Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

53. Błysk i Grzmot - Część VI - Burza // Rozdział VII

Nerwy napięły mi się chyba do granic wytrzymałości podczas, gdy dookoła mnie rozległ się gorący aplauz. Cała grupa raźnie rzuciła się na broń. Patrzyłam to na nich, to na skrzynię i zupełnie nie wiedziałam co mam zrobić. Przecież nie umiałam strzelać. Ledwo co szło mi rozstawianie wnyków. O namiocie nie wspomnę.

 

- Ty nie – usłyszałam nad sobą głos Tomka – Robert będzie cię osłaniał.

 

Spojrzałam na mojego pseudo ochroniarza i zdziwiona zauważyłam karabin w jego dłoni.

 

- Wiesz jak to obsługiwać? – spytałam nieprzekonana – Niby skąd?

 

- Nie bój się – pogłaskał broń tak jakby była kotem – kiedyś byłem w wojsku. To tak jak z jazdą na rowerze. Tego się nie zapomina.

 

Pokiwałam głową nadal niepewna. Coś jednak wciąż nie dawało mi spokoju:

 

- A tamci z jadalni? Jak to możliwe że jeszcze nas nie dopadli?

 

- Daj spokój Lilu – odparł Tomasz – Jeden strażnik w tę czy w tamtą nie robi teraz różnicy – rozejrzał się czy wszyscy mają broń i krzyknął szybko – Oddział! Ruszamy!

 

Pokierował nas w stronę pobliskich drzwi, kopnął w zamek, a gdy tylko skrzydło się uchyliło wślizgnął się do środka. Podążyliśmy jego śladem. Korytarz zwężał się nieprzyjaźnie jednak spokojnie mieścił mnie i Roberta na tej samej wysokości. Było trochę jak w tunelach tyle tylko, że bardziej czysto.

 

- Jak właściwie udało ci się przeżyć – szepnęłam do Roberta – podobno dostałeś kulkę?

 

- Nic z tych rzeczy – odparł cicho. Najwyraźniej nie umiał szeptać – Dostałem, ale butelką w łeb. Gdy oddali strzał osuwałem się właśnie na kratki z bułkami.

 

- Adam wyrzucał sobie, że nie mógł ci pomóc – pokiwałam smutnie głową – Ucieszy się, że żyjesz, gdy tylko…

 

Nie zdążyłam dokończyć gdyż przed nami rozległy się strzały. Tomek krzyczał byśmy rozstawili się pod ścianami. Strach spotęgował moją reakcję - wręcz rzuciłam się na bok, ciągnąc za sobą Roberta. Wpadliśmy jednak nie na ścianę ale na drzwi, które z głuchym jękiem ustąpiły pod naszym ciężarem. Narobiliśmy hałasu, co nie miara. Kilka osób z korytarza rzuciło krótkie: „nic wam nie jest?”. Odkrzyknęłam zdawkowe „jest ok”, gdy kaszląc podnosiliśmy się z podłogi. Warstewka kurzu pokrywała wszystko dookoła jednak bez wątpienia trafiliśmy do jakiegoś punktu kontrolnego. Sprzątaczka nie odwiedzała tego miejsca chyba od dnia jego powstania. Strzały rozchodziły się seriami, ja jednak nie mogłam odwrócić wzroku od ekranów zamontowanych na ścianach małego pokoju.

 

- Jasny gwint! – wyrwało mi się – Kamery! Zapomnieliśmy o pieprzonych kamerach!

 

Przeszukałam kieszenie spodni. Nadal miałam spray. Wstrząsnęłam nim i psiknęłam na parapet. Działał. Spojrzałam raz jeszcze na monitory. Sala jadalna w hali – ciemno, korytarz pielęgniarza – ciemno, jadalnia 3O – dwie łyżki od owsianki chociaż nieco wygięte nadal były wetknięte we drzwi…

 

- Źle, źle, niedobrze – odparłam zdenerwowana – Nie wysadzili drzwi. Być może coś innego by nam przeszkodzić. Musieli zawrócić i zamiast za nami, pobiegli inną drogą po wsparcie. Musimy… Muszę. Trzeba zatrzeć ślady, żeby nie wiedzieli gdzie jesteśmy. Jak te chochle tam zostaną będą pewni, że pomaszerowaliśmy tutaj.

 

Odwróciłam się do skonsternowanego Roberta:

 

- Idę tam. Muszę zamazać kamerę i wyjąć te cholerne łyżki.

 

- Nie bądź głupia – zatrzymał mnie – To zbyt ryzykowne.

 

- Jestem mała, dość szybka i zwinna, obrócę w pół godziny.

 

- Nie rób tego – jego chwyt na moim ramieniu przybrał na sile – Lepiej bym ja to zrobił.

 

- Robercie – westchnęłam – po pierwsze mnie puść, bo to boli, po drugie zrozum, że nic tu po mnie. Nie mam broni i ledwo, co trzymam nerwy na wodzy. Ty chociaż coś wnosisz. Ja zawadzam. Słyszysz to? Strzelają, a ty stoisz tu bezczynnie. Jestem twoją kulą u nogi. Przynajmniej… przynajmniej się jakoś przydam.

 

Widziałam jak zaciska szczęki, a grdyka wędruje razem z przełykaną przez niego śliną w górę i w dół. W końcu rzekł:

 

-Bądź szybka i wracaj tu biegiem. Jeśli coś ci się stanie, Adam mnie zabije.

 

Nie czekając dalej wybiegłam z pomieszczenia. Robert został w środku. Biegłam, biegłam, biegłam i biegłam. Nie wiem jak szybko i ile w sumie kilometrów. Może trzy, a może pięć. Po drodze nic mnie nie zaalarmowało ani nie przykuło mojego wzroku. Chyba rzeczywiście całą uwagę prezydentowi zwrócili na zamieszki na ulicach, w domach i przedmieściach. Kto by w końcu odważył się atakować ich siedzibę?

 

Gdy w końcu dopadłam drzwi jadalni byłam cała zlana potem. Oddychając ciężko jedną rękę oparłam na biodrze, drugą zaś sięgnęłam po spray. Psiknęłam kilka razy na kamerę i wyszarpnęłam łyżki z uchwytów. Schowałam je w kieszeni bluzy. Strażnik nadal leżał u progu. Odwiązałam więc linę i przewiązałam mu nadgarstki, a potem stopy. Węzły były mocne i nie miał najmniejszych szans się z nich uwolnić. Adam byłby ze mnie dumny.

 

W końcu wstałam, pochyliłam się i rozmasowałam uda oraz łydki. Musiałam wracać sprintem i nie chciałam żeby złapał mnie skurcz. Niestety, gdy tylko się wyprostowałam moje oczy ujrzały najgorszy z koszmarów:

 

- Brawo, brawo dziwko – Radek był ubrany identycznie jak strażnik u moich stóp. Z tą różnicą, że klaskał i szczerzył zęby w szatańskim uśmieszku – Wzbudzasz mój nieustanny zachwyt.

 

- Tak, tak – zawtórował mu Grzegorz wyglądając na nieco zmęczonego – Uciec, by zostać uznaną za zmarłą. Wrócić, tylko po to by znów umrzeć – cmoknął z aprobatą – Wprost wybornie.

 

Przerażenie szybko ustąpiło miejsca determinacji. Myśl – nakazałam sobie – Nie zabiją cię od razu. Za bardzo cię pragną. Jesteś jak zakazany owoc. Niedostępna, dzika. Tak. Tego chcą. To lubią. Drocz się. Pokaż pazurki. Zyskaj na czasie.

 

- Cóż za spotkanie?! – zatrzepotałam rzęsami i uśmiechnęłam się ironicznie – Tęskniliście?

 

Radosław roześmiał się szaleńczo:

 

- Jeszcze jak kurwo! – rzucił się gwałtownie w moim kierunku, jednak, gdy szybkim ruchem wyjęłam farbę i popsikałam mu nią po oczach zatrzymał się w pół drogi z okropnym wrzaskiem. Zerwałam się do ucieczki, chociaż z góry wiedziałam, że Grzesiek zagrodzi mi przejście. Złapał mnie za ramiona podczas, gdy Radek za mną wyrzucał z siebie stek wulgaryzmów.

 

- No, no, no, nie tak prędko mała – Grzegorz wykręcił mi dłoń i z głośnym „Aua” wypuściłam spray na podłogę. Moje zwoje nerwowe pracowały na najwyższych obrotach: „chroń brzuch, chroń dziecko” – powtarzały mi bezustannie. Zgięłam się więc w pół podkulając nogi pod siebie, podczas gdy Grzesiek ciągnął mnie po podłodze w kierunku najbliższej sali wykładowej – Tak pogrywasz złotko? To teraz my pogramy sobie z tobą. Radek łajzo! – krzyknął – Chodź tu i otwórz damie drzwi.

 

Po chwili trąc oczy Radosław przyczłapał do nas. Leżałam zgięta w kłębek na podłodze. Mój niedoszły małżonek spojrzał na mnie z furią w stalowych oczach jednak ominął mnie i dopiero otwierając drzwi syknął:

 

- Zapłacisz za to pierdolona szmato! Za siebie i za tego który nam w lesie nabił guzy. Zapłacisz nam za wszystko!

 

Grzesiek pociągnął mnie za włosy zmuszając tym samym do wstania. Podnosiłam się trzymając jedną dłonią podłogi, a drugą włosów tym samym próbując nieznacznie ulżyć sobie w bólu. Syczałam przez zęby myśląc: „co tu robić?”. Gazu i farby już nie miałam, łyżki wypadły pod drzwiami. W kieszeni spodni ciążył mi jednak nadal podłużny przedmiot. Włożyłam go tam, gdy psikałam farbą na kamerę. Właśnie tego teraz potrzebowałam. Szybko sięgnęłam do kieszeni i wyjęłam paralizator. Krok po kroku - czerwony przycisk, dłoń na mojej głowie i bach! Grzesiek zadygotał i zwolnił chwyt. Chwilę po tym, rozległy się strzały. Ktoś wymierzył w pierś upadającego Grzegorza i posoka strumieniem trysnęła na moją twarz. To była tak zwana śmierć na miejscu.

 

Instynktownie upadłam na ziemię i chociaż widok rozszarpanej rany był paskudny szybko przechyliłam wciąż ciepłe ciało Grześka tak by mnie osłaniało. Nie wiem, co mną powodowało, ale adrenalina napędzała moje działania jak u jakiegoś szaleńca. Nogi podkuliłam pod siebie, a dłonie kurczowo wczepiłam w górę jego munduru. Kule leciały teraz w kierunku otwartych drzwi. Rozszalały Radek strzelał na ślepo i w efekcie niedługo ciało Grzegorza przebiło jeszcze kilka pocisków. Czułam jak krew wsiąka w moje ubranie jednak za nic nie mogłam opuścić tego miejsca. Jedyną drogą ucieczki była jadalnia, ale aby tam dotrzeć musiałabym jakoś wstać. W obecnej sytuacji gdy kule świszczały tak blisko mojej głowy nie było na to żadnych szans.

 

W końcu jednak pistolet musiał ustąpić karabinowi. Człowiek ukryty za drzwiami innej sali strzelił w jakiś metal i pocisk rykoszetem trafił w Radka. Pistolet uderzył o podłogę i jeden głośny ryk rozdarł powietrze. To niestety oznaczało, że nadal żył.

 

- Lilu w nogi! – przez krzyk przebił się znajomy głos Roberta – Szybko!

 

Nie musiał tego dwa razy powtarzać. Zerwałam się i pędem popędziłam w jego kierunku. Gdy tylko minęłam drzwi do sali, gdzie był Radek, strzały znowu się rozległy jednak żadna z kul cudem mnie nie dosięgnęła. Zdążyłam tylko zerknąć na wściekłą maskę malującą się na twarzy mojego gwałciciela. Prawy bark krwawił mu paskudnie i ręka wisiała bezwładnie. Próbował więc lewą dłonią oddawać strzały, ale kiepsko mu to wychodziło. Chwilę potem złapałam wyciągniętą zza drzwi dłoń Roberta i pognaliśmy przed siebie.

 

- Wszystko okej? – rzucił, gdy tylko Radek zniknął nam z zasięgu wzroku – Nic ci nie zrobili?

 

- Nie zdążyli – odparłam lekko się potykając o własne nogi – skąd wiedziałeś, że tam są?

 

- Kamery – spojrzał na mnie w biegu – udało mi się przewinąć taśmę. Mówiliście, że usłyszeliście wybuch. Po prostu zdjęli drzwi z zawiasów i gruchnęli nimi o podłogę. Następnie założyli je z powrotem, dla niepoznaki wsuwając łyżki w uchwyty. Czekali na ciebie. Myślę, że zauważyli twoją koleżankę i połączyli fakty, że ty też musisz z nią być.

 

- Nie wierzę w ich intelekt – prychnęłam. Zapewne widzieli mnie przez drzwi jak podnosiłam łydki strażnika.

 

Dobiegliśmy do holu z szatniami. Robert zatrzymał się łapiąc pod bok i oparł rękę o ścianę.

 

- Kolka? – spytałam połykając szybko powietrze – Skurcz?

 

- Pewnie i to i to – odrzucił ze śmiechem – Marny ze mnie biegacz.

 

- Ale dobry przyjaciel – uśmiechnęłam się i poklepałam go po plecach – Dzięki za uratowanie mi tyłka.

 

- Jeszcze wiele przed nami – odparł opierając się plecami o ścianę – Walka przeniosła się kawałek dalej. Tomek ze swoimi rozwalił snajperów, ale wygląda na to, że zdążyli oni wykończyć ludzi, których nasi zostawili by uwolnili więźniów. Andrzej, Edek i tych kilku osiłków to trochę za mało na mój gust by ich wszystkich ocalić.

 

- Oby uwolnili jak najwięcej żołnierzy – bąknęłam szybko – Bo jeśli nie, to może być nasza ostatnia pogawędka.

 

Spojrzeliśmy sobie w prosto w oczy. Ciężko było godzić się z taką świadomością, ale oboje doskonale wiedzieliśmy, że raczej cało z tego nie wyjdziemy:

 

- On wie – Robert podszedł do mnie nieoczekiwanie – Wie, że jesteś w ciąży. Mówił mi o tym. Powiedział, że ryzykujesz wszystko, chociaż nie miał pewności czy ty sama zdajesz sobie z tego sprawę.

 

Drgnęłam. Dlaczego Adam zwierzył się ze swoich wątpliwości Robertowi, a nie mnie?

 

- Marna ze mnie kłamczucha – uśmiechnęłam się kącikiem ust – Kiedy zauważyłeś?

 

- Wiedziałem, że coś się dzieje i w końcu Adam pękł. Powiedział mi, że możesz nie wiedzieć, bo jesteś zajęta przygotowaniami i w ogóle myślisz tylko o tym by w końcu zrealizować plan. Ale cię obserwowałem. Jak dotykasz brzucha, gdy nie widzi, jak wymyślasz tysiąc wymówek, gdy dopadają cię mdłości. Wydaję mi się, że on też to zauważył, ale nic nie mówiłem. Pytanie tylko dlaczego pozwolił ci tu dzisiaj być?

 

- Bo mi obiecał, że nigdy nie będzie mnie ograniczał – westchnęłam – Gdy myślał, że śpię powiedział mi, że to moje ciało i mogę sama decydować o życiu dziecka. Dlatego właśnie teraz razem tu stoimy.

 

- Nie chcę być niemiły Lilu, ale jesteś głupia myśląc, że poświęcając się dla sprawy zyskasz uznanie. Może i jesteś pomysłodawcą i siłą napędową tego wszystkiego, jednak powinnaś stać na uboczu.

 

- I jak by to wyglądało? – odpysknęłam chociaż sama wiedziałam, że nie powinnam się obrażać za jego słowa. Był szczery – Namawiam ludzi do buntu, a potem sama kulę się w kącie? Byłoby to trochę takie… - szukałam odpowiedniego słowa – fałszywe, nie sądzisz?

 

- Moim zdaniem właśnie teraz powinnaś wrócić do kuchni – odparł szybko – Pokazałaś się, podburzyłaś tłum i na tym powinnaś poprzestać. Sama powiedziałaś, że nic tu po tobie. Wróć do niego i pomyśl o rodzinie. Chyba to jest teraz najważniejsze, prawda?

 

W jego oczach zalśniły łzy i wiedziałam, że przypomniał sobie o ukochanej. Było mi strasznie głupio, ale… po prostu nie potrafiłam odpuścić. Nie umiałam po zrobieniu kroku do przodu, wykonać dwóch kroków w tył. „Jesteś twarda Lilu, brniesz do celu” – huczało mi w głowie. Dlaczego ojciec nie dodał wtedy – „nawet, gdy oznacza to twoją śmierć”?

 

Minuty mijały, Robert czekał na moją reakcję, a ja i tak z góry wiedziałam, że pójdę do tego więzienia. Taka już byłam. Może Bóg wybaczy mi mój upór.

 

Naraz do naszych uszu dotarł ze wschodu tupot stóp. To niewątpliwie Radek próbował nas dogonić. On też nie odpuszczał, to czemu ja miałam być gorsza?

 

- Masz rację – odpowiedziałam Robertowi – Jestem głupia.

 

Pobiegłam w kierunku więzienia nie odwracając się i nie czekając na niego. Słyszałam jak zaklął pod nosem, ale mnie nie zatrzymywał. Szybko mnie dogonił i bez słowa biegliśmy dalej obok siebie. Mijaliśmy korytarze jedne po drugich. Miałam głęboką nadzieję, że gdy Radek dotrze do więzienia, ktoś z naszych strzeli mu prosto w czoło. Gdybym tylko umiała sama bym to zrobiła.

 

Wpadliśmy w wir walki szybciej niż się tego spodziewaliśmy. Strzelanina trwała już na dobre. Udało nam się schować za jakimś wielkim metalowym kontenerem na śmieci. Robert radził sobie całkiem nieźle ze swoim karabinem podczas, gdy ja zastanawiałam się jak mogę pomóc. W końcu nie mogąc znieść tej bezczynności krzyknęłam do Roberta:

 

- Dasz radę przesunąć ten kontener bliżej schodów?

 

Spojrzał na mnie oszołomiony. Krew ściekała po jego policzku – widocznie kula o włos omsknęła się od jego głowy.

 

- Dam, ale po co? – przekrzykiwał wszechogarniający harmider.

 

- Chcę iść na górę pomóc uwalniać więźniów.

 

- Naprawdę życie ci nie miłe?

 

- Miłe, ale nie mogę tutaj tak się chować. Pomożesz mi czy nie?

 

Zrobił wściekłą minę, ale pchnął śmietnik na kółkach w stronę schodów skutecznie ograniczając możliwość postrzału. Nie tracąc ani minuty dłużej złapałam jego twarz w dłonie, ucałowałam w czoło i bez słowa wbiegłam na górę.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shogun 4 miesiące temu
    Liliana naprawdę jest głupia i uparta, ale co zrobić? Taki charakter :D. A Robert? Robert to swój chłop :D. Uratował jej życie, martwi się o nią,o wszystkich. Naprawdę dobry człowiek. Szkoda, że stracił swoją ukochaną. Jest on moją drugą ulubioną postacią drugoplanową, że się tak wyrażę zaraz po Paulinie :D.
    Rozdział bardzo dobry, emocje, akcja. Wszystko jak trzeba. Grzegorz zabity, Radek ranny, choć jeszcze dycha. Jest dobrze :D. Zobaczymy co będzie dalej. Czekam na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam :).
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Mówisz, masz...
  • Shogun 4 miesiące temu
    No naprawdę, muszę powiedzieć, że nas rozpieszczasz, a z pewnością mnie :D. W takim razie lecę do następnego rozdziału :).
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Shogun ja po prostu totalnie nie mam weny teraz bo nadal źle się czuję. Udostępnianie BiG to moja jedyna radość bo tekst nie wymaga większych poprawek, chociaż i takie są.
  • Shogun 4 miesiące temu
    Kocwiaczek rozumiem. W takim razie zdrowia życzę :). Kuruj się. Będę czekał na powrót weny :D.
    Wychodzi na to, że mamy podwójną radość, Ty z udostępniania BiG, ja z czytania BiG ;).
  • Tjeri 4 miesiące temu
    Kocwiaczek byłaś w końcu u lekarza?
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Tjeri byłam. Weź nic nie mów. Po raz pierwszy od 9 lat poszłam i znowu mnie olali. Coś grypopodobnego. Gorączka kolejny dzień, a ona że to normalne. Proszę brać te wszystkie leki co Pani brała tylko jakąś zawiesine inną na kaszel mi zapisała na karteczce. W aptece koło przychodni jej brak, a w drugiej powiedzieli mi że to na receptę. Ręce mi opadły bo ona już skończyła dyżur. Więc poprosiłam magister w aptece o zamiennik bez recepty. 3 dni zwolnienia dodatkowo mi dała żebym dużo piła i odpoczywala. Tylko kurde czemu mam gorączkę pewnie od piątku i żadne te fervexy i Gripexy nie pomagają?
  • Tjeri 4 miesiące temu
    Kocwiaczek te grypska mutują, z każdym rokiem są inne, przeważnie gorsze. Trzymaj się i jak się nie będzie poprawiać, wracaj do lekarza...
  • Tjeri 4 miesiące temu
    No i chyba szczepić się trzeba.. Moi rodzice kiedyś chorowali rok w rok (grypa plus grypochodne), od momentu jak zaczęli się szczepić (już ponad dekadę temu) - albo nie chorują, albo przechodzą bardzo łagodnie. Jest wyraźna różnica w każdym razie.
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Tjeri taki mam niesmak po dzisiejszym, że mam nadzieję, iż nie będę musiała. Ale na pewno tym razem pójdę już prywatnie. Szkoda moich nerwów.
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Mądry Polak po szkodzie chociaż uważam, że raz na 9 lat nie jest najgorzej ale odwykłam zupelnie.
  • Tjeri 4 miesiące temu
    Kocwiaczek - nie chcę jakiejś propagandy siać, ale ja zanim trafiłam do szpitala (zapalenie płuc o którym wczoraj pisałam), nie byłam u lekarza sporo lat...
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Tjeri grr... to ja sobie dalej pogryzę te rurki czekoladowe z nowym zapasem herbaty porzeczkowej. Póki mogę. W ogóle nie mam apetytu. A to do mnie nie podobne.
  • Tjeri 4 miesiące temu
    Zachowałaś Radka przy życiu, czyli szykujesz dla niego coś ekstra ;). Pewnie jeszcze zamiesza, ale mam nadzieję, że zostanie ukarany. Fajne opisy akcji. Miałam przestój - w sensie, że musiałam chwilę dłużej przetwarzać, zanim zobaczyłam obraz ;), w tym miejscu: "W końcu jednak pistolet musiał ustąpić miejsca karabinowi. Człowiek ukryty za drzwiami innej sali strzelił w jakiś metal i pocisk rykoszetem trafił w Radka." Tak (z niepewnością) zastanawiam się, czy dla płynności (obrazów) nie byłoby lepiej to zdaniule o ustąpieniu pistoletu karabinowi "wsunąć" jakoś dalej. Bo to dygresja w trakcie opisu dynamicznej sceny. Nie wim czy mam rację, tak bardziej pod zastanowienie daję.
  • Tjeri 4 miesiące temu
    Jeszcze jedna uwaga - do całości tekstu, bo za każdym razem zapominam napisać. Gubisz sporo przecinków. Przydałaby się korekta pod tym kątem.
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Tjeri przecinki zawsze były moją słabością :( nie zawsze wiem gdzie je wstawić i widać efekty. Z tym zdaniem pomyślę co zrobić.
  • Tjeri 4 miesiące temu
    Kocwiaczek z interpunkcją czasem też się rozmijam, ale są miejsca, których jestem pewna. U Ciebie często brakuje przecinków m.in przed imiesłowami. Tam możesz w ciemno stawiać.
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Tjeri o nie wiedziałam. Zapisuję do notatek z poprawkami. Dzięki Tjeri :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania