Poprzednie części1999 cz. 1  1999 cz. 2  

1999, cz. 3

25 marca 1999

 

Nad ranem Marek co prawda spał, ale sen, który mu się przyśnił nie był raczej czymś, czego by sobie tej nocy życzył. Śniło mu się, że patrzy na szafę z zabytkami w swoim własnym pokoju. Ta się nagle otwiera, sama z siebie, a odbiorniki, włącznie z telewizorem Junost zaczynają grać prześladującą go melodię i recytować ciągi cyfr po niemiecku. Wszystkie eksponaty naraz, w różnym tempie, co tworzyło trudną do zniesienia kakofonię. Na małym telewizorku pojawiła się taka sama czaszka, którą widziała Urszula na kineskopie w dużym pokoju, brzęczeć zaczęła plansza kontrolna.

Marek obudził się. Za oknem jeszcze ciemno, można spać. Do szkoły dopiero na 9. Zasnął jeszcze na chwilę, potem wstał, wziął łyk wody z kubka, który zawsze miał na noc przygotowany i zaczął się bawić myśliwskim nożem, który trzymał w szufladzie, oczywiście zamkniętej na kluczyk. Jak w transie skrobał nim po starym biurku, które i tak było porysowane i podniszczone, ale nie było najmniejszego sensu w tym, co robił. Pół godziny poświęcił na rysowanie biurka i oglądanie noża w świetle nocnej lampki. Zaczęło świtać.

Gdy było już jasno i o tej porze Marek powoli musiałby wstawać, Urszula dzwoniła z kuchni.

– Dzień dobry, dodzwoniłam się na informację kolejową? – zaczęła. Zapytała o pociągi do miasteczka, w którym mieszkali jej rodzice.

– Wszystko jedno, może być osobowy, pospieszny też – odpowiedziała niecierpliwie na pytanie zadane po drugiej stronie słuchawki. – Aha, dobrze, zapisuję. Ósma czterdzieści, to za wcześnie. Dwunasta dwadzieścia, aha. Następny czternasta czterdzieści, aha...Z przesiadką, to nie, dziękuję. Siedemnasta trzydzieści, pospieszny. Dwudziesta pięć. Nie, to za późno. Dziękuję, bardzo mi pani pomogła, do widzenia – zakończyła rozmowę i odłożyła słuchawkę.

– Cześć, mamo – przywitał się Marek. Spojrzał na matkę, brak snu był widoczny na jej twarzy. – Dobrze się czujesz? – zapytał.

– Tak, dobrze – odpowiedziała rozkojarzona Urszula. – Yyyy, przepraszam, zaraz zrobię chleb. Nasyp sobie płatki, mleko zaraz podgrzeję, a ty i tak lubisz zimne. Co ja chciałam... Aha, nie idziecie dzisiaj do szkoły – zakomunikowała.

– Co?

– Jedziemy do babci i dziadka. Dawno nie byliśmy, prawda?

– No, w porządku, ale co ze szkołą?

– Napiszę Karolowi usprawiedliwienie, ty sobie też napisz. Ja też się jakoś wytłumaczę.

– Ja rozumiem, ale jest czwartek, może pojedź sama, a my dojedziemy jutro po południu?

– Nie, pojedziemy wszyscy. Gdyby ktoś później pytał, mieliśmy wszyscy grypę żołądkową i gigantyczną sra...przepraszam, biegunkę. Zrozumiałeś?

– Zrozumiałem, nie rozumiem, dlaczego jedziemy w środku tygodnia.

– Wyjaśniam: dawno nie byliśmy i to jest wystarczający powód. Czego tu nie rozumiesz? – zapytała podirytowana brakiem entuzjazmu syna Urszula.

– Nie rozumiem, dlaczego teraz, niedługo Wielkanoc, wtedy i tak pojedziemy, poza tym możemy jechać jutro po południu – nadal protestował Marek. – I dlaczego tak nagle?

– Słuchaj, no, pani Grażyna z domu obok, pamiętasz ją, to wasza jakby ciocia; pani Grażyna nie ma się najlepiej, czuje się bardzo źle i im wcześniej ją odwiedzimy, tym lepiej – na poczekaniu wymyśliła historyjkę, dopiero po chwili dotarło do niej, że zbłaźni się, kiedy prawda wyjdzie na jaw. Pani Grażyna była zdrowa jak rydz.

O ile dziewiętnastolatek znał dobrze panią Grażynę i byłoby mu przykro, gdyby coś złego jej się stało, to obecnie jeszcze lepiej pamiętał inną sąsiadkę, mieszkającą w małej kamienicy kilka domów dalej Kasię. Ta zadbana, około czterdziestoletnia, ale wyglądająca na młodszą rozwódka kilka miesięcy wcześniej rozprawiczyła go u siebie w mieszkaniu, gdy jej dzieci były, jak co drugi weekend, u swojego ojca. Marek lekko zaczerwienił się myśląc o tym, jak i o tym, że może będzie okazja, by to powtórzyć, ponadto miał nadzieję, że prezerwatywy firmy PHU Polgumeks są naprawdę tak mocne, jak obiecuje ich producent.

– Idę obudzić Karola, no zjedz coś – powiedziała Urszula i potruchtała do najmniejszego pokoju.

Marek nadal nie wiedział, co się dzieje, matka nigdy nie pozwoliłaby im na wagary, na dodatek jemu tuż przed maturą. Justyna zwariowała. Ja wariuję. Karol też ma jakieś kłopoty ostatnio. Matka też zaczyna?

– Suuuuuper! – reakcja Karola nie pozostawiła żadnych wątpliwości co do tego, jak odnosi się do pomysłu matki.

– Pamiętaj, nadrobisz wszystko. W poniedziałek od razu po szkole chcę widzieć, jak przepisujesz notatki.

– Jasne, mamo! – z entuzjazmem odpowiedział młodszy z braci. Jego nie trzeba było przekonywać do pomysłu kilkudniowego wyjazdu do dziadków.

– Pakujcie się, nie jedziemy na zbyt długo, więc nie bierzcie Bóg wie czego. O godzinie 12.20 mamy pociąg, więc nie musicie się spieszyć. Zawołam taksówkę – oznajmiła Urszula.

– Mamo!

– Co, Marku?

– Na pewno wszystko w porządku? – zapytał Marek.

– Tak, na pewno, a co by miało być źle? – odpowiedziała Urszula.

– To, co się tu ostatnio dzieje. I to, co ci wciska pani B. – podsumował Marek.

– Marku, proszę cię...

– Może naprawdę nam tu wszystkim odwala, może to pole magnetyczne, jakaś chemia w materiałach budowlanych – ciągnął temat dociekliwy syn.

– Marku, no może ostatnio wszyscy mamy trudniejsze dni, ale nie patrz na to w ten sposób.

– Dobra, nie chce mi się drążyć.

Marek poszedł do dużego pokoju, złapał za pilot i próbował włączyć telewizor. Zauważył, że jest odłączony z sieci. Włożył wtyczkę do kontaktu i nacisnął przycisk zasilania. Do pokoju wparowała Urszula.

– Marek, po co to włączasz?

– Chciałem obejrzeć wiado... – nie zdążył dokończyć.

– Wyłącz to badziewie, nie mamy czasu! – powiedziała matka, zabrała mu pilot z dłoni i wyjęła wtyczkę z kontaktu.

– Mamy jeszcze 3 godziny, o co ci chodzi? – zapytał Marek.

– Nic, po prostu nie włączaj, dobrze?

– Dobrze, naprawdę nie rozumiem, co tu się dziś dzieje.

– Nie musisz rozumieć, po prostu nie włączaj. Kineskop jest popsuty i piszczy, a mnie od tego boli głowa – odpowiedziała synowi Urszula.

– Mamo, zaraz będzie Dragon Ball, mogę włączyć? – zapytał Karol, wchodząc do pokoju.

– No, jeszcze ciebie tu...Idź, poczytaj lekturę. To, że nie idziesz dziś do szkoły nie oznacza, że nie masz się uczyć – stanowczo zakomunikowała Urszula.

Przed południem, kiedy młodzież była już spakowana i gotowa, matka zadzwoniła po taksówkę, wszyscy zeszli na dół i czekali w słońcu na auto. Krótko przed tym, jak szary polonez podjechał pod blok, z psem na smyczy szła pani B.

– Do cholery, tylko jej tu brakowało w tej chwili! – pomyślała Urszula.

– Dzień dobry - powiedziała uśmiechnięta pani B. – Miłej podróży życzę! – rzekła z jeszcze szerszym uśmiechem.

– Dzień dobry, pani B., mój tata ma dziś urodziny, więc jedziemy, wzięłam...wszyscy wzięliśmy wolne – tak samo szeroko uśmiechnęła się Urszula.

– Miłego wypoczynku w takim razie – odpowiedziała B.

Urszula i synowie czekali na osobowy do miasteczka, elektrowóz z zestawem żółto-pomarańczowych piętrowych wagonów głośno hamując wjechał na tor przy peronie. Urszula myślała tylko o tym, żeby się przespać podczas podróży, Karol po cichu cieszył się z powodu podróży na piętrze, a Marek zastanawiał się, po co właściwie wziął ze sobą nóż, skoro nie jadą do lasu, tylko do dziadków i wujka, który mieszka obok.

Karol spacerował po niemal pustym górnym pokładzie wagonu, matka spała, Marek czytał kupioną na dworcu gazetę. Pociąg zatrzymywał się na każdej stacji, podróż nużyła, poza jakimś młodym facetem nikt się nie dosiadł na górny pokład tego wagonu.

Urszula uprzedziła rodziców o wizycie, dlatego spodziewali się jej, choć nie kryli zaskoczenia odwiedzinami w środku tygodnia. Rodzice Urszuli cieszyli się z jej przyjazdu i z tego, że zobaczą wnuki przed Wielkanocą. Kobieta zastanawiała się nad tym, czy powiedzieć rodzicom o prawdziwym powodzie wizyty. Sama wypierała ten powód z siebie i powtarzała sobie, żeby nie dać się zwariować. Trudno było jej wymyślić sensowne uzasadnienie; o ile rodzice nie mieli nic przeciwko jej wizytom i już lata temu bardzo jasno jej oznajmili, że jest w każdej chwili mile widziana wraz z synami, to Urszula nie chciała tego nadużywać.

Po wspólnie spędzonym wieczorze Urszula została z rodzicami na dole domu, natomiast Karol już spał na kanapie, a Marek w małym pokoiku na strychu nic nie robił, tylko leżał i zastanawiał się nad tym, co się w ostatnich dniach dzieje. Radioodbiornik miał, małego przenośnego "Chińczyka" na baterie. Włączyć czy nie?

Włączył, przeskanował kilka lokalnych stacji, później z nudy i ciekawości włączył fale średnie. Moc programów z Europy, od Hiszpanii i Francji po Rumunię i Grecję. Zostawił odbiornik nastawiony na częstotliwość francuskiej stacji, lubił ten język i chętnie się go uczył, później zasnął, nie wyłączając odbiornika.

Program ucichł, na fale weszła dobrze znana melodia. Następnie komunikat: Achtung! Vier, zwo, neun, ein. Vier, zwo, neun, ein. Vier, zwo, neun, ein. Achtung! Zwo, vier, neun, sieben, acht. Ein, vier, drei, neun, zwo. Neun, zwo, ein, vier, acht...

Marek miał koszmarny sen, prędko się z niego wybudził. Otworzył oczy i zobaczył nad sobą...trupa. Obrzydliwy, żywy, choć rozkładający się trup patrzył mu prosto w oczy. Ciężko dysząc, mamrotał coś po niemiecku, Marek nie wiedział, czy to mu się nadal śni czy to jakaś halucynacja.

– Zwo, vier, zwo, sieben, neun!

– ...

– ZWO, VIER, ZWO - STRICH - SIEBEN, NEUN, VIER! DU JUDE!

Żywy trup złapał Marka za szyję i wyciągnął z łóżka. Marek dopiero po chwili zobaczył, że umarlak nosi mundur, chyba SS. Zrozumiał, że to nie jest sen i był bardzo zaskoczony tym, ile siły ma ten żywy-nieżywy nazista. Ledwie mógł złapać oddech, ponieważ trup przytrzymywał jego szyję, poza tym potwornie śmierdział, więc każde zaczerpnięcie powietrza było i tak cierpieniem dla Marka.

– Du Jude. Du bist kaputt! – chrapliwym głosem, z dużym wysiłkiem wydobył z siebie trup.

Marek próbował się wyrwać, bezskutecznie. Miotał się w uścisku tylko częściowo pokrytej skórą i mięśniami dłoni; czuł na karku gołe kości paliczków. Na chwilę wyrwał się naziście, uderzył go nocną lampą w głowę. Dało mu to kilka sekund na dobycie myśliwskiego noża, który - cóż za zapobiegliwość - trzymał pod poduszką. Żywy trup nadrabiał stracone sekundy przyciskając z całej siły chłopaka do ściany. Marek wymachiwał nożem, zadrasnął jedynie jakiś wystający spod skóry kawałek kości, co nie zrobiło na zombie wrażenia. Nadal przyciskał go za szyję do ściany.

– W głowę, w głowę, jak w filmach – myślał, nie wiedział tylko, jak to zrobić. Za paręnaście sekund ten zgniłek pozbawi go życia, jeśli nie uda się dosięgnąć głowy. Co gorsza, dopiero Marek to zauważył, esesman miał u paska pistolet w kaburze i właśnie chyba miał zamiar go dobyć, kiedy chłopak wpadł na kompletnie szalony pomysł.

Napluł zgniłkowi w twarz, trafił prosto w oko.

Podziałało, zombie-nazista był zupełnie zszokowany takim zachowaniem ofiary. Nie puścił co prawda Marka, ale chwyt trochę zelżał. Marek nie wypuszczał przez cały ten czas noża z ręki, łapiąc płytki oddech machnął nim w okolicach gnijącej głowy, przebił skroń i oko, na które przed chwilą napluł. Zombie puścił chłopaka, wyciągnął rewolwer, odbezpieczył i właśnie wtedy nóż trafił go w drugie oko. Marek zabrał rewolwer.

Ledwie łapał oddech, bolała go ciągle szyja. Zbierało mu się na wymioty. Chciał na wszelki wypadek dobić zombie, ale on zniknął. Marek zauważył, że leżący trup jakby wsiąkał w podłogę. Był całkowicie zdezorientowany, nie wiedział, co się dzieje. Rewolwer też wyparował. Zza drzwi do niewielkiego pokoju na poddaszu dobiegały hałasy. Drzwi otworzyły się, nadeszła z nich kolejna fala smrodu, do pokoju wszedł drugi zombie, ubrany w identyczny mundur, jak tamten. Podbiegł do Marka, uderzył go z niezbyt dużą siłą pięścią w twarz, ale na tyle mocno, żeby odrzucić średniej postury chłopaka nieco do tyłu. Po chwili poprawił już silniejszym uderzeniem w żołądek, Marek skulił się, nie puszczając noża.

– Skąd oni tu się, kurwa, biorą – pomyślał.

Ledwo łapał oddech, słyszał, że zgniły się oddala. Schodzi na dół, gdzie spali pozostali członkowie rodziny. Natychmiast wstał, jak w transie pobiegł za zombie i z zaskoczenia uderzył go nożem prosto w tył głowy. Kreatura nie miała czasu na reakcję, upadła na schody i wzorem swojego poprzednika zdematerializowała się.

Marek postanowił, że będzie czuwał na schodach na wypadek, gdyby skądś wylazł kolejny zgniłek. Pomyślał, że lepiej będzie po cichutku przejść do przedpokoju przy wejściu, ale nie był pewien, czy zgnili przyszli z zewnątrz. Oni materializowali się na górze, lepiej będzie więc czuwać na schodach przy pokoju dziennym.

Przez około godzinę Marek czuwał będąc gotowym w każdej chwili dobyć noża, który obmył w zlewozmywaku w kuchni i wytarł w jednorazowe ściereczki spłukane później w muszli klozetowej. Zmęczenie jednak dało mu się na tyle we znaki, że pokonało determinację i młody mężczyzna zasnął siedząc na schodach.

– Halo, Marek, dlaczego śpisz na schodach?! – usłyszał jeszcze przez sen. Wydawało mu się, że śpi na łóżku w pokoju na górze, ból pleców jednak przypomniał mu o tym, że jednak zasnął w zupełnie innym miejscu, nie przypominał sobie jeszcze tylko powodu tej niezwykłej sytuacji.

Dziadek stał nad nim, potrząsał nim, próbując go wybudzić.

– Ula, chodź tu, zobacz, zasnął na schodach! I po co ci ten nóż, Marku? – nerwowym głosem komentował zastaną sytuację dziadek Marka, żwawy starszy pan po siedemdziesiątce.

– Jezus Ma...Co to za siniak masz pod okiem! – zauważyła drobne obrażenia u starszego syna Urszula. Jej uwadze nie umknęła również niewielka rana z tyłu głowy. Zasychająca krew błyszczała czerwienią w świetle żarówki na krótkich, ciemnych włosach. Było jasno, ale pomieszczenie ze schodami nie posiadało okna, więc nawet za dnia trzeba było włączać światło, żeby wejść na strych lub dostać się do kuchni.

– Ja nie...nie wiem, co się stało – próbował odpowiadać zszokowanym bliskim Marek. Powoli docierało do niego, co się stało w nocy i dlaczego znalazł się na schodach. Nie chciał jednak o tym opowiadać nikomu, żeby nie wzięli go za szaleńca, aczkolwiek sam był przekonany, że wszystko mu się przyśniło. Tylko skąd te siniaki, skąd to otarcie na głowie, dlaczego czuje się, jakby miał za chwilę zwymiotować, a w gardle siedzi mu "kluska"? I jak się znalazł na tych cholernych schodach?

W trakcie doprowadzania się do porządku, pod prysznicem myślał nad w miarę wiarygodną wersją wydarzeń, która nie spowoduje, że matka wyśle go do psychiatry. Pomyślał, że najbardziej wiarygodna będzie historyjka o włamywaczu, który niepostrzeżenie zakradł się do domu i próbował buszować na strychu, dostał łomot, a na widok noża uciekł przez tylne wejście domu. Najbardziej nie trzymało się to kupy w momencie wejścia włamywacza, dziadkowie Marka zawsze zamykali drzwi małego, wiekowego domu na noc, zarówno frontowe, jak i tylne na 2 zamki. W tym świetle trzeba było przekonać wszystkich, że babcia tym razem zapomniała zamknąć drzwi lub ktoś je później otworzył i zapomniał zamknąć. Winą łatwo można było obarczyć Karola, ale starszy z braci pomyślał, że to będzie świństwo, szczególnie, że sam był na zewnątrz wieczorem i po nim już nikt nie wchodził do domu, wszyscy byli wewnątrz. Drzwi zamknąć na zamki oczywiście nie zapomniał, ale, co najważniejsze, taka historia była wiarygodna. Całe szczęście, że jakimś cudem trupi smród z tego snu-niesnu o walce z zombie-nazistami uleciał (więc to może jednak był tylko sen).

Wyglądało na to, że było już po wszystkim. Bliscy byli zmartwieni stanem fizycznym i psychicznym Marka, w końcu to nie jest normalne, że zasypia się na schodach z nożem myśliwskim w dłoni. Wziął na siebie całą winę za umożliwienie włamywaczowi wejścia do domu, przeprosił, na co dziadek mu odpowiedział roześmiany, że nie ma za co przepraszać, skoro go przegonił i nic nie zginęło i że niejeden by stracił zimną krew na jego miejscu. Babcia chciała dzwonić na policję, jednak włamania w okolicy zdarzały się, niestety, często i miejscowi funkcjonariusze najczęściej rozkładali ręce, szczególnie wtedy, gdy nic wartościowego nie zginęło. Mimo niepokojącego zdarzenia reszta pobytu przebiegła w dobrej atmosferze, a w niedzielę wieczorem Urszula pożegnała się z rodzicami i bratem i wraz z synami poszła na pociąg do domu.

 

28 marca 1999

 

Podczas powrotu pociągiem Urszula dużo myślała o tym, co stało się w piątkowy poranek i obawiała się kolejnych dziwnych sytuacji. Nadal niechętnie myślała o włączeniu telewizora, o ile dziś w telewizji nie było nic ciekawego, to jednak w poniedziałkowy wieczór leci jej ulubiony serial... Marek siedział naprzeciwko i spał, nadal miał pod okiem niewielki siniak. Wieczorem od razu przygotował się na zajęcia przygotowujące do matury i poszedł spać.

 

19 kwietnia 1999

 

Od czasu powrotu z pamiętnego wyjazdu, ani razu nikt nie zakłócił audycji, których słuchał Marek. Karol spał dobrze i nawet poprawił się w szkole. Urszuli nic nie przeszkadzało w oglądaniu telewizji. Młoda sąsiadka, Justyna po próbie samobójczej została przewieziona do szpitala psychiatrycznego, nikt nie wiedział, jak długo tam zostanie i kiedy wróci do domu i do szkoły. Matura jednak będzie musiała poczekać. Tymczasem Marek gorliwie przygotowywał się do egzaminów, a Urszula i Karol zaczęli zapominać o incydencie na schodach.

Niejednokrotnie przeszła Markowi przez głowę myśl, że coś jest w opowieściach pani B. o duchach gestapowców prześladujących mieszkańców bloku. Nie potrafił uzasadnić inaczej tego, że tajemnicze transmisje ustały po tym, kiedy zabił dwóch zombie-hitlerowców we śnie, który mógł nie być snem, skoro odniósł w walce zupełnie realne obrażenia. Pani B. ostatnio przestała interesować się duchami, końcem świata i przepowiedniami, a przynajmniej już nie dzieliła się swoimi spostrzeżeniami z Urszulą trzymając się tematów o wiele bardziej przyziemnych, co Urszuli całkowicie odpowiadało.

 

18 czerwca 1999

 

Zaczynały dokuczać upały, rano jednak nie prażyło tak mocno. Urszula przyniosła do domu, jak każdego dnia, regionalny dziennik. Nie zauważyła na trzeciej stronie, w dolnym prawym rogu interesującej wzmianki o aresztowaniu pirata radiowego z nieodległej miejscowości C. Bezprawnie zakłócał nadawanie różnych ogólnodostępnych rozgłośni radiowych nadając między innymi muzykę z pirackich kaset, dziwne, recytowane przez siebie wiersze oraz zakodowane informacje dyplomatyczne w językach obcych, nagrane prawdopodobnie wcześniej podczas ich nadawania na zastrzeżonych pasmach fal krótkich. Sprawca zakłóceń zostanie przebadany przez biegłych psychiatrów, grozi mu kara grzywny lub więzienia.

Zakodowane informacje dyplomatyczne...Dlatego po niemiecku.

Marek, choć już powoli zapominał o marcowym szaleństwie, jeszcze raz odetchnął z ulgą. A więc spokój. Jeszcze raz tylko przeszła mu przez głowę myśl, że skoro to wszystko wina jakiegoś chorego psychicznie pirata, to skąd te chore sny, skąd incydent u dziadków, dlaczego Justyna próbowała popełnić samobójstwo... Odpowiedzi na te pytania nadal nie było, wszystko wskazywało jednak na to, że w tej chwili nic nie ma zamiaru prześladować mieszkańców bloku.

 

23 maja 2019 roku, Warszawa

 

Marek, dziś znany w swym regionie dziennikarz radiowy, właśnie odbierał nagrodę za reportaż o zatajonej dużej katastrofie przemysłowej w latach 80. Na rozdanie zaproszona była też Urszula, z którą właśnie szedł do swojej zaparkowanej nieopodal dacii. Urszula była już na emeryturze, miała mnóstwo wolnego czasu, na tyle brakowało jej pracy, że czasami udzielała korepetycji. Tego dnia miała jechać do domu Marka, jego żony i kilkuletniej córki. Niewiele się zmieniła mimo upływu lat, byli uczniowie bez problemu rozpoznawali ją na ulicy i pozdrawiali. Pozbyła się swoich charakterystycznych szklanych okularów na rzecz nowoczesnych, lekkich szkieł z modną oprawką. Marek z kolei nieco przybrał na wadze, na głowie pojawiły się zakola, na nosie okulary, a w zadbanym, równo przyciętym zaroście małe kępki siwych włosów.

– Wiedziałam, że powinieneś iść do radia, taki głos nie mógł się zmarnować – powiedziała emerytowana nauczycielka wsiadając do auta.

– Już się dziś nasłuchałem komplementów za cały rok – uśmiechnął się Marek.

– Pomyśleć, że kiedyś przez radio prawie byś...

– Oszalał? Nadal myślisz, że to wszystko mi się wydawało?

– Nie, ale moim zdaniem w tym bloku nie działo się nic niezwykłego. Zbiegi okoliczności i tyle.

– A jednak nie chciałaś już tam mieszkać i sprzedałaś to mieszkanie...

– Po co mi trzy pokoje, od kiedy ty i Karol się wyprowadziliście? Wolałam mniejsze, ale nowocześniejsze mieszkanie, a że w okolicy budowali nowy blok, postanowiłam skorzystać z okazji – odpowiedziała Urszula.

– Justyna i jej rodzice też się wyprowadzili krótko po tym wszystkim... – wrócił do wspomnień Marek skręcając w główną ulicę. Poruszanie się po nieznanym mieście ułatwiała mu nawigacja GPS.

– Tak, to prawda, może mieli traumę po tej próbie Justyny...Wiesz co, nie mówiłam wam o czymś.

– O czym?

– Pamiętasz, kiedy w środku tygodnia pojechaliśmy do babci 20 lat temu, właśnie wtedy?

– Trudno, żebym nie pamiętał tego wyjazdu... – odpowiedział Marek.

– Dzień wcześniej, późnym wieczorem, telewizor zaczął wariować. W podobny sposób, jak to twoje radio. Prawdę mówiąc byłam przerażona i to dlatego tam jechaliśmy.

– Szkoda, że teraz dopiero o tym mówisz, nie czułbym się wtedy jak schizofrenik...Poza tym to ten pirat zakłócał sygnał, zdolniacha, skoro poszło mu też z sygnałem telewizyjnym.

– No...Przepraszam, nie chciałam, żebyście się bali.

– Nic się nie stało, to dawno było, za dobry dzień dziś mam, żeby te wspominki popsuły mi humor. Cholera! – zaklął Marek widząc typowy warszawski korek, do którego ogonka właśnie się zbliżał.

Urszula parsknęła śmiechem.

– Spokojnie, jeszcze 3 godziny i dostaniemy się na autostradę – zażartowała.

– Mam jednak nadzieję, że uda się troszkę szybciej - odparł syn.

Stojąc w korku Marek wyciszył nawigację, już wiedział, jak jechać. Włączył radio. Grali przebój jakiejś sezonowej gwiazdki zza Atlantyku. W końcu udało się wydostać z korka, jeszcze tylko dwa skrzyżowania i już parę kilometrów prosto na autostradę. Urszula nie lubiła szybkiej jazdy samochodem, tym razem też prosiła syna, żeby trzymał się prawego pasa, kiedy już wjadą na drogę szybkiego ruchu. Jeszcze jedno skrzyżowanie. Czerwone światło. Marek zahamował, był pierwszy przed pasami. Chwilę wcześniej zaczął padać deszcz, radio zaczęło szumieć i trzaskać. Po chwili podróżujących autem przeszedł zimny dreszcz. Usłyszeli tę samą melodyjkę sprzed lat. Urszula znała ją z nagrań Marka, które pokazał jej krótko po złapaniu pirata radiowego.

– Marku, przełącz to albo wyłącz! Czy to jakiś twój dowcip?

– Nie, przysięgam...Nie mogę przełączyć!

– Jak to nie możesz? – zapytała Urszula szukając wyłącznika na desce rozdzielczej. Nacisnęła. Bezskutecznie. Melodia nie ustawała.

Obojgu serca waliły jak młoty pneumatyczne, Marka oblał zimny pot. Z tyłu usłyszał trąbienie, światło zmieniło się już na zielone. Dacia ruszyła powoli do przodu. Melodia ustała, zaczęła się dobrze znana wyliczanka.

– Ein, vier, ein, neun, null. Ein, vier, ein, neun, null. Achtung! Vier, null, zwo, acht...

 

KONIEC

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • cos_ci_opowiem 5 miesięcy temu
    Nie wiem czy komentarz to dobre miejsce, ale dla lepszego wyobrażenia sobie nagrań nękających głównych bohaterów polecam włączyć sobie to: https://www.youtube.com/watch?v=GUQUD3IMbb4 . Właśnie odsłuchanie nagrania tej stacji zainspirowało mnie do napisania opowiadania.
  • TheRebelliousOne 5 miesięcy temu
    Lepiej chyba wspomnieć o włączeniu muzyki przed opowiadaniem ;) Samo opowiadanie bardzo dobre i czytając je można poczuć grozę. Za to leci 5 i życzę dobrej nocy.
  • cos_ci_opowiem 5 miesięcy temu
    TheRebelliousOne Dzięki, wrzucę to jeszcze do komentarzy pod pierwszą częścią :)
  • Tjeri 5 miesięcy temu
    I ostatnia część też mi się podoba. Pewnie byłabym jeszcze bardziej usatysfakcjonowana, gdyby wątkowi samego tajemniczego zjawiska poświęcono więcej liter (w sensie jakiegoś prywatnego śledztwa, dotarcia do konkretnych osób z czasu wojny, ich czynów, szerszego przedstawienia ówczesnych zdarzeń), ale i w tej formie to bardzo udany tekst.
  • cos_ci_opowiem 5 miesięcy temu
    Dzięki wielkie, nie chciałem się skupiać za bardzo na tym, o czym piszesz, chodziło mi raczej o czystą grozę. :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania