1999 cz. 1

Maj 2019 roku, Warszawa

 

– Zapraszamy laureata głównej nagrody za najlepszy reportaż radiowy w kategorii dziennikarstwo lokalne!

Na sali rozbrzmiały oklaski, nagrodzony nieśmiało wszedł na podwyższenie, by powiedzieć to, co miał do powiedzenia w tej chwili.

– Przede wszystkim – rzekł, poprawiając źle ustawiony mikrofon – chcę podziękować kilku wyjątkowym osobom, bez których by mnie tu nie było, a reportaż by nie powstał...

 

16 marca 1999 roku, średniej wielkości miasto w zachodniej Polsce

 

– Marku!

– Co, mamo?

– Chodź tu, usiądź, oglądaj, jak się tworzy historia!

– Nie, mamo, to jest tylko polityka.

– Ciekawe. Bez polityki nie ma historii. To takie wydarzenia, jak to dzisiejsze i decyzje, które za nimi stoją tworzą historię. Dziwne, że akurat ty tego nie rozumiesz.

Urszula odłożyła kubek z herbatą i dalej oglądała transmisję z uroczystości przyjęcia Polski, Czech i Węgier do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Jeszcze 10 lat wcześniej oglądała z bliska dogorywanie systemu komunistycznego stojąc w kolejce po chleb, jajka, mleko i nędzną kawę, a tego dnia siedząc w ciepłych kapciach mogła obserwować na ekranie potwierdzenie przynależności Polski do świata zachodnich sojuszy. Jeszcze niedawno ani się to Urszuli nie śniło. Dziwiło ją tylko, że jej interesującego się historią dorosłego już syna nic a nic to nie obchodzi.

– O, jesteś tu. Jak miło. Wiesz, co cię czeka wkrótce?

– Moja matura.

– Świetnie. Już w maju. Teraz mamy marzec. Już zdecydowałeś, co chcesz studiować, prawda?

– No... Historię. Albo dziennikarstwo. Albo informatykę.

Urszula przewróciła oczami.

– Trochę duży rozrzut. Poza tym nie zdajesz matematyki, więc o informatyce zapomnij. Chcesz zostać historykiem czy dziennikarzem?

– Myślę, że dziennikarzem, ale studia historyczne tego nie wykluczają – odpowiedział Marek.

– W porządku - uśmiechnęła się Urszula – tylko wiesz, co cię czeka, jeśli nie zdasz i nie dostaniesz się na studia, prawda?

– Wiem, wiem, wojsko - odpowiedział zgodnie z oczekiwaniami Marek.

Niechętnie usiadł na krześle i obserwował ekran. To, co się na nim działo nie interesowało go zupełnie.

– Nie ta epoka – powiedział rozbawiony.

Urszula już dawno temu przysięgła sobie, że nie dopuści do tego, by jej synowie poszli do wojska. Konkretnie w przypadku Marka wiedziała, że to nie dla niego i że dałby sobie tam radę, ale rok w kamaszach byłby rokiem straconym, a zaprzestanie dalszej edukacji zmarnowaniem potencjału. Gdyby żył Sławek, może dałby radę przygotować Marka do bardziej "męskich" zadań, jednak stało się to, co się stało i synowie Urszuli stracili główny męski wzorzec w rodzinie. Zresztą on też chciał dla synów czegoś lepszego niż poprzestanie na średnim wykształceniu i utopienie ambicji na marnie płatnym robotniczym stanowisku lub w kolejce po zasiłek. Czasy stały się niepewne, stara rzeczywistość opiekuńczego państwa dbającego o to, żeby wszyscy klepali tę samą stabilną biedę należała już do przeszłości.

Tymczasem Marek w swym pokoju czytał książkę i czekał na wieczorny reportaż w radiu. Radio od zawsze go przyciągało, znacznie bardziej niż telewizja. Kiedy parę lat wcześniej podwórka pustoszały w porze emisji japońskich kreskówek z włoskim dubbingiem zakrzykującym nieproszonego gościa, którym był polski lektor, Marek nic sobie z tego nie robił. Włączał wtedy stary odbiornik "Diora" i słuchał programu dla młodzieży. Wiadomości też były ważnym punktem w planie dnia, choć jako dziecko i wyrostek, Marek pojęcie o świecie miał oczywiście ograniczone i nie zawsze wiedział, o czym mowa. Kiedy wyrósł ze wspomnianych programów dla dzieci i młodzieży, jedną z ulubionych rozrywek dla zabicia czasu stało się skanowanie zagranicznych stacji przebijających się przez trzaski i huki na falach długich i średnich. A w ustalonych porach słuchowiska i książki czytane na antenie. Rzadko siedział nad książkami i zadaniami domowymi w ciszy. Najczęściej towarzyszyła mu wtedy jedna z rozgłośni muzycznych. Fascynowało go to, że można siedzieć i mówić w pomieszczeniu w mieście X, a być słyszanym setki kilometrów dalej.

On też tak chciał. Może też dlatego, że chciał być słuchany, a niekoniecznie obserwowany, jak w pudle z ekranem. Słowo pisane z kolei mu nie wystarczyło. Miał gadane, ale nie lubił wzroku innych, nie należał do showmanów. Był bystrym, inteligentnym chłopakiem, z drugiej strony raczej zamkniętym w sobie, mało popularnym w grupie. Typowy obserwator. Nie lubił być w centrum uwagi, choć lubił być słyszany. Pracę w radiu widział jako swoje marzenie, choć pisaniem do gazet też by nie wzgardził, zresztą miał już na swoim koncie artykuły do gazetek szkolnych, a nawet kilka opublikowanych w regionalnym dzienniku. Najbardziej interesowały go reportaże. Tego wieczoru w pokoju też zabrzmiał dżingiel zapowiadający reportaż dziennikarzy regionalnej stacji.

– Dobry wieczór, jest 5 minut po godzinie 21, nazywam się Anna Koczak-Morwińska, chcę przedstawić państwu reportaż pod tytułem "Ogon" o pogmatwanych wojennych i powojennych losach rodziny Szłapków. Front, obóz koncentracyjny, walka partyzancka, a po wojnie zamiast szacunku dalsze represje, tym razem ze strony stalinowskiego reżimu. Posłuchajmy...

Marek usłyszał trzask, zakręcił gałką na odbiorniku, żeby słyszeć wyraźniej. Na chwilę podziałało, znów usłyszał trzask i szum.

– Co jest...?

Kręcił gałką chińskiego odbiornika kupionego od Ukraińca na bazarze, próbując nastawić prawidłową częstotliwość, wyłączał i włączał odbiornik, a słychać było coraz gorzej. W końcu nie słyszał już w ogóle, co się dzieje na antenie, za to zakłócenia były coraz głośniejsze. Przez tę kakofonię zaczęła przebijać się niewyraźna melodia, jak z pozytywki.

– Do dupy – przeklął pod nosem Marek. Poszedł do kuchni po drugi odbiornik, wieczorem nikt go nie używał, musiał jednak pamiętać o tym, żeby nastawić z powrotem częstotliwość ulubionej stacji matki. Nie lubiła jej szukać. Włączył, pokręcił, na skali znalazł tę częstotliwość, o którą mu chodziło. Znowu trzaski i pozytywka.

– Jaja sobie chyba robią - powiedział do siebie. Nagle melodia ustała.

– Achtung. Ein, vier, zwo, neun, ein. Ein, vier, zwo, neun, ein. Ein, vier, zwo, neun, ein - powtarzał głos należący być może do młodej dziewczyny, może do starszej kobiety, a może małego dziecka, z powodu zakłóceń trudno było to ustalić. Niemieckie cyfry słychać było coraz lepiej.

– Neun, fünf, vier, acht... Zwo, null, sieben, zwo. Neun, fünf, vier, acht.

– Co, do cholery... - Marek wstał z kanapy i wyszukał inną stację. Odbiór bez zarzutu, śpiewał Bryan Adams. Inna stacja - jeszcze czyściej, tam publicystyka. Następna - modlitwy w doskonałej jakości dźwięku. Z powrotem na swoją stację - znów pozytywka. Tylko przez chwilę, potem znów: ein, sieben, drei, null, ein, sieben, drei, null. Dreszcze przeszły go po plecach.

Piraci radiowi? Ktoś sobie robi jaja? Ale kto? Niemcy? Do niemieckiej granicy nie tak blisko. Ein, zwo, neun, sieben. Ende. Wyliczanka nagle ucichła, nastąpiła seria trzasków i reportaż wrócił na antenę.

 

17 marca 1999

 

Następnego dnia Marek wstał z łóżka godzinę po swoim młodszym bracie, Karolu, uczęszczającym jeszcze do podstawówki, do której udał się pieszo, trochę później Urszula poszła do pracy w liceum, w którym uczył się Marek. Uczyła tam geografii, stąd naturalnie koledzy i koleżanki Marka często prosili go mniej lub bardziej nachalnie o pomoc w odrabianiu zadań czy nauce przed sprawdzianem, ci bardziej bezczelni bezskutecznie prosili go o szpiegowanie matki w celu znalezienia pytań na sprawdzian. Jednak on żadnym geniuszem geograficznym nie był. Ot, czwórkowo-trójkowy uczeń z każdego przedmiotu, oprócz historii, z której zbierał głównie czwórki i piątki. Wyniki w nauce, wygląd, zachowanie - chodząca przeciętność. Marek, jak zwykle w tegoroczne piątki, zjadł przygotowane wcześniej kanapki, ubrał się i poszedł na autobus.

Po szkole, mimo kiepskiej deszczowej pogody poszedł z kolegą wypić piwo w parku (matce powiedział, że zostanie dłużej pomagać mu odrabiać zadania domowe, co często robił), a to, co w dzisiejszym wirze zajęć zajęć mu umykało, gryzło go coraz bardziej. Te cyfry. Kto je nadawał, dlaczego po niemiecku i dlaczego zakłócał lokalną stację? Pod koniec transmisji część z nich spisał i przyporządkował do liter alfabetu, ale nie miało to żadnego sensu. Nie układały się w nic logicznego.

W domu od razu poczuł rosół. Nie musiał pytać, co na obiad. Przy stole, przerywając siorbanie i przeżuwanie, zapytał Urszulę:

– Mamo, wszystko w porządku z radiem?

– Tak. Dlaczego pytasz? - odpowiedziała matka.

– Wczoraj u mnie wieczorem przebijały jakieś niemieckie stacje. Tak przebijały, że nie słyszałem naszej stacji.

– Dziwne, granica jest dosyć daleko, a my mieszkamy na trzecim piętrze, trochę nisko - odpowiedziała Urszula.

– Marek, może to duch Hitlera gadał? - włączył się do dyskusji z głupawym uśmieszkiem małolat Karol.

– Mam ci to wylać do kibla?

– Marku!

– Czasami mógłby się zamknąć, prawda?

– Karolu, jedz. W kuchni odbiera bardzo dobrze, zresztą słyszysz... – właśnie nadawano krótki serwis informacyjny. Żadnych zakłóceń.

– Na tej stacji mogło być wszystko w porządku, na naszej miejskiej działy się naprawdę dziwne rzeczy. Może to piraci, nie brakuje żartownisiów z antenami na balkonach – powiedział Marek.

– Zgadza się, pisali coś ostatnio w gazecie o piratach z Krakowa. Ale oni nadawali podobno polską muzykę, nic nie słyszałam o niemieckich piratach radiowych w Polsce – odparła Urszula.

Wszyscy zjedli obiad: rosół i gulasz z kiszoną kapustą. Zmywał Karol, była jego kolej. Urszula poszła do dużego pokoju sprawdzać prace uczniów, w tym klasy II C, która tak ją wkurzyła w poniedziałek, że w środę musiała rozwiązywać zadania przygotowane na przyszłą klasówkę w ramach niezapowiedzianej kartkówki.

– No nic, wymyślę im inne zadania, jeszcze trudniejsze - pod nosem powiedziała do siebie - 3 punkty, niedostateczny. 6 punktów, dopuszczający, 1 punkt niedostateczny, 4, niedostateczny, 7, dopuszczający, 9, dostateczny, 2 punkty... – uśmiechęła się zadowolona ze zwycięstwa nad uczniami równie rozwydrzonymi, co niedouczonymi. W tym przypływie satysfakcji niepokoiło ją to, że może być to w pewnym stopniu jej wina, ale o jakiej winie można mówić przy dwóch godzinach lekcyjnych tygodniowo i przeładowanym programie? Niezbyt przejmowała się wulgarnymi wyzwiskami, które będzie słyszeć na swój temat za plecami. Ryzyko zawodowe. Ona może zdecydować o ich przyszłości, oni sobie mogą pogadać. Nie należała do nauczycielek nielubianych, nie była typową kosą, częściej cechowała ją wyrozumiałość niż hardość. Wszystko ma jednak swoje granice.

 

Wieczór, więc radio. Marek właśnie skończył serię pompek, zdyszany włączył radio. Grali jeden z hitów Nirvany. Nagle drzwi od pokoju się otworzyły, wparował Karol.

– Co, do... Ile razy ci mówiłem, że masz pukać?

– Mogę na chwilę pograć na komputerze?

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo to MÓJ komputer, za MOJE pieniądze i JA decyduję, kiedy ma być włączony, a kiedy nie.

– Ale ja chcę... Znowu będziesz słuchał ględzenia? - drwiąco zapytał Karol.

– Zjeżdżaj do siebie słuchać Britney Spears!

– MAAAAAMOOOO, on znowu do mnie powiedział "zjeżdżaj".

– Co się tam dzieje, o co chodzi? – zapytała Urszula siedząc nadal w dużym pokoju.

– Chcę grać, a on nie pozwala – ze smutną miną oznajmił Karol.

– Marku, pół godziny niech zagra, potem do siebie - zdecydowała matka.

– Suuuper, dziękuję! – ucieszył się Karol.

– Aha, jeszcze jedno. Włącz mu coś bez strzelanin. Jakaś piłka, wyścigi czy coś innego, byle bez zabijania – poprosiła starszego ze synów Urszula pojawiając się w drzwiach pokoju.

– Sam sobie włączy – odpowiedział Marek wyciągając z szuflady słuchawki.

– W porządku. Ale pilnuj, żeby nie włączał tych okropieństw. Karolu, pół godziny i ani minuty więcej, zrozumiałeś? I pukaj przed wejściem.

– Tak, mamo.

Urszula poszła z powrotem do większego pokoju. Karol zasiadł przed monitorem, triumfalnie pokazując starszemu bratu środkowy palec. Adresat pozdrowienia odpowiedział mu tym samym. Po chwili na ekranie monitora wyświetliło się menu gry GTA. Z kolei Urszula usiadła z powrotem na krześle w dużym pokoju, założyła grube szklane okulary do czytania i zabrała się za czytanie książki. Pomyślała, że chłopakom rzeczywiście brakuje męskiego wychowania; o ile Marek w wieku dorastania i młodzieńczego buntu nie sprawiał dużych kłopotów, o tyle po Karolu spodziewać się mogła wszystkiego, a najgorszy okres dopiero nadchodził. Miał dopiero 12 lat. Gdyby żył Sławek, na pewno byłoby łatwiej – pomyślała i westchnęła.

Tymczasem w słuchawkach Marka rozbrzmiewał kolejny reportaż, tym razem archiwalne nagranie sprzed kilku lat o historii starego szpitala psychiatrycznego na obrzeżach miasta. Marek znał ten opuszczony szpital, raz wybrał się tam z kumplami, chcieli sprawdzić, czy naprawdę tam straszy. Interesujący reportaż dobiegał już końca, kiedy nagle dźwięk ucichł, jakby przerwano nadawanie, po czym przez około 2 minuty zaczęła grać ta sama melodia przypominająca pozytywkę lub sygnał obwoźnych lodziarni z amerykańskich filmów. Ten sam głos kobiety w nieokreślonym wieku. Achtung! Vier, neun, acht, ein. Vier, neun, acht, ein. Vier, neun, acht, ein. Ein, acht, sieben, null. Zwo, null, acht, zwo. Sieben, zwo, null, ein. Fogelman kaputt. Fogelman kaputt. Ende.

Marek poczuł ściśnięcie w żołądku, nie wierząc w to, co słyszy. Jego żydowski pradziadek, który został zabity w nazistowskim obozie koncentracyjnym nosił nazwisko Fogelman. Marek przejechał dłonią po krótkich włosach - mokre. Chyba z nerwów.

Nici ze spania.

– O co tu, do cholery, chodzi? – zapytał sam siebie. Ostatnio to brzmiało jak żarty, jakieś nielegalne nadawanie lub może jakieś zakodowane informacje dla szpiegów czy dyplomatów. A to, co to miało znaczyć? Zapowiadała się bezsenna noc. Niemal natychmiast zwykły program wrócił na antenę.

 

18 marca 1999

 

– Dzień dobry, pani W.! - zawołała sąsiadka, pani B. widząc na klatce schodowej Urszulę.

– A, dzień dobry, pani B. Co słychać, dawno nie rozmawiałyśmy, coś ostatnio pani rzadziej wychodzi albo po prostu rzadziej na siebie trafiamy – uśmiechnęła się Urszula.

– A, wie pani, mąż chorował... No, ale już jest lepiej – odpowiedziała sąsiadka. – Wie pani, dziwne czasy teraz są.

– Dziwne, no, łatwe nie są – pociągnęła temat nauczycielka. – Jeśli o mnie chodzi, to fatalnie ostatnio sypiam, u pani, mam nadzieję, lepiej? – zapytała z troską Urszula.

– Ja, przyznam, też źle śpię. Mam dużo czasu, dużo czytam i jestem zszokowana tym, co się dzieje – pani B. zrobiła niezwykle poważną minę. – Wszystko wskazuje na to, że żyjemy w czasach ostatecznych.

Urszula zaskoczona uniosła brwi i spojrzała na sąsiadkę pytającym wzrokiem.

– Wie pani... Nigdy nie byłam przesądna, jestem wierząca, chodzę do kościoła. Ale ostatnio dużo czytam różne rzeczy i, jak się okazuje, mamy rok 1999, czyli rok Szatana. Po nim prawdopodobnie nastąpi seria kataklizmów, wszystko na to wskazuje... Terroryzm, wojny, trzęsienia ziemi, powodzie (Bogu dzięki, że do nas ta ostatnia nie dotarła), dziura ozonowa... – kontynuowała pani B. – Nie wiem, ostatnio się tym strasznie przejęłam, może nie powinnam pani tym truć – uśmiechnęła się zawstydzona sąsiadka.

– W porządku, to ciekawe, co pani mówi – Urszula nie chciała sprawić sąsiadce przykrości uciekając, miała chwilowo trochę czasu, nie miała ochoty na bzdury, ale lubiła panią B., która czasami pomagała upilnować synów, kiedy byli młodsi, a doba miała stanowczo za mało godzin, poza tym pani B. mimo głupot, które czasami opowiadała, roztaczała wokół siebie coś w rodzaju pozytywnej atmosfery, była "dobrym duchem" tej klatki schodowej. Czasami upiekła ciasto i częstowała wszystkich od góry do dołu (5 kondygnacji), niekiedy zaproponowała pomoc, wiedząc o czyjejś potrzebie (dowiadywała się o niej zwykle swoimi sposobami), czasem zadbała o tablicę ogłoszeniową przed blokiem, postawioną nikt nie wie kiedy, nikt nie wie przez kogo, nikt nie wie w jakim celu. Pani B. miała około 60 lat, dorosłą córkę w mieście wojewódzkim, podupadającego na zdrowiu męża, cały stosik niezrealizowanych ambicji i marzeń, różnorodne zainteresowania, bystry wzrok, spory krzyż noszony na wydatnej piersi, marną emeryturę, ciemne długie spódnice i pstrokate swetry, z których jeden miała w tej chwili na sobie pod rozpiętą kurtką. Nie miała okularów, nie potrzebowała. Urszula trochę zazdrościła jej przypominając sobie o swoich denkach od słoików na weki, jak nazywała swoje okulary.

– Zatem, będę kontynuować... – powiedziała pani B. – Poziom mórz się unosi, na Bliskim Wschodzie wrze, Rosja upada i jeden Bóg wie, kto może przejąć ich broń chemiczną, biologiczną i może nawet nuklearną... – mówiła przejęta. – I te przepowiednie...

– Które?

– Wie pani, według pewnych przepowiedni, do nas to, co najwcześniej się stanie podobno nie dotrze. Ale kiedy poziom mórz się podniesie, jako pierwsza utonie Holandia. I to będzie za to... wie pani... tam jest teraz straszna rozpusta i grzech. – zaczerwieniła się B. – boska cierpliwość ma swoje granice i to będzie kara za to.

Tego było już dla Urszuli zbyt wiele.

– Myślę, że jeśli faktycznie poziom mórz się podniesie, to Holandia zatonie dlatego, że duża część jej powierzchni leży pod poziomem morza lub na jego poziomie i to pod warunkiem, że naporu wody nie wytrzyma skomplikowany system odwadniający, w który ten kraj jest wyposażony. Natomiast nasz Bałtyk to małe i płytkie morze śródlądowe, nie może tu powstać na przykład fala tsunami. Choć i na Morzu Północnym byłaby to niebywała anomalia. Nie szukałabym drugiego dna. – tonem pogodynki wyjaśniła sąsiadce sytuację Urszula. – Przepraszam, idę na zakupy i trochę się spieszę, potem mam mnóstwo prac do sprawdzenia, porozmawiamy następnym razem, dobrze?

– Jasne, do widzenia, już nie przeszkadzam – uśmiechnęła się B.

– Zapraszam na kawę w sobotę. – z uśmiechem odpowiedziała Urszula.

– Do widzenia. – Do widzenia.

Kilka godzin później Marek zastanawiał się: włączyć czy nie włączyć? Zaczynał bać się tego radia, myślał, czy to nie wina odbiornika, może spróbuje wziąć do siebie ten z kuchni. I tak o tej porze nikt go nie używa, matka ogląda telewizję lub czyta książkę, czasami jedno i drugie. Włączył jednak swój odbiornik, tego dnia wszystko było w porządku. Zero zakłóceń, żadnych liczb, żadnego dziwnego nadawania. Marek odetchnął; już myślał o zapisaniu się na wizytę u psychiatry. Jednocześnie dobrze było mu z myślą, że pewnie to się dzieje tylko w jego głowie.

 

19 marca 1999

 

Marka od dwóch dni gryzło to, co usłyszał w środowy wieczór na antenie. Nie wiedział, kto te bzdury nadaje i czy w ogóle nadaje, może zwariował. Myślał o tym, że może ma omamy, początek schizofrenii lub coś jeszcze gorszego. Jednak nic innego na to nie wskazywało, nie prześladowały go żadne inne wizje, nie słyszał głosów, nie śniły mu się zjawy - choć po raz trzeci w tym miesiącu śnił mu się wylatujący w powietrze blok, tym razem wersja snu zawierała panią B. przekonującą go, że to tylko mu się zdaje, to nie był ich blok, są tu przypadkiem i że zaprasza na ciasto. Poprzednio we śnie uciekał autem ze zmarłym ojcem powtarzającym, że wszystko stracone i nic już nie będzie takie samo. W szkole jednak radził sobie jak zawsze, nie był rozkojarzony, zebrał nawet ocenę bardzo dobrą za wczorajszą kartkówkę z biologii, co z Wojtkiem (ocena z tej samej kartkówki: dobra), dobrym kumplem od czasów podstawówki opił, mimo brzydkiej pogody, w parku dwiema butelkami Bosmana. Wracał stamtąd do domu, był już blisko swojego bloku, kiedy zobaczył nadjeżdżającą z naprzeciwka karetkę na sygnale. Odpowiednio oznakowany, rozpędzony fiat ducato zbliżał się do Marka, wyjąc syreną i błyskając niebieskim kogutem, a kiedy mijał chłopaka, wjechał w ogromną kałużę ochlapując go wodą i błotem. Na nic zdał się jego unik w lewo.

– Kurwa mać! – pod nosem zaklął Marek - wszystko do prania!

Za karetką, ciszej i wolniej jechał policyjny polonez.

– Cześć mamo, cześć Karol. – krzyknął z przedpokoju, zdejmując przemoczone buty i kurtkę. – Wszystko mam do prania, ochlapała mnie karetka na sygnale.

– To wrzuć do pralki, odgrzej sobie obiad, bo już chyba zimny, ja zaraz idę na zebranie. – odpowiedziała Urszula z łazienki.

– Mamo, ona chyba jechała stąd, chyba spod naszego bloku.

– Nic nie wiem, słyszałam, że jechała, ale nie wiem, skąd. – Dobra, uciekam. – powiedziała, wychodząc z łazienki Urszula – na kuchence masz obiad, tylko odgrzej, o tobie i tak wszystko wiem, więc wywiadówki się bać nie musisz, widzisz, jak masz dobrze w porównaniu z kolegami – roześmiała się nerwowo – Zapomniałam, i tak jesteś pełnoletni. Uważajcie na gaz! Buziaki! – powiedziała wychodząc z łazienki już kompletnie przygotowana na deszczową pogodę i wyszła.

Po chwili Marek ubrał się w czysty dres, wrzucił do pralki brudne ciuchy, odgrzał i zjadł w kuchni obiad, wszedł do pokoju, a tam Karol w najlepsze gra na jego komputerze.

– Nie miałeś przypadkiem pytać mnie o pozwolenie, zanim zaczniesz grać? – zapytał.

– Zapytałem mamę. – odpowiedział młodszy z braci.

– I co z tego, miałeś pytać mnie, to chyba ustaliliśmy wszyscy, razem z mamą, prawda?

– Ty, brali kogoś z klatki obok na noszach do karetki. Była też policja. Widziałem z okna! - Karol zatrzymał grę.

– Że karetka tu była to wiem, ochlapała mnie całego. Teraz spierdalaj, ja będę grał.

– 10 minut, pliiiiiz...

– Dziesiąta minuty. Zapisuj i won.

– Dobra, masz i się pierdol.

– A co to za słownictwo?

– A gówno, co powiedziałeś przed chwilą?

– Ja jestem dorosły, ty nie. Koniec dyskusji.

Marek usiadł przed komputerem, odpalił grę i chwilę żałował, że nie ma dostępu do internetu. Niesamowita rzecz. Parę razy skorzystał z połączenia w domu kultury. Bardzo mu się to podobało, ale z mediów jednak miłością pozostawało radio. Myślał o tym i właśnie wydawało mu się, że słyszy zza zamkniętych drzwi słowa "chuj ci w dupę", ale nie chciało mu się dociekać, czy Karol naprawdę to powiedział i kto go nauczył takich słów, w końcu Markowi wiele dziwnych rzeczy się ostatnio wydawało.

Wieczorem włączył radio. Znów przerwa w transmisji, melodyjka i liczby po niemiecku. Marek chciał wyłączyć odbiornik, serce mu przyspieszyło z nerwów, bał się, że znów usłyszy coś, co go przerazi. Nerwowo słuchał: ein, vier, zwo, neun. Ein, vier, zwo, neun. Achtung. Vier, neun, null, sieben. Vier, neun, null, sieben. Vier, null, neun, sieben. Ende.

To wszystko.

Nerwowo słuchał dalszego ciągu zwykłego reportażu. Tymczasem w dużym pokoju zmęczona Urszula rozwiązywała krzyżówkę i oglądała tandetną meksykańską telenowelę. Antonio całował właśnie Milagros, choć ciągle zdradzał ją z Dolores, a Urszula pomyślała, że nie byłoby już niczym złym sobie kogoś poszukać po tylu latach. Może jeszcze poczuje się przez chwilę jak ta latynoska piękność z ekranu.

Nie spodziewała się wiadomości, która do niej dotrze w poniedziałek.

Następne części1999 cz. 2  1999, cz. 3  

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Tjeri 5 miesięcy temu
    Opowieść zapowiada się ciekawie. Sprawne pisanie (poza powtórzeniami, których trochę wyłapałam), jest klimat "epoki" (wydawało mi się, że to było chwilę temu, ale jednak zupełnie inne realia). Zajrzę dalej.
  • cos_ci_opowiem 5 miesięcy temu
    Dzięki, z powtórzeniami zawsze miałem problem, do tego w codziennej komunikacji posługuję się innym językiem niż polski i w tym języku powtórzenia nie są aż takim grzechem, jak w polszczyźnie. Walczę z tym, mam nadzieję, że dalsze części również będą się podobały. Pozdrawiam :)
  • cos_ci_opowiem 5 miesięcy temu
    Ważne. Dla lepszego wyobrażenia nagrań nękających głównych bohaterów polecam włączyć sobie to: https://www.youtube.com/watch?v=GUQUD3IMbb4 . Właśnie odsłuchanie nagrania tej stacji zainspirowało mnie do napisania opowiadania.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania