Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

56. Błysk i Grzmot - Część VI - Burza // Rozdział X

Biel… Kolor niewinności. Barwa jaśniejsza niż wszystkie inne. Kompletna. Bez skazy. Jak szkolna kreda, jak chmury na letnim niebie. Jak wyjątkowo mroźna noc. Jak szron na szybie. I te wszystkie płatki śniegu. Tak idealne. Tak niepowtarzalne. Wyjątkowe... Biel ścian dookoła mnie, pościel w szpitalnym łóżku… Dotykałam jej, wąchałam, czułam. I choć płacz nie ustępował wiedziałam, że się obudziłam.

 

Ciche łkanie. Ocieranie łez rękawem. Pod kołdrą, w ukryciu. Byleby tylko nie obudzić duchów i mroku wewnątrz mnie. Już nie pragnęłam być zauważona. Bo bycie tutaj oznaczało stratę... Mój syn odszedł. Mężnie, dorośle, dojrzale. To ja czułam się jak dziecko. Kuliłam jak bezbronny ptaszek. Jednak wiedziałam, że to na nic. Jego już nie było. Nie ochroniłam go, nie pomogłam…

 

W końcu wygramoliłam się z pościeli. Pokój tonął w półmroku. Ledwie na niego zerknęłam. Podciągnęłam tylko kolana pod brodę - Raz, dwa, raz, dwa – bujałam się w przód i w tył. Ale to wcale nie pomagało. Opadłam na bok. Nadal skulona, z zamkniętymi oczami zastanawiałam się czy ten ból kiedykolwiek przeminie. Czy ta rana się zagoi i czy będę potrafiła sobie wybaczyć. Tak samo jak on mi wybaczył…

 

- Lilu? - na dźwięk głosu raptownie uniosłam głowę. U progu stał Adam. Jedną dłonią przytrzymywał klamkę od na wpół uchylonych drzwi, a w drugiej niósł kubek wypełniony jakimś napojem. Wyglądał starzej, był nieogolony i pod oczami rysowały mu się cienie. Pomimo to miałam ochotę zerwać się na równe nogi i biec prosto w jego ramiona. Nie zrobiłam tego jednak. Poczucie winy kazało mi zostać na miejscu. Nie mogłam już dłużej kłamać. Nie zasługiwał na takie traktowanie.

 

- Ja… -zaczęłam, ale język odmówił mi posłuszeństwa. Słowa utknęły gdzieś w gardle, a ślina nie chciała napłynąć do ust. Próbowałam chrząkać, kasłać i masować szczękę. Nie pomagało. Adam najwyraźniej zorientował się w sytuacji, bo podbiegł i wręczył mi kubek. Spojrzałam do środka. To było kakao…

 

Upiłam długi łyk. Napój wniknął we mnie i rozpalił mnie od środka. Zamknęłam oczy by się jakoś uspokoić. Masa wspomnień zalała mnie jak wodospad. My oparci o drzewo, my w namiocie, my w chatce, my w jaskini… Samotna łza potoczyła się po moim policzku. Wargi zaczęły mi drżeć. Nie mogłam dalej zwlekać. Musiałam to w końcu powiedzieć.

 

- Przepraszam – wyszeptałam, patrząc na swoje dłonie, wenflon tkwił w jednej z nich. – Przepraszam, że nie powiedziałam ci o dziecku. Nie mam pewności od kiedy, ale wiem, że byłam w ciąży. Myślałam, że jestem silna, że dam radę, przecież tyle razy mi się udawało. Ale byłam głupia, myśląc że jestem tam do czegokolwiek potrzebna. Straciłam przyjaciela, sojuszników i syna. Przez własną pychę i arogancję. Moja przyjaciółka jest przeze mnie wdową. Moja siostra pół-sierotą. Nie będę was winić jeśli wszyscy zechcecie się ode mnie odwrócić. Prawdę mówiąc sama bym się siebie wyparła gdyby tylko było to możliwe…

 

Odpowiedziała mi jedynie cisza. Nie miałam odwagi unieść głowy. Po raz kolejny czułam się niechciana i zawstydzona. Tyle tylko, że tym razem całkowicie sobie na to zasłużyłam.

 

- Jeśli zechcesz odejść, zaakceptuję to – ciągnęłam dalej byle tylko wypełnić tę nieznośną ciszę. – Masz pełne prawo mnie nienawidzić. Powinnam była pójść z wami, a nie udawać żołnierza. Widziałam ich i wiem, że moje działania były znikome. Nie umiałam walczyć, ani należycie się bronić. Nie wiedziałam jak ochronić swoje dziecko… - głos mi się załamał i wiedziałam, że zaraz się rozkleję. – Proszę – moimi ramionami wstrząsnął dreszcz – idź już. Jeśli nie możesz mi wybaczyć to przynajmniej o mnie zapomnij…

 

Po tych słowach odwróciłam się od niego i ułożyłam z powrotem na łóżku. Płacząc oczekiwałam na skrzypnięcie drzwi. Zamiast tego usłyszałam jak mówi:

 

- Odwróć się do mnie – głos miał napięty i nie mogłam wyczytać z niego żadnych emocji. Podniosłam się powoli, ocierając rękawem policzki. Gdy skończyłam, mój wzrok padł na jego dłonie. Paznokcie miał poobgryzane do krwi. W pierwszym odruchu chciałam ująć jego rękę, jednak powstrzymałam się szybko. To nie ja byłam teraz stroną podejmującą decyzje.

 

- Spójrz na mnie – wyszeptał, takim tonem, że włoski momentalnie stanęły dęba na moim karku. Niepewnie podnosiłam wzrok w górę. Najpierw beżowe spodnie, potem szary sweter. Niebieski kołnierzyk koszulki polo, kłująca broda, spierzchnięte usta i szorstkie policzki. W końcu też i oczy. Oczy, które niedawno widziałam. Oczy naszego synka.

 

Przełknęłam głośno ślinę. Mój organizm zaczął się chyba w końcu budzić do życia. Wciągnęłam powietrze nosem, lekko zachłystując się od płaczu. Wypuściłam je z głośnym świstem. Czekałam.

 

Adam jednak nadal milczał. Po kilku sekundach, które były dla mnie niczym wieczność ujął moje dłonie. A potem usiadł obok mnie na łóżku i mocno uściskał.

 

- Trzy miesiące – odparł wtulając twarz w moje włosy – tyle czekałem, bojąc się że nigdy więcej do mnie nie przemówisz. Nie myśl więc, że tak łatwo się mnie pozbędziesz.

 

Zdziwiłam się. Nie tego się spodziewałam. Szczerze powiedziawszy wszystkiego, ale nie tego.

 

- Ale ja przecież… - zaczęłam, jednak jego uścisk odebrał mi cały dech. Chyba nie do końca zdawał sobie sprawę jak bardzo jestem osłabiona – Aaa..dam – wycharczałam – dusisz mnie.

 

Puścił mnie gwałtownie. Szybko złapałam haust. W głowie mi zawirowało. Złapałam się jego ramienia, jednocześnie trzymając się za głowę. Było mi słabo, zbierało się na mdłości. Zakryłam usta dłonią…

 

W tej samej chwili do pokoju wkroczyła przysadzista pielęgniarka. Widząc moją minę, szybko porwała w dłonie stojącą pod łóżkiem miskę i łapiąc mnie pod piersiami, i za plecy, zgięła w pół. Tym samym w ostatniej chwili uratowała posadzkę przed moimi wymiocinami.

 

- Co pan sobie najlepszego wyobrażał?! – zbeształa Adama, najwyraźniej patrząc na zawartość miski. – Kakao?! Przecież pacjentka dopiero co wybudziła się ze śpiączki!

 

- To moja wina – zaczęłam pomiędzy jednym, a drugim atakiem – zaschło mi w ustach.

 

- Nic dziwnego, w końcu od trzech miesięcy nic pani w nich nie miała.

 

To była wyjątkowo celna uwaga. Nawet ja czułam, że po chwili mój żołądek znowu stał się pusty. Pielęgniarka przegoniła Adama z łóżka i pomogła mi się położyć. Podniosła lekko moją poduszkę, a na czole położyła chłodny okład.

 

- Ma pani małą gorączkę. Czy miała pani trudności z oddychaniem?

 

Spojrzałam na Adama stojącego bezradnie u stóp łóżka. Drgnął lekko na słowa pielęgniarki.

 

- Trochę mi duszno – przyznałam. – Mam wrażenie jakbym była w jakiej komorze i ktoś zmniejszył mi dawkę powietrza.

 

Pokiwała głową, jednocześnie podnosząc z ziemi jakiś kawałek plastiku z rurką.

 

- Musiała się pani wyjątkowo gwałtownie obudzić – pomachała przedmiotem przed moim nosem. – Maska tlenowa powinna być nadal przytwierdzona do pani twarzy. Proszę oprzeć głowę wygodnie. Pomimo, że już pani oddycha samodzielnie, najwyraźniej przyda się pani mała pomoc. Proszę tylko nic więcej nie mówić do czasu, aż przyjdzie lekarz i wyrazi zgodę.

 

Założyła mi maskę. Trochę dziwnie było mi w niej oddychać ale po pierwszym wdechu poczułam znaczną różnicę. Przymknęłam delikatnie powieki.

 

- Pan musi stąd wyjść – pielęgniarka poganiała Adama. – Narzeczona potrzebuje spokoju i snu – zmierzyła go wzrokiem ponad okularami – pan również. Kto to widział przebywać tutaj dzień i noc. Pokiwał głową bez słowa i zaczął zmierzać w kierunku drzwi. Rzuciłam okiem na pokój. Obok stało puste łóżko. Uchyliłam nieco maskę.

 

- Proszę pozwolić mu spać tutaj – odparłam cicho. Obydwoje zdziwieni odwrócili się w moim kierunku – Tu jest wolne łóżko, a ja nie chcę zostać sama.

 

- Złotko – zaczęła kobieta – pilnuje cię przecież patrol wojska. Nie musisz się niczego bać.

 

Patrol wojska? Naprawdę? – pomyślałam. – To chyba dobrze, jednak nie tego teraz potrzebowałam. Gwizdałam na własne bezpieczeństwo. Chciałam mieć przy sobie ukochanego. I nikogo więcej.

 

- Pani nie rozumie – pokręciłam głową – boję się własnych snów. Wojsko nic mi na to nie poradzi. Ale Adam owszem. Proszę...

 

Zlustrowała wzrokiem nasze oblicza. Potupała obutą w trzewik stopą. Wzięła ręce pod boki. W końcu westchnęła.

 

- No dobrze – uśmiechnęła się do nas półgębkiem – ale żeby mi to było ostatni raz – podeszła do małej komody naprzeciwko mojego łóżka i wyciągnęła z niej drugą pościel. Wręczyła ją Adamowi. – Tu są poszewki, a na łóżku kołdra i poduszki. Proszę powlec. A pani – wskazała na mnie palcem i pogroziła – niech już się lepiej nie odzywa. Ani mi, ani wam nie są potrzebne kłopoty więc bądźcie cicho. Jutro będziemy musieli przeprowadzić pani szereg badań, więc musi być pani wypoczęta. Dopilnuje pan tego?

 

Adam ochoczo pokiwał głową. Pielęgniarka ukłoniła się lekko i wzdychając „ach ci młodzi” zarzuciła krótko ostrzyżonymi włosami. W tym świetle jej grzywka nabierała ciekawego czerwonego odcienia. Pomaszerowała do drzwi, śmiesznie kołysząc przy tym biodrami i po chwili zniknęła na korytarzu. Adam odprowadził ją wzrokiem.

 

Potem przysunął łóżko do mojego i unosząc palec do ust wyszeptał:

 

- Cii… pościele to draństwo, bo nie chcę dostać od niej manta, a potem będę mówił, okej?

 

Przytaknęłam, nie wiedząc co takiego chce mi powiedzieć. Wyglądał na zadowolonego. Nucił coś, gdy mocował się z poduszkami i kołdrą. W końcu zdjął skarpetki, spodnie i sweter by w samej koszulce i bokserkach wślizgnąć się pod kołdrę na drugim łóżku. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i sięgnął po moją dłoń.

 

- Tylko mi nie przerywaj – posłał mi swój szelmowski uśmiech lecz po chwili spoważniał. – Wiem, że byłaś w ciąży. Robert mi powiedział o waszej rozmowie – moje oczy musiały wyrazić zdziwienie więc dodał – tak, żyje. Andrzej i Edek też – uśmiechnął się – trochę ich wszystkich okaleczyli, jednak się z tego wylizali. Ale do rzeczy – mocniej uścisnął moją dłoń – nie mogę powiedzieć, że nie był to dla mnie cios. W głębi serca miałem nadzieję, że uda ci się to przetrwać, niemniej bądźmy szczerzy - niejeden silniejszy, lepiej uzbrojony i do tego strażnik czy żołnierz poległ. Łudziłem się jednak, że przeżyjesz, bo przecież byłaś dla mnie najważniejsza. Ponadto – wzruszył ramionami – wcale nie miałem pewności, czy rzeczywiście byłaś ciężarna. To dziecko mogło być tylko wytworem naszej wyobraźni…

 

- To był chłopiec – szepnęłam tylko minimalnie, unosząc maskę – widziałam go. Śnił mi się. Miał twoje oczy i moje włosy. Był taki jak my. Niedoskonały, ale walczył. A ja mu podcięłam skrzydła…

 

- Miałaś nic nie mówić – szepnął, delikatnie gładząc mój policzek. – Jeśli rzeczywiście nasz synek gdzieś tam jest, nie może mieć ci za złe twoich czynów. Uratowałaś wielu ludzi, to dzięki tobie wygraliśmy.

 

- Dzięki mnie? – zdziwiłam się. – Ale ja nic ważnego nie zrobiłam.

 

- Gdy pobiegłaś na nieuczęszczane schody, obrałaś zupełnie inną drogę niż wszyscy, prawda?

 

Pokiwałam głową ciekawa do czego zmierza.

 

- No więc, gdy reszta ratowała uwięzionych cywilów i polityków, ty uratowałaś wojskowych. To oni przyłączyli się do walki i odparli atak. Co prawda prezydentowi niedługo po uwolnieniu żołnierzy zbombardowali tę część więzienia, jednak na nic im się to zdało. Byłaś Lilianno mocą napędową. Przez cały ten czas. Nawet na moment nie jest ci wolno pomyśleć, że nikt cię nie potrzebował. Wszyscy są ci ogromnie wdzięczni. Nawet premier parę razy tutaj zaglądał. Chcą cię odznaczyć. I cieszy mnie to, bo nikt nie zasługuję na to bardziej niż ty.

 

- Tylu ludzi zginęło – pokręciłam głową – na marne. To żaden powód do dumy…

 

- Nie ty kazałaś im walczyć i nie ty skazałaś ich na śmierć – przerwał mi – sama też nie wyszłaś bez szwanku…

 

Instynktownie dotknęłam swojej skroni. Wyczułam zgrubienie tam gdzie jak sądziłam uderzyła kula.

 

- Tylko się omsknęła, pozostawiając zwęgloną skórę – wyjaśnił – gorzej z nogą. Musieli wstawić implant…

 

Opuściłam dłoń poniżej miednicy. Miałam na sobie tylko szpitalną koszulę, więc bez trudu mogłam dotrzeć do zagojonego już miejsca. Wzdłuż uda biegła gruba blizna. Nie czułam jednak żadnego bólu ani też dyskomfortu, w związku z posiadaniem w sobie czegoś obcego.

 

- Tytanowa wstawka w środku kości – kontynuował Adam. – Na razie jesteś na lekach przeciwbólowych więc dopiero jutro możesz poczuć się gorzej. Będą chcieli odstawić cię od preparatów medycznych, aby zobaczyć jak radzisz sobie z tolerowaniem implantu. Czeka cię rehabilitacja, ale jeśli wszystko pójdzie dobrze, już niedługo będę mógł cię stąd zabrać.

 

- Czyli nadal mnie chcesz? – wypaliłam pospiesznie. – Nie masz do mnie żalu?

 

- Nic, a nic – odparł poważnie.

 

Zapytałam więc ponownie:

 

- Naprawdę jeszcze mnie kochasz?

 

Parsknął lekko ze śmiechu. Nachylił się nade mną i ucałował mnie w czoło.

 

- Nigdy nie przestałem – puścił do mnie oko i powrócił na swoje miejsce. - Zobaczysz, teraz już będzie dobrze. Prezydenta, co prawda nadal szukają, ale cały świat już wie ile nawyrabiał szkód i oficjalnie wysłano za nim list gończy. Złapią go prędzej czy później. To tylko kwestia czasu. My dwoje mamy za to większy dylemat…

 

- Co takiego? – moje oczy musiał wypełnić strach, bo szybko pospieszył z wyjaśnieniami.

 

- Chcesz wracać do willi, która powstała na twoim podwórku? – rozłożył jedną dłoń w lewą, a drugą w prawą stronę. - Czy do tej nędznej chaty w lesie?

 

Odetchnęłam z ulgą. To nie był żaden problem. Właściwie wcale nie musiałam się nad tym zastanawiać. Miałam tylko jeden dom. Jednego ukochanego i jedno życie. Skoro Bóg dał mi drugą szansę, nie mogłam stracić jej pławiąc się w luksusie i wyrastając na kapryśną panienkę.

 

Nie potrzebowałam przepychu, sławy i bogactwa. Pragnęłam spokoju: zimnych nocy, rześkich poranków, kapryśnych strumyków i zapachu igliwia.

 

- Zabierz mnie do naszego domu – uśmiechnęłam się – wolałabym po tysiąckroć zniszczoną kanapę niż to łóżko. No i może być nam strasznie niewygodnie się tutaj kochać, nie sądzisz?

 

Spojrzał na mnie zdumionym wzrokiem, a następnie zaniósł się głośnym śmiechem. Po chwili zaczęłam mu wtórować. Nie ważne było czy nas usłyszą. Nie ważne czy pielęgniarka będzie na nas krzyczeć. Nie ważne czy zacznę tracić oddech i czy zima za oknem przywita nas zamarzniętym paleniskiem…

 

Mieliśmy siebie. I to właśnie było ważne.

 

***KONIEC CZĘŚCI VI***

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shogun 2 miesiące temu
    No no, spory przeskok czasowy. Wszystko potoczyło się tak jak sądziłem, ale już się do tego przekonałem, iż Adam tak łatwo jej wybaczył. Jest to poniekąd zrozumiałem. Rozdział ogólnie jak zwykle dobry, a zdanie "pilnuje cię patrol wojska" po prostu wygrało :D. Aż się uśmiechnąłem pod nosem :).
    Pozdrawiam ;).
  • Kocwiaczek 2 miesiące temu
    Mi się najbardziej podobało jak jej odparła że nie miała nic w ustach od 3 m-cy. Jeszcze dzisiaj wieczorem ukaże się epilog i zakończenie dedykacji. A potem? Któż raczy wiedzieć, co będzie dalej...
  • Shogun 2 miesiące temu
    Kocwiaczek czyli dziś nastąpi koniec. No nic zobaczymy więc, co się jeszcze kryje w epilogu.
    Cóż, nie wiem co będzie dalej, ale coś na pewno :D.
    I właśnie tego "coś" będę wyczekiwał ;).
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Ładnie - że tak podsumuję. Ten rozdział - również wzruszający i również dobrze napisany. Mam wątpliwości natury "riserczowej" czy po 3miesięcznej śpiączce można cokolwiek powiedzieć, czy śmiać się (nie byłam w śpiączce, ale w sytuacji szpitalno- podbramkowej) - przez parę dni powiedzenie słowa czy otwarcie oczu było ogromnym wysiłkiem). Składam to na karb przypadków indywidualnych, bo myślę, że to zriserczowałaś. Jeśli nie, to warto pogrzebać.
    No ale gites rozdział! Czekam jeszcze na rozjaśnienie w sprawach nierozjaśnionych :).
  • Kocwiaczek 2 miesiące temu
    Przyjmijmy, że była na takich prochach, że czuła się jak młody Bóg ;) przynajmniej tego dnia. Miała co prawda trudności z oddychaniem, ale łepetynka jej pracowała jak należy ;]
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Kocwiaczek - to słabość ok. Ale pozostaje pytanie, czy ktoś kto ma sucho, że się tak obscenicznie wyrażę, przez 3 miechy - jest w stanie niemal od razu wydawać jakieś dźwięki artykułowane...
  • Kocwiaczek 2 miesiące temu
    Tjeri heh, zmusiłaś mnie do pogrzebania i natrafiłam na coś takiego: https://portal.abczdrowie.pl/nieoczekiwane-umiejetnosci-po-wybudzeniu-sie-ze-spiaczki . Może nasza Lilianna obudziła się jak gdyby nigdy nic i w końcu zaczęła mówić... ale prawdę? :) ciężko stwierdzić.
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Kocwiaczek :))
  • Kocwiaczek 2 miesiące temu
    Tjeri już się nie mogę doczekać waszej reakcji an epilog :) Kurcze, aż mi się sentymentalnie zrobiło :)
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Kocwiaczek to wrzucaj!
  • Shogun 2 miesiące temu
    Kocwiaczek też się nie mogę doczekać naszej reakcji na epilog.
    Stawiam tezę, iż sentymentalnie ci się robiło za każdym razem gdy odkrywałaś z nami swoją powieść na nowo ;).
  • Shogun 2 miesiące temu
    Tjeri dobrze prawisz! ;).
  • Kocwiaczek 2 miesiące temu
    Shogun jeszcze nie mogę, po 19 będzie, na razie błędy poprawiam - bo draństwa ciągle są ;/

    Masz rację - pokochałam ją na nowo i uśmiecham się sama do siebie gdy czytam ostatnie jej zdania.
  • Shogun 2 miesiące temu
    Kocwiaczek ach, to jeszcze dwie długie godzinki czekania, ale poczekam cierpliwie, bo warto :D.
    No widzisz :), a tak to smutna leżała przez lata, a teraz gdy jest czytana, uśmiecha się, o tak :D.

    Tak wiem, głupoty piszę, ale co mi tam :).
  • Kocwiaczek 2 miesiące temu
    Shogun i macha do mnie waszymi komentarzami :D warto było się tutaj zalogować, oj warto :)
  • Shogun 2 miesiące temu
    Kocwiaczek również jestem już całkowicie przekonany, że warto było się tutaj zalogować jeśli o mnie chodzi. Dzięki temu pokonałem barierę, która wcześniej uniemożliwiała mi pisanie, oraz strach przed publikowaniem/pokazywaniem swoich tekstów :).

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania