Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Wtorkowe starocie z Canulardo (03) — New world order — część II

Była ósma pięćdziesiąt jeden, kiedy otworzyły się przed nią drzwi do windy. Tak w zasadzie już nawet przekroczyła próg, gdy stała się rzecz dokładnie taka, jak w filmach.

— Spinka! — krzyknęła, wzbudzając pogardę w oczach tłustej matrony, która na każdym z palców nosiła chyba po trzy złote pierścionki.

Z jednej strony to tylko kilka euro, z drugiej, najdroższy prezent. Przecież mnie nie zabiją, jeśli oddam im ten kluczyk cztery po. Odepchnęła drzwi na cal przed zatrzaśnięciem i odprowadzona lodowatym spojrzeniem, wyskoczyła.

Wózek przed wejściem świadczył o tym, że ktoś jest w środku. Pewnie sprzątaczka odświeżająca po niej pokój. Sprawdzająca, czy nie ukradła mydła albo ręczników. Wietrząca i przygotowująca pomieszczenie dla kolejnego gościa. Tym razem kogoś, kto tu nie będzie przypadkiem i dla kogo wszystko musi być na błysk. Ale co tam. Grunt to dobrze się bawić.

Drzwi były otwarte na oścież, a w środku faktycznie siedziała jakaś kobieta. Jasnoróżowy uniform, wysokie do kolan białe getry i w takim samym kolorze rękawiczki, przywodziły na myśl postać z filmiku porno. Jednak opuchnięta, ponad pięćdziesięcioletnia twarz szybko owe myśli tonowała.

Veronique zapukała i weszła.

Kobieta nie spodziewała się gości i w pierwszej chwili nie bardzo wiedziała, jak się zachować. Skryć się pod łóżko? Uciekać? A może udawać, że nic się złego nie stało i pęknięta warga jest wynikiem zbyt energicznego szarpnięcia drzwi? Natomiast łzy, to jedynie reakcja alergiczna na kurz. Czemu nie?

Obie wiedziały, że to jednak nieprawda. Cokolwiek miało tu miejsce, wydarzyło się przy pomocy sił trzecich. Być może piąch albo wyzwisk? Być może szarpań?

Latynoska, bo to sugerowała cera, nie odezwała się jednak choćby słowem, a tylko obróciła w stronę okna. W powietrzu unosił się ten specyficzny rodzaj dyskomfortu, kiedy jedna osoba nie chce, by na nią patrzono, a druga nie chce spoglądać. Potem Veronique zapytała:

— Przepraszam czy nie znalazła pani może spinki w kształcie motyla?

Odpowiedzią był palec instruujący, gdzie dokładnie ma patrzeć. Powiodła za nim prosto do łazienki.

— Dziękuję — wyszeptała do siebie, a potem poprawiła dużo głośniej. — Dziękuję pani.

Chwilę później stała już w drzwiach wyjściowych z niewielkim motylem w ręce, pytając kobietę, czy może jej jakoś pomóc. Tamta jednak pokręciła głową. Veronique to w zupełności wystarczyło. Nie miała jednak pojęcia, że sprzątaczka robi tak z dwóch powodów. Z bezsilnej desperacji. A trochę także dlatego, że niecałe szesnaście godzin temu rozgrzane do czerwoności szczypce pozbawiły ją większości języka, zostawiając tylko maleńki fragment. Taka bowiem w nowym regulaminie była kara za plotkowanie w pracy. A Esmeralda Juanita Martinez uwielbiała wymieniać się rewelacjami, choć jak sama zwykła mawiać, grzecznościami.

Tak więc nie chciała pomocy. Nie chciała już niczego od nikogo. Żadnego współczucia czy oklepanych frazesów, że będzie lepiej. Bo niby jak? Jeśli nie sprzątnie do jedenastej ośmiu pokoi, straci wzrok. A nie sprzątnie na pewno. Raz, że była psychicznie rozjechana przez ciężarowy samochód, a dwa, że brak palca u lewej dłoni, który tak dobrze maskowała rękawiczka, nie pozwalał jej dosłownie na cokolwiek. Tylko tępy, odrywający ciało od kości ból i powolne zapadanie się w rozpacz. Dlatego właśnie nie pragnęła niczego innego, jak ponownie zostać samą i rozważyć jakieś dalsze działanie. Coś, co by ten koszmar zahamowało. Pozwoliło nie odczuwać bólu po stracie synów. Jak i tego mniejszego – fizycznego.

Veronique jeszcze raz podziękowała i wyszła, a słysząc zbliżającą się windę, ruszyła pędem. Okazało się, że ściany hotelowego korytarza ją oszukały i na srebrnej tarczy numerycznej widniała czwórka. Wcisnęła przycisk i wtedy winda ruszyła. Wpierw wolno, a potem już dynamicznie.

Była ósma pięćdziesiąt siedem, gdy Veronique przekraczała jej próg. I ósma pięćdziesiąt osiem, gdy wysiadała na dole.

W tym samym czasie mężczyzna z szóstego piętra, który właśnie stracił cztery miliony, rozerżnął sobie żyły szkłem od wazonu zaś Esmeralda, nigdy już nie powiem ani słowa, wspięła się na poręcz od balkonu.

 

*

Na dole coś się zdarzyło, ale Veronique była zbyt zestresowana, by to widzieć. Nie dostrzegła ani dwóch sprzątaczy z mozołem wycierających ślady krwi, ani prowadzonej pod ręce, omdlałej z szoku staruszki, która to przed sekundą obserwowała dekapitację swego pupila, nożem do filetowania ryb.

Nie zwróciła także uwagi na stłumione krzyki gdzieś za ścianą. To znaczy, coś usłyszała, ale wzięła to za kłótnię bossa z pracownikami. Wyobraziła sobie ogromnego szefa kuchni w białym, szytym na miarę uniformie i wielkim, hodowanym ponad miarę, sumiastym wąsem. W jej wizji miotał on patelniami i strącał gary z kuchenek. A wywoływał trzecią wojnę światową tylko dlatego, że jakiś roztargniony studencina pomylił parmezan z fetą.

Nie miała bladego pojęcia, że to tylko złodziej ręczników spod osiemnastki poznaje zastosowanie sokowirówki, o jakim nigdy nie napisano w instrukcji.

W całkiem dobrym nastroju podeszła do recepcyjnej lady, a siedzący na obrotowym krześle staruszek odłożył tasak i pozwolił jej się wymeldować. Uśmiech miał mdły i kiedy rzucał na odchodne miłego dnia, wiedziała, że tylko udaje.

Nic to, pomyślała. Najważniejsze, to umieć dobrze się bawić.

Kiedy mijała obrotowe drzwi Chirac Golden Gate Plaza, wychodząc na zalaną w słońcu ulicę, staruszek zza lady właśnie odkładał telefon. Poinformowano go, że na dziewiątym piętrze pewna rockowa kapela właśnie obróciła w perzynę dwa pokoje. Przywołał więc gestem ręki osiem osób i nakazał, co i jak mają robić.

Kiedy im zdradzał szczegóły, tym razem uśmiech miał szczery.

 

*

Veronique złapała taksówkę niemal od razu. I kiedy zatrzaskiwała drzwi srebrnego volvo, nie przyszło jej na myśl, że powodem, dla którego tłum ludzi pędzi za róg budynku, jest przemielone na wór mięsa ciało, które przed chwilą spadło z bardzo wysoka. Pewnie kolejna dzika promocja, pomyślała.

Kierowca, trzydziestokilkuletni muzułmanin, spytał tylko o adres i powrócił do słuchania radia. Było jej to na rękę, bo pomimo doby spędzonej w hotelu czuła się wykończona.

Podczas całej drogi odezwał się tylko dwa razy. Za pierwszym pytając, czy życzy sobie przejechać mostem, co powinno pomóc ominąć korki, ale i wydłużyć nieco trasę, za drugim żądając dwunastu euro za kurs.

W odpowiedzi na pierwszą zaczepkę przytaknęła. Gdy wysiadała, wręczyła mu dwudziestaka. Skinął głową w podzięce, lecz kiedy nie odchodziła, wydał resztę. Zapewne wziął ją za jedną z nowobogackich, która kazała się zawieźć do tej dzielnicy, niczym wycieczka szkolna do muzeum. Kiedy teraz przyjrzał jej się ponownie, dostrzegając brązowy sweter, używane biodrówki i starą torbę, nie chciał nawet euro napiwku.

W końcu jednak wziął trzy euro i odjechał, pozostawiając ją samą. Gdy obserwowała, jak pędzący po szutrowej drodze samochód niknie w tumanach kurzu, zrozumiała, że czasami wystarczy jedynie chwila w obcym środowisku, by zatęsknić. Bogatsza o tę szlachetną wiedzę weszła na schody, napawając się pod palcami każdym z pęknięć, jakie tylko jej wilgotna kamienica oferowała.

Zawsze trzeba umieć dobrze się bawić, pomyślała, ale i wiedzieć, skąd się naprawdę jest.

 

*

Taksówkarz Abdul Niguell El Hasrani wcale nie bawił się dobrze.

Dwa dni później przewoził postawnego mężczyznę w długim płaszczu, który fascynował się Nowym Porządkiem Świata i przerobił już wiele rozdziałów z księgi regulującej życie w mieście. W tym, na nieszczęście Hasraniego, rozdział o transporcie publicznym. Kiedy więc rachunek wydał mu się nieco zawyżony, (...w istocie był...) zrobił to, co nakazywało nowe prawo. To jest, sypnął taksówkarzowi w oczy piachem i poderżnął gardło szkłem od butelki, wywlekając język przez ranę.

Co prawda w regulaminie stało po prostu: ZABIJ!, nie mówiąc nic o szczegółach, ale mężczyzna był zagorzałym fanem kina akcji i często słyszał różne frazesy, typu: „Nasram ci w szyję”, czy: „Wywlekę język przez gardło”. Połączył więc przydatne z pożytecznym. A że jechali na plażę, piachu i butelek było dość.

Gwoli ścisłości. Czterech ratowników i ratowniczka zgwałcili go i utopili kwadrans później. Czytał bowiem księgę prawa na wyrywki i ominął rozdział: Miejskie Zachowania Publiczne – Plaża: Co wolno, a czego nie.

Gdyby czytał po kolei, wiedziałby, że bokserki i owszem, jak najbardziej, ale slipom mówimy stanowcze „Nie!”

 

*

W domu nikogo nie było i rzuceniem się na szyję mogła co najwyżej obdarować szafę lub dużą lampę. Nienaprawiony telewizor dalej śnieżył, a po szklanym stole walały się kawałki zaschłej pizzy. Veronique poczuła rozgoryczenie.

Zaraz jednak dostrzegła małą karteczkę pozostawioną niedbale na środku stołu. Podniosła ją i przy asyście bijącego od okna, dziennego światła, przeczytała:

 

Vera. Muszę na chwilę wyskoczyć.

Przyszło jakieś pismo o wykroczeniach i zaraz później wywieźli mi gdzieś samochód.

Nie wiem, kurwa, o co chodzi, ale jak tylko wpadnę na komendę, to chyba porozbijam im tam łby.

Sprawdziłem wszystko trzy razy. Jest popłacone. A punktów mam raptem osiem.

Nie wiem, o co chodzi tym palantom.

Aha. Sorry za burdel, choć zakładam, że nie wrócisz przed dziesiątą i wszystko zdążę posprzątać.

Tak tylko na wszelki wypadek piszę, bo mogą być duże kolejki w związku z tym całym nowym, jebanym, porządkiem.

Jak się wyrobię, to wszystko tutaj ogarnę.

Aaa… i nie myśl sobie. Telewizor nie działa. Sprawdzałem. Trzeba chyba będzie kupić nowy.

Pa, skarbie. Lecę ich pozabijać.

 

*

Była raptem dziewiąta trzydzieści dwie, więc pewnie niedługo wróci, pomyślała. Nie mniej, powrót z przestronnego, chirurgicznie sterylnego hotelu do ciasnego zagrzybionego bałaganu, odebrał jej resztę sił. Legła więc w ubraniu na kanapie, mrużąc oczy. Niestety w sekundę później rozległo się łomotanie.

Z trudem wstała, zaskoczona faktem, że wystarczy zaledwie kilka sekund, by poczuć się piekielnie niewyspaną. I to nawet kiedy nie zdążyło się jeszcze na dobre zdrzemnąć. Podreptała do drzwi, nie wiedząc, że w tej właśnie chwili Jackquis Drebin, przy pomocy rozgrzanej mikrofalówki i dłuta, poznaje właśnie jakie sankcje grożą za jedno czerwone światło i przejechanie dwukrotne podwójnej ciągłej.

 

*

To była sąsiadka, panna Elvira Clarks z domu Rubens. Dziewięćdziesięcioletnia, głucha jak pień kobieta, która przeżyła wszystkich swoich mężów, prawie wszystkie dzieci i nawet dwoje wnuków. Dawna diva, obecnie właścicielka sześciu kotów, z których każdy nosił imię serialowego detektywa z tv.

— Przyniósł dwie skrzynie dla ciebie! — krzyknęła tuż po otwarciu, jakby to świat wokół ogłuchł, a nie ona. — Był wysoki i przystojny, to wpuściłam. Do tego czarny, a oni mają kutasy za kolano.

Veronique nie wiedziała, jaka to choroba nakazuje mówić staruszce wszystko, co ma na myśli, ale może właśnie był nią wiek.

— No chodź, bo te skrzynie strasznie śmierdzą i kotkom się nie za bardzo podobają. Telly cały czas węszy.

Zeszły dwa piętra po zgniłych, drewnianych schodach i przystanęły pod czwórką. Staruszka wyciągnęła pęk kluczy, bowiem jednym z jej licznych dziwactw było zamykanie drzwi na siedem spustów. Nawet kiedy wychodziła na sekundę. Choć może to nie dziwactwo, a przezorność?

Otwarcie wszystkich zamków zajęło kobiecinie sporo czasu, lecz w końcu je sforsowała. Buchnął smród kocich szczyn, choć pomieszczenie wydawało się schludne. Meble w tonacji ciemnego brązu i biała tapeta w duże wyblakłe bzy. Zdjęcia na półkach, święte obrazy na ścianach, i plastikowe kwiatki w każdym z dwustu wazonów. Nieudolne próby obronienia się przed nadchodzącą śmiercią lub cofnięcia czasu o trzy dekady.

— Widzisz?! — wrzasnęła, kiedy tylko przekroczyły próg. — Czujesz, jak śmierdzi?!

Veronique milczała, nie chcąc babci urazić. Zamiast tego weszła do środka, depcząc włochaty dywan, który faktycznie straszliwie zalatywał. Następnie udała się prosto do dwóch dużych skrzyń zajmujących cały środek pokoju. Były czarne i chyba wykonane z mahoniu. Żeby się do nich dobrać, należało sforsować srebrne zamki, choć odrapania świadczyły o tym, że koty próbowały obejść system. W kilku miejscach niemalże skutecznie.

— Było jeszcze to! — krzyknęła jej w ucho kobieta, składając na dłoniach kopertę z ogromnym kluczem. Veronique podziękowała i wzięła. Klucz był naprawdę ciężki. Żadna tam podróba, czy bubel-klamot. Solidnie obciążał dłoń.

— Wścibska nie jestem, to i nie otwierałam — dodała babcia z miną w stylu: A widzisz. Wszystko, co się o mnie wygaduje, to nieprawda. Nie szperam ludziom po śmieciach. Nic a nic.

Ale dla Veronique nic już nie było istotne. Przeszył ją zimny dreszcz. Choć, jeśli ktoś by dopytał, nie umiałaby powiedzieć dlaczego.

Pokój naprawdę cuchnął. I nie wyobrażała sobie, by jakikolwiek mocz mógł być za coś takiego odpowiedzialny. Nawet koci. Pełna najgorszych przeczuć otworzyła drżącym palcem kopertę i przeczytała:

 

Szanowna pani Veronique.

Na mocy Nowego Prawa Wypoczynku oraz Rekreacji przesyłamy to, co poniżej.

Mianowicie:

W skrzyniach, na które pani właśnie spogląda, znajdują się pani dzieci. To znaczy ciała. Do ich otwarcia posłuży rzecz jasna klucz, który do koperty załączamy.

Dzieci, to jest Luke i Amanda Drebin, przez cały okres pobytu na obozie były chronicznie niegrzeczne. Nie chciały uczestniczyć w przewidzianych przez organizatorów grach i zabawach. Nie sprzątały po sobie. Czy wreszcie, były wulgarne.

Zresztą, wszelkie ich przewinienia wraz z przewidzianymi karami znajdują się na naszej stronie internetowej WWW.PARADISE-CAMP.Fr. lub pod numerem telefonu, który powinna pani do nas posiadać.

Jeśli miałaby pani wątpliwości, śmiało proszę zadzwonić, a zapewne wątpliwości jakieś będą, kiedy tylko podniesie pani wieka.

Amanda na ten przykład nie ma nóg, a pani syn… Cóż. Może lepiej niech sama pani sprawdzi.

Z jasnych stron, to ciągle trwa u nas promocja transportowa, typu body to door, więc nie obarczymy pani nawet jednym euro za transport. Wiem, że to niewiele, ale jednak.

Na koniec, proszę mi wybaczyć niespójność, ale jak sama pani dobrze wie, prawo jest nowe i ciągle nie bardzo wiemy, jak ostatecznie takie pismo ma wyglądać. Staramy się jednak nadążyć za trendami i mam nadzieję, że pani oraz pani partner to docenicie. Przewidzieliśmy także dla państwa bonifikatę. I gdyby chcieli państwo wysłać jeszcze do nas jakieś swoje lub znajomych pociechy, oferujemy dwadzieścia pięć procent zniżki. Kiedy smutek minie, proszę to wziąć pod uwagę.

I to by było na tyle.

Z wyrazami szacunku: dyr. Martin Phillipe Lokvenc.

 

*

Veronique powiodła wzrokiem na skrzynie, do których gromadka kotów ciągle chciała się dostać. Trzeba zawsze umieć dobrze się bawić, pomyślała na sekundy przed zwariowaniem. Kiedy już to nastąpiło, klucz poleciał jej z rąk.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Keraj 10 miesięcy temu
    Utrata jezyka za plotkowanie, dobre a gdzue inspekcja pracy 5
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Nie istnieje
  • Ritha 9 miesięcy temu
    „W powietrzu unosił się ten specyficzny rodzaj dyskomfortu, kiedy to jedna osoba nie chce, by na nią patrzono, a druga nie chce spoglądać” – to, z rodzaju rzeczy, o których się nie mówi, bo są nieistotne, wszyscy mamy tego typu momenty, każdy o nich wie, nikt nie gada, bo giną w pędzie codzienności, ale! Ale cudnie wpleść je w tekst, jest wówczas głębszy.

    „Nie miała jednak pojęcia, że sprzątaczka robi tak z dwóch powodów. Z bezsilnej desperacji. A trochę także dlatego, że niecałe szesnaście godzin temu rozgrzane do czerwoności szczypce pozbawiły ją większości języka, zostawiając tylko maleńki fragment” – no i jesteśmy w domu, żegnamy Grocholę, witamy Canulardo

    „A Esmeralda Juanita Martinez uwielbiała” – kojarzysz Pulp Fiction? (ok, głupie pytanie) Kojarzysz scenę kiedy Butch wychodzi z walki (btw, Hebanowa scena wręcz), więc wychodzi z walki, gdzie miał przegrać a ubił i wsiada do taryfy, a pani taksówkarka (chyba ni ma takiego słowa), pani-taksówkarz ma latynoską urodę i nazywa się… no właśnie jakoś tak. Cały ten wstęp zmierzał do tego, że mi to przypomniało tę kobitę :D Także ten… idźmy dalej!

    „Jeśli nie sprzątnie do jedenastej ośmiu pokoi, straci wzrok” – wiesz, że to jest przerysowane? Trudno to kupić, jakieś kary, które można by ukryć, z którymi nie można by pójść na obdukcje i zaskarżyć hotel, to tak, ale to to obłęd (być może nie powinnam patrzeć na to opko przez okulary realizmu)

    „Aaa… i nie myśl sobie. Telewizor nie działa. Sprawdzałem. Trzeba chyba będzie kupić nowy.
    Pa, skarbie. Lecę ich pozabijać” – słodkie

    „że w tej właśnie chwili Jackquis Drebin, przy pomocy rozgrzanej mikrofalówki i dłuta, poznaje właśnie jakie” – 2 x właśnie

    „Podreptała do drzwi, nie wiedząc, że w tej właśnie chwili Jackquis Drebin, przy pomocy rozgrzanej mikrofalówki i dłuta, poznaje właśnie jakie sankcje grożą za jedno czerwone światło i przejechanie dwukrotne podwójnej ciągłej” – wiesz co i w tym momencie zaczynam kupować cały zamysł, obroniłeś to tym, że wyszło poza ramy hotelu (tak to rozumiem), że teraz sankcje wszędzie i za wszystko


    „Dziewięćdziesięcioletnia, głucha jak pień kobieta, która przeżyła wszystkich swoich mężów, prawie wszystkie dzieci i nawet dwoje wnuków” – dobry opis

    „Otwarcie wszystkich zamków zajęło kobiecinie sporo czasu, lecz w końcu je sforsowała. Buchnął smród kocich szczyn, choć pomieszczenie wydawało się schludne. Meble w tonacji ciemnego brązu i biała tapeta w duże wyblakłe bzy. Zdjęcia na półkach, święte obrazy na ścianach, i plastikowe kwiatki w każdym z dwustu wazonów. Nieudolne próby obronienia się przed nadchodzącą śmiercią lub cofnięcia czasu o trzy dekady” – opis, Twój, opis, miałeś tak też dawniej, dużo szczegółów ukazanych dynamicznie, kurde, Can, to dobre opko jest

    „Żeby się do nich dobrać, należało sforsować srebrne zamki, choć odrapania świadczyły o tym, że koty próbowały obejść system” – hahahaha

    Wiesz co, list do Verinique sprawił, że cofnęłam się jednak do – przerysowanie, w sensie dzieci skrzynkach..., odbieram to w kategoriach absurdu (absurd jest spoczi, nic nie mam do absurdu, po prostu tera piszesz inaczej ciut)

    „Na koniec, proszę mi wybaczyć niespójność, ale jak sama pani dobrze wie” – „pani” mogłaby być z dużej w liście (to samo tu: "że pani oraz pani partner to docenicie. Przewidzieliśmy także dla państwa bonifikatę”)


    Wisz co. Ja już teraz wiem jak to jest, czytam te nowe i te starsze i rysuje mi się takowy wniosek, bo tu w tym tekście jest bardzo ładna narracja, płynnie, lekko, wszystko elegancko, a w tym co piszesz teraz jest to plus moc i ona wynika z tego, że do bazy pierwotnych umiejętności/zdolności – lekkości w pisaniu, przemyślanego prowadzenia fabuły itp. dodajesz językowe smaczki, szpikujesz nimi tekst, jest gęściejszy, targa odbiorcą, masz lepsze pomysły i lepiej je potrafisz zrealizować. Wszystko podszyte przemyconą emocją, której raz mniej, raz więcej (w takiej Wyobraźni na przykład był potężny ładunek emocjonalny, napięcie, skondensowane wręcz). Do tego humor, dobre poczucie humoru to cecha wrodzona, więc była zawsze, wymagała jedynie szlifu. Szlif się odbył.
    Tekst mocno podszyty absurdem, czuć, że nie bieżący, ale, kurde, podobał mi się. Jestem w stanie kliknąć pięć gwiazd ;P
    Pozdro!
  • Canulas 9 miesięcy temu
    Powtórzenia - racja.
    Pani i Państwo w liście - racja
    Pulp Fiction - oczywiście.

    Tekst jest luźny i przerywany, bo pochodzi z mojego mini zbiorku {9 tekstów}, gdzie przerabialem kawaly.
    Ten brzmiał:

    Siedzi babka w domu. Nagle ktoś puka.
    Babka otwiera, widząc kuriera stawiającego dwie skrzynie.
    Kurier
    - Dzień dobry, przywiozlem dzieci z wakacji.

    Tak na szybko.


    Całość budowalem wkoło tego.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania