Z tobą zawsze - Rozdział 20

Uśmiecham się do swojego odbicia w lustrze. Nie chcę wyjść na próżną, ale wow. Wyszło lepiej niż się spodziewałam. Tata staje tuż za mną. Widzę w lustrze jego uśmiechniętą twarz. Pociera dłońmi moje odkryte ramiona, całuje mnie w tył głowy i mówi:

– Wyglądasz pięknie.

Sukienkę pojechałam kupić razem z mamą. Właściwie już od dawna miałam upatrzoną kreację. Długą, prostą suknię z lejącego materiału, w herbacianym kolorze. Jednak, kiedy stanęłam w sklepie, przed manekinem, na którym wisiała, zaczęłam wątpić w moją decyzję.

– Co jest? Nie podoba ci się? – spytała mama, widząc moją minę.

– Sama nie wiem, jest taka jakaś. – Skrzywiłam się.

– To chodź, pokaże ci, co ja widziałam po drodze, w jednym ze sklepów. – Mama pociągnęła mnie za rękę.

I tak oto, stoję teraz, przeglądając się w lustrze zawieszonym w przedpokoju, w sukience, pasującej do mnie bardziej niż ta, którą upatrzyłam sobie, jako pierwszą. Może tamta byłaby idealna dla dawnej mnie. Jednak w tej, czarnej sukience na grubych ramiączkach, z rozkloszowanym dołem, czuję się dopiero sobą. Gorset jest ozdobiony połyskującymi cekinami i koralikami, natomiast na dole sukienki, nieśmiało wystaje tiul zakończony czarną lamówką.

Ciocia Zuza upięła moje włosy do góry tak, że niesforne loki spływają mi na szyję i ramiona. Nie, nie wyprostowałam włosów! Koniec z tym. Mama właśnie zapina na mojej szyi srebrny łańcuszek z wisiorkiem w kształcie łezki. Kolczyki, w takim samym kształcie zdobią moje uszy. Minimalizm klasyczny. Mama kupiła ten komplet. Taka mała niespodzianka i muszę przyznać, że trafiła w dziesiątkę.

Zapinam pasek od butów na obcasie i słyszę pukanie do drzwi, które mama otwiera. Pierwsza do mieszkania wpada ciocia Zuza z aparatem w ręce i oślepia mnie fleszem. Razem z mamą, robią dużo szumu i bawią się w paparazzi. Za ciocią wchodzi Peter, potyka się o własne nogi, klnie pod nosem i dopiero po chwili unosi wzrok. Widzę w jego spojrzeniu zaskoczenie. Na chwilę odbiera mu mowę, bo nawet nie wita się z nami tylko stoi jak zaklęty. Zaczynam nerwowo trzepotać rzęsami. Może coś mi wpadło do oka? Trochę się rumienię.

– Hm, jesteś taka... – Peter duka wreszcie – cała na czarno.

Parskam śmiechem.

– A jaka mam być? – pytam głupio.

– No, nie wiem. Sądziłem, że założysz jakąś sukienkę w dziwnym kolorze, łososiowy, amarantowy.

– Herbaciany? – podpowiadam.

– Na przykład. Mama ględziła, że mam sobie kupić krawat pod kolor twojej sukienki, ale jej powiedziałem, że na pewno w różowym krawacie się nie pokażę – tłumaczy. Trochę mnie zaskakuje tym potokiem słów.

Przyglądam się jego intensywnie czerwonemu krawatowi, który odróżnia się na tle czerni jego ubrań. Typowe dla niego. Peter ma na sobie czarny, idealnie skrojony garnitur. Spod marynarki wystaje czarna koszula. No i oczywiście czarne glany, które aż błyszczą z nadmiaru pasty do butów. Zaraz, zaraz, przecież to są zupełnie nowe glany, te stare miał już mocno obdarte. Uśmiecham się pod nosem.

Włosy Petera są zaczesane do tyłu i utrwalone jakimś żelowym specyfikiem. Chociaż wolę, kiedy opadają mu na twarz, to i tak wygląda niesamowicie. Oczy błyszczą mu jeszcze bardziej niż zwykle.

Peter podchodzi bliżej i podaje mi pudełko, które cały czas trzymał w ręce, ale dopiero teraz zwracam na nie uwagę. W środku znajduje się kotylion na rękę. Czerwona różna na czarnej tasiemce, kolorystycznie pasuje do jego krawatu. Chłopak zawiązuje kotylion na moim nadgarstku. Stoimy tak blisko siebie, że czuję jego oddech na moim policzku.

– Och, to takie amerykańskie – mówię cicho.

– Spadaj.

– Dobrze wiedziałeś, że nie będę miała różowej sukienki – stwierdzam, przyglądając się sprawnym palcom Petera.

– Twoja mama sprzedała informację mojej. Mały szantaż albo przekupstwo w tym pomogło.

Uśmiechamy się do siebie. Przez ułamek sekundy zapominamy, że gapi się na nas prawie cała rodzina. Nawet Mario wylazł ze swojego pokoju, teraz stoi oparty o framugę z rękami w kieszeniach i przygląda się nam z kpiącym uśmieszkiem. Nie w smak mu, że Peter zabiera mnie na studniówkę i jeszcze musi nas na nią odwieść. W ogóle, od czasów sylwestra, nasze stosunki się nieco ochłodziły. Między nami, w powietrzu ciągle wiszą tryliony niewypowiedzianych słów i wzajemnych żali.

– Szybko, szybko. Ustawcie się gdzieś, zrobię wam wspólne zdjęcie – pogania nas ciocia.

Stajemy przy możliwie najbardziej pustej ścianie. Peter obejmuje mnie w pasie, a ja idealnie wkomponowuję się w jego bok. Rozbawieni całą sytuacją uśmiechamy się do obiektywu. Ciocia i mama wymieniają swoje ochy i achy. Tata puszcza do mnie oko. Mario przewraca oczami.

Po skończonej sesji, Peter nachyla się nad moim uchem i mówi:

– Pięknie wyglądasz.

***

Jedziemy autem w krępującej ciszy. Chyba już wolałabym, żeby tata nas odwiózł, bo Mario rzuca co chwilę gniewne spojrzenia w tylnie lusterko, zerkając na mnie i Petera. Ściskam mocno pięści. Mam nadzieje, że mój głupi brat nie popsuje nam humoru jakąś durną gadką. Peter widzi moje zachowanie i ściska moją dłoń leżąca na siedzeniu.

– Denerwujesz się? – pyta.

– Nie wiem. Może trochę – mruczę pod nosem.

– Czego? Reakcji twoich przyjaciółek? Marka? – Peter nie odpuszcza.

Nie, idioto, tego, że idę tam z tobą i że wyglądasz tak zajebiście, a do tego trzymasz mnie właśnie za rękę – mam ochotę mu odpowiedzieć, ale tymczasem kręcę głową i dukam tylko:

– Chyba jestem po prostu podekscytowana, że tam idziemy.

Peter przytakuje i posyła mi uśmiech.

Docieramy wreszcie na miejsce. Peter pierwszy wyskakuje z auta. Otwiera przede mną drzwi i podaje rękę, pomaga mi wysiąść. Poprawiam sukienkę i ruszam w stronę budynku, ale Peter nie idzie za mną. Obracam się w stronę auta i widzę, że to Mario zatrzymał mojego partnera.

– Tylko uważaj na nią i trzymaj łapy przy sobie – Mario mówi do Petera przez otwarte okno. Chyba myśli, że go nie słyszę. Peter uśmiecha się do niego kpiąco i klepie w ramię Mariusza.

– Dzięki za podwózkę.

Po oddaniu wierzchnich ubrań do szatni, stajemy z Peterem przed drzwiami prowadzącymi na salę. Chłopak wyciąga do mnie rękę, a ja ujmuję go pod łokieć i tak wchodzimy do środka. Można powiedzieć, że mamy amerykańskie wejście, ponieważ już prawie wszyscy uczniowie są obecni, a ich spojrzenia kierują się w naszą stronę, kiedy tylko przekraczamy próg. Uśmiecham się pod nosem. Niech sobie mówią co chcą, komentują. Nie mogłam tu przyjść z nikim lepszym.

Na samym środku sali znajduje się parkiet oświetlony reflektorami i otoczony kolumnami, za którymi stoją stoliki. Rozglądam się za naszą paczką i widzę, że są już w komplecie. Zajęli stolik blisko parkietu, przy jednej z kolumn. Na ich widok uśmiecham się jeszcze bardziej. Przez te ostatnie tygodnie zżyliśmy się ze sobą, a raczej ja z nimi.

Zgodnie z moimi przypuszczeniami, Ewelina i Filip okazali się parą, a chłopak jest w nią strasznie wpatrzony. Filip nadal traktuje mnie z rezerwą, ale z Eweliną odnalazłyśmy wspólny język, podobnie jak z Marysią – tą szarą myszką, której imienia nie byłam pewna. Agnieszka ma specyficzne poczucie humoru i czasem nie nadążam za jej ironicznymi wypowiedziami, ale nasza relacja idzie ku dobremu. Świetny kontakt złapałam za to z Drako. Jest gburowatym cynikiem z nieziemskim dowcipem. Jest też bardzo oczytany i można z nim porozmawiać na każdy, dowolny temat. A Kacper? Nadal jest nerdem i ciężko z nim rozmawiać na jakikolwiek temat, ale i tak go lubię.

Co zabawne, Kacper przyprowadził na studniówkę swoją dziewczynę, która jest od niego dwa lata starsza. Pracuje jako modelka i jest piękna. Laura mogłaby się przy niej schować. Agnieszka przyszła ze swoim narzeczonym Maćkiem, tak samo wykolczykowanym i wytatuowanym jak ona sama.

A teraz hit roku! Drako zaprosił na studniówkę Marysię! Żadne z nich nie miało pary, więc w ten oto sposób wylądowali tu razem. Muszę przyznać, że to wcale nie był głupi pomysł. Drako, co chwilę rzuca w stronę Marysi spojrzenia pełne zachwytu z nutą pożądania, a to wszystko moja zasługa. No dobra, po części moja. Marysia poprosiła mnie o pomoc w wyborze sukienki. Namówiłam ją na śliczną, ognistoczerwoną sukienkę opinającą jej kobiece kształty, które do tej pory ukrywała pod zbyt dużymi ubraniami. Pokazałam jej jak zrobić sobie delikatny, ale efektowny makijaż. Namówiłam ją nawet, żeby na ten jeden wieczór założyła szkła kontaktowe. W późniejszym czasie wybiorę się z nią do optyka i wybierzemy ładniejsze oprawki okularów, które nie będą zasłaniać jej ślicznych oczu. Włosy, Marysia upięła wysoko odsłaniając przy tym smukłą szyję. Efekt tego wszystkiego jest piorunujący. Nic dziwnego, że Drako nie może oderwać od niej oczu. Pewnie wszyscy uczniowie myślą, że to on przyprowadził kogoś na studniówkę, a nie przypuszczają, że to nasza Marysia. Drako też wygląda niczego sobie. Podobnie jak Peter, jest ubrany cały na czarno w garnitur smokingowy i czarną koszulę ze stójką zamiast typowego kołnierza, żadnego krawatu ani muszki. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że Drako i Marysia pasują idealnie do siebie. Na obcasach, Marysia dorównuje mu też wzrostem, czego bym się nie spodziewała.

Na nasz widok, Drako gwiżdże na całą salę, a Ewelina i Marysia machają do nas. Ruszamy z Peterem w ich kierunku i oboje się uśmiechamy. Zapowiada się bardzo ciekawa impreza, o ile nikt jej nie popsuje. Powoli uchodzi ze mnie całe napięcie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 3 tygodnie temu
    5.
    Pikne:)
    Ach...
  • jesień2018 3 tygodnie temu
    Jak Ty lekko piszesz, jak ładnie i bezpretensjonalnie. Człowiek siada, zerka, i ani się obejrzy, a tu przeczytane. Jak zaglądam do niektórych tekstów to trochę się dziwię, że są tutaj, a nie na półce w księgarni. Próbowałaś coś wydać?
  • weatherwax83 3 tygodnie temu
    Dziękuję za te miłe słowa. Bardzo się ciesze, że się podoba. I nie, "jeszcze" nie próbowałam niczego wydać, obawiam się, że jestem za mało asertywna. Wiem, że na półkach w księgarniach nie raz można spotkać straszne badziewia, ale wciąż wydaje mi się, że moim opowiadaniom czegoś brakuje, a znam kilku pisarzy amatorów piszących o wiele lepiej, którym tez jeszcze nie udało się niczego wydać :(

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania