nie zauważył, by cokolwiek się w nim wtedy odmieniło.

Tego dnia, nikt nie docenił potęgi ludzi, których przyparto do muru.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ritha pół roku temu
    Trzeszczące stopnie szubienicy - to by się nadalo na tytuł

    Albo:
    Pętla
    Kara śmierci
    Skazani
    Egzekucja


    Wsparcie techniczne:
    cuchnących obrzydlistwie żebraków - obrzydliwie*
    Kazali nazywać się „Okiem.” - kropka po cudzysłowie
    Po kreskach dialogowych zawsze spacje.
    -Starczy. – powiedział - bez kropki (i w paru takich miejscach też)

    Radziłabym podzielić tekst na połowę co najmniej. Choć jest to spójna calość, ale troche długie jednak, jak na opowijskie standardy (stąd mały ruch).

    Narracja przyjemna. Opowiadanie ciekawe, podobało mi się. Trochę błędów interpunkcyjnych, ale ogólnie nie jest źle.

    Pozdrawiam
  • Ritha pół roku temu
    Albo: Kat

    Kurde, serio dobre opko.
  • Ritha pół roku temu
    Właściwie, to zostało ich jeszcze na jakieś 20 sekund - zapisalabym liczbą

    Ok, tyle.
  • Abbadon pół roku temu
    Ogólnie dzięki za feedback. I jak najbardziej, zawsze piszę zbyt długo jak na standardy stron internetowych. To ogólnie dla mnie spory problem, że piszę dłużej, niż ktokolwiek chciałby czytać. Przynajmniej w internecie, gdzie gatunek wymaga, by pismo było krótkie. Z kolei dobry tytuł albo imię to już dla mnie totalna katorga. Ostatnią ze swoich creepypast, w tej chwili już na szczęście przemianowaną na "Ćmy" wcześniej zwałem "Pożegnanie z Ludzkością" co nie miało sensu za grosz. Ale chcę, żeby tytuł jakoś jasno łączył się z tym, co piszę, odnosił do całości. Może "Pętla i Kat"?
    I dzięki za porady techniczne, z chęcią ich użyję
  • Ritha pół roku temu
    Abbadon ok, rozumiem, ale nie musisz pisac krotszych, wystarczy ciachnac na cz. 1 i cz. 2, wrzucic w odstepie 2-3 dni, plus troszke sie udzielac (czytac innych to i inni zajrza) i bedzie szerszy odbior.
    Polaczenie petli i kata to taka oczywistosc. Osobisci to opko Skazani bym nazwala, lub Straceńcy albo no jakkolwiek byle nie tak jak jest tera ;p
    Pozdrawiam raz jeszcze :)
  • Ritha pół roku temu
    Łoooo, zmienione. Kurde, milo, zes z rady skorztstał :))
  • Ritha pół roku temu
    Tera jak zobaczyłam, to sobie cos uswiadomilam. Czytalam dopiero co fantastyczna kskazke o fantastycznym tytule Straceni i kurde, chyba podprogowo ten pomusl poszedl... ups ;)
    Tak czy siak, fajnie.
  • pkropka pół roku temu
    Podobało mi się. Trochę tylko wytrąciło mnie z czytania "Stanowiło ją pięciu młodych mężczyzn i jedna kobieta, złapanych dzień wcześniej w niedalekiej oberży, dzięki współpracy pracującego tam człowieka. Najstarsze z nich miało może dwadzieścia lat. Najmłodsze było na tyle małe, że omal nie musieli dostawić stołka, by dosięgło szyją do swojej pętli.". Pierwsze zdanie sugeruje dorosłe osoby, drugie jednak zmyliło mnie, jakby były w tej grupie dzieci.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania