Wtorkowe starocie z Canulardo (01) — Tnij!

(We wtorkowych starociach z Canulardo, niejaki ja (z dumą, wstydem oraz beztroską formą umysłowej nieporadności) przedstawiam szlachetnym juzerom płci wszelakiej odgrzewane i często ciężkostrawne kotlecicha ze stajni El Canulardo. Teksty leciwe, tudzież leciwe mniej. Niekiedy radośnie naiwne, kiedy indziej wręcz katastrofalnie infantylne.

Całość ma na celu zobrazować drogę niejakiego mnie od zera do... powiedzmy do zera plus. No i też trochę nie mam siły tłuc nowych, więc zapycham portal duperelami.

Bon appetit).

 

Tnij!

Wsłuchuję się w swój nienaturalnie szybki oddech i wiem, że muszę to opowiedzieć, dopóki jeszcze mogę, choć trudno jest utrzymać koncentrację, kiedy te wszystkie diody tak świecą i pikają. Gdyby tego jednak nie robiły, raczej nie mielibyśmy szansy na rozmowę. Siądźcie bliżej. Lubię widzieć twarze tych, z którymi rozmawiam.

Widzicie ten zegar na ścianie? Ja go nie widzę, ale wiem, że tam jest. Bezustannie odmierza te swoje małe bum-bum, jak nic innego przypominając mi o pośpiechu.

Zatem, do rzeczy.

Udało mi się zmylić pannę Dowson i nie połknąć tych małych kolorowych ogłupiaczy, które być może studzą ból, ale i wyginają przy tym ściany.

Nazywam się Hubert Hampbart i jestem byłym żołnierzem, byłym sportowcem i w ogóle czymkolwiek byłym. Na żołądku rośnie mi coś wielkości kuli do kręgli, a w moją pompkę wmontowana jest mechanika. W całym swoim długim życiu tak naprawdę kochałem tylko jedną osobę, co być może nie stawia mnie wśród dziesiątki najbardziej czułych ludzi. Darzyłem ją jednak uczuciem szczerym i głębokim. Nazywała się Alice McMannon. Po mężu, który, gdyby mnie o to spytać, trafiłby z przyczyną swej śmierci do pierwszej dwudziestki najgłupszych oraz najbardziej śmiesznych.

Pamiętam ją ubraną w czarny drelichowy sweter i spodnie koloru khaki z nogawkami wciągniętymi w wojskowe buty. Nie mogę zapomnieć jej niebieskich, wielkich z niedowierzania oczu, kiedy spadała i włosów targanych przez wiatr. Pamiętam jaka była. Otwarta i buntownicza. Nigdy nie nazywała mnie tato, tylko Gramman. Nie zdążyłem dowiedzieć się dlaczego.

Żyła dwadzieścia trzy lata.

 

Kończył się sierpień, kiedy toczyliśmy ze sobą kolejny, głośno niewyrażony bój. Jej kombi zaparkowane czterdzieści metrów niżej, odbijało słoneczne promienie.

Tylko my i ptaki.

Do szczytu miałem jakieś osiem metrów. Mniej więcej cztery mniej niż moja córka. Będąc w dobrej kondycji, a do tego świeżo po rozwodzie, czułem się niczym Bóg. Spojrzałem w dół, gdzie Alice desperacko wymachiwała stopą w poszukiwaniu jakiegoś zagłębienia. Skalny pył opadał jej na twarz.

— Potrzebujesz pomocy? — zapytałem.

Nie skwitowała tego, choć widziałem, jak zagryzła w złości wargi, coraz bardziej miotając się na linie. W końcu, będąc niemal w postaci poprzecznego szpagatu, osiągnęła sukces. Obdarzyła mnie pełnym tryumfu wzrokiem i już miała dołożyć jedną z „tych swoich” sarkastycznych uwag, kiedy jej prawa ręka wyrwała kawałek skałki. Zamarłem. Zjechała może trzy metry, rysując czołem i prawym bokiem po skale. Tumany kurzu przesłoniły wszystko.

— Alice!

Na początku nie usłyszałem nic, niemal mdlejąc ze strachu. Na szczecie kurz opadł i zobaczyłem jak, wisząc na linie, unosi prawą rękę z wyprostowanym ku górze kciukiem.

— Nic ci nie jest Alice? Poczekaj. Już do ciebie schodzę.

— W porządku, Gramman — odparła. — Wespnij się tylko na górę i mnie podciągnij. Chyba połamałam palce.

Niewiele pamiętam z tych chwil. Pokonywałem skałę z zawrotną prędkością, w duchu upominając się jedynie o rozwagę. Po mniej więcej minucie byłem pod szczytem, zaskoczony łatwością, z jaką przyszło mi tu dotrzeć oraz naładowany cholerną adrenaliną.

Tylko, co dalej?

Trzeźwiałem ze zgrozą, widząc przed sobą dwa metry niemożliwie wyprofilowanej ściany. Przyjrzałem się jej. Wpierw pospiesznie, by za chwilę przeczesywać wzrokiem centymetr po centymetrze.

Nic.

Gdzieś poniżej moja córka, wisząca jak połać mięsa w rzeźni oglądała z bliska swoją dłoń. Popatrzyłem jeszcze raz ku górze, następnie bardziej po kierunkach. Nieco nade mną, po prawej, dostrzegłem niewielki otwór. Rozmiarem sugerował, że będzie doskonałym oparciem dla stopy. Po wyregulowaniu oddechu ruszyłem w jego kierunku.

Gdy byłem blisko, uprzedził mnie ptak, nieźle strasząc tym wtargnięciem, jakby nie było do swego własnego domu.

Mrużąc oczy przed słońcem pokonałem ostatni metr i kiedy tak trzymałem ręką brzeg jamy, zastanawiając się nad oparciem dla stóp, poczułem, jak coś chwyta mnie za przegub. Od wieków ukryta we mnie logiczna bestia zaszczebiotała. Gniazdo. Wsadziłeś łapę do gniazda. Udziobał cię ptak, stary durniu.

Uścisk, jeżeli kiedykolwiek był, minął i podciągnąłem się wyżej. Otwór wyglądał na większy, niż początkowo sądziłem. Prowadził gdzieś wewnątrz góry. Wszędzie walały się pióra i resztki skorup. Jednak nie to wywołało we mnie lęk.

Z tego miejsca czuć było pierwotność. Miało się wrażenie, jakby ta nisza była częścią dużo większej sali. Pióra, które do tej pory postrzegałem jako nierówno porozrzucane, zdawały się tworzyć pewną niezrozumiałą dla mnie symbolikę. Przywieszone niczym firany broniły tajemnic mroku. Czuć było rozkładającym się w słońcu mięsem i przegniłymi jajami. Pomiędzy skalną ziemią w kształcie (być może nieprzypadkowych) wzorów zatopione były kolorowe szkiełka.

Przyłożyłem twarz, jak najbliżej się dało, rozświetlając mrok srebrzystą Zippo. Wewnątrz (wcale nie byłem pewien czy ptak) coś się spłoszyło.

Zastygłem z lodowym ukłuciem w piersiach i wtedy stało się coś, co spowodowało, że niemal wybuchło mi serce.

— Hej! — usłyszałem poirytowany głos z dołu.

Gwałtownie zesztywniałem, uderzając głową o skały (zapewne przypadkowo przypominające maleńkie ząbki).

— Nie chcę przerywać tej pieprzonej ornitologicznej pasji, ale ktoś tu ma spuchniętą rękę, Gramman. — Ostatnie słowo wypluła z prawdziwą złością.

— Już idę skarbie. Przepraszam.

Podniosłem głowę, gotów odnaleźć leżącą gdzieś zapalniczkę i nie zawracając sobie głowy bzdetami, wspiąć się w końcu. Dostrzegłem ją, gdy tylko oczy przyzwyczaiły się na powrót do ciemności. Sięgnąłem i niemal natychmiast poczułem lodowaty uchwyt na przedramieniu. Coś, boleśnie szarpiąc mi nadgarstek, pociągnęło tak silnie, że uderzyłem barkiem o skały, rozrywając kurtkę.

Wszystko stało się zbyt szybko, bym mógł stwierdzić czy wierzę, czy nie wierzę w to, co widzę. Po prostu patrzyłem tępym wzrokiem, zapominając zupełnie o oddychaniu. Już nawet nie chodziło o przerażenie. To była irytacja wywołana niemożnością wytłumaczenia sobie tego, co się ogląda. Stanąłem w obliczu faktów, których nie mogłem zignorować, ale nie łatwo było w nie uwierzyć.

Twarz znajdująca się we wnęce była pociągła, na wzór końskiego pyska. Skóra zaś koloru bardzo szarego mydła. Groteski dopełniały ogromne, w szaleńczy sposób rozbiegane, puste oczy, które zdawały się rozszarpywać duszę. Na środku wysokiego czoła dwa baranie rogi dodawały nierealności istocie.

Nagle to coś wzmocniło uścisk, zalewając mój umysł falą obrazów.

Odpłynąłem.

 

Ujrzałem wielki atomowy grzyb, tysiące żołnierzy i miliony przelatujących kul. Przed moimi oczami stanęły krematoryjne piece, zbiorowe groby i egzekucje.

Nagle stałem się świadkiem wszystkich okropności, bez względu na czas oraz miejsce. Czułem strach uwięzionych w płonącym wieżowcu ludzi, jak i żarliwe modlitwy tych spadających wraz z samolotem.

Patrzyłem na zgromadzony z nieludzką wściekłością tłum, kiedy kat podpinał pode mnie gąbkę elektrycznego krzesła, jak i oczami ofiar błagających mnie wcześniej o litość.

Stałem się niemym obserwatorem krwawej rewolty oraz uczestnikiem jakiejś ogromnej morskiej bitwy.

Topory. Szpady. Pętle na szyjach i strach.

Śmierć za wyznanie. Za kolor skóry, inność albo, po prostu, z przypadku. Śmierć, by zaspokoić czyjeś fantazje i ambicje.

Śmierć. Wszędzie śmierć. Tortury, mord oraz ogień.

Rozszarpywane zwierzęta. Monstrualne trąby powietrzne, niszczące wszystko. Deszcze zalewające wioski. Ogień wypalający wielkie lasy.

Tłumy ludzi. Głód. Zamachy. Wszystko to stało się mym emocjonalnym udziałem.

W końcu krzyż i rosły legionista wbijający włócznię w wiszącą na nim postać. Olbrzymie bestie i wielka ognista kula, uderzająca w świat. Jedna, druga, trzecia…

Pył. Oddalenie jakby z wielkiej perspektywy. I biel. Wszędzie biel.

Nagle znów tutaj byłem. Wszystko minęło.

Koński potwór rozluźnił uścisk, uwalniając mą dłoń. Patrzyłem przed siebie, będąc daleko poza ogólnie przyjętymi zasadami normalności. Zapach siarki przytłaczał.

Wyciągnąłem krwawiącą rękę z jaskini, nie dziwiąc się, że to, co w niej trzymam, nie jest zapalniczką, a starym myśliwskim nożem.

— Tnij! — dobiegł mnie charkotliwy głos istoty z wnętrza góry. — Tnij do końca!

Spojrzałem niemrawo w dół, gdzie niemogąca doczekać się pomocy Alice, próbowała poluzować i opuścić linę. Sądzę, że na jakimś elementarnym poziomie wyczuła skraplające się zło, ponieważ nagle zastygła, unosząc głowę do góry.

Odwzajemniłem spojrzenie, patrząc, jak wymachuje przecząco swą śliczną główką.

Potem odciąłem linę.

 

Schwytali mnie dwa lata później w jakiejś piwnicy na przedmieściach Baldock. Dokładnie kilka chwil po tym, jak rozpuściłem w kwasie twarz swej dziewiętnastej ofiary. Prostytutki o azjatyckiej aparycji.

Wpadli przez okna i drzwi, jakby odbijali jakiś cholerny samolot. W maskach na twarzach i z toną żelastwa w rękach, gotowi wszystko rozwalić. Na moment zastygli, widząc, jak udekorowałem to miejsce i dając mi swym wahaniem czas na ucieczkę.

Nie skorzystałem.

— Wszyscy jesteśmy zgubieni — wycedziłem poprzez potoki śliny — ale nie martwcie się. Górski diabeł wyjaśnił, jak naprawić ten świat.

To były ostatnie słowa, jakie miałem wypowiedzieć przez następnych siedem lat.

Zaczął się cały cyrk z prasą, zdjęciami i mnóstwem szumu. Jakiś liczący chyba na rozgłos pisarzyna miał spore zastrzeżenia do policji za tak długi okres mej działalności. Właśnie mnie przewożono, gdy w radiu usłyszałem wypowiedź policyjnego rzecznika:

"Seryjni mordercy często działają według ściśle określonego wzorca. Niezmiernie rzadko się zdarza, by głównym i zarazem jedynym motywem zbrodni, była sama zbrodnia. Bez zawoalowanych podtekstów związanych z dzieciństwem, seksualnością czy poczuciem inności. To właśnie niejasność motywów mordercy oraz jego nieprzewidywalność i doskonały kamuflaż, przysporzyły nam aż tyle trudu”.

Pewna kobieta spytała, czy niebywałe szczęście mordercy to przypadek. I czy policja uważa, że na pewno działał on sam?

Na to już nie usłyszałem odpowiedzi.

 

Po siedmiu katatonicznych latach, podczas których, mimo wszystko, zachowałem wewnętrzną świadomość, zacząłem wracać do siebie. Jak na ironię do mej ukrytej jaźni zdołał przebić się jedynie ból.

— Złośliwy nowotwór żołądka — zawyrokował z satysfakcją młody lekarz.

Przeniesiono mnie na inną salę, a potem na jeszcze inną. Ta jest lepsza. Jeżeli ułożę głowę dostatecznie wysoko, dostrzegam tarczę księżyca. Uwielbiam, kiedy jest jasny i mięsisty. Tak jak dziś.

W ogóle mamy wieczór pełen magii. Zanim opowiedziałem wam to wszystko, wysoka, czarna kobieta przyniosła leki, a wtedy mój przyjaciel, górski diabeł, skoczył jej na twarz. Tak, drodzy słuchacze. Zapach, który czujecie, to woń leżącego pod moim łóżkiem ciała.

Właśnie wyplątuję się z pasów, słysząc śmiechy pielęgniarek i dźwięki jakiegoś durnego serialu z dyżurki. W tym czasie mój kompan rozdziera gardło starego Doninssona, byśmy mogli zapolować dziś razem. Zresztą, to nie jest nowość. Prawie zawsze polowaliśmy we dwóch. Jestem już na nogach, rozpinam pidżamę i wkładam ciepłe kapcie. Czuję się wybornie. Bardzo, bardzo młodo.

W uszach dzwoni mi jedno, jedyne zdanie:

Tnij! Tnij! Tnij!

Tnij do końca!

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ritha 10 miesięcy temu
    O jacie. Chyba rano xD
  • Canulas 10 miesięcy temu
    taaa, chyba tak. Dozipałem wtorku. Idę spać.
  • KarolaKorman 10 miesięcy temu
    A ja przeczytałam na dobranoc i nie wiem, czy nie będę się bać iść spać. Może coś siedzi pod moim łóżkiem? A może stoi nieruchomo w zacienionym kącie? :)
    Zaświeciłam gwiazdy do tego mięsistego księżyca, pozdrawiam :)
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Dzięki Karola. Tutaj cudów nie będzie. Prędzej radosna naiwność.
    Pozdroxix
  • Maurycy Lesniewski 10 miesięcy temu
    No Canie jeśli to są Twoje początki no to skakałeś z niezłego pułapu. Podoba mi sie najbardziej:
    „Z tego miejsca czuć było pierwotność. Miało się wrażenie, jakby ta nisza była częścią dużo większej sali. Pióra, które do tej pory postrzegałem jako nierówno porozrzucane, zdawały się tworzyć pewną niezrozumiałą dla mnie symbolikę. Przywieszone niczym firany broniły tajemnic mroku. „
    Naprawdę ok, jako całość.
    (Z telefonu gwiazdki pózniej „
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Noo proszę. Jeszcze kilka pozytywnych komentarzy i stwierdzę, że jednak zaszedł regres ;)
    Dzięki Uryc.
  • Anonim 10 miesięcy temu
    Chyba jeszcze nie wstałam, bo dobre kilka minut zastanawiałam się co to są te "wtorkowe starocie z Canulardo" i dlaczego tak zaczyna się opowieść :D Do tego robię się sentymentalna - szkoda mi Alice.

    Czytało się szybko i przyjemnie. Bardzo obrazowy opis bitwy/śmierci. Spodobało mi się to: "Śmierć za wyznanie. Za kolor skóry, inność albo, po prostu, z przypadku. Śmierć, by zaspokoić czyjeś fantazje i ambicje." Niby takie oczywiste stwierdzenia, ale potęgują napięcie. Sprawiają, że czytelnik oczami wyobraźni widzi krwawą jatkę, napędzaną własną przyjemnością.

    Tytuł fajnie współgra z treścią. To "tnij" to takie sedno historii. Od tych słów akcja nabiera tempa i robi się ciekawie. Jest i mrocznie, i trochę dziwnie, i okrutnie.

    Trochę żałuję, że zrobiłeś z tego stwora kompana do wspólnego polowania, ale to już takie moje widzimisię.

    Na błędach się nie skupiałam, a może nie ma ich wcale? No dobra, dwa razy przemknęło mi jakieś dziwne porównanie, ale to raczej nie wpływa na jakość tekstu.

    Komentarz średnio merytoryczny, ale od tego są tu chyba inni :D Ja piszę o odczuciach. Super początki. 5.
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Eh, daaawno stresznie. Stąd adnotacja, mająca być niejako alibi. Raczej pod trzy gwiazdki tekst.
    Dzienks for wizyt.
    Pozdroxix
  • Anonim 10 miesięcy temu
    To jak to jest pod trzy, to lepiej żeby "moje początki" nie ujrzały światła dziennego :D Pzdr
  • Canulas 10 miesięcy temu
    winterly, oj tam. Trza mieć dystans. Grunt to dzisiaj. (ewentualnie - jutro)
  • Okropny 10 miesięcy temu
    Całkiem to przaśne, lubię taką narrację. Trochę w noir uderzasz, a to absolutnie świetne nuty do przygrywki.

    *(przaśne = spoko)
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Znam znaczenie słowa "przaśne". Z tekstu (przynajmniej dla mnie) przebija takie zaangażowanie powleczone naiwnością. :)
    Eh, aż się przyszłych worków boję, ale... kij tam.
  • Okropny 10 miesięcy temu
    Canulas znaczenie słowa przaśne zależy, jak wydra, od kontekstu, ludzki złomie.
    Naiwność też jest spoko.

    Boisz się przyszłych worków... To jakiś szyfr?
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Okropny haha, o kurwa. Rozbawiłeś mnie. Dobry komentarz. Właśnie takich pasków na ryj mi brakowało :))
  • Canulas 10 miesięcy temu
    plasków - kurrr. (głupia autokorekta)
  • Okropny 10 miesięcy temu
    Canulas wkrótce kupuję nowy telefon, dopiero poczuje smak autokorekty.
  • Ritha 10 miesięcy temu
    Oks, obadajmy. Albo nie, najpierw tytułem wstępu – brawo za ukazywanie drogi, dla mnie to mega trudne (gdybym miała teraz wrzucić coś starego), bo nawet te teksty opublikowane, które wisiały i wisiały, aż się zestarzały, to nawet te mnie gniotą i wczoraj popołedniu kilka poszło w piździec. Miałam dzień na kasację, jakby mi się chciało zalogować z kompa, poszłoby więcej, ale coś też musi zostać na przyszłość (jak mnie najdzie nazad).
    Oki, tera obadajmy
    „Siądźcie bliżej. Lubię widzieć twarze tych, z którymi rozmawiam” – sposób narracji nasuwają mi wizję Canulardo prowadzącego rpg na stacji benzynowej (nie wiem skąd ta stacja, albo mi coś mówiłeś albo mi się już zlewają opowieści), przekupywanego na oshee (o ile wtedy było, na pewno nie), żeby spać nie szedł ino się bawił dalej

    ”Nazywam się Hubert Hampbart i jestem byłym żołnierzem, byłym sportowcem i w ogóle czymkolwiek byłym” – a taki lubię, może i nie strasznie śmieszne, ale przynajmniej deczko sarkastyczne
    „Pamiętam jaka była. Otwarta i buntownicza. Nigdy nie nazywała mnie tato, tylko Gramman. Nie zdążyłem dowiedzieć się dlaczego.
    Żyła dwadzieścia trzy lata” – pytanie moje brzmi, czy to tak było, czy podrasowałeś? Bo jest git.

    Oki, może wsparcie techniczne hurtem:
    „Nie mogę zapomnieć jej niebieskich, wielkich z niedowierzania oczy” – oczu*
    „Popatrzyłem jeszcze raz ku górze, następnie bardziej po kierunkach” – to po kierunkach jest jakieś dziwne, może „na boki”, jak uważasz :)
    „nieźle przy tym strasząc tym wtargnięciem” – 2 x „tym”
    Ej, obczaj to zdanie całe:
    „Gdy byłem blisko, uprzedził mnie ptak, nieźle przy tym strasząc tym wtargnięciem, jakby nie było do swego własnego domu” – musiałam 2 x czytać, żeby pokumać (przez to „jakby nie było”), ale już wiem o co chodzi, i druga sprawa – takie zestawienie słów „swego własnego” to chyba nadmiar słów, w zasadzie własnego by wystarczyło, tak mi się zdaje

    „Zastygłem z lodowym ukuciem” – „ukucie” i „ukłucie” są poprawne, w tym kontekście nasuwa mi się jednak „ukłucie”

    „— Już idę skarbie. Przepraszam” – dałabym przecinek przed „skarbie”
    „Bardzo, bardzo młodo” – hm, chyba kropcia na końcu
    Kreseczki masz długie, elegancko i estetycznie.


    „Wszystko stało się zbyt szybko, bym mógł stwierdzić czy wierzę, czy nie wierzę w to, co widzę. Po prostu patrzyłem tępym wzrokiem, zapominając zupełnie o oddychaniu. Już nawet nie chodziło o przerażenie. To była irytacja wywołana niemożnością wytłumaczenia sobie tego, co się ogląda. Stanąłem w obliczu faktów, których nie mogłem zignorować, ale nie łatwo było w nie uwierzyć” – przegadane, zbyt dosłownie, teraz byś to załatwił w inny sposób, tak myślę, a nawet wiem

    Potem cała przedstawiona wizja – tam jest w miarę ok, mniej poetyckie niż teraz, bardziej takie, hm, ogólnikowe, ale ok. Motyw z przecięciem liny też ok. W ogóle to czytając już miałam Ci pisać, że teraz lepiej budujesz napięcie, bo wiadomo, że laska spadnie.
    Ale nie przewidziałam, że on ją odetnie… Punkt dla Canulardo! ;)

    Przeskok na ten fragment:
    „Schwytali mnie dwa lata później w jakiejś piwnicy na przedmieściach Baldock. Dokładnie kilka chwil po tym, jak rozpuściłem w kwasie twarz swej dziewiętnastej ofiary. Prostytutki o azjatyckiej aparycji.
    Wpadli przez okna i drzwi, jakby odbijali jakiś cholerny samolot. W maskach na twarzach i z toną żelastwa w rękach, gotowi wszystko rozwalić. Na moment zastygli, widząc, jak udekorowałem to miejsce i dając mi swym wahaniem czas na ucieczkę.
    Nie skorzystałem” - podoba mi się ten fragment, i teraz tak, coś co się nie zmienia mimo upływu lat, rosnącego doświadczenia i innych czynników zewnętrznych. Czyli coś co miałeś, masz i daj Ci Boże , żebyś miał nadal (i to w tym fragmencie widać). Coś, co ubóstwiam.
    Dynamika.
    W ogóle jak czytam ten fragment, to mógłbyś się nim poszczycić dzisiaj. Ładny fragment.

    Górskiego diabła kupuję średnio, zawsze wolałam bardziej przyziemne motywy zbrodni, ludzki mózg jest na tyle złożony, a psychika popieprzona, że zawsze można wytworzyć sytuację pod przelew krwi. Chociaż w sumie Twoje opka o różnych zmorach były ok i w zasadzie w duchy i pochodne jakoś mi łatwiej uwierzyć. Motyw z diabłem podoba mi się, gdy ten diabeł nie jest do końca zdemaskowany (kopyto zamiast buta, czy coś ;D). Końcówka taka se.

    Tyle, nie było źle, rzekłabym - solidny beton pod budowę. Pinć!
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Obadam w domku, ale już widzę zasadność Twych wycinków.
    Pogrzebie lekko, ale też bez przesady. Chcę by tekst pozostał jednak echem.
    Dzienks, miss Łita
  • Ritha 10 miesięcy temu
    Canulas spoczi, rozumiem, mi się w starych tekstach nawet "edycja" nie chce klikać, co dopiero reperować
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Ritha, nie jest to kwestią niechęci. Lubię poprawiać. Nawet bardzo. To kwestia, noo... właśnie. (ale i tak obadam).
  • Ritha 10 miesięcy temu
    Kumam, kumam.
  • nimfetka 10 miesięcy temu
    Miało być naiwnie, a tekst mnie pochłonął. Nie mówię, że to literackie cudo, bardziej zarodek cuda. Czytałam namiętnie. Samo hasło "Tnij!", wokół którego jego treść operuje jest obłędna. Koniec wywołuje ciarki.
    Historia Germanna - psychopaty nie jest aż tak bardzo przerażająca, jak historia przeszłości Germanna - ojca. Świadomość, że zdecydowałeś się uśmiercić własną córkę. Chociaż lepszym określeniem mogłoby być: przeprowadzić eutanazję. Tyle, że bez środków uśmieżających ból.
    Jedyna osoba, do której żywiłeś jakiekolwiek uczucie zginęła z dłoni, w której trzymałeś ostrze. Szansę na przeżycie dziewczyny były nikłe, ale takie wydarzenie odbija niesamowity ślad na psychice.


    "Ujrzałem wielki atomowy grzyb, tysiące żołnierzy i miliony przelatujących kul. Przed moimi oczami stanęły krematoryjne piece, zbiorowe groby i egzekucje." - Wszystkie jego horrendalne wizje są świetne, rozbudzają wyobraźnię, budują klimat. Może już wtedy w Germannie obudziła się żądza krwi?

    Jestem pod wrażeniem, nawet jeżeli tekst uważasz za infantylny. Pięć stawiam.
    Pozdrawiaki.
  • nimfetka 10 miesięcy temu
    Ajaj, Germman* powinno być. Sorrex.
  • Canulas 10 miesięcy temu
    nimfetka, dzięki śliczne. Tekst jest jaki jest. Cieszę się, że Ci usiadł, choć nieco się dziwię. Miss Ritha potwierdzi, że to max 50% tego, co być powinno. A czytała wszystko, więc można jej wierzyć.
  • Ritha 10 miesięcy temu
    Potwierdzam!
    Nie wszystko, dzisiejszy jeszcze czeka. Niech czeka, za gorąco.
  • Ritha 10 miesięcy temu
    Nimf przeczytaj se Wyobraźnię.
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Ritha , git
  • Agnieszka Gu 7 miesięcy temu
    Ok, wieczór nadrabiania zaległości trza zacząć...

    "tych małych kolorowych ogłupiaczy, które być może studzą ból, ale i wyginają przy tym ściany." — świetne, te "wyginane ściany" szczególnie
    "kiedy toczyliśmy ze sobą kolejny, głośno niewyrażony bój." — niepokojąco piękne zdanie...
    "Ujrzałem wielki atomowy grzyb, tysiące żołnierzy i miliony przelatujących kul. Przed moimi oczami stanęły krematoryjne piece, zbiorowe groby i egzekucje." — i znów to uczucie... niepokojącego pięknie opisanego... horroru
    "skraplające się zło" — niepokojąco... cudne...


    No, jeśli takie były twe początki, to całkiem niczego sobie podwaliny ...
    Czuć tu kiełki tego swoistego (charakterystycznego u ciebie) klimatu, czy też stylu, dzięki któremu twe teksty późniejsze są tak charakterystyczne a przez to rozpoznawalne...
    Taaa, wiem, wiem, znów powiesz: "niech to chuj strzeli jeśli to komplement..." ;)) ale tak bym to widziała właśnie :)
    Pozdrowionka :))
  • Canulas 7 miesięcy temu
    Staroć, którego się wstydzę tylko trochę. W sumie to niemal nie. Dziękuję.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania