Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

2.

Wyjechali z komendy koło południa. Minęli sygnalizacje świetlną i park. Miasto w którym się znajdowali wycinało drzewa tak szybko jak traciło mieszkańców. Stawało się pustynią w każdym tego słowa znaczeniu. Na zewnątrz zaczynał padać deszcz. Ludzi jak na sobotę i do tego południe było niewielu.

- Panie inspektorze gdzie my właściwie jedziemy?

- Komisarzu, mam sformować team do tej sprawy, więc będziemy go formować.

- Czyli będziemy wciągać w to cywili?

- Tomek, słuchaj; ściągnąłem Cię do tej sprawy ponieważ jesteś najlepszym mi znanym specjalistą od seryjniaków. Gdyby było inaczej nie byłoby cię w tym samochodzie. Jednak niech twoje ego cię nie zwiedzie, że udźwigniesz to sam. Nie myśl też, że we dwójkę to udźwigniemy. Potrzeba nam teamu. Rozumiesz?

- Yhy. – to jedyne co w tej chwili komisarz mógł z siebie wydobyć. W stanach pracował razem z FBI przy różnych morderstwach również tych seryjnych. W Polsce była to pierwsza sprawa od wielu lat. Była to sprawa na której można było się wybić, albo i nie...

- Człowiek którego poznasz ma rzadkie umiejętności. Cały jest specyficzny. Zresztą zobaczysz. Zanim dojedziemy masz tutaj kilka informacji z którymi już musisz się zapoznać. – to mówiąc sięgnął po czarną skórzana teczkę znajdująca się między siedzeniem pasażera a tylną kanapą. – Masz poczytaj sobie. Mam tylko prośbę do Twojego ego.

- Tak ? – powiedział Tomek.

- Nie spierdol tego, potrzebujemy tego gościa. Jak nie uda nam się go przekonać, żeby nam pomógł to będziemy w dupie. – Inspektor wyjął papierosa marki Marlboro Gold z miękkiego opakowania, odpalił, głęboko zaciągnął się dymem i wydychając go dodał – głęboko w dupie.

Tomek przyglądał się chwile inspektorowi, był to na oko pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna o białych włosach i świdrujących szarych oczach, jego twarz sprawiała wrażenie ironicznie uśmiechniętej. Papierosa trzymał przy lekko uchylonym oknie co raz pociągając, przy czym kiedy się zaciągał wydał z siebie syczący głos. Ewidentnie nie był wytrawnym palaczem.

Inspektor minął park, i skierował się ulicą jednokierunkową na zachód po za miasto. Ruch na tej drodze był spory, ponieważ był to jedna z głównych wylotówek z miasta. Minęli jeden z najstarszych kościołów w mieście kolejne światła i w jednym momencie znaleźli się jakby na wsi. Po lewej stronie drogi znajdowały się tory a za nimi pola i nieużytki, po drugiej był rów melioracyjny pobocze bez chodnika i dalej budynki. Budynki z powodu dużego nasilenia ruchu były brudne, obdarte, zaniedbane. Były tam jakieś pojedyncze sklepy, warsztaty i spora ilość komisów samochodowych. Pieszych nie było wcale.

- Dziwne to miasto. Inaczej je pamiętam z młodości. – pomyślał Tomek.

Otworzył teczkę. Białą kartka z drukowanym nadrukiem „SPRAWA WRZOSOWIAKA”. Dalej znajdowały się zdjęcia. Pierwsze buty zostawione na polu, przy framudze drzwi, za framugą plastikowe krzesło przy łóżku uplecionym z wikliny. Na łóżku denat, ubrany w strój średniowiecznego chłopa, czyli lnianą koszulę i spodnie. Zdjęć było dosyć sporo.

- Dobra mamy jednego sztywnego i od razu twierdzicie, że to seryjniak. Ok piękna scena z łóżkiem, krzesłem i w ogóle, ale…

- Primo – przerwał mu komisarz – nie jednego tylko sześciu.

- Jak to sześciu? – zdziwił się Tomek nerwowo wertując zdjęcia i inne papiery w teczce – przecież na zdjęciach widać tylko jedno ciało.

- No tak, w raporcie od patologa, do którego nie doszedłeś – jest napisane głowa, nogi od łokci i nogi od kolan należą do innych osób i zostały przytwierdzone do korpusu. Żeby było dramatyczniej każda kończyna należy do innej osoby. Jak łatwo policzyć korpus, głowa dwie ręce i dwie nogi, dają nam sześć.

- Kim są ofiary?

- Jeszcze ich nie zidentyfikowaliśmy, nie wiemy też co się stało z resztą ich ciał.

- Czyli cała ta scena jest zaproszeniem do zabawy.

- Tego się już domyśliliśmy. Jednak w szczegółów dowiesz się jak uda nam się przekonać naszego przyjaciela, żeby się zaangażował.

W międzyczasie wyjechali już z miasta i jak to na Śląsku ani się spostrzegli jak wjechali do kolejnego. Trochę zabudowań i zaczął się las. Skręcili w prawo, koło firmy transportowej, gdzie na placu stało sporo aut i kręciło się kilka osób. Następnie było kilka zabudowań i znów las mieszany. Tomek zauważył, że znajdują się na terenie jakiegoś parku krajobrazowego . Po paru kilometrach wjechali do jakiejś wioski, gdzie na rozjeździe przywitał ich pomnik pomordowanych przez nazistów żołnierzy.

- Na końcu tej mieściny mieszka Piotr.

Ujechali jeszcze kilkaset metrów, żeby skręcić w szutrową drogę i dobrnąć do kresu podróży, dwóch domów naprzeciw siebie. Nieopodal kręciła się starsza kobieta, która jak tylko zobaczyła samochód wyszła na środek drogi i przyglądała się przyjezdny. Kiedy zbliżyli się do niej i uchylili okno zapytała.

- Panowie z wodociągów? Liczniki spisują?

- Nie my do Piotra. – powiedział inspektor.

- A do Piotra. Piotruś wyszedł na spacer.

- No to poczekamy.

- Kiedy on szybko nie wróci. – uśmiechnęła się kobieta.

- Jak to, przecież na spacer poszedł.

- Prawda, ale jego spacery potrafią i trzy tygodnie trwać.

- Żesz kurwa – zaklął przez zęby inspektor. – A kiedy wyszedł.

- Trzy dni będzie, prosił żebym jego kurki karmiła.

- Dobrze, jak wróci proszę mu przekazać tę wizytówkę i powiedzieć, że szuka go Irek Waleńczuk. Niech się do mnie odezwie. – inspektor zamknął szybę i wrzucił wsteczny. Zaczął powoli cofać do głównej drogi.

- Co teraz? – zapytał Tomek.

- Musimy zorganizować poszukiwania.

- Pięknie, kurwa, pięknie…..

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania