Z tobą zawsze - Rozdział 4

Idę na półmetek! Nikt mi nie uwierzy. Ja, Joanna Dąbek vel Jo, idę na półmetek i do tego bez Mario!

Tak, wiem durne przezwiska. Kto był tak zdolny i zabawny, że nazwał mnie Jo, czytane z angielskiego? Oczywiście moja mama. Przydomek Mariusza ma dość logiczną genezę. Za dziecka uwielbiał grać w Super Mario Bros, no i już, przypięli mu łatkę. Peter to Peter – wiadomo. A Jo? Miało być odjazdowo, a wyszło chłopięco. Jakby kolejna sugestia, że miałam być chłopakiem. Na szczęście mówią tak na mnie tylko w domu. W szkole się nie przyjęło i jestem po prostu Joasią.

– Tylko Aśka, załóż tą miętową sukienkę, którą pomogłyśmy ci kupić w zeszłym miesiącu – mówi Laura znad komórki, kiedy w piątkowy poranek stoimy na korytarzu przed salą podczas jednej z krótkich przerw. – Ona ma fajny dekolt. Również koniecznie załóż porządny stanik z push-up. Marek nie będzie mógł oderwać oczu. To jeden z twoich największych atutów. Taka zaleta kilku kilogramów nadwagi.

– Nie mam nadwagi – mruczę pod nosem i się krzywię.

– Co? – Laura nastawia ucho, jakby nie usłyszała zbyt dobrze.

– Nie mam nadwagi. – Powtarzam głośniej. Mój wskaźnik BMI mieści się w granicach normy. To ona powinna się martwić, jej BMI wskazuje pewnie skrajne wychudzenie, ale jej tego nie mówię.

– Skoro tak twierdzisz. – Prycha.

– Szkoda tylko, że musisz ciągnąć ze sobą tą ofiarę losu. – Teraz Marta się krzywi.

– Spokojnie, Peter nie będzie wam wchodził w drogę. Może w ogóle się stamtąd zmyje.

– O, o wilku mowa.

Podnoszę wzrok i widzę Petera idącego przez korytarz, z plecakiem zarzuconym na ramię, lekko przygarbiony. Ręce trzyma w kieszeniach spodni. Czarne włosy opadają mu na twarz. Wygląda na zamyślonego.

– Ej Jeziorowski! – krzyczy Laura. – Tylko nie zaćpaj przed półmetkiem, żebyś nam imprezy nie rozwalił.

Szczęka mi opada, mam ochotę zapaść się pod ziemię, ale zanim udaje mi się coś wykrztusić z siebie, Peter ripostuje, również drąc się na cały korytarz:

– Sory, już kupiłem towar u twojego dilera.

I odchodzi. Tak po prostu. Zmuszam moje ciało do jakiejś reakcji. Z oczu Laury ciskają gromy. Szarpię ją za ramię.

– Oszalałaś! Jeszcze zmieni zdanie i dupa z mojego wyjścia – syczę przez zaciśnięte zęby. Co za idiotka.

Popołudniu, wysyłając do Petera smsa, czuję pewny niepokój. A co jeśli się obraził?

Piszę: Widzimy się o 19.30, na klatce schodowej.

Kiedy po pięciu minutach nie dostaję odpowiedzi, moje zdenerwowanie osiąga apogeum. Już łapię za telefon, żeby zadzwonić do tego imbecyla, gdy słyszę dzwonek wiadomości.

Peter: Ok.

Uff. Mogę zacząć szykować się do wyjścia. Prysznic, prostowanie włosów, makijaż i ubieranie. Po dwóch godzinach jestem gotowa. Muszę przyznać, że Laura miała rację, co do sukienki. Mój biust wygląda w niej całkiem nieźle. Sukienka jest jasnozielona, koloru mięty i ładnie komponuje się z odcieniem mojej skóry. Ma rękawy długości trzy czwarte i półokrągły dekolt, a kończy się tuż przed kolanem – długość dopuszczalna dla mojej mamy. Włosy upinam w wysoki kucyk.

Zerkam na zegarek. Dziewiętnasta dwadzieścia pięć. Cholera – klnę pod nosem i szybko zakładam moje wysokie kozaki oraz krótką, czarną, skórzaną kurteczkę, oczywiście z wyprzedaży.

Łapię torebkę i niemalże wybiegam z mieszkania. Zbiegam ze schodów. Peter siedzi już na ławce między piętrami. Łokcie opiera na kolanach, głowę ma spuszczoną, wpatruje się w jakiś punkt na betonowych schodach.

– Cześć.

Na dźwięk mojego głosu, chłopak podnosi głowę, odchyla się do tyłu. Ruchy ma powolne. Rękami przejeżdża po swoich udach, które opinają starte jeansy. Rozpięta ramoneska ukazuje czarną koszulkę z charakterystycznym symbolem zespołu Trivium. Moi rodzice przywieźli mu ją z jednego z festiwali rockowych. Peter podnosi się z ławki. Lustruje mnie wzrokiem bez wyrazu.

– Cześć – przebąkuje.

Muszę przyznać, że trochę mi przykro. Żadnego: ładnie dziś wyglądasz. Mimo wszystko delikatnie się uśmiecham. Peter nie zepsuje mi dzisiaj humoru.

– Długo czekasz? – pytam od niechcenia.

– Nie. Gotowa? – Przytakuję. – Ok. To miejmy to już za sobą.

Schodzimy równocześnie ze schodów.

– Gdzie stoi twoje auto?

– A kto powiedział, że jedziemy autem? – Peter się dziwi.

– Że co? – Otwieram szeroko oczy.

– Chyba nie sądziłaś, że wytrzymam ten wieczór na trzeźwo, tylko po to, żeby wozić twój wielmożny tyłek. Jedziemy autobusem.

Za drzwiami uderza w nas chłodne, listopadowe powietrze. Odliczam do dziesięciu.

– Ale ja nie mam biletu. – Dodaję wreszcie.

– Kupiłem ci. Nawet dwa, żebyś miała jak wrócić.

W drodze na przystanek Peter wyciąga z portfela dwa bilety autobusowe. Wpatruję się intensywnie w te małe skrawki papieru. On mówił poważnie. Głośno wypuszczam powietrze. Trudno. Muszę to jakoś przeżyć. Cel uświęca środki i takie tam. Robi się coraz zimniej. Nie przewidziałam, że skorzystamy z miejskiego środka transportu, ani że będziemy stać na przystanku. Autobus oczywiście się spóźnia. Przebieram nogami i oplatam się ramionami. Peter prycha rozbawiony. Naprawdę, kuźwa, bardzo zabawne. Jeśli się rozchoruję, to przysięgam, znajdę sposób, żeby go zarazić.

***

Docieramy na miejsce. Impreza już się zdążyła rozkręcić. Peter czeka na moją kurtkę, żeby oddać rzeczy do szatni. Kurtka opada mi z ramion, a wzrok Petera ląduje na moim dekolcie. Cholera, skoro przyciągnęłam jego uwagę, to musi zadziałać na Marka.

– Yhm. – Odkaszluję, tym samym sprowadzam jego spojrzenie na właściwy tor. Uśmiecham się zadziornie, ale muszę przyznać, że trochę się zarumieniłam. Peter przewraca oczami i szybko zabiera kurtkę z moich rąk.

Na sali Peter bez słowa udaje się w stronę baru, ciągnąć mnie za sobą. Siada na ostatnim krzesełku pod barem.

– Dla mnie piwo, a dla tej nieletniej coś bez alkoholu – mówi do barmana. Koleś uśmiecha się pod nosem i patrzy na mnie wyczekująco.

– Sprite – rzucam w jego stronę z rezygnacją.

Łapię butelkę z rurką, postawioną na barze przede mną. Piorunuję Petera spojrzeniem i oddalam się na poszukiwania przyjaciółek. Odnajduję je przy jednym ze stolików z kanapami. Witam się z dziewczynami i dosiadam do nich. Wyglądają świetnie, pewnie wyszły prosto od fryzjera i kosmetyczki. Ubrane są oczywiście też stylowo. Zamieniamy ze sobą kilka zdań, a potem próbuję wczuć się w atmosferę imprezy. Na trzeźwo, nie jest to niestety łatwe. Udaje się im nawet wciągnąć na parkiet, raz do Rihanny, a drugi raz do Lady Gaga. Czuję się strasznie skrępowana wśród tych wszystkich wijących się i podskakujących osób. Generalnie nie jestem przyzwyczajona do bywania na imprezach. Byłam w takich miejscach może raptem dwa razy i za każdym razem, po godzinie, mój brat kazał się nam zmywać już do domu. W każdym razie, staram się bawić najlepiej jak potrafię.

Cały czas próbuję w tłumie odnaleźć Marka, jednak nigdzie go nie widać. Mój wzrok co chwilę ucieka w stronę Petera. Siedzi przy barze, pochylony nad swoim telefonem komórkowym. Jest mi go wręcz żal, że musi tu siedzieć. Wygląda jakby to była kara, ale to w końcu nie moja wina, tylko mamy. Niech jej podziękuje.

Postanawiamy z dziewczynami chwilę odpocząć i siadamy przy naszym stoliku. Jacek idzie do baru kupić im jakieś napoje, pewnie wyskokowe.

– Może też napiłabyś się czegoś mocniejszego? – Laura zwraca się do mnie i wskazuje głową butelkę, z której pociągam ostatnie łyki sprita.

– Właśnie, przecież Jacek tobie też może kupić drinka albo piwo – dodaje Marta.

– Nie dzięki. Peter zobaczy i się wkurzy.

– Po co się nim aż tak przejmujesz? Chyba nie poleci od razu do twojej mamy ze skargą – Laura wścieka się.

– Pewnie, że nie, ale moja mama skapnie się, jak wypiję za dużo i będę mieć problemy razem z Peterem. – Próbuję załagodzić sytuację. – Po za tym, wolę być trzeźwa, kiedy zjawi się Marek. Chcę pamiętać wszystko z naszej rozmowy. – Puszczam oko do dziewczyn, a one posyłają mi krzywe uśmiechy.

Spoglądam znowu w stronę baru. Przyłapuję Petera na tym, że zamienia kilka zdań z jakimiś chłopakiem ze szkoły. Jestem w szoku. Myślałam, że jest zupełnie aspołeczny. Chłopak odchodzi, a Peter pociąga łyk piwa i znów wraca do grzebania w telefonie. Ani razu nie zerknął w moim kierunku.

Kiedy tak obserwuję Petera, nie zauważam nawet, kiedy Jacek wraca z drinkami, ani jak dziewczyny wypijają je jednym duszkiem i coraz bardziej wyglądają na wstawione. W pewnym momencie, ktoś siada obok mnie, przez co wracam do rzeczywistości.

To Marek! Moje serce przyspiesza, jak na zawołanie, a na twarzy pojawia się mój najlepszy uśmiech. Marek go odwzajemnia.

– Cześć wam – mówi swoim gardłowym głosem. Podaje rękę Jackowi. Czuję przez sukienkę ciepło jego ramienia. Rozpływam się i nie potrafię wydusić z siebie słowa. – Jak się bawicie?

– Całkiem nieźle. – Laura zaczyna chichotać. – A teraz to powiedziałabym, że co poniektóre z nas, rewelacyjnie.

– To super. – Marek znów się uśmiecha. Nigdy nie wiem, czy on po prostu nie rozumie sarkastycznych uwag Laury, czy najzupełniej w świecie je ignoruje. – Faktycznie udał wam się ten półmetek. Jest chyba lepszy niż nasz w tamtym roku, choć ja tam za bardzo nie znam się na imprezach. – Puszcza do mnie oko, a ja rozpuszczam się jeszcze bardziej. – A ty dzisiaj tak skromnie? – Marek łapie za moją butelkę i śmieje się przyjaźnie.

– Mam słabą głowę. – To nie jest kłamstwo. Może nie jest to powód mojej dzisiejszej abstynencji, ale jednocześnie szczera prawda.

– No to faktycznie, lepiej uważaj. To życzę wam dobrej zabawy. Pokręcę się jeszcze chwilę i będę spadał. Jestem jeszcze umówiony ze znajomymi. – Chłopak ściska delikatnie moje ramię, wstaje i odchodzi. A ja czuję, jakby wypalił mi w ręce dziurę oraz w sercu.

– Co za beznadzieja. – Laura prycha. – Idziemy tańczyć? – Nie czekając na odpowiedzieć, podnosi się z kanapy i udaje na parkiet. Za nią podąża Marta z przyklejonym do siebie Jackiem.

Co się właściwie przed chwilą wydarzyło, do cholery jasnej? Zostałam przy stoliku zupełnie sama i analizuję całą sytuację. To już wszystko? Koniec? Po to przyszłam na tą gównianą imprezę? Marek nie został dłużej ani na chwilę, żeby ze mną porozmawiać. Nie poprosił mnie do tańca. Nie zaprosił mnie na studniówkę! Do tego, moje przyjaciółki zamiast powiedzieć mi kilka słów pocieszenia, po prostu poszły bawić się dalej. Mam wrażenie, że moje serce zaraz imploduje. Opieram głowę na ręce i biorę kilka większych wdechów.

Wyciągam komórkę. Piszę do Petera: Idę do toalety.

Odpisuje niemal natychmiast: Sama?

Ja: Nie qwa, z drużyną koszykówki! Oczywiście, że sama!

Peter: Wolałem się upewnić. Wziąłem do serca ostrzeżenie twojej mamy o niechcianej ciąży.

Ja: Dupek.

Wrzucam telefon do torebki i przeciskam się przez tłum bawiących się ludzi. W łazience staję przed lustrem. Opieram ręce na umywalce. Przyglądam się swojemu odbiciu. Co poszło nie tak? Mam ochotę opłukać twarz zimną wodą, ale wiem, że zniszczę tym samym makijaż, który zajął mi tak dużo czasu. Może Marek jeszcze wróci? Jakieś laski przechodzą tam i z powrotem tuż za moimi, ale nie zwracam na nie uwagi. Stoję tak jeszcze chwilę, aż wreszcie postanawiam wrócić na salę, choć wcale nie mam ochoty na dalszą zabawę.

Opieram się bokiem o kolumnę stojącą obok baru. Rozglądam się za Markiem, ale nigdzie go nie widzę – człowiek widmo. Dj puścił właśnie jakiś set wolniejszych utworów. W tłumie tańczących, dostrzegam Martę. Razem z Jackiem poruszają się bardzo wolno, niekoniecznie do rytmu. Całują się. Właściwie ani na chwilę nie odrywają od siebie ust. Ręce Jacka wędrują z namiętnością po plecach i pośladkach dziewczyny. Nie dostrzegają świata poza sobą. Przewracam oczami. Jakie to słodkie. Można się zrzygać.

Ciekawe, co robi Laura. Długo nie muszę ją szukać. Siedzi przy naszym stoliku. Ruszam w jej kierunku i wtedy dostrzegam, że nie jest sama. Siedzi z jakimś kolesiem, którego zupełnie nie poznaję. Na pewno nie jest z naszej szkoły. Jednak wydaje się, że Laura zna go, bo się obściskują. Chłopak niemalże wkłada jej język do gardła, a ona? Boże, czy ona właśnie wsunęła mu rękę do spodni?! Tym razem to nie jest słodkie, to obrzydliwe i też można się zrzygać. Cofam się niezdarnie kilka kroków. Oczywiste jest, że nie usiądę koło nich. Obracam się na pięcie i wpadam na kogoś.

– Przepraszam – dukam. Podnoszę wzrok i tonę w zimnych, błękitnych oczach.

To Peter. Co za szczęście. Uśmiecham się z ulgą. Pochyla się do mnie i pyta:

– Spadamy stąd?

Zerkam na zegarek.

– Jest dopiero dwudziesta trzecia. Nie mam ochoty wracać już do domu, skoro udało mi się z niego wyrwać – mówię z nutką żalu, jednak prawda jest taka, że nic mnie już tutaj nie trzyma.

– Czy ja powiedziałem, że mamy wracać do domu? Pytałem czy stąd spadamy?

Średnia ocena: 4.3  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Elorence 2 miesiące temu
    Tak mi jej szkoda :(
    Ale z drugiej strony, kto powiedział, że ma makijaż, ekstra kiecka przyciągną faceta? Owszem, na chwilę na pewno, ale czy na stałe?
    Z Petera świetny kumpel. Na pewno dało się zauważyć spadek nastroju u Aśki, więc postanowił ją jakoś rozerwać. Miłe z jego strony :)
    A ten Marek. Wydaje mi się, że albo wie, że podoba się Aśce, ale ma to w dupie, albo nie wie. Kij z nim. Może i jest najsympatyczniejszy i najprzystojniejszy, ale... kij z nim :D
    Okej, czekam na ciąg dalszy. Życzę dużo weny! :)
    Pozdrawiam!
  • Ameliia miesiąc temu
    Za poprzednie części 4, a ta wciągnęła mnie najbardziej z tych, które przeczytałam, więc 5.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania