Poprzednie części1999 cz. 1  

1999 cz. 2

22 marca 1999

 

Poniedziałek, jak zawsze. Według planu: ósma, początek lekcji. W poniedziałek to historia, więc Markowi chciało się przyjść na czas. Poza środą, gdy zaczynał o 10:50 WF-em to jedyny dzień, kiedy nie miał problemu, by przychodzić punktualnie. W przeciwieństwie do historii niezbyt lubił WF, choć nieźle sobie z nim radził, jednak uważał, że to ulubiony przedmiot półgłówków, pogardzał nim. Początek zajęć o 10:50 był równie przyjemny, jak sobota, można się było wyspać. Spóźnienia nie były dużym problemem, liceum nie należało do najlepszych w mieście, a w razie zbyt wielu spóźnień czy nieobecności na pierwszych lekcjach obecność matki w gronie pedagogicznym łagodziła sytuację.

– Dzień dobry, po tej lekcji, konkretnie po przerwie, w auli zostanie wygłoszony apel w sprawie waszej koleżanki Justyny z klasy III B. Proszę usiąść, zaczynamy lekcję. – powiedziała poważnym tonem nauczycielka historii.

– Ej, to nie ta od olimpiad z niemieckiego? – zapytał ktoś z tyłu. – Podobno wylądowała u czubków.

– Możliwe, jak ona się nazywała? – odezwała się jakaś dziewczyna.

– Cisza! Panno A., proszę wstać. – zażądała nauczycielka. – Proszę podać mi nazwisko ostatniego ministra spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej przed II wojną światową.

– Eeeee... Narutowicz?

– Dziękuję, nie mam więcej pytań, ocena niedostateczna. Na pewno nie pomoże to pannie w dopuszczeniu do egzaminów maturalnych. Jeszcze ktoś chce przeszkadzać?

– Pizda. – pod nosem wyszeptała A.

W szkolnej auli, dużej, dosyć obskurnej sali, nauczyciele i uczniowie zbierali się jeszcze na przerwie, z niewielkim opóźnieniem dotarł też dyrektor oraz wicedyrektorka. Urszuli nie było, zaczynała pracę dopiero w południe. Dyrektor wyszedł na małe podium, poprosił o uwagę. Niski, siwy mężczyzna z gęstym wąsem był dyrektorem dopiero od roku, trudno było powiedzieć, czy ma jakąś konkretną wizję odnośnie szkoły czy po prostu chce dociągnąć w spokoju do emerytury. Przyszedł z zewnątrz, z jednego z miejskich techników, gdzie uczył chemii.

– Dzień dobry, proszę o uwagę. Jak już niektórzy wiedzą, nasza uczennica Justyna z klasy III B trafiła w piątek do szpitala po próbie samobójczej. Wygłaszam ten apel na prośbę jej rodziców, aby uniknąć szerzenia się plotek. Życiu Justyny nie zagraża niebezpieczeństwo. Proszę o uszanowanie prywatności jej i jej rodziny i o nierozsiewanie nieprawdziwych informacji. To wszystko, dziękuję. Proszę o rozejście się na lekcje według planu. – dyrektor zakończył krótkie przemówienie.

Na korytarzach wrzało, uczniowie i uczennice i tak dzielili się plotkami i domysłami na temat Justyny. Rzucił ją chłopak? Bzdura, przecież była sama; ktoś złośliwy dodał, że prędzej księżyc zderzy się z Ziemią niż Justyna od olimpiad z niemieckiego straci cnotę, choć jest całkiem ładna. Opuściła się w nauce i bała się reakcji rodziców? Też bzdura, miała doskonałe stopnie, typowa prymuska. Zwariowała? Zachowywała się zupełnie normalnie. Marek znał ją, mieszkali w jednym bloku, w różnych klatkach. Nawet mu się podobała, choć jego bardzo uprzejme zaloty pozostawały i tak daremne, dziewczyna była niedostępna i całkowicie skupiona na nauce oraz planach na przyszłość. Miała dwie koleżanki, wyglądały na zmartwione losem przyjaciółki i zaskoczone tym, co się stało.

Dlaczego to zrobiła?

Po południu do drzwi mieszkania Urszuli zapukała pani B. Urszula była przygotowana na kolejną wizytę Świadków Jehowy i obmyślała uprzejmą, acz wyraźną prośbę o zaniechanie dalszych wizyt. Spojrzała przez wizjer i zobaczyła panią B. Sąsiadka ledwie sięgała twarzą do wysokości wizjera, była niższa prawie o głowę od wysokiej brunetki Urszuli – No cóż, chwilę mam - pomyślała. – Chyba to coś ważnego.

– Dzień dobry, pani B.

– Dzień dobry, pani W. Bardzo przepraszam, nie chcę pani nachodzić, ale to ważne. Możemy się spotkać u mnie później, jeśli pani chce. – powiedziała B. wycierając buty w wycieraczkę.

– Ależ proszę wejść, chce pani herbaty, właśnie wodę wstawiłam? – zapytała Urszula

– A dziękuję, chętnie się napiję, jeszcze raz przepraszam za najście...

– Nic się nie dzieje, niech pani mówi, o co chodzi.

Wchodząc do kuchni, zastając lekki bałagan, pani B. zakomunikowała powód wizyty.

– Wie pani, co się stało w piątek z córką T.?

– Jasne, wiem. Biedna dziewczyna. Na szczęście żyje, jest przytomna, będzie żyć, ale... – nie dokończyła Urszula, w słowo weszła jej B.

– Kompletnie postradała zmysły! Czeka ją leczenie psychiatryczne! Nałykała się proszków, podcięła sobie żyły i próbowała wyskoczyć z okna, na szczęście w ostatniej chwili przyszedł jej ojciec. W ostatniej chwili! – głośno i z wyraźnym pobudzeniem powiedziała B. – A miała tyle planów... Germanistyka w Poznaniu, później planowała jechać na wymianę studencką do Niemiec, zakochana była w Hamburgu... – smutno dodała pani B.

– Czyli wszystko pani wie...

– Jasne, że wiem! – odpowiedziała B. – W końcu zawsze chciałam być dziennikarką, jakimś trafem nowości rzadko mnie omijają – uśmiechnęła się.

– Przychodzę właśnie do pani z czymś, co powinna pani zobaczyć, pani W. Do pani mam najwięcej zaufania, ale i tak bardzo proszę o dyskrecję. Bardzo proszę. – poważnym tonem zakomunikowała Urszuli sąsiadka, wyjmując z torebki kopertę. – Noszę przy sobie zawsze taki mały aparacik, z reporterskiego obowiązku, choć przecież do zakładowej gazetki nie piszę od dawna. – uśmiechnęła się starsza sąsiadka. – Zwykle fotografuję przyrodę, ale tym razem... Sama pani zobaczy. Właśnie odebrałam z zakładu wywołaną kliszę. – B. otworzyła kopertę i położyła na stoliku kilka fotografii.

– Co to jest? – zapytała Urszula.

– Proszę zobaczyć. Szłam z psem, kiedy zobaczyłam karetkę i radiowóz na sygnale pod drugą klatką. Poczekałam aż wszyscy odjadą, ojciec tej biednej dziewczyny pojechał maluchem do szpitala, matka, zdaje się, miała drugą zmianę w pracy. Tam jest zepsuty od dawna domofon, każdy może wejść do klatki. No i z tego wszystkiego, jak się okazało, ten biedny ojciec zapomniał zamknąć drzwi od mieszkania. Nie tylko na klucz, ale w ogóle! Wstyd się przyznać, ale... Poczekałam, aż wszyscy się rozejdą. Następnie zakradłam się tam, otworzyłam drzwi tego mieszkania i oto, co zobaczyłam. Dalej nie wchodziłam, w ogóle nie weszłam do tego mieszkania, tylko uchyliłam drzwi! – z prędkością karabinu B. wyrzucała z siebie słowa.

Zdumiona Urszula wzięła do ręki pierwszą fotografię. Zobaczyła zdjęcie przedpokoju mieszkania sąsiadów, z jedną wielką kałużą krwi i kilkoma mniejszymi na podłodze. Na drugim zdjęciu zobaczyła wiszące w tym przedpokoju lustro i napisany na nim krwią tekst po niemiecku. Pierwszej części nie była w stanie odczytać, druga wyglądała na "...du Nazi-Schweine!".

– Boże... – cicho powiedziała Urszula na widok zdjęcia.

– Zwariowała, myśli pani? – zapytała B.

– Tak to wygląda...

– Powiem pani coś jeszcze. Nie wszyscy w tym bloku o tym wiedzą. – ze śmiertelną powagą powiedziała B. – Tyczy się to historii tego miejsca. Sam blok ma krótką historię, zbudowali go za wczesnego Gierka. Ale przed wojną i w czasie wojny to nie były puste pola.

– A co tu było? – zapytała Urszula.

– Pomyśli pani, że żartuję, ale opowiem pani wszystko. Wszystko jest w miejskich archiwach, mój mąż się tym bardzo interesował swego czasu, a od kiedy mamy więcej czasu na emeryturze, wrócił do grzebania w przeszłości tego miasta. Już opowiadam. Otóż... – B. wzięła głęboki oddech, kiedy do domu wrócił Marek, natychmiast kierując się w stronę lodówki.

– Dzień dobry. – przywitał się uśmiechnięty.

– Dzień dobry. - odpowiedziała sąsiadka. – Ale ty wyrosłeś, Marek! Piękny kawaler z ciebie! – dodała. Urszula szybko odwróciła drastyczne zdjęcia spodem do góry.

– Dziękuję, pani B. – uśmiechnął się. – Rozumiem zakrywanie takich rzeczy przed Karolem, ale ja jestem już przecież pełnoletni. – rzekł Marek, lekko rozbawiony. – Szkoda tej Justyny, która zwariowała. Zdolna i ładna. – rzucił idąc w stronę swojego pokoju ze szklanką mleka. Zamierzał powtarzać materiał do matury.

– Wy się znaliście, prawda? – zapytała B.

– Dużo powiedziane, chodziliśmy do jednej szkoły, parę razy gadaliśmy, raz startowałem z nią w tej samej olimpiadzie z niemieckiego, tylko ja nie przeszedłem pierwszego etapu, a ona miała drugie miejsce w mieście. – Marek cofnął się do kuchni. Po chwili przypomniał sobie, że przecież sam może zaczął wariować i czeka go psychiatryk, te liczby z radia...

B. kontynuowała: – Tu była kamienica. Duża, taka jak tamte w stronę miasta. Prawdę mówiąc, była tu cała pierzeja! I wie pani, co w tej naszej, tak to ujmę, kamienicy się mieściło? - zapytała.

– Nie wiem, nie mam pojęcia.

– Gestapo! Siedziba regionalna! Co najmniej raz był tu Hitler! A w 1944 roku na tę pierzeję spadły brytyjskie bomby. Kamienice, które stały na miejscu tego bloku zostały zrównane z ziemią. Nie zostało z nich nic! Ataku nie spodziewał się nikt, było tu wiele osób, w tym też funkcjonariusze partii NSDAP, być może też esesmani i oczywiście gestapowcy. Bardzo źli ludzie, tego jestem pewna. Prawdopodobnie zginęli w okamgnieniu. – dramatycznym tonem B. opowiedziała skróconą wersję historii tego miejsca. Urszula tylko słuchała.

– I to tu na dworcu przesiadano niektórych Żydów do pociągów wiozących ich już do docelowych miejsc, w których zostać mieli zgładzeni.

Urszula wiedziała o tym dobrze, w końcu jej dziadek nie doczekał wyzwolenia obozu, w którym zmarł, babcia natomiast nigdy nie chciała opowiadać o tym, co przeżyła. Co prawda nie wiedziała, czy ich historia miała cokolwiek wspólnego z tym miastem, jednak właśnie dlatego pamiętała dobrze to, o czym sama się uczyła na lekcjach historii z nauczycielem, któremu chciało się opowiedzieć też coś o dziejach miasta, co na pewno nie mieściło się w programie nauczania.

– Pani W. Nie wiem, czy pani w to uwierzy. Ale ja mam na to swoją hipotezę. – B. wyrwała Urszulę z zamyślenia. – Nie musi pani w to wierzyć, ale ja po prostu uważam, że duchy tych ludzi, tych nazistów nas prześladują. Nie mogą znieść tego, że spokojnie sobie tu żyjemy, w miejscu, w którym zabiła ich aliancka bomba.

– No niby tak, ale przecież choroby psychiczne się zdarzają...

– Jasne, czasami człowiek po prostu zachoruje. Ale właśnie mija 55 lat od tego zdarzenia. 5 lat temu była okrągła rocznica...Kiedy pani się tu wprowadziła? – zapytała B.

– Chyba 7 lat temu, zamieniliśmy mieszkanie na większe. Nie, przepraszam, na początku 1993 roku. – odpowiedziała Urszula.

– Tak. A pamięta pani, ile osób zmarło tu w 1994 roku? Wiem, że mogła pani ich nie znać. Pani F., pan D., później mąż pani F., ten student na pokoju u R., co się powiesił, ta z 3 piętra w trzeciej klatce, która wyskoczyła z okna, no i... – zatrzymała się sąsiadka.

– No i mój mąż. – cicho dokończyła Urszula.

– No... tak. Przepraszam, że poruszam ten temat...

– Nie, nie szkodzi, mogę już o tym rozmawiać. Sławek zasłabł za kierownicą i uderzył naszym dużym fiatem w słup. Gdyby nie zawał, nic poważnego by mu się nie stało. A psychicznie nic mu nie było. – powiedziała Urszula, nie chcąc, żeby sąsiadka-przyjaciółka uszeregowała go wspólnie z domniemanymi ofiarami nazistowskich duchów.

– Zatem widzi pani... Ja, mówiąc szczerze, wyprowadziłabym się stąd. Ale starych drzew się nie przesadza. Jeśli będzie nas więcej, ludzi, którzy wiedzą, co tu jest grane, duchy tych szumowin może się wystraszą i dadzą nam spokój. Może... – bez większego przekonania powiedziała B.

– No dobrze, takie zjawiska mogą istnieć, ale znacznie łatwiejszym wyjaśnieniem sytuacji z dziewczyną jest po prostu choroba psychiczna, nie sądzi pani?

– Pani W. Nie namawiam nikogo, aby wierzył w to, o czym mówię, ale uważam, że za dużo tu zbiegów okoliczności, dziwnych sytuacji i dziwnych śmierci.

Rozmowę przerwał dzwonek telefonu.

– Przepraszam, pani B., odbiorę. – Halo, słucham? Tak, to ja. Jak to zasnął na lekcji? – odpowiedziała zaskoczona Urszula rozmówcy. – Spał jak suseł, o 22 ma być już w łóżku i tak jest, pilnuję tego... Dobrze, porozmawiam z nim. Ocena niedostateczna? – Urszula zaczynała wyglądać na porządnie wkurzoną. – Nadrobi to, obiecuję. Dziękuję za informację. Do widzenia.

Odłożyła słuchawkę. B. popijała herbatę.

– Małe dzieci, mały problem, większe dzieci, większy problem. – westchnęła Urszula.

Karol wrócił ze szkoły rozkojarzony i w bardzo złym humorze. Wiedział, że czeka go poważna rozmowa.

– Masz jakieś problemy z zaśnięciem? Nie chodzisz przypadkiem grać na komputerze Marka, kiedy śpię i nic nie słyszę? – zaczęła spokojnym tonem serię pytań Urszula. Karol siedział na fotelu, Urszula na kanapie.

– Nie, nic nie robię. Normalnie śpię. Ale dzisiaj miałem koszmary, ciągle się budziłem. – odpowiedział skruszony Karol.

– Słuchaj, ja nie chcę cię karać za to, że zasnąłeś dziś na lekcji i dostałeś pałę. Jakoś to nadrobisz. Ale chcę wiedzieć, co się dzieje. Nie bierzesz nic z kolegami? Jakieś narkotyki?

– Nie, fuj, nie biorę nic z nikim, moi koledzy też nie. – odpowiadał nieśmiało chłopiec.

– To co się stało, co to za koszmary miałeś, że aż nie mogłeś spać?

– Nie chce mi się o tym opowiadać, i tak nie uwierzysz...

– Dlaczego mam ci nie wierzyć? – naciskała matka.

– Bo to straszne głupoty...

– Nie możesz spać przez głupoty?

– Śnił mi się jakiś zombie, żywy umarlak w mundurze, który stał nade mną z siekierą. A potem przyszedł drugi z pistoletem, obydwaj chcieli mnie zabić. To samo śniło mi się parę razy, bałem się zasnąć.

– Co... Co ty masz za wyobraźnię. To przez te gry i głupie filmy? Marek, chodź tu, proszę!

– Nie, nie gram w takie... – odpowiedział Karol

– Tak? - przyszedł do dużego pokoju Marek oderwany od swoich zajęć

– Co ty mu włączasz? – zapytała matka. – Wiesz, co mu się śniło i spać przez to nie mógł?

– Mamo, nie mów mu!

– Sam sobie włącza, ale przecież mówiłem, że nie gra w Diablo, bo mam to pod hasłem. I pokazywałem ci to już.

– To prawda. - dodał młodszy z braci.

– Dobrze, ale chcę wiedzieć, z jakimi treściami Karol ma styczność. Ty rób co chcesz, bo jesteś pełnoletni, ale jego psychika dopiero się kształtuje. Teraz, Karol, biegnij spać. Chcesz usprawiedliwienie na jutro?

– Tak, chciałbym.

– Wszystko nadrobisz, ale wypiszę ci. Spanie też masz nadrobić. Jest godzina 18, umyj zęby i dobranoc. – oznajmiła Urszula.

Wieczorem ktoś znowu zrobił Markowi psikus, przerywając nadawanie programu radiowego. Melodyjka, "Achtung!", cyfry po niemiecku czytane tym samym, kobiecym głosem, znów melodyjka, cyfry i powrót programu na antenę. Marek już się przyzwyczaił, za to zaczął nagrywać te incydenty na kasetę magnetofonową. Może kiedyś się przyda, kiedy będą chcieli uznać go za wariata i mitomana.

 

24 marca 1999

 

Marek wracał ze swoją nową zdobyczą w plecaku. Na bazarze kupił od porozumiewającego się na migi handlarza o dalekowschodnich rysach twarzy za 10 złotych stary, rumuński odbiornik radiowy Eforie. Sprawdził działanie nowego nabytku, było bez zarzutu, więc zdobycz wylądowała obok innych eksponatów - między innymi telewizora Junost i czechosłowackiego, przenośnego radia tranzystorowego marki Tesla.

– Kiedyś założę muzeum. – na głos wypowiedział swój plan Marek. O zbiorach nie wiedział nikt, były trzymane w szafie na klucz.

Późnym wieczorem po skontrolowaniu przygotowania Karola do szkoły Urszula poszła do dużego pokoju obejrzeć film, który bardzo chciała zobaczyć. W połowie i tak usnęła. Obudziła się kilkanaście minut później obudzona piskiem sygnału nadawanego wraz z planszą kontrolną, której nie powinno o tej porze jeszcze być na ekranie. Urszula przełączyła na inny kanał, tam też plansza kontrolna. Z powrotem na poprzedni - obraz planszy nadal był, ale pisk ustał. Nagle plansza zniknęła, zamiast powrotu filmu na antenę wyświetliło się stare, czarno-białe nagranie. Na jakimś placu, obok zebranego tłumu widniały olbrzymie flagi Trzeciej Rzeszy. Nagranie było nieme, pokazywało wydzierającego się Hitlera przed tłumem zwolenników. Po chwili niemy obraz z Hitlerem zastąpił huk i już jak najbardziej udźwiękowione nagranie nadlatujących bombowców Stuka. Na antenę powróciła plansza kontrolna, po niej kolejne nagranie, tym razem z obozu koncentracyjnego. Następnie nagranie egzekucji. Ludzie pędzeni do komór gazowych. Urszula próbowała wyłączyć telewizor pilotem, bezskutecznie. Zerwała się z kanapy, podbiegła do gniazdka, wyjęła wtyczkę. Obraz zniknął z ekranu.

– Ja też zwariowałam, do cholery? – zapytała samą siebie. Zauważyła, że trzęsą jej się dłonie. Mimo to postanowiła znowu włączyć telewizor. Sprawdziła palcami kieszeń magnetowidu. Pusta. Podłączenie anteny. Prawidłowe. Nacisnęła przycisk zasilania telewizora do pozycji "off", z powrotem włożyła wtyczkę do kontaktu. Kilkadziesiąt sekund wahała się, czy naciśnięcie przycisku na obudowie kineskopu jest dobrym pomysłem.

Nie było, jak się okazało po chwili.

Sygnał planszy kontrolnej lekko uspokoił Urszulę, ale już nie to, co zobaczyła na ekranie. A wyświetlało się tam kolorowe zdjęcie rozkładającej się ludzkiej głowy, które zajmowało cały ekran, co kilka sekund na ułamek sekundy, jak w przekazie podprogowym, ale możliwym do zarejestrowania gołym okiem wyświetlała się flaga III Rzeszy. Urszula zapomniała, gdzie jest gniazdko, do którego przed chwilą podłączyła odbiornik. Cała się trzęsąc, starając się nie patrzeć na ekran, nacisnęła przycisk zasilania. Serce tłukło jej jak oszalałe. Odbiornik się wyłączył, pisk ustał, w pokoju znów nastała ciemność, zakłócona słabym światłem lampki nocnej. Po omacku dłoń Urszuli znalazła gniazdko, z którego wyjęła wtyczkę. Nauczycielka, zawsze racjonalnie podchodząca do życia, sceptycznie podchodząca do zjawisk nadprzyrodzonych, w tym do wiary w Boga i życie pozagrobowe, była teraz przerażona i zaskoczona. Wiedziała, że to nie sen, zaczęła myśleć o wizycie u psychiatry, przypomniała sobie jednak zdjęcia z mieszkania sąsiadów, których córka próbowała popełnić samobójstwo... Snu dziś nie będzie. A jutro stąd jedziemy. Nieważne, dokąd. A później zobaczymy. Taka była odpowiedź na pytanie: co robić dalej?

Następne części1999, cz. 3  

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    Bardzo dobry tekst. Powolna akcja, wciągająca napięciem. Horror, aż czułem to w sobie.
    Napisane tez bardzo dobrze. Bardzo mało błędów interpunkcyjnych, prawie w ogóle rzeczowych i nieco innych.

    Proszę usiąść, zaczynamy lekcję. – powiedziała poważnym tonem nauczycielka historii.
    Przed określenie mowy w didaskaliach nie dajemy kropki. A gdy dajemy kropkę, dalej z dużej.

    – Kompletnie postradała zmysły! Czeka ją leczenie psychiatryczne! Nałykała się proszków, podcięła sobie żyły i próbowała wyskoczyć z okna, na szczęście w ostatniej chwili przyszedł jej ojciec. W ostatniej chwili! – głośno i z wyraźnym pobudzeniem powiedziała B. – A miała tyle planów...
    Tu się uśmiałem, bo brzmi to jak parodia, tyle tych zabiegów samobójczych :) I jeszcze komentarz: tyle miała planów :):):)

    Poczekałam, aż wszyscy się rozejdą. Następnie zakradłam się tam, otworzyłam drzwi tego mieszkania i oto, co zobaczyłam.
    Zrobiłbym z tego jedno zdanie i wyrzuciłbym słowo "następnie".

    Obudziła się kilkanaście minut później obudzona piskiem sygnału nadawanego wraz z planszą kontrolną,
    Obudziła/obudzona - masło maślane

    Nauczycielka, zawsze racjonalnie podchodząca do życia, sceptycznie podchodząca do zjawisk nadprzyrodzonych, w tym do wiary w Boga i życie pozagrobowe, była teraz przerażona i zaskoczona.
    2 x podchodząca

    Bardzo mi się podobało!

    Pozdrawiam.
  • cos_ci_opowiem 3 miesiące temu
    Dzięki wielkie, również za wskazówki. Ta część była pisana i poprawiana bardziej na szybko, stąd wyszły babole. Sąsiadka ma być trochę jak z parodii lub taniego, włoskiego horroru o zombiakach, dlatego cieszę się, że się uśmiałeś :). Po pierwszej ocenie zacząłem wątpić czy warto dalej pisać, ale widocznie jednak warto.

    Trzecia część będzie, mam nadzieję, jeszcze bardziej klimatyczna. :)

    Pozdrawiam.
  • cos_ci_opowiem 3 miesiące temu
    Aż dziwne, że w pierwszej części nie popełniłem tych baboli z kropkami w didaskaliach. Na pewno zapamiętam.
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Podoba mi się! Opowieść wciąga, zrobiło się bardzo ciekawie. Ładnie budujesz napięcie. Jedyne co mi nie pasi, to skracanie nazwisk do litery.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania