Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

50. Błysk i Grzmot - Część VI - Burza // Rozdział IV

Było mi zimno. Czułam chłód bijący od ziemi. Stopy skostniały i nie mogłam nimi poruszyć. Mroźne powietrze wypełniało płuca. Byłam tylko ja i mój świszczący oddech. Poza tym… cisza. Długa i męcząca. A potem tupot stóp. Głosy. Zmartwione, przerażone i takie jakieś... puste. Dotyk szorstkiej dłoni na moim czole. Kojący szept. Unoszenie. Kołysanie. Łomot serca przy moim policzku. Znajomy zapach...

 

- A...A...Adam - zachrypiałam z zamkniętymi oczami – jaa... przepraszam, co się tam stało?

 

- Cii... - szepnął mocniej przytulając mnie do swojej piersi – nic nie mów. Potem... - nabrał powietrza – potem ci wszystko opowiem.

 

- Dziękuję - odparłam i poprawiłam uścisk moich dłoni na jego szyi. Zabolało. Syknęłam, gdy przypomniałam sobie, że pokaleczyłam sobie ręce o brudną i chropowatą podłogę. Rany były lepkie od osocza, ale już nie krwawiły. Spojrzałam na nie i od samego widoku zrobiło mi się niedobrze. Żółć podeszła mi do gardła więc szybko zaniechałam dalszej oceny ich stanu. Nadal nie czułam się komfortowo, ale ciało Adama działało na mnie jak termofor. Ciepło rozkosznie rozlewało się po mojej klatce piersiowej, a powieki same się zamykały. W końcu mój uchwyt zelżał i ręce opadły bezwiednie. Nadal w ramionach ukochanego odpłynęłam w niebyt...

 

Jakiś czas później obudził mnie podstawiając mi pod nos kubek gorącego naparu z mięty. Poza tym miał w dłoniach dwie bułki i dwa kawałki kiełbasy. Wręczył mi wszystko skinieniem głowy dając znać bym zaczęła jeść. Sam zaś bez słowa uklęknął i zajął się masowaniem moich stóp. Krążenie wróciło już jakiś czas temu, niemniej dopiero pod wpływem jego dłoni poczułam, że nogi znów działają prawidłowo. Chciałam mu zostawić drugą porcję posiłku jednak zganił mnie wzrokiem. Odmawiał sobie jedzenia i choć nie był to dobry pomysł, wiedziałam czemu to robił. Zmartwił się tym, że zasłabłam i czuł się winny, myśląc iż nie dba o mnie wystarczająco. Wcale tak nie uważałam, jednak patrząc na niego nie trudno było odgadnąć, że właśnie to go trapi.

 

- Lepiej ci? - zapytał podnosząc na mnie swój zbolały wzrok.

 

Nie odpowiedziałam. Przytrzymałam jednak jego spojrzenie i bez cienia uśmiechu wyciągnęłam do niego owiniętą czystym kawałkiem t-shirtu dłoń.

 

- Choć tutaj – szepnęłam, gdy drgnął nerwowo na mój gest – Nie gryzę.

 

Głośno wypuścił powietrze z płuc. Chyba sam nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie oddychał. Wydawał się mi teraz taki bezbronny. Szczupły, przystojny mężczyzna o niewiarygodnie smutnych zielonych oczach. Dłonie opuścił na swoje kolana i trwał tak przez moment niezdecydowany. Najwyraźniej jednak dotarło do niego, że tak samo odezwałam się podczas naszej pierwszej wspólnej nocy. Zrozumiałam to, gdy lekko drgnęły jego usta. Po chwili pełnej wahania podał mi więc swoją dłoń i przysunął się do mnie. Milcząc oparł głowę w zgięciu mojej szyi.

 

Przytuliłam go i czekałam. Po chwili mój kark zrosiły jego łzy. Nie było ich wiele. Zburzyły jednak odrobinę mur, który nas ostatnio podzielił. Doceniałam to, że nie wstydził się przy mnie płakać. Wiedział, że nie będę go oceniać. Byłam jego ukochaną. Tą na dobre i złe. Gładziłam go więc po plecach, a on przytulał mnie tak mocno jakbym była ostatnią deską ratunku. Po chwili jego uchwyt zelżał, a oddech zaczął się uspokajać.

 

- Myślałem, że już cię więcej nie zobaczę – odezwał się składając pocałunek za moim uchem – Straciłem dzisiaj przyjaciela i sam ledwo uszedłem z życiem – podniósł głowę i z lekko opuchniętymi powiekami spojrzał mi w oczy - Nic tak nie zabolało jednak jak obraz twojego skulonego ciała pokrytego szronem – podniósł moje dłonie i pocałował delikatnie obydwa opatrunki – Nigdy nie zapomnę widoku krwi na twoich rękach, twych zimnych stóp i bladych policzków. Nikłego obłoczka pary wydobywającego się z twoich ust. Nie wiem… - urwał i pokręcił głową – Nie wiem jak mam sobie z tym wszystkim dłużej radzić.

 

- Musimy wierzyć – odparłam – Nie jesteśmy sami. Mamy plan. Po prostu… - język uwiązł mi w gardle – musimy w nas wszystkich uwierzyć.

 

Zamrugał załzawionymi rzęsami i spuścił głowę do pocałunku. Jego wargi dotknęły moich i wtedy poczułam… że jestem w domu. Przygarnął moją głowę i nasze języki się spotkały. Powolny słodki pocałunek zamienił się w jedną wielką falę pożądania. Miałam gdzieś, że jest środek dnia. Nie obchodziło mnie, że zaraz za metalowymi skrzynkami krzątają się dorośli i dzieci. Nie chciałam być nigdzie indziej, czuć niczego innego, z kimś innym. Bez niego byłam tylko młodą dziewczyną. Z nim byłam całością. Dorosłą kobietą. A niedługo… matką.

 

Ta myśl przebiła się do mojej świadomości niczym nieznośna szpilka. Na całe szczęście w tym samym momencie Adam odsunął się ode mnie i ciężko dysząc przyłożył głowę do mojego czoła. W jego oczach lśniło pożądanie.

 

- Kocham cię – wyszeptał niemal ocierając wargami o moje usta – Obiecaj mi, że zrobisz wszystko aby do mnie wrócić…

 

Nie musiałam pytać o czym tak naprawdę mówi. Było jasne, że chodziło o mój udział w planie. Nie mogłam mu powiedzieć, że wiem o jego wszystkich domysłach i obawach. Pamiętając jednak co mówił, gdy myślał, że spałam mogłam mu obiecać coś więcej.

 

- Jestem świadoma swojej kobiecości – odparłam, a mój oddech owionął jego usta – Wiem jak moje ciało jest podatne na zranienie. Jestem krucha, ale nie można powiedzieć, że słaba. To ty dałeś mi siłę. Nie zmarnuję jej. Będę o siebie dbała. Będę starała się dla… - tutaj zrobiłam pauzę i pocałowałam go delikatnie cały czas patrząc mu w oczy - dla nas. Chcę ich tylko pokierować. Stanę w tylnym rzędzie. Ustąpię miejsca. Pozwolę zbierać laury. Robert i Tomasz dadzą sobie radę beze mnie. Zapamiętaj to proszę… - ujęłam jego policzki obwiązanymi dłońmi – Nie ma dla mnie ważniejszej rzeczy od naszej spokojnej przyszłości. Wrócę do ciebie. Obiecuję. Uśmiechnął się leciutko jednak za moment jego usta stały się tylko cienką prostą linią. Pogładził mnie dłonią po plecach i wypuścił głośno powietrze:

 

- Robert nie żyje. Rozstrzelali go dzisiaj rano…

 

Moja twarz musiała przybrać wyraz skrajnego niedowierzania. Dotychczas mimo uszu puszczałam informacje o wydarzeniachz minionego poranka. Liczył się dla mnie tylko Adam. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z jego słów. Stracił przyjaciela... A więc to o Roberta właśnie chodziło. Nikt inny poza Zofią nie był nam tutaj tak bliski. Tylko dlaczego? I co tam się właściwie stało?

 

Adam ujął mnie za koniuszki palców, które nie były obwiązane t-shirtem i usiadł po turecku obok mnie. W zamyśleniu kręcił przez chwilę kółka na moich palcach by w końcu zacząć mówić:

 

- Wybraliśmy się na tyły piekarni. Wiesz, tej z której zawsze przynosiłem ci te bułki z makiem. Byliśmy przekonani, że uszczuplamy zapasy w ilościach, których nie da się zauważyć – pokręcił głową –Niestety to był błąd, a nasza pomyłka miała katastrofalne skutki. Nie wiem od jak dawna wiedzieli, że tam przychodzimy, ale mieli wystarczająco dużo czasu, żeby odgadnąć nasze zwyczaje. Zdawali sobie sprawę którędy wchodzimy, z którego auta podkradamy i co dokładnie zwraca naszą uwagę. Weszliśmy więc jak zawsze odginając siatkę, Włodek został tam na straży aby szybko unieść ją kiedy będziemy wracać. To on właśnie został najdotkliwiej zraniony i do teraz nie może wyjść z szoku…

 

- To jego ciągnęliście w stronę tuneli? Słyszałam jak ktoś szurał butami po ziemi.

 

- Tak. Nie był zdolny iść samodzielnie. Chcieliśmy się stamtąd wynieść jak najszybciej się dało. Zanim tam jednak poszliśmy ułożyliśmy sobie plan. Robert miał podbierać, ja miałem brać od niego część zapasów i przekazywać je Andrzejowi. Andrzej z kolei miał podawać je Edkowi, a ten zaś gromadził je w bezpiecznym miejscu za siatką. Potem wszyscy mieliśmy wrócić na miejsce i każdy miał wziąć ile da radę by wrócić z prowiantem do tuneli. Tyle, że w połowie wszystko szlag trafił…

 

Przerwał by rozmasować swoje ramię. Dopiero teraz zauważyłam, że bluza jest rozdarta, a pod spodem widać lekko zakrwawiony opatrunek. Musiał się zranić i sądząc po rozmiarze rany bolało go jak diabli.

 

- Twoja ręka – uniosłam dłoń i dotknęłam jego ramienia – To coś poważnego? Odkaziłeś to? Opatrzyłeś poprawnie? Może trzeba się tym zająć? Pozwól mi, pomogę – zaczęłam wstawać jednak uciszył mnie gestem dłoni:

 

- Nie trzeba. Jest ok. Zofia wylała na to chyba z połowę butelki spirytusu – uśmiechnął się kwaśno – z pewnością jest dobrze odkażone. Boli, ale się zagoi. To nic w porównaniu z oparzeniami Włodka. Wiesz, to wszystko stało się tak nagle. Nie wiem, może pięć minut i było po wszystkim. Robert dał mi kolejną torbę bułek, poszedłem w kierunku zaplecza i przekazałem ją skrytemu w mroku Andrzejowi. Wróciłem, i gdy byłem na wysokości kabiny kierowcy, zza plandeki usłyszałem podniesione głosy. Jeden należał do Roberta, drugi do jakiegoś strażnika. Obaj byli w środku, natomiast na wysokości tylnego wejścia maszerował jeszcze jeden "3oowiec". Cień rzucany na asfalt wskazywał na to, że był uzbrojony po zęby. Szybko wczołgałem się pod wóz i skryłem w mroku. Zacząłem gorączkowo kalkulować czy wrócić do chłopaków i kazać im zwiewać czy też liczyć na to, że sami zauważą, że coś się dzieje i z zapasami wrócą do kanałów. Nie podejrzewałem jednak, że każdy z nas stwierdzi, że nie zostawi kumpli. Chociaż w tym zakresie nauki Roberta nie poszły w las… On sam nie dawał za wygraną, więc czemu my mieliśmy? Słyszałem jak strażnik wypytuje go o resztę. Mówili, że widzieli jak przekazuje komuś pakunki. A Robert kłamał w żywe oczy, że jest sam, że szybko biega i odkłada torby w bezpieczne miejsce. Z początku nie chcieli mu wierzyć, ale był tak przekonywujący, że sam bym mu uwierzył. W końcu strażnik zapytał drugiego co mają robić, a tamten w mgnieniu oka wystrzelił. Tak po prostu. Bez słowa, bez zapowiedzi, bez zastanowienia. Nie zdążyłem nawet pomyśleć jak odwrócić ich uwagę. A oni zaczęli się tylko śmiać…

 

Przerwał na moment kręcąc głową. Okropnie było tego słuchać, ale najgorsza była świadomość, że to się w ogóle wydarzyło.

 

- Byłem przerażony – Adam w końcu wznowił relację - Bałem się o swoje życie bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Wiedziałem, że wystarczyłby jeden fałszywy ruch i w ciągu dziesięciu sekund, a może i mniej, byłbym martwy. Z wolna zacząłem się wyczołgiwać spod naczepy. Zdążyłem jeszcze tylko usłyszeć jak mówią coś w stylu: „No to włączmy tego grilla” i za mną rozległ się skowyt. Włączyli prąd i ogrodzenie poraziło Włodka, który jak się okazało pomimo namawiania chłopaków, stał po mojej stronie i unosił siatkę do góry wyczekując na mój powrót. Podczas gdy z przyczepy dochodził dalszy ryk śmiechu ja pędziłem jak wiatr w kierunku płotu. Chłopaki zastygli w miejscu zszokowani, podczas gdy Włodek konwulsyjnie drgał na ich oczach. Jak to dobrze, że kurtka od Tomka miała gumowe wstawki. Udało mi się odciągnąć Włodka od siatki i naciągnąć ją przez kurtkę na tyle by chłopaki odebrali go ode mnie. Jednak gdy sam przechodziłem jeden z drutów zorał mi ramię i prąd kopnął mnie tak mocno, że odrzuciło mnie na pół metra, na całe szczęście po właściwej stronie. Byłem lekko wstrząśnięty, ale szybko wstałem i zabrałem swój zapakowany już przez chłopaków plecak i torby. Oni zaś wzięli Włodka pod pachy i z plecakami ruszyli w stronę tuneli…

 

Westchnął i podrapał się po karku. Bez zastanowienia pocierał swoimi palcami o moje. Jego wzrok spoczął na naszych dłoniach. Patrząc na nie kontynuował:

 

- Z początku wydawało się nam, że uszliśmy z życiem, bo tamtych zgubiła łatwowierność i pycha. Ale to nieprawda. Gdy odeszliśmy kawałek dalej obejrzałem się za siebie i zobaczyłem jak na oświetlonym już parkingu stoi tych dwóch strażników. Nie byli jednak sami. Za ich plecami stało kolejnych dziesięciu, a może i więcej. Więc nie możliwe, żeby nas nie zauważyli. Mogli nas zabić tysiąc razy. Byłem jak na widelcu i chłopaki również…

 

Podniósł głowę i spojrzał na mnie. W jego oczach zobaczyłam zarówno strach jak i smutek. Mocniej uścisnął moją dłoń.

 

- Chyba jednak wiem, dlaczego nic nie zrobili. W pierwszym odruchu pomyślałem, że chodziło o nauczkę, żebyśmy tam już więcej nie przychodzili. Ale potem zdałem sobie sprawę, że przede wszystkim mieliśmy ich chyba zaprowadzić do naszej kryjówki i jestem święcie przekonany, że tej nocy będą chcieli nas wszystkich napaść. Uzmysłowiłem sobie to jednak za późno, gdy już wróciliśmy do tuneli. Nie mogliśmy zatem marnować czasu. Pozostaje tylko pytanie…

 

- … jak szybko możemy uderzyć jako pierwsi? – dokończyłam za niego.

 

- Właśnie – uśmiechnął się lekko – Zgodnie z ustaleniami wczoraj rozpoczęły się pierwsze ataki na przedmieścia. Nie zdążymy uprzedzić naszych ludzi o zmianie daty, jednak mam nadzieję, że wystarczająco odwrócą uwagę władz. Rano, po tym jak cię tu przyniosłem, wysłałem zupełnie nieużywanym kanałem posłańca do Tomka i Pauli. Nie zgadniesz kto zgłosił się na ochotnika...

 

- Tylko, nie mów, że Zofia! – pisnęłam – to dla niej zbyt ryzykowne!

 

- Nie – uspokoił mnie – Zofia przygotowuje rodziny na przenosiny do lasu za Stolicą. Mają wyruszyć około pierwszej po południu aby być poza kanałami około dwudziestej. Angelika, nasza ochotniczka zadająca miliony pytań na pierwszym spotkaniu, na pewno ją pamiętasz – mrugnął do mnie zabawnie – ustaliła z naszymi przyjaciółmi, że atak rozpoczniemy dzisiaj o siódmej wieczorem.

 

- Ale rodziny mogą jeszcze wtedy być w kanałach – zmartwiłam się – Nie moglibyśmy zacząć o ósmej?

 

- Nie. O siódmej następuje zmiana warty w halach. Tomasz postarał się aby na jego zmianie byli tylko sprzymierzeńcy. Paula z pracownikami wyda o szóstej kolację i spokojnie koło siódmej wpuści naszych przez kuchnię. A dla rodzin lepiej jak będą w ruchu. Będzie im cieplej i będą mogli zająć się szukaniem noclegu podczas, gdy my będziemy już walczyć.

 

- My? Ale przecież miałeś zająć się Malwinką?

 

- Już to robię – odparł z wzruszeniem malującym się w jego oczach. Wstał i podszedł do małego rożka umieszczonego dotychczas poza moim wzrokiem. Podniósł zawiniątko i moim oczom ukazała się burza marchewkowych loczków. Malwinka spała zwinięta niczym naleśnik w kremowym kocyku. Adam delikatnie mi ją podał. Kruszynka uśmiechnęła się przez sen i lekko zaśliniła. Obtarłam jej usteczka opatrunkiem i przytuliłam ją delikatnie.

 

- A więc to już się dzieje… - odparłam a strach, smutek, przerażenie i miłość mieszały jednocześnie wszystkie moje zmysły. Podniosłam wzrok na Adama klęczącego obok mnie – kiedy wyruszasz?

 

Podniósł dłoń i pogładził mój policzek. Ucałował moją skroń. Ze wzruszenia zaczęło brakować mi powietrza, a łzy zamazały cały mój widok. Starłam je szybko opatrunkiem.

 

- Pójdziemy gdy tylko uznasz, że jesteś już na to gotowa.

 

Prychnęłam na wpół rozbawiona na wpół smutna:

 

- Nigdy nie będę. Ale jeśli mam się przygotować i pokierować grupą musicie już iść. Najważniejsze byście byli bezpieczni.

 

Pokiwał głową i wziął głęboki wdech. Ucałowałam Malwinkę w czółko i podałam ją Adamowi. Wziął ją ode mnie i nachylił się by pocałować moje usta. To był krótki, lekki pocałunek i przypominał muśnięcie piórkiem. Wiedziałam, że nie ma właściwych słów aby pożegnać ukochanych, których mogłam już nigdy nie zobaczyć. „Żegnaj” brzmiałoby ostatecznie, „do widzenia” dawałoby złudną nadzieję.

 

Patrzyłam rozdarta jak Adam ubiera się i umieszcza zawiniątko w specjalnym nosidełku na klatce piersiowej. Dla kogoś innego mógłby wyglądać śmiesznie, ale dla mnie był bardziej męski niż kiedykolwiek. Loki Malwinki schował pod ciepłą czapeczką. „Byłby wspaniałym ojcem” – pomyślałam i instynktownie dotknęłam swojego brzucha. Gdy już Adam uporał się z plecakiem podszedł do mnie i położył dłoń na tej, którą gładziłam swoje ciało. Ucałował moje włosy po czym odsunął się i spojrzał mi w oczy:

 

- Jesteś gotowa skarbie? – zapytał, a w jego oczach czułość mieszała się z determinacją – Masz wszystko? Dasz sobie radę?

 

- Mam was. Bezpiecznych. To dla mnie wszystko – uśmiechnęłam się smutno – Idźcie już i pamiętajcie, że was bardzo mocno kocham.

 

- My ciebie też – odparł i opuścił swoje dłonie – Lilianno? Czy mogę cię o coś zapytać?

 

Przez myśl przebiegło mi, że zapyta o dziecko, jednak w tej chwili, w tej sekundzie byłam gotowa wyznać mu całą prawdę.

 

- Wal śmiało – odparłam naraz pewna siebie – Pytaj o wszystko co chcesz.

 

Roześmiał się i odwrócił na pięcie:

 

- Nieee…. – rzucił przez ramię – zapytam o to później. Pospiesz się maleńka, w chatce będzie czekała na ciebie kąpiel – odchylił głowę i posłał mi całusa w powietrzu – i my oczywiście.

 

Uśmiechnęłam się i łzy z powrotem napłynęły mi do oczu. Nie oczekiwał odpowiedzi. Poszedł przed siebie i nie spojrzał na mnie już ani razu. Dał mi jednak do zrozumienia, że będzie czekał i liczył na mój powrót. Łzy spłynęły po moich policzkach jednak tym razem ich nie wytarłam. To żaden wstyd się bać. To żaden wstyd mieć wątpliwości. To żaden wstyd się wahać. To wszystko oznacza być człowiekiem. Śmiać się i płakać. Czuć, smakować i kochać. Bo o to właśnie chodzi w życiu.

 

Dzisiaj postaram się sprawić by z tego świata zniknęli ludzie bez serca. Właśnie dzisiaj, a nie za dwa tygodnie zacznie się walka. Jednak tym razem to dobro nie będzie miało litości nad złem.

 

Tak... – zakładając kurtkę i sznurując buty złożyłam sobie samej przysięgę – Dzisiaj zrobię wszystko, co w mojej mocy by przywrócić światu sprawiedliwość.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Tjeri 4 miesiące temu
    Przeczytałam - fajna dynamiczna akcja, dzieje się, jest wiarygodnie. Więc git.
    Mam problem na razie z wyobrażeniem sobie planowanej akcji. Będą strażnicy z tych zwerbowanych przez Tomasza. Paula ich wpuści przez kuchnię - ok. Ale to przecież tylko jedna hala. A co z pozostałymi?
  • Tjeri 4 miesiące temu
    "ich wpuści" - w sensie bezdomnych
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Celem jest więzienie, a ono jest pod pietnastką. Cześć 3oowców ma pojechać na przedmieścia ze względu na ataki bezdomnych, część ma zostać obezwładniona przez zwykłych ludzi. Reszta jak sie mozna spodziewac skupi się na ataku. Będzie to jednak działanie z zaskoczenia więc trochę czasu minie zanim zdążą się przegrupować. Wojsko, wyżsi rangą przetrzymywani są w więzieniu jak wyśledzil Tomek. Jedyną ich szansą jest więc oswobodzić innych by pomogli w walce. A potem modlić się o cud.
  • Shogun 4 miesiące temu
    Rozumiem, teraz mam pełniejszy obraz sytuacji, i tego jak przebiegać będzie plan.
    Przepraszam, że tak się wtryniam w rozmowę, ale również mnie to interesowało przyznam szczerze :D.
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Shogun tak myślałam, że zajrzysz więc nie pisałam drugi raz:) Przeziębienie mnie zmoglo i dopiero zauważyłam, co pisaliście. To nie jest plan godny wojska tylko nieco naiwne gdybanie. Ale czy ktoś może spodziewać się czegoś lepszego po niewiele wartych jednostkach? Miało być wiarygodnie więc jest :p
  • Tjeri 4 miesiące temu
    Kocwiaczek, dzięki.
    Jak już napisałaś, to przypomniałam sobie, że o więzieniu wzmianka była. Może jednak warto gdzieś "teraz" przed samym atakiem włożyć komuś w usta jakiś tekst typu "byleby uwolnić więźniów"... czy coś w tym stylu. Bo wydaje mi się, że nie jest to jakoś idealnie oczywiste dla czytelnika.
  • Shogun 4 miesiące temu
    Kocwiaczek dokładnie tak. W końcu to nie są żołnierze, tylko zwykli ludzie pokrzywdzeni przez aparat władzy. I tak dobrze, że wymyślili chociaż taki plan.
    Co do wiarygodności, nie mam żadnych zarzutów. Jest wiarygodnie, rzekł bym nawet ludzko.
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Oj wy moje misie-pysie:) jesteśmy już przy końcówce. Gwarantuje wam, że o wiezniach będzie więcej niż może nawet wypada.
  • Shogun 4 miesiące temu
    Bardzo dobry rozdział. Dużo się dzieje, i zbliżamy się do wielkiego finału. W sumie również podpiął bym się pod pytanie Tjeri, gdyż również mnie to zastanawia.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania