3.

Pies znał to miejsce, wracał do niego ponieważ zawsze można było znaleźć coś do jedzenia. Znacie to zachowanie psa kiedy go wołacie a on udaje, że was nie ma danym miejscu? Cmokacie doń, pokazujecie otwarte dłonie z kawałkiem przysmaku a on nawet nie strzygnie uchem, nie uraczy was spojrzeniem.

Tego dnia sytuacja wyglądała podobnie. Wyjął najpierw kawałek chleb i kucną, zagwizdał cmoknął, rzucił psu pod nogi. Pies podniósł uszy? Spojrzał na kawałek chleba. Poruszał uszami, spojrzał między drzewa jakby udając – pierwszy raz widzę, żeby coś spadło z nieba, wieść niesie, że zdarzyło się to raz w historii świata, ale nie wiadomo czy to do końca prawda – i zignorował kawałek chleba. Węszył dalej.

- Ok. Rozumiem. Nie ufasz mi. Sam bym sobie nie zaufał. – powiedział na głos. – Śmierdzący, palący dziwak który pozbywa się starego chleba. Podejrzane.

Pies zachowywał się bez zmian. Mimo iż każdy kto obserwował tę sytuacje zdawał sobie sprawę z tego, że zwierzę czuło zapach, widziało sylwetkę słyszało oddech bicie serca a być może nawet słyszało odgłos życia, krążącej krwi w ciele człowieka. Pies był świetnym aktorem udawał w najlepsze że jest tam sam.

- Może coś bardziej aromatycznego Cię przekona. – otworzył plecak leżący przy jego noga i wyjął kawałek podsuszanej kiełbasy. Odłamał połowę pęta i powoli odrywał coraz mniejsze kawałki i rzucał na ziemie.

Pies – najlepszy przyjaciel człowieka. Ale czy większość psów to przyjaciele? A może niewolnicy? Prawdziwego przyjaciela trzeba poznać jako wolną wykształconą istotę – a nie kupić. Prawdziwego przyjaciela trzeba przekonać do siebie, dać mu się poznać i dać mu sobie zaufać. Żeby ktoś Ci zaufał poznał Cię trzeba z nim rozmawiać setki godzin, spędzać razem czas spotkać się z dobrymi i złymi chwilami. Prawdziwy przyjaciel musi Cię sprawdzić a ty jego. Dlatego większość psów to albo niewolnicy albo słudzy. Tylko nieliczni ludzie mają możliwości i chęć wejść ze swoimi psami na relacje przyjacielską. Ktoś powie, że przecież on za mną tęskni. Płacze za mną ufa mi, cieszy się jak wrócę po pracy do domu. A jak było w starożytnych czasach kiedy wszędzie istniało niewolnictwo? Niewolnicy kochali swoich panów bo byli dla nich dobrzy, a mogli przecież gorzej trafić. Robili dla nich wszystko, a nawet umierali za nich albo razem z nimi. Żeby zdobyć przyjaciela potrzeba czasu i wysiłku, a ludzie nie lubią się wysilać. Dlatego zadowalają się niewolnikami nazywając ich swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Przyjaciółmi za miskę ryżu – czy tam karmy.

Z tego psa nie chciał robić niewolnika. Chciał mieć w tym psie prawdziwego przyjaciela. Z tego wilczego rudego kundelka. Chciałby, żeby ta ruda istota zwróciła na niego uwagę i się nim zainteresowała. Chciałby się z nim dzielić swoimi radościami i smutkami i żeby ten pies też chciał się z nim nimi dzielić. Dlatego stwierdził, że będzie tu wracał aż pies zaufa mu na tyle, że zwróci na niego uwagę a może z czasem pójdzie z nim do domu dobrowolnie.

Nagle pies ustawił się pod wiatr i zaczął węszyć. Nadstawił uszu. Podkulił ogon i uciekł przestraszony.

- Cholera co się stało? – wstał z ławki na przystanku odwrócił się w stronę z której pies nasłuchiwał. Skupił się. Usłyszał. Usłyszał dobrze znany dźwięk. Przerażający i niepokojący. Dźwięk którego nienawidził. Był to broń. Broń automatyczna dużego kalibru. Sześć strzałów. I cisza. Stał i nasłuchiwał. Następnie usłyszał jak razem z wiatrem niosą się kolejne strzały tym razem z broni krótkiej. Dwa strzały. Niewiele myśląc chwycił swój plecak i początkowo truchtem potem szybszym biegiem skierował się w stronę z której dobiegały strzały. Biegł drogą przy której stał przystanek. Biegł przez las. Droga łagodnie raz opadała w dół raz wznosiła się delikatnie do góry aby w końcu po trzech wzniesieniach opaść do doliny rzeki która nieopodal wiła się w dolinie. Odcinek był długi i prosty. Biegł jakieś półtora kilometra kiedy usłyszał ryk silnika. Zatrzymał się. Zszedł z jezdni do rowu. Na wniesieniu pojawił się granatowy samochód jadący z dużą szybkością, zniknął żeby znów pokazać się na kolejnym zniesieniu i przemknął obok.

W środku auta siedział łysiejący mężczyzna, który nerwowo odpalał papierosa. Samochód był na wieluńskich rejestracjach.

- EWI 5471W – powtórzył dwa razy żeby zapamiętać.

Kiedy dobiegł do ostatniego wzniesienia jego oczom ukazała się rzeka, most a przed mostem stacja paliw. Na stacji nie było widać nikogo po za dwoma otwartymi samochodami rozstawionymi w dziwnych miejscach świadczących o tym iż właściciele uciekali w przerażeniu. Ze wzgórza nie było widać żadnego człowieka. Skierował się w stronę stacji.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania