28. Błysk i Grzmot - Część III - BiG // Rozdział VI

Nie mogłam spać przez całą noc. Dziwny niepokój ogarnął każdą komórkę mojego ciała. Jedzenie też było jakieś takie bez wyrazu. Zjadałam śniadanie, ale równie dobrze mogłabym go nie jeść. Nic nie było mi potrzebne. Wszystkie moje myśli skierowane były ku domowi i temu co tam zastanę.

 

Wiedziałam, że Adam czuł się zbędny. Nie rozmawiałam z nim bo zbyt stresowałam się całą tą sytuacją. Przedłużał wyjście w nieskończoność próbując zagadywać do mnie na różne tematy. Gdy jednak na każde jego zapytanie reagowałam z opóźnieniem lub nie odpowiadałam wcale, dał za wygraną. Spakował namiot i nasze plecaki, założył swój na ramiona i pomógł mi z moim po czym westchnął zrezygnowany:

 

- Chodźmy już…

 

Moja reakcja była natychmiastowa. Niczym nakręcony zegar zaczęłam podrygiwać i coraz szybciej stawiać kroki. Wczorajsze błoto w nocy mróz zamienił w nierówne szlaczki na leśnych ścieżkach i trudniej się szło, jednak nawet to nie mogło mnie zniechęcić. Pocieszająca była też myśl, że deszcz najprawdopodobniej zatarł wszystkie nasze wczorajsze ślady po wykopach. Pierwszy raz od bardzo dawna wilgoć przestała być dla mnie irytująca.

 

Całą drogę zmuszeni byliśmy przebyć lasem. Już nawet przestało mnie to złościć. Rozumiałam tą konieczność i zgadzałam się z Adamem, że w ten sposób jesteśmy bardziej bezpieczni. Męczyło mnie co prawda ciągłe ukrywanie się, ale to też było teraz obowiązkowe. Po tym co widziałam i czego doświadczyłam ze strony innych ludzi mogłam obawiać się dosłownie wszystkiego.

 

Adama podświadomie usuwałam z listy zwanej „Oni”. On już nie był „Nimi”, bardziej przynależał do listy „My”, ale to też nie była do końca prawda. Po prostu nie chciałam go jeszcze nigdzie zaszufladkować. To był mój… Kto? Przyjaciel? Chłopak? Ukochany? Znajomy? Nie wiem kim dla mnie dokładnie był. Liczyło się jednak samo to, że w ogóle był. Tu i teraz. Obok mnie.

 

Ścisnęłam jego dłoń. Nie powiedziałam żadnego słowa. Nie było potrzebne. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się pokrzepiająco. Nic nie rzekł. Szliśmy przed siebie w kompletnej ciszy. Dogadywaliśmy się bez słów. To było miłe. Samo to przebywanie z nim i brak konieczności utrzymywania bezsensownej rozmowy kiedy wcale nie chciało się nic mówić. W tym momencie wolałabym nawet wyłączyć swoje myśli. Było ich tak wiele kłębiących się w mojej głowie, walczących o moje względy, że chciałam im powiedzieć by wszystkie poszły precz. Niestety nie było to możliwe.

 

Muszę przyznać, że moje przedmieście nie było wielkie. Całe można było przejść wzdłuż w około dwie godziny. Z tego też powodu podróż tutaj wydawała się teraz niedorzecznym posunięciem. Dzisiaj przypada… - zaczęłam liczyć - chyba jedenasty dzień odkąd wyruszyłam spod hal. Tyle czasu poświęciłam na drogę tutaj, bojąc się pościgu i czasem własnego cienia. Zyskałam natomiast Adama i niepełną wiedzę na temat fałszywego pochówku moich rodziców.Co będzie dalej? Mogłam oczekiwać wszystkiego.

 

Tak jak większość przedmieść, moje otoczone było lasem. Była tylko jedna większa droga prowadząca do głównego miasta gdzie znajdowała się szkoła. W ogóle jakby zastanowić się nad tym jak wygląda nasz kraj można było powiedzieć, że przypomina jedno wielkie drzewo. Stolica znajdowała się u dołu. Jak korzeń. Od niej długą i prostą autostradą dojeżdżało się do rozjazdu gdzie ułożonych było dwadzieścia-cztery mniejsze drogi dojazdowe do głównych miast. Stamtąd małymi dróżkami można było dotrzeć do przedmieści. Ich ilość była różna. Moje ósme miasto miało tylko pięć przedmieści. W osiemnastym było ich aż dziewięć. Nie dało się przyjąć na to żadnej reguły. Może warunkował to przyrost naturalny, a może ukształtowanie terenu. Trudno powiedzieć.

 

Zdałam sobie sprawę z tego, że większość podróży przebyłam lasem razem z Adamem. Na rozjeździe biegłam ile sił w nogach by nikogo nie spotkać i jak najszybciej schronić się wśród drzew. Las był moim sprzymierzeńcem. Powinnam być mu bardziej wdzięczna. Dał mi schronienie i niechybnie ocalił życie.

 

Teraz drzewa również były nam bardzo potrzebne. Minęliśmy lasem główne miasto i piąte przedmieście by pewnie skierować się ku mojej czwórce. Dwunasta ulica i 56 numer były na skraju drzew. Wystarczyło wyjść spośród nich, spojrzeć nieco w dół z pagórka i już, już, tam byłam. Wychyliłam się z nadzieją w oczach i uśmiechem na twarzy. Po chwili jednak uśmiech ten gwałtownie zamarł na moich ustach. Łzy napłynęły mi do oczu: To nie był mój świat. Tym bardziej nie był to już mój dom…

 

Wszędzie wznosiły się piękne, kolorowe i kosztowne wille. Wille? Nie mieściło mi się to w głowie. Jakim cudem się tutaj znalazły? Kto i za co je wybudował? W miejscu naszych małych skromnych domków. Naszych kochanych, pielęgnowanych z miłością domków – poprawiłam się. Zaczęła we mnie wzbierać złość, którą wypowiedziałam na głos:

 

- Co do diabła? – wściekłam się – To chyba jakieś żarty!

 

- Chyba jednak nie… - odparł niepewnie Adam.

 

- Co to ma być? – wskazałam poniżej i spojrzałam na niego – Co to do cholery jest?

 

- Wille? – zapytał i dodał – Bardzo kosztowne wille.

 

- Wiem, że to wille, i że są kosztowne – żachnęłam się – Po prostu nie dowierzam, że one stoją tam gdzie był mój dom i domy moich sąsiadów.

 

- Ale stoją i chyba niezbyt wiele możesz z tym teraz zrobić – odparł kwaśno urażony moim tonem.

 

Westchnęłam i złapałam się za boki:

 

- Przepraszam… to zaczyna mnie przerastać. Ekskluzywny szpital zamiast szkoły, puste groby, wille w miejscu mojego domu. Co jeszcze? Co jeszcze musi się wydarzyć, by mnie już całkowicie dobić? Już jestem w dołku. Czy może być jeszcze coś gorszego, dziwniejszego i bardziej nieoczekiwanego?

 

Złapał za ramiona plecaka i położył go na ziemię. Podszedł do mnie i zrobił to samo z moim. Pociągnął mnie w stronę drzew i przytulił:

 

- Będzie dobrze. Musi.

 

Oparłam głowę na jego klace piersiowej i na znak zaprzeczenia nieznacznie nią pokręciłam. Adam nigdy mnie jeszcze nie okłamał. Tym razem nie potrafiłam mu jednak uwierzyć. To nie zależało od niego. Nie wiedział co jeszcze się wydarzy. Mógł tylko zgadywać.

 

Tak samo zresztą jak ja.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shogun 4 miesiące temu
    Cóż za bolesne zaskoczenie. Jednak mimo wszystko muszę przyznać, że niezłych tam mają architektów, inżynierów i budowniczych. W jedenaście dni kilka willi postawić. Niezły wynik. U nas by się tacy przydali :). No, a już tak na serio, to fragment jak zawsze dobry, czyta się płynnie. Coraz więcej niewiadomych nam się tu pojawia. Wszystkie te wydarzenia zakrawają na jakąś inwazję. Zastanawiającą rzeczą jest sam ten kraj. Próbowałem go dopasować do jakiegoś istniejącego w rzeczywistości, ale mi się nie udało. No nic, czekam na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam :).
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Jak 11 dni... przecież to jest grubo ponad rok od katastrofy. Przez ten czas wszyscy byli odseparowani w Stolicy a na pogrzebie nie pozwolili im się do domów zbliżyć. Spokojnie. Już niebawem dużo się wyjaśni.
  • Shogun 4 miesiące temu
    Kocwiaczek O kurcze, no tak. Przepraszam, mój błąd. Jestem tego bardzo ciekawy. Jaki efekt końcowy, że tak powiem da połączenie tego wszystkiego o czym wiemy do tej pory. Zaprawdę intrygujące, aż się nie mogę doczekać :).
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Shogun był spory przeskok czasowy od katastrofy do Lilianny w halach. Tak samo jak przeskok pomiędzy spotkaniem na tyłach kuchni. Adam nie wybudował przecież chatki w kilka dni (ona też bedzie miec swoje miejsce w historii). Mijały tygodnie wypełnione Lilianny wątpliwościami, spotkaniem staruszki, ślubem Pauli, gwałtem i dopiero ucieczką. Nie wiem może nie zaakcentowałam tego aż tak wyraźnie. Jakby na to nie patrzeć mogę obiecać, że wszystkie rzeczy jakie opisałam powyżej wyjaśnione zostaną nieco później i żaden wątek nie zostanie pominięty. Chociaż pojawią się też nowe. Już niebawem.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania