25. Błysk i Grzmot - Część III - BiG // Rozdział III

Obudziło nas ćwierkanie ptaków. W innych okolicznościach powiedziałabym, że przyjemne budzić się w ich otoczeniu. Teraz miałam jednak ochotę je wszystkie rozstrzelać. Żeby chociaż były to delikatne, subtelne, radosne trele… Oczywiście, że nie! Ptaszyska zawodziły jakby ktoś smażył je na patelni. Rozumiem, że poranne słońce mogło być przyjemne, gdy ogrzewało ich małe ciałka, jednak nie wierzyłam, że do tego stopnia. Albo im się nudziło, albo naprawdę miały jakieś ptasie powody do radości.

 

Początkowo udawałam, że twardo śpię. Ignorowałam hałas i delektowałam się tym, że słońce rozgrzało namiot i w środku było cudownie ciepło. Potem jednak poczułam ruch za swoimi plecami. Adam obudził się i próbował wygramolić ręce spod koca. Zastanawiało mnie czy zawinął się w ten kokon ze względu na zimno czy też by nie kusiło go do objęcia mnie. W nocy kilka razy się przebudziłam i czułam, że nie śpi. Uparcie spałam jednak w tej samej pozycji, co było niewygodne, jednak nie chciałam odwracać się do niego przodem. Nie wiem dlaczego. Po prostu nie byłam gotowa na taką bliskość.

 

Teraz jednak uznałam, że jest wystarczająco widno by nie czuć się skrępowaną. Udałam więc teatralnie, że się budzę. Przeciągnęłam się i przetarłam oczy:

 

- Witaj – uśmiechnął się do mnie gdy tylko odwróciłam głowę – Dobrze spałaś?

 

- Nie najgorzej – odpowiedziałam kłamiąc mu w żywe oczy – A ty?

 

- Całkiem nieźle. Miło jest się przy tobie budzić.

 

- Aha – nie wiedziałam co powiedzieć. Mi też było dobrze mieć go przy sobie, ale chyba nie oznaczało to dla mnie tego samego co dla niego – Wstajemy?

 

Zanim zdążył odpowiedzieć skotłowałam śpiwór i wychyliłam się z namiotu. Było chłodno, ale znośnie. Słońce niedawno wzeszło. Faktycznie mocno grzało. Ptaki wiedziały co dobre.

 

- Czy ty przede mną przypadkiem nie uciekasz?

 

Nie odpuszczał… To było więcej niż pewne, że tak się stanie. Muszę w końcu podnieść rzuconą mi rękawicę. Odwróciłam się więc z westchnieniem:

 

- Adamie, proszę… - zabrakło mi odpowiednich słów – czy nie jest za wcześnie na takie pytania?

 

- Za wcześnie bo jest ranek czy w ogóle? – drążył. Siedział opierając ręce za sobą. Nogi nadal miał przykryte kocem.

 

- I jedno i drugie – odparłam siadając przy wejściu – Nie wiem co się dzieje. Boję się siebie samej. Ufam ci, ale nie ufam sobie. Próbuję to wszystko ogarnąć. Po prostu nie jestem gotowa na bycie z tobą tak blisko. Chcę się teraz skupić na celu podróży, pobyć z tobą, poznać cię bliżej. Dopiero potem może się odważę na coś więcej. Może to jest niedorzeczne bo czuję się jakbym znała cię od zawsze. Ale taka już jestem. Skomplikowana. Pewnie uznasz to za głupie…

 

- Nieprawda – przerwał mi. Podszedł do mnie na czworakach i usiadł przy wejściu – Myślisz, że dlaczego to robię?

 

- Co dokładnie? – nie rozumiałam.

 

- Ciągle się do ciebie zbliżam. Wierz mi, nie narzucam się po to by cię onieśmielać, tylko dla przezwyciężenia własnego lęku.

 

- Nie narzucasz mi się i tym bardziej nie powinieneś się mnie bać. Nie ma przecież czego.

 

- A ty nie powinnaś bać się mnie, ale doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że tak jest – poklepał moją dłoń – Rozumiem cię, lepiej niż myślisz. Możemy zawrzeć jednak pakt. Mówisz, że chcesz ze mną być. To już coś. Poznać mnie… Na to też przyjdzie czas. Pamiętaj, że nic nie stanie się bez twojego pozwolenia. Skupimy się na dotarciu do twojego domu. Reszta przyjdzie sama. Co ty na to? Zgoda? - wyciągnął do mnie dłoń.

 

- Zgoda – uścisnęłam ją po chwili pełnej wahania – zjedzmy coś i ruszajmy.

 

Reszta ranka minęła w przyjemnej atmosferze. Byliśmy zgrani. Jedno przygotowało posiłek, drugie pakowało ekwipunek. Nie muszę chyba tłumaczyć, kto za co był odpowiedzialny.

 

Maszerowaliśmy zgodnym rytmem i w południe wiedzieliśmy, że przeszliśmy tyle ile w trzy czwarte poprzedniego dnia. Tym razem cały czas rozmawialiśmy. W gruncie rzeczy to mi się ciągle nie zamykała buzia. Zdawałam sobie sprawę z tego, że Adama coś blokowało. Gdy rano wspomniałam o poznaniu siebie nawzajem znieruchomiał na chwilę. Później odparł, że przyjdzie na to czas. Skoro tak powiedział, to musiała być to prawda, jednak na razie cieszył się z tego, że to ja przejęłam pałeczkę. Nie przeszkadzało mi to. Lubiłam mówić i z natury mówiłam dużo.

 

Ani się obejrzeliśmy wyszliśmy z lasu na główną drogę, która choć była długa, bezpośrednio prowadziła do mojego głównego miasta. Ucieszyłam się szczerze, bo to oznaczało, że za około dwa dni powinnam stanąć na swoim „podwórku”. Miałam ochotę pędzić nią ile sił w nogach. Ciekawe czy gdybyśmy się mocno sprężyli doszlibyśmy tam jutro? Adam był jednak sceptyczny. Ugasił mój entuzjazm i powiedział, że nie jest do końca bezpiecznie iść tą drogą, bo przecież mnie ścigano i na pewno zwrócimy na siebie uwagę. Miał rację, ale i tak byłam niezadowolona, że będziemy zmuszeni do maszerowania obrzeżem lasu co nas na pewno spowolni. Pomimo to musiałam się z nim zgodzić.

 

Wędrówka dłużyła się niemiłosiernie. Aby ją „osłodzić” zaczęłam opowiadać Adamowi wspomnienia z dzieciństwa. Między innymi mówiłam mu o bójkach z chłopakami. Nie takich na żarty ale prawdziwych. W podstawówce każda dziewczyna była dla chłopaka wrogiem numer jeden. Nie miałam w gruncie rzeczy koleżanek, ale najistotniejsze było to, że byłam odrębnej płci. Prawda była taka, że im lepiej się biłam tym większe uznanie zdobywałam wśród rówieśników. Zawsze miałam „mocne nogi”. Gdy chłopaki przypuszczali szturm skopałam każdego który się mi natrafił. Dziwnie to zabrzmi, ale wszystko dzięki mamie. Kiedyś gdy wróciłam do domu z brwią rozciętą o wieszak na ubrania powiedziała mi bym „nie dała sobie dmuchać w kaszę”. Posłuchałam jej rady.

 

Oczywiście nauczyciele nie wiedzieli o tej naszej „wojnie”. Nie było to coś czym dzieciaki się chwaliły. Zresztą belfrów interesowało tylko to byśmy odrabiali prace domowe. Cała reszta była nieistotna. Dopóki miałam rozwiązane zadania nie wnosili skarg. Rodzice powiedzieli mi później, że tak było od zawsze. Odwieczna walka o terytorium i władzę. Dorośli i dzieci. Wiadome było, że nie chcieliśmy się skrzywdzić nawzajem, ale tylko tak można było udowodnić swoją wartość.

 

- I udowodniłam – uśmiechnęłam się do Adama. Z czasem żaden mi nie podskoczył. Oczywiście dziewczyny uznały mnie za dziwoląga. Ale przynajmniej miałam spokój. Nikt mnie nie zaczepiał.

 

- No proszę, kto by pomyślał, że z ciebie taka waleczna dziewucha – Adam posłał mi oczko – Wiedziałem, że masz w sobie coś drapieżnego, ale nie miałem pojęcia, że jesteś prawdziwą tygrysicą!

 

Roześmiałam się. Na moment. Po chwili jednak uśmiech zamarł na mojej twarzy:

 

- To było dawno temu. Teraz nie jestem w stanie dać sobie rady z żadnym mężczyzną. Jestem słaba do bólu...

 

Zrozumiał aluzję. Wiedział, że mówiłam o Radku. Nie miałam z nim żadnych szans, ale się nie poddawałam. Ani razu nie poszło mu ze mną łatwo.

 

- Jesteś niesłychanie dzielna. Przede wszystkim zwinna, sprytna i odważna. Może brak ci techniki, ale i tak myślę, że twoje kopnięcie zabolałoby wystarczająco gdybyś mogła precyzyjnie zadać cios.

 

- Umiem też nieźle udawać i manipulować ludźmi by osiągnąć swój cel – rozchmurzyłam się – Kiedyś pewien chłopak przewrócił mnie na lód i chociaż nic mi się nie stało, poskarżyłam się tacie i na niego nakrzyczał.

 

- Osz ty złośnico! Jak mogłaś?

 

- Jestem tylko kobietą – posłałam mu niewinny uśmiech – Potrzebujemy rycerza na białym koniu i obrońcy uciśnionych. Lubimy gdy się o nas dba i skutecznie wykorzystujemy nasz urok by osiągać to czego chcemy. W moim wypadku mogłam liczyć jedynie na ojca. On był moim sir Tomaszem, a ja jego księżną Lilian.

 

- Muszę to sobie zanotować – odparł rozbawiony – Byliście z ojcem bardzo blisko, prawda?

 

- Niesłychanie. Był moim jedynym przyjacielem. Mama też była cudowna, ale to z ojcem miałam lepszy kontakt. Gdy zgubiłam klucze do domu i szukaliśmy ich w szuwarach mama mnie zbeształa, a ojciec jedynie wzruszył ramionami i stwierdził że się w końcu znajdą. Znalazły się, co prawda miesiąc później gdy już wymieniliśmy wszystkie zamki, ale było dokładnie tak jak powiedział. Wiesz jak to bywa z małymi dziećmi. Uwielbiają obietnice. Ja też byłam na nie łasa. A gdy ojciec coś mi obiecał, zawsze tak było.

 

- Miło jest tak na kimś polegać – powiedział patrząc przed siebie nieprzeniknionym wzrokiem i od razu zmienił temat – Było w twoim dzieciństwie coś niecodziennego? Coś, czego żaden inny dzieciak nie przeżył?

 

Zastanowiłam się. Nic takiego sobie nie przypominałam.

 

- Chyba nie, ale oczywiście nie mogę być pewna, bo nie mam do kogo porównać swojego dzieciństwa. Jak mówiłam tworzyłam je tylko ja i rodzice. Szkoła i inne dzieciaki były albo przykrym obowiązkiem albo dodatkiem do mojego życia. Z dziwniejszych rzeczy udawałam, że w rowie koło domu pływają ryby, ja byłam wędkarzem i łowiłam je za pomocą trzcinowej tyczki. Faktycznie był to zielony szlam, ale i tak było fajnie. A! Jeszcze gotowałam zupki z błota. Serwowałam potem takie „dania” rodzicom. Im bardziej śmierdzące dodatki znalazłam tym potrawa powinna zostać uznana za smaczniejszą. Rodzice ze stoickim spokojem znosili wiecznie brudne ubrania i upaćkaną domową zastawę. Udawali, że wszystko zjadają by nie zrobić mi przykrości. Czasem gdy potrawa była szczególnie śmierdząca, próbowali ją we drzwiach i z przykrością mówili np.: „Błyszczku tym razem przesoliłaś” albo „Lilianko ta pieczeń jest przypalona, musisz się bardziej postarać”. Oczywiście pędziłam wtedy do mojej „kuchni”, za którą służył mi metalowy stół, trzepak na którym wieszałam zamówienia i takie dziwne drzwiczki w podmurówce jako piekarnik. Kiedyś chyba służyły do wentylacji domu, ale nie jestem pewna.

 

Spostrzegłam, że oczy Adama błyszczą niepohamowaną radością. Na ustach błąkał mu się ten nieprzenikniony uśmieszek:

 

- Wiesz, mogłabyś być Szeherezadą. Przyjemnie się ciebie słucha.

 

- Tą królową od baśni?

 

Pokiwał głową:

 

- Tą samą.

 

- A ty chciałbyś być szejkiem?

 

- Żeby ciebie słuchać? Oczywiście. Myślę, że ja też nie potrafiłbym zrobić ci krzywdy. A wierz mi, bywam porywczy.

 

- To dobrze.

 

- Dlaczego?

 

- Bo ja też bywam. Nie oznacza to, że postępuję pochopnie. Czasem palnę coś bez sensu jak wiesz, ale trochę jednak myślę. Generalnie ludzie zawsze spokojni są śmiertelnie nudni, nie uważasz?

 

- Owszem. Lepiej żyć pełnią życia i popełniać błędy niż tylko starać się przeżyć każdy dzień.

 

- Coś w tym jest – pokiwałam głową.

 

- Tak. Coś w tym jest – przytaknął.

 

Przeszliśmy naprawdę duży odcinek trasy. Tak nas zagadałam, że nie zrobiliśmy postoju na obiad i gdy się ściemniało musieliśmy zadowolić się resztkami zimnego pieczonego zająca i owocami. Nie chcieliśmy rozpalać ogniska tak blisko drogi by nie zostać zauważonymi. Parę razy mijały nas samochody i za każdym razem chowaliśmy się głębiej w las. Przy którejś z takich akcji Adamowi udało się wypatrzeć płytki strumyk. Woda w nim była nagrzana od ciepła słonecznego więc korzystając z ostatnich jego promieni wykąpaliśmy się bez konieczności grzania wody w garnuszku. Każde osobno rzecz jasna. Bez podglądania. Przynajmniej ja tego nie robiłam. Mydło i woda naprawdę potrafiły zdziałać cuda. Czułam się jak nowo narodzona.

 

Korzystając z okazji wypraliśmy też bieliznę i jeszcze kilka kilometrów przebyliśmy z przyczepioną nią na plecakach. Śmiesznie to wyglądało, ale słońce i wiatr praktycznie całkiem ją wysuszyły. Postanowiliśmy dosuszyć ją następnego dnia. Nie zanosiło się na deszcz. Przy Adamie nawet pogoda się nie psuła. Samodzielnie non stop walczyłam z wilgocią.

 

Tym razem noc spędziliśmy na niskim wzniesieniu, które oświetlało światło księżyca. Na niebie świeciły miliony gwiazd, co podpowiadało nam, że rano ściśnie mróz. Postanowiliśmy wcześniej położyć się spać bo naprawdę byliśmy zmęczeni. Usnęliśmy prawie natychmiast.

 

Niestety noc była tak chłodna, że przebudziłam się zziębnięta na kość. Ciągnęło chłodem od ziemi pomimo karimaty. Adam spał, a z jego ust wydobywały się kłęby pary. Zaczęłam grzebać w plecaku szukając czegoś by się dodatkowo przykryć. Wyciągnęłam ręczniki. Były prawie suche. Zaczęłam się nimi owijać, a wtedy obudził się Adam:

 

- Zimno ci?

 

- Jak diabli – szepnęłam.

 

- To nie pomoże – wskazał na ręczniki – Są wilgotne. Jeszcze bardziej przemarzniesz. Mam pewien pomysł, ale nie wiem czy ci się spodoba…

 

- To znaczy?

 

- Przytul się do mnie.

 

Zamrugałam. Faktycznie, to był całkiem niezły pomysł. Ale czy powinnam? A niech to szlag! Lepsze to niż zamarznięcie na śmierć. Nie miałam innego wyjścia.

 

Widać było, że Adam nastawił się na odmowę, bo gdy przez moment zwlekałam zaczął mówić o tym, że gdy oboje wejdziemy do śpiwora i przykryjemy się kocem będzie nam dostatecznie ciepło.

 

- Wiem – odparłam zrezygnowana i weszłam z powrotem do śpiwora – Chodź tutaj.

 

Wiedziałam, jak to zabrzmiało. Jak jakaś przykra konieczność. Dla nas obojga było to coś nieplanowanego. Niemniej po chwili Adam wszedł do śpiwora przodem do mnie i przykrył nas kocem. Przysunął swój plecak pod głowę. Byłam od niego niższa, więc twarz miałam na wysokości jego torsu. Przytulił mnie delikatnie kładąc rękę pod moją głową, a drugą na plecach. Ja objęłam go jedną ręką w pasie, a drugą położyłam sobie przy policzku i wtuliłam twarz w jego bluzę. Czułam jego przyspieszony oddech na swoich włosach. Na zewnątrz okazywał spokój, ale serce biło mu jak oszalałe. Odnieśliśmy jednak zamierzony skutek. Było ciasno, ale wyraźnie cieplej.

 

Ciężko było mi zasnąć gdy go dotykałam. W końcu jednak się rozluźniłam i czekałam na upragniony sen wsłuchując się w rytm jego serca. Z czasem się uspokoiło. Zasnął – pomyślałam. Chwilę później sama odpłynęłam w niebyt.

 

Myliłam się jednak. Nie spał. Przynajmniej jeszcze nie wtedy. Cząstka mojej świadomości zarejestrowała jak składa pocałunek w moich włosach. Subtelnie i delikatnie by mnie nie zbudzić. Wymówił przy tym jedno słowo. Cicho, tak jakby je chciał tylko wypróbować: - Kocham...

 

Szept. Ciepło jego ciała. Czułość w jego głosie. Wszystko to sprawiło, że spod moich powiek popłynęły pojedyncze łzy. Płakałam ze szczęścia. Po raz pierwszy od bardzo dawna znowu czułam się kochana. Byłam tego świadoma. I chociaż mnie to przerażało... pragnęłam więcej.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • sisi55 4 miesiące temu
    Ciekawe, może nawet przeczytam poprzednie części. Błędów nie widzę, ale stawiasz jakoś dziwnie entery w połowie zdania.
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    To pewnie przez kopiowanie tekstu z worda:/ staram się wszystkie spacje nadwymiarowe kasować ale i tak się czasem rozjeżdza. Zwłaszcza jak na telefonie się czyta to wygląda dziwnie. Jakby nie było dziękuję za pozytywną opinię i nieśmiało zapraszam do wcześniejszej i dalszej lektury.
  • Shogun 4 miesiące temu
    No proszę proszę, czyżby w końcu Liliana ostatecznie przekonała się o swoich uczuciach. Czekałem na to. Długo nie mogła się zdecydować. Bardzo dobry fragment. Jak do tej pory najbardziej romantyczny. Sposób przedstawienia romansu prosty, realistyczny i młodzieńczy. Podoba mi się. Oczywiście czekam na więcej.
    Pozdrawiam :).
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Hehe. Poczekaj do jutra ;D jak dzisiaj mówisz, że jest romantycznie to jutro będzie hmm... sam to ocenisz ;) dziękuję, dziękuję, że czytasz, poswięcasz swój czas, dajesz mi opinie, motywujesz i dzięki temu pozwalasz mi spełniać marzenia. Powiedziałam sobie, że nie zacznę pisać dalej dopóki nie zamknę sprawy z BiG (jak to o tej powieści mówię). W międzyczasie wróciłam po latach do poezji i o dziwo zaczęłam tworzyć Zdzir*ę, na którą mam już jako taki plan w głowie chociaż będzie to raczej krótka przygoda. Ale kolejnej już zaplanowanej powieści nie zacznę zanim nie zamknę rozdziału z BiG w swoim życiu. Dlatego nawet nie wiesz jak cenne jest to, że do mnie zaglądasz. Ale mnie wzięło na gadanie... już się zamykam i do udostępnienia jutro :)
  • Shogun 4 miesiące temu
    Kocwiaczek Dziękuję za tak miłe słowa. Jestem zaszczycony :). Hmm, w takim razie nie mogę się doczekać jutra ;). Jeżeli chodzi o moją portalową twórczość, to opublikowałem pierwszą część opowiadania, więc wypadałoby i drugą :). Nawet mam już pomysł jak to dalej rozegrać, ale z czasem na realizację krucho w następnym tygodniu niestety, więc raczej nie napiszę nic dłuższego. Za to może coś krótszego się pojawi :). Mimo wszystko mogę powiedzieć, że kontynuacja Krwawego słońca już wkrótce :). Mam nadzieję, że wpadniesz gdy już się pojawi :).
    Pozdrawiam raz jeszcze ;).
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Shogun zajrzę na pewno :) na krótsze czy dłuższe.
  • Tjeri 4 miesiące temu
    Takie głupie pytanie mam... Zastanawiam się nad porą roku. Najpierw (zbieranie jabłek, jeżyn i grzybów) pomyślałam o październiku. Potem przeczytałam o słońcu zachodzącym o 15. Więc myślę koniec listopada (jak się kto uprze, to znajdzie jeszcze jakieś jeżyny i jabłka, choć...). Teraz piszesz o nagrzanym słońcem strumyku, umożliwiającym mycie bez grzania wody (kurna, jednak wcześniej, no w listopadzie bym się nie rozebrała). I na koniec przymrozek... Pogoda płata różne figle i to wszystko jest możliwe, ale jeśli dzieje się coś niestandardowego, to warto wspomnieć słówkiem (typu "to był wyjątkowy listopad... Albo coś o kapryśnej październikowej czy grudniowej pogodzie). Tylko po to oczywiście, coby upierdliwce ;) się nie czepiały. :D

    Aa! Popraw ort:
    "- Nie prawda – przerwał mi." - nieprawda.
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Poprawione. Kurczę, wtrącam zdanie tego typu później :) A kąpali się w naprawdę płytkim strumyku, woda nie mogła być zbyt ciepła Ale kto z nas nie mając lepszego wyboru nie "ochlapałby" się, aby się odświeżyć? Jednak zapisuję to na liście poprawek. Trzeba to dokładniej wyjaśnić.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania