Z tobą zawsze - Rozdział 7

Drzwi do pokoju Petera są lekko uchylone, pukam nieśmiało i zaglądam do środka. Do mieszkania wpuściła mnie ciocia Zuza. Jak zwykle elegancka, umalowana i pachnąca, pewnie dopiero, co wróciła z pracy. Uświadomiłam sobie, że dawno jej nie widziałam. To strasznie, że im człowiek starszy, tym szybciej ten czas ucieka między palcami. Ciocia zapracowana, a ja – nauka, zajęcia dodatkowe, znajomi. Już naprawdę minęło sporo czasu odkąd ostatnio rozmawiałyśmy.

– Witaj Joasiu. Co cię do nas sprowadza? – Posłała mi szeroki uśmiech.

– Jest Peter?

– Tak. U siebie. Uczy się. Pamiętasz jeszcze drogę? – Przytaknęłam, a ona ruchem ręki wpuściła mnie do mieszkania. Nie musiałam nawet ściągać butów, odległość między naszymi mieszkaniami przebywałam z reguły w samych skarpetkach albo kapciach.

Peter siedzi przy swoim biurku, ze słuchawkami na uszach. Poskładany jak paragraf na krzesełku obrotowym, bazgroli coś w zeszycie. Ubrany jest tradycyjnie, w czarną koszulkę, tym razem gładką i w biało szare, krótkie bojówki.

– Hej – mówię, kiedy znajduję się już w pokoju i zamykam za sobą drzwi.

Chłopak podnosi na mnie zamyślone spojrzenie. Jak tylko orientuje się, że to ja, unosi wysoko jedną brew i na krzesełku odsuwa się nieco od biurka.

– Co ty tu robisz? Coś się stało? – Nie ma to jak ciepłe powitanie.

– Nic. – Uśmiecham się krzywo. – Mam coś dla ciebie. Obiecałam, że się odwdzięczę za to, że poszedłeś ze mną na półmetek.

Wyciągam przed siebie ciemnobordową torebkę na prezenty, którą do tej pory trzymałam schowaną za plecami.

– Wiesz, że nie musiałaś? – Peter ściąga słuchawki, podnosi się wolno z krzesełka, podchodzi i łapie za torebkę z taką ostrożnością, jakby miała ona za chwilę wybuchnąć. – Choć nie ukrywam, że liczyłem na trochę inną formę wdzięczności.

– Hahaha. Widzę, że ktoś, dzisiaj jest w świetnym humorze.

Peter wyciąga z środka miękki pakunek, owinięty folią, którą szybkim ruchem zdziera i rozkłada w powietrzu czarną koszulkę. Na jej przodzie widnieje charakterystyczny symbol zespołu Parkway Drive z ich nowej płyty Reverence, a tył zdobi nazwa grupy, zapisana ozdobną czcionką. Kapela ta, jest jedną z Petera ulubionych i jedną z nielicznych, których jeszcze nie widziałam na żywo. Wiem, że pójście na ich koncert jest jednym z największych marzeń Petera. Niestety chłopaki pochodzą z Australii i nie często goszczą w Europie. Jeśli nadarzy się okazja, to z chęcią pójdę tam razem z Peterem. Jestem pewna, że bawilibyśmy się świetnie. Z nim, zawsze.

– Jeszcze cieplutka, jak świeże bułeczki. Czekałam tylko na kuriera – szczebiotam jak nakręcona.

– Wow, nie wiem, co powiedzieć. Dzięki. – Widzę zachwyt, w oczach Petera.

– Przymierz – wypowiadając te słowa, liczyłam na to, że chłopak pójdzie do łazienki, albo coś w tym stylu. Tym czasem Peter, najzwyczajniej w świecie, ściąga przy mnie swoją koszulkę.

Obracam się gwałtownie i zaczynam rozglądać się po pokoju. Jedynie kątem oka zerkam na roznegliżowanego Petera. Chyba się rumienię.

Jego pokój niewiele się zmienił. Na środku pokoju stoi pojedyncze łózko, przy ścianach różne szafki i biurko. Na jednej z komód dostrzegam zdjęcie w ramce, na którym stoi Peter i Mario, oboje w kąpielówkach, a między nimi ja, w stroju kąpielowym. Za naszymi plecami widać piękne morze. Obejmujemy się i jesteśmy roześmiani. Pamiętam to. Wszyscy chodziliśmy jeszcze do podstawówki. Pojechaliśmy wtedy z naszymi rodzicami, na wspólne wakacje do Chorwacji. Mam wrażenie, że to było wieki temu.

Na ścianach wiszą plakaty rozmaitych zespołów rockowych, niektóre z autografami, zdobytymi przez moich rodziców. Wszystko to sprawia, że pokój przypomina moje mieszkanie, gdzie też, na każdym kroku wisi jakieś baner z koncertu lub zdjęcie, które rodzice zrobili sobie albo nam z muzykami danej kapeli. Zdecydowanie pokój Petera pasowałby tam bardziej niż mój, którego ściany zdobią jedynie farby w doskonale dobranych, pastelowych odcieniach. Panuje w nim idealna harmonia. Dzięki niej, mogę odciąć się od chaosu panującego w pozostałej części mieszkania. Mogę się zrelaksować.

– I jak? – Peter pyta, rozkładając ręce, żeby lepiej się zaprezentować w nowej koszulce.

– Super. – Uśmiecham się. – Pasuje idealnie.

Peter po raz kolejny ściąga t-shirt, żeby założyć ten, który miał na sobie wcześniej, a ja znów nie wiem, gdzie uciec wzrokiem od jego nagiego torsu. Moje spojrzenie pada na biurko. Leży na nim otwarty zeszyt, w którym Peter wcześniej coś bazgrał. Biorę go do ręki. Na pierwszej stronie widnieje symbol zespołu Trivium – litera T narysowana w taki sposób, że przypomina sztylet z trzema ostrzami, jednym długim i dwoma krótkimi po bokach. Na drugiej stronie widnieje symbol Parkway Drive, dokładnie ten sam, co na koszulce, którą przed chwilą przymierzał. Oba rysunki są naszkicowane odręcznie ołówkiem, zapewne przez Petera. Uśmiecham się pod nosem i podnoszę wzrok. Na biurku leży włączony laptop, a na jego ekranie wyświetlona jest lista studiów tatuażu w naszymi mieście – wynik wyszukiwania w google.

– Planujesz zrobić tatuaż? – Trochę opornie idzie mi myślenie, ale w końcu łączę wszystkie fakty.

Obracam się w stronę Petera. Wszystkie części garderoby ma już na sobie. W ręce ciągle trzymam zeszyt. Peter gapi się na mnie z przerażeniem. Właśnie dotarło do niego, co odkryłam.

– Oddawaj to – warczy i wyciąga rękę po zeszyt.

– Twoja mama się wścieknie. – Przyciskam zeszyt do piersi i zaczynam się cofać. Ciotka Zuza nie cierpi takich rzeczy. Tatuaże, kolczyki w różnych dziwnych miejscach, są dla niej nieakceptowalne.

– Będzie musiała to jakoś przełknąć. Jestem dorosły i sam sobie uzbieram na tatuaż. – Peter rusza w moją stronę, chcąc mi odebrać swoje bazgroły.

– Ta, jasne. – Może i ma rację, ale ja już tam swoje wiem. Niech sobie udaje takiego dorosłego. To ciągle synuś mamusi i liczy się z jej zdaniem.

Robię jeszcze kilka kroków w tył i chichocząc, uciekam na drugą stronę łóżka. Peter podąża za mną, więc przebiegam przez łóżko rozdeptując równiutko ułożoną pościel. Chłopak nie idzie w moje ślady, tylko zawraca, chcąc znów okrążyć mebel. Wówczas ja wskakuję ponownie na łóżko, jednak Peterowi udaje się złapać mnie w pasie. Okręca mnie i ściąga na podłogę, a ja wydaję siebie stłumiony pisk i zanoszę się śmiechem. Zaczynamy szamotaninę, kiedy Peter wyrywa mi zeszyt. Wreszcie się mu udaje. Jedną ręką podnosi go wysoko nad głowę, drugą ciągle trzyma mnie w pasie. Wyciągam jeszcze ręce za przedmiotem naszej potyczki, ale jest za wysoko. Nie będę podskakiwać. Nie dam mu tej satysfakcji. Wyswobadzam się z ucisku i siadam na łóżku. Peter odkłada zeszyt na półkę, a sam siada na krzesełku przy biurku. Jemu jakoś nie jest do śmiechu. Łapie za jakiś podręcznik, otwiera go i próbuje udawać przede mną, że będzie się uczyć. Niech się uczy. Ja się nigdzie nie wybieram. Kładę się na plecach i uważnie studiuję sufit.

– Twoja mama i tak się wścieknie. – Przerywam ciszę, kiedy wreszcie łapię oddech.

– Nie musisz czasem wracać do domu?

– Dla pocieszenia, wyznam ci, że twoje poświęcenie na półmetku nie poszło na marne. Wczoraj spotkałam w bibliotece Marka. Prawie umówił się ze mną na randkę. – Wzdycham.

– Co znaczy prawie?

– Spytałam go, czy się spotkamy, gdzieś poza szkołą, ale zaznaczyłam, że tak po koleżeńsku.

– Aha, czyli to ani nie randka, ani to nie on cię zaprosił, tylko ty jego? – Dlaczego on musi czepiać się szczegółów? – A co ze studniówką? – pyta.

– Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze – mówię z przekąsem. – A właściwie, ty się wybierasz na studniówkę? – Uzmysławiam sobie, że wcześniej się nad tym nie zastanawiałam.

– Chyba żartujesz. – Prycha. – Po co?

– Żeby pobawić się ze znajomymi ze szkoły. – Co niby w tym tak dziwnego?

– Mamy inne formy rozrywki. To durnota, bawić się z okazji tego, że za kilka miesięcy będą się nad nami znęcać podczas matury.

– Mógłbyś zabrać ze sobą ta całą Sonię – ciągnę dalej.

– Zlituj się. – W głosie Petera słyszę rozbawienie. – Sądzisz, że chciałaby bawić się z bandą gówniarzy? Ona nie lubi takich imprez. Ty naprawdę nie masz dzisiaj żadnych lekcji do odrobienia?

Jak uroczo. Mówiłam już, że jej nie lubię?

– No to mógłbyś zaprosić, którąś z tych swoich zdobyczy. – Nie poddaję się.

– O czym ty teraz, do cholery mówisz? – Peter obraca się na krzesełku w moją stronę.

– Ten twój kumpel, Darek, pytał mnie czy jestem jedną z twoich zdobyczy – tłumaczę grzecznie.

– Co za kutas.– Peter kręci głową. – Jo, dałaś się mu wkręcić – mówi z rezygnacją. – Naprawdę myślałem, że znasz mnie lepiej.

Też tak myślałam, ale najwyraźniej już sama nie wiem, jak dobrze znam Petera.

Następuje krępująca cisza. Peter wraca do czytania książki, a ja dalej leżę na łóżku i staram się nie myśleć, czasem mi to wychodzi.

– Dlaczego już się tak nie wygłupiamy, jak kiedyś? – Może i potrafię nie myśleć, ale na pewno nie potrafię długo wytrzymać bez odzywania się.

Peter wzdycha bardzo ciężko i znów odrywa wzrok od swojej lektury.

– O co ci tym razem chodzi?

– O to, że kiedyś zawsze nasze spotkania kończyły się jakimiś wygłupami albo przepychankami. Z tego, co pamiętam, jak poszedłeś do liceum, a ja kończyłam podstawówkę, nagle przestaliśmy, a raczej to ty odsunąłeś się ode mnie.

– No i co?

– Dlaczego? – Podnoszę się na łokciu i wparuję intensywnie w Petera. On odwraca wzrok i nachyla się nad książką.

– Dorośliśmy – mówi spokojnie, ale mam wrażenie, że wymiguje się od odpowiedzi.

– I co z tego?

– Chryste, zachowujesz się jak pięcioletnie dziecko. – Przewraca oczami.

– Powiedz – naciskam.

– Ale jesteś upierdliwa. Byłaś dla mnie jak siostra, ale nią nie jesteś. Ja dojrzałem, ty zaczęłaś zmieniać się w młoda kobietę. Głupio mi było wygłupiać się z tobą, tak jak wcześniej. – A jednak miał na ten temat już swoje przemyślenia.

– Nie rozumiem, o co ci chodzi?

– To się domyśl. – Peter podnosi głos. Unosi głowę, ale nadal nie spogląda na mnie tylko wlepia wzrok w monitor laptopa. – Jesteś moją sąsiadka, siostrą najlepszego przyjaciela. Czułem się skrępowany.

Moje usta powoli rozszerzają się w uśmiechu. Mrużę oczy. Peter bierze do ręki ołówek i nerwowo stuka w nim w książkę. Widzę, że kątem oka zerka w moją stronę. Pewnie jest ciekaw mojej reakcji.

– Peter – mówię bardzo wolno – ty na mnie leciałeś!

– Nazywaj sobie to, jak chcesz. – Wzrusza ramionami.

Zaczynam się śmiać. Zrywam się z łózka. Obejmuję Petera od tyłu tak, że moje dłonie oraz rozpuszczone włosy lądują na jego klatce piersiowej, a nasze policzki stykają się ze sobą. Dzieli nas od siebie jedynie oparcie krzesełka.

– Tylko się nie zakochaj – szepczę i wymierzam mu siarczystego całusa w policzek.

Następnie, tanecznym krokiem oddalam się w stronę drzwi, podśpiewując sobie Love is in the air. Nic nie jest w stanie popsuć mojego dobrego nastroju i euforii, w jakiej się znajduję. Nawet mordercze spojrzenie, którym Peter odprowadza mnie do samego progu swojego pokoju. Odwracam się na pięcie, posyłam mu całusa i wychodzę.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz miesiąc temu
    No i się nie zawiodłem, realizm teraźniejszości bohaterki elegancko podawany.
  • weatherwax83 miesiąc temu
    o rany, w pierwszej chwili przeczytałam, że się zawiodłeś i normalnie omal nie padłam na zawał :)
  • Wrotycz miesiąc temu
    Partykuła przecząca, niby nic, drobiażdżek, trzy litery zaledwie, a jaka ważna, nie? : ) Nie dasz rady zejść na niższy poziom, Wrotycz stary, więc się zna.
  • weatherwax83 miesiąc temu
    oj nie wiem, może jeszcze się zawiedziesz... końcówka trochę pisana pod publikę, ale jeszcze sporo rozdziałów do tego czasu!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania