W.O. Część czwarta. "Operacja Karnawał" I

Wilkinson obudził się nagle w ciemnościach. Czuł się dziwnie, jakby przez jakąś dłuższą chwilę go nie było, jakby nie istniał. Pomyślał, że może było tak, że faktycznie nie istniał, że nie był, nie czuł, był poza światem i przestrzenią. Teraz patrzył na świat nie swoimi oczami i było mu z tym cokolwiek dziwnie.

Hej? Odezwał się. Jego głos wybrzmiał pośród pustki i zorientował się, że właściwie nie usłyszał siebie, raczej... Wyobraził sobie swój głos. Usiłował coś powiedzieć, ale nie udało mu się. Mógł jedynie myśleć.

Dobre i to, pomyślał. Po chwili podjął próbę śpiewu.

*

Fergus otworzył oczy i zobaczył świat w sposób, w jaki nie widział go nigdy wcześniej. Kilkanaście miliardów kolorów, o których istnieniu nie wiedział jak dotąd, zaświeciły ostrzegawczą lampkę w jego głowie. Kilka kształtów, które rozpoznał wśród feerii barw, utwierdziło go w przekonaniu, że jest, co by tu dużo mówić, bardzo źle.

Usiłował zacząć krzyczeć. Bezskutecznie.

Kurwa mać, pomyślał.

*

Hank-Frankenstein porozumiewał się dyskretnie przez radio z technikami po drugiej stronie pałacu, którzy przeskakiwali tam i z powrotem, przekazując Kwiatuszkowi wszystkie, aktualizowane na bieżąco, informacje. Młody laborant pozostawiony sam na sam z akwarium z Hawkingiem czuł się nieswojo jak cholera, ale, jak donosili Hankowi pracownicy dziedziny, "trzyma się". Oby, myślał Hank. Oby.

On i Kenna przechadzali się po lobby, gdzie kręciła się, podobnie jak oni, sama śmietanka światowych elit. Powstrzymywał uczucie bycia nie na swoim miejscu, zgodnie z przyświecającą im teorią, że gdyby nie oni, to to wszystko chuj i Fergus mógłby... Lepiej było nie dopowiadać. Fergusa należało znaleźć i unieszkodliwić, i Kenna była tu po to, by mu pomóc. Obecnie zaś wpatrywała się w tęgiego jegomościa w białym mundurze ze złotymi epoletami i szarfą, który usiłował nie dać po sobie poznać, że ją rozpoznaje. Ona zaś wydawała z siebie ciche rzężenie, które Hank - znający wszak siostrę nie od dziś - rozpoznawał jako apogeum ekscytacji.

- Nie gap się, Ken. - skarcił ją po cichu żałując, że nie naciskał na to, by się przebrała. W swoim zwykłym, codziennym stroju, była rozpoznawalna jak plama krwi na białym prześcieradle. Albo jak tona cytryn w czarnym mini-morrisie. Rzucił okiem dookoła. Jego siostra budziła spore zainteresowanie wśród okolicznych gości, którzy, wciąż w strojach wieczorowych, kręcili się tu i tam.

- Jak mam się nie gapić, jak ten... - Kenna wskazała palcem grubasa. - ...wisi mi przysługę za skrzynię... Nie musisz wiedzieć. Tamten czarny w muszce, z tą blondyną pod pachą... Ona wisi mi sto dwadzieścia ty... - urwała, szturchnięta łokciem przez potwora Frankensteina, który zdołał jakoś wepchnąć łokieć w jej ściśniętą gorsetem talię. Syknęła.

- Ken, nie mów mi nic, czego nie będą w stanie ze mnie potem wyekstrahować, jakby się okazało, że zawie... - teraz on urwał i syknął, bo ona nadepnęła go energicznie. Gdyby nie jego ciężkie, kawaleryjskie buty, które dosztukował mu jeden technik z drugowojennego pobojowiska, miałby stopę przyszpiloną do parkietu. - Kurwa! - syknął. - Opanuj się!

Kenna przymrużyła powieki. - Idź po szampana, a ja sprawdzę tych, których nie jestem pewna stąd - powiedziała i ruszyła między gości. Hank obejrzał się, nagle skołowany przejęciem przez nią inicjatywy. Skarcił się w duchu. Powinien był się tego spodziewać.

*

Oxley i Tussenvoegsel wzbudzali sensację wśród dzieciaków i dorosłych, którzy komentowali głośno realizm strojów i rekwizytów (Holender bowiem nie dał się rozbroić z wielkiego rapieru) i każdy chciał porozmawiać z Oxleyem, którego traktowano jak ekscentrycznego króla jakiejś zapadłej dziury na południu. Tussenvoegsel, postrach mórz i oceanów, strzygł brwiami, ilekroć ktoś przełamywał barierę metra od Oxleya lub niego samego i zagadywał go o jakieś nic nie znaczące dla niego pierdoły dotyczące powodu ich bytności na balu.

- Stood, proponuję, żebyś trochę się zrelaksował. Pamiętaj, po co tu jesteśmy. Potem wracamy od razu do siebie, wsiadamy na okręt i walimy z armaty. - Poklepywał olbrzyma przyjaźnie Oxley. Tussenvoegsel mamrotał przekleństwa niczym betoniarka pełna żwiru i cegieł, skutecznie odstraszając co bardziej bojaźliwych gości. W żadnym wypadku jednak nie udało mu się odkleić od siebie jednej kobiety w sukni wieczorowej, która złapała się jego ramienia i sięgała co i rusz ręką ku jego brodzie, co napawało go irytacją, zazwyczaj zarezerwowaną dla nachalnych owadów. Oxley uśmiechał się i od czasu do czasu rzucał zabawne komentarze, rozładowując wzbierający w niedźwiedziowatym mężczyźnie gniew. Kobieta patrzyła bowiem na holenderskiego kapitana w sposób, który ów, gdyby tylko raczył odwzajemnić spojrzenie, mógł rozpoznać jako ponadczasowe Nadziej Mnie Na Rożen. Ale nie odwzajemniał, z sobie tylko znanych powodów.

Stali w jednym miejscu, zaglądali gościom w oczy i wymieniali uwagi.

- Ten - mówił przy podejrzanym osobniku Oxley. Holender odpowiadał mruknięciami na tak, na nie i na powstrzymywanie dobierającej się do niego blondynki o kręconych włosach, która najwyraźniej za punkt honoru postawiła sobie, no, bycie pieczenią.

Gdy zgadzali się co do kogoś, Oxley dyskretnie zwracał się przez opaskę do grupy Krabschnittza, dając mu szczegółowy opis delikwenta. Krab zaś stał naprzeciwko, lekko na ukos od nich w rogu sali i czekał, aż inni tez się przebiorą. Dookoła niego bawiło się kilkanaścioro dzieci, ale Niemiec pilnował wzrokiem Sheery i Parker. Pod kombinezonem miał kilka sztuk broni gotowej do użycia, w razie jakby co, o czym wiedzieli tylko ci, którzy wiedzieć musieli. Krab trochę się w tym wszystkim pocił, ale stał dzielnie i pilnował perymetru, odwracając sobie zadaniem uwagę od świadomości i szoku kulturowego.

Jego "eskorta" szła sprawdzać organoleptycznie, czy dana osoba może być poszukiwanym. Sheera pełna bromu i czegokolwiek jeszcze co zaaplikowała jej siostra Hanka, zachowywała się nad wyraz poprawnie; tylko jeden starszy mężczyzna, gdy niemalże wepchnęła mu piersi pod nos, zachłysnął się ginem i kelner musiał poklepać go po plecach. Koło nich też kręcili się różni mężczyźni, ale Parker co jakiś czas całowała Sheerę w taki sposób, że panowie - choć wciąż obserwowali każdy ich ruch - zachowywali jednak należyty dystans.

Mniej więcej po godzinie od rozpoczęcia operacji, Lady Warfare zaszczyciła Hanka i Kennę swoim towarzystwem.

*

W idealnie skrojonej, odpowiednio wiele odsłaniającej i pozostawiającej wyobraźni drugie tyle sukni, na horrendalnie, zauważył McHenry, wysokich obcasach, podeszła do nich zgrabnie Lady Warfare. W jej uszach skrzyły się fasetowane zielone perydoty, za które spokojnie można by było wysłać na studia medyczne większość dzieciaków z Gabonu. Przy niej szedł z kieliszkami szampana mężczyzna we fraku, wyglądający na sycylijskiego bandziora, a który najprawdopodobniej był wysłannikiem Cosa Nostry. Albo killerem. Albo kochankiem. Lepiej nie pytać.

McKenna ścisnęła mocno ramię Hanka. Ów ściszonym głosem powiedział tylko:

- Aau! Co znowu?! - spytał, odwracając się i nieomal odbił się od majestatu, który roztaczała swoją osobą Lady. - Co znowu? - nie tracąc zimnej krwi powtórzył głosem potwora.

Lady Warfare wyciągnęła rękę do McKenny, nie spuszczając z niej wzroku. Obserwowana przygarbiła się lekko i zachwiała, wspierając się na moment całkowicie na Hanku.

- Witam. - powiedziała i przedstawiła się. - Amy Warfare. Miło mi panią poznać, panno...? - powiedziała głosem, który, gdyby był ostrzem, byłby ponadczasowo ostrym, ceremonialnym, obsydianowym ostrzem do wycinania serc. Kenna uścisnęła dłoń silnym, zdecydowanym ruchem.

- Applegarth - powiedziała i zaśmiała się, zmieniając lekko głos. - No chyba widać, prawda? A pani świetnie wygląda, prawie nie do odróżnienia! - Gdy tamta skinęła głową, od razu zapiszczała z ekscytacją, jak mała dziewczynka w sklepie z lodami i zaklaskała. - Jestem wielką fanką lady. Świetny kostium, uzgadniała pani z nią wcześniej, że się za nią przebierze? - Szturchnęła Hankensteina, który pod maską i makijażem odliczał chwile do własnej egzekucji. - Ciekawe, za kogo Lady się przebrała! - zawołała głosem lekko wciętej gospodyni domowej. - Frank, jak myślisz? Frank?

Lady Warfare prześliznęła się wzrokiem po Hanku, któremu zrobiło się tak lodowato, że aż ciepło, a potem popatrzyła na McKennę i jej twarz przybrała zakłopotany wyraz osoby, która zrobiła awanturę nie tym ludziom, co trzeba.

- Ach, to czyli to... - Wskazała niedbałym gestem na jej włosy i ubiór - ...pani przebranie, tak? A, to przepraszam. Bardzo przekonywające. - Odwróciła się w stronę Sycylijczyka, który rozluźnił się nieco. - Już się bałam, że stoi przede mną prawdziwa McKenna Applegarth i musiałabym panią kazać obezwładnić i zamknąć w tymczasowym areszcie. - Wyciągnęła palec w stronę Kenny. - Śśś... Wietne przebranie. Nabrała mnie pani.

Odwróciła głowę i poszła, a Sycylijczyk ze szklankami za nią. Rodzeństwo odczekało kilka sekund, po czym podeszli do tacy z szampanem i nie umówiwszy się wcześniej, każde wychyliło po dwa kieliszki duszkiem. Kenna poprawiła szklanką szkockiej.

- Ja pierdolę, ale było blisko - powiedziała Kenna i czknęła. Oboje odetchnęli z ulgą. Przez chwilę kontemplowali to, co przed chwilą ich spotkało.

- Czekamy, aż się wszyscy przebiorą i lecimy dalej szukać. - zarządził Hank.

- No - powiedziała McKenna, po czym niespiesznie poczęli sunąć wśród gości, by Kenna mogła przyjrzeć się ich aurom. - Jakieś wieści od ryby?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ritha pół roku temu
    Mamy i Wilkinsona! I Fergusa ofkors. Pomimo całej sympatii dla Tusa, Oxleya i Kraba, no i Sheery oczywiście, to jednak Ferguso-Wilkinson jest najciekawiej skonstruowaną postacią, to mu trzeba przyznać.

    "W swoim zwykłym, codziennym stroju, była rozpoznawalna jak plama krwi na białym prześcieradle. Albo jak tona cytryn w czarnym mini-morrisie" - wszelkie niestandardowe porównania lubię

    "Oxley i Tussenvoegsel wzbudzali sensację wśród dzieciaków i dorosłych, którzy komentowali głośno realizm strojów i rekwizytów (Holender bowiem nie dał się rozbroić z wielkiego rapieru) i każdy chciał porozmawiać z Oxleyem, którego traktowano jak ekscentrycznego króla jakiejś zapadłej dziury na południu. Tussenvoegsel, postrach mórz i oceanów, strzygł brwiami, ilekroć ktoś przełamywał barierę metra od Oxleya lub niego samego i zagadywał go o jakieś nic nie znaczące dla niego pierdoły dotyczące powodu ich bytności na balu" - dbałość o odpowiednie tworzenie bohaterów w tym opku po raz kolejny

    "Tussenvoegsel mamrotał przekleństwa niczym betoniarka pełna żwiru i cegieł" :D

    "W żadnym wypadku jednak nie udało mu się odkleić od siebie jednej kobiety w sukni wieczorowej, która złapała się jego ramienia i sięgała co i rusz ręką ku jego brodzie, co napawało go irytacją, zazwyczaj zarezerwowaną dla nachalnych owadów. Oxley uśmiechał się i od czasu do czasu rzucał zabawne komentarze, rozładowując wzbierający w niedźwiedziowatym mężczyźnie gniew. Kobieta patrzyła bowiem na holenderskiego kapitana w sposób, który ów, gdyby tylko raczył odwzajemnić spojrzenie, mógł rozpoznać jako ponadczasowe Nadziej Mnie Na Rożen. Ale nie odwzajemniał, z sobie tylko znanych powodów" :D

    Jest i Lady Warfare! Jeśli będę kiedyś czyjąś szefową, to właśnie taką :D

    "Przy niej szedł z kieliszkami szampana mężczyzna we fraku, wyglądający na sycylijskiego bandziora, a który najprawdopodobniej był wysłannikiem Cosa Nostry. Albo killerem. Albo kochankiem. Lepiej nie pytać" <3 <3 <3
    Myślę, że ta włoska postać nadaję się do rozwinięcia :D

    "powiedziała głosem, który, gdyby był ostrzem, byłby ponadczasowo ostrym, ceremonialnym, obsydianowym ostrzem do wycinania serc" - widzi mi się
    "Jestem wielką fanką lady. Świetny kostium, uzgadniała pani z nią wcześniej, że się za nią przebierze? (...) Lady Warfare prześliznęła się wzrokiem po Hanku, któremu zrobiło się tak lodowato, że aż ciepło, a potem popatrzyła na McKennę i jej twarz przybrała zakłopotany wyraz osoby, która zrobiła awanturę nie tym ludziom, co trzeba" - i cała ta sytuacja spoczi fest

    "- Nie gap się, Ken. - skarcił" - kropcia wypad ;)
    "- Witam. - powiedziała" - tu też
    "lecimy dalej szukać. - zarządził Hank" - tu nie wiem, albo bez kropki, albo z dużej
    "Kenna przymrużyła powieki. - Idź po szampana" - nie wiem, czy kwestia dialogowa nie powinna być "enter niżej"

    Kolejne zasłużone pięć gwiazd :)
  • Okropny pół roku temu
    to ma zdecydowanie za mało widzów.
  • Ritha pół roku temu
    Norma przy seriach, większość woli pie*dolić o niczym, niż pochylić się nad czyjąś pracą
  • Canulas 4 miesiące temu
    "Kobieta patrzyła bowiem na holenderskiego kapitana w sposób, który ów, gdyby tylko raczył odwzajemnić spojrzenie, mógł rozpoznać jako ponadczasowe Nadziej Mnie Na Rożen. Ale nie odwzajemniał, z sobie tylko znanych powodów." - dobreee.

    "W jej uszach skrzyły się fasetowane zielone perydoty, za które spokojnie można by było wysłać na studia medyczne większość dzieciaków z Gabonu." - i tu dobre. Dobra cześć. Jedna z lepszych.

    "Rodzeństwo odczekało kilka sekund, po czym podeszli do tacy z szampanem i nie umówiwszy się wcześniej" - jak doczekało, to podeszło.

    Dobra cześć.
    Do końca tygodnia powinno pójść.
  • Okropny 4 miesiące temu
    Cieszę się, że coś Ci się podoba ;)
  • Canulas 4 miesiące temu
    Cham
  • Okropny 4 miesiące temu
    Prostak
  • Okropny 4 miesiące temu
    Ty to jednak prostak jesteś, Nikuś... Ale serce masz dobre.
  • Canulas 4 miesiące temu
    Kariera N.D?
  • Okropny 4 miesiące temu
    Yup

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania