8: Porwanie księżniczki, rozdział 2: "Plaster miodu", część pierwsza

*Około dwóch tygodni wstecz*

 

Kary koń z wolna wjechał pomiędzy wioskowe chaty i wraz z jeźdźcem obudził wśród mieszkańców niemałe zainteresowanie. Najbliżej pracujący chłopi natychmiastowo przerywali zajęcia i z mieszanymi odczuciami podnosili oczy na przybysza. Dzieci natomiast były przez matki zaciągane do domów lub po prostu oddalały się z nimi jak najdalej, żeby nie sprawiać kłopotów. Ned zatrzymał się przed jednym z domów, przy ławce, na której odpoczywał w słońcu starzec i zręcznym ruchem zszedł z konia na rozkwitającą trawą ziemię. Zmęczony chłop o twarzy przeoranej brodawkami dopiero teraz zdołał przyglądnąć się młodzieńcowi, a na widok bogatego ubioru, zadbanych włosów, związanych w niezwykle długi i gruby warkocz oraz dwóch pierścieni z wielkimi kamieniami, podniósł się w górę i ukłonił tak głęboko, jak tylko mógł.

— Nie musicie się tak płaszczyć. Ja nie należę do szlachty — pogodnym głosem uspokoił starca Ned i usiadł na drugim końcu prostego siedziska, czyli deski opartej na dwóch małych pieńkach.

— Toć pan się pobrudzi, łaskawy panie. Ta ławka brudna przecież — szybko ostrzegł chłop z przestrachem.

— Szczypta kurzu mnie nie zrani, ha, ha. — Machnął ręką młodzieniec. — Proszę siadać, co będziecie się męczyć u siebie.

— Jak miłościwy pan tego pragnie... — Mężczyzna z wielką chęcią wykonał polecenie i po chwili milczenia wziął się na odwagę, żeby zamienić słowo: — Co pana tu sprowadza? Pewnie do naszego Hrabi jedziecie, prawda? Na zamek... w odwiedziny.

— Tak, dobrze zgadujecie. — Pokiwał głową Castelvill. — Nie w odwiedziny jednak. Wiatry wiosenne mnie tu zaprowadziły, rozumiecie?

— Chyba nie, panie. — Starzec podrapał się po głowie przykrytej lnianym czepkiem.

— Sprawa niebios innym zdaniem. — Na to zdanie rozmówca Neda zrobił znak podkowy na piersi, co kątem oka spostrzegł młodzieniec. — Powiedzcie, jak się wam powodzi tu w wiosce?

— No, zima była i po zimie. Jakoś my przeżyli, panu świata za to dziękować. — Znów wyrysował znak swojej wiary. — Do pola wracać nam trza, gotować ziemię i siać.

— Żadnych dziwnych okoliczności, niepokojących zdarzeń? — Żółte ślepia z ciekawością zwróciły się na twarz chłopa.

— O-o jakich to dziwach mówicie, panie? — W głosie starca zabrzmiał niepokój pomieszany ze strachem, ale Ned wyczytał z jego mimiki, że tamten po prostu nie spodziewał się takiego pytania i niczego w pamięci nie ukrywał.

— A o różnych takich. Niecodzienne zachowania zwierząt, krzyki kruków, strasznie zmienna pogoda...

— Nie, nie, tu spokojnie mamy, bez takich dziwów — prędko poprawił się mężczyzna. — Hrabia czuwa, ksiądz dobrodziej też tu czuwa. Nawet czcigodny możnowładający, Pan Radosław właśnie, nam z niedźwiedziami pomaga, bo takie tu zachodzą, przebrzydłe zwierza i nam psocą, jakoby nieboskie dwa czarty.

— Hmm, to niezwykle hojne, że pomaga. Wspaniały człowiek musi być z waszego pana.

— Tak jest. To dobry ekwitan i Wichrynin! Wielki, mocny, a jak prawicę spuści na jakiego hultaja, to łebek jak orzech rozbija, nawet gdy ino muśnie ręką, nawet jakoby byłby ten łebek z kamienia!

— Hoh, to pewnie mało ma wrogów wasz pan. Opisujecie go niczym herosa... Hmm, tak jakby płynęła w nim krew gigantów. Nie dziwne byłoby, gdyby wszyscy bali się mu sprzeciwić. Taki by to armie rozgromił samiuteńki — zaśmiał się serdecznie Ned.

— Ach, wszystko prawda. Samą prawdę prawicie, panie, i jaką piękną! Toć wy mędrcy! — Starzec klasnął w kolano i po chwili zamilkł. Zaczął się chyba nad czymś zastanawiać, lecz Castelvill nie próbował mu przerywać. — Ale nie, nie. Nasz pan to sąsiad dobry, to też i wszystkie sąsiady dobre i dla hrabi są.

— Wspaniale — skomentował uradowany długowłosy, bo dowiedział się wszystkiego, czego chciał się dowiedzieć. — O, bocian przelatuje — zauważył, wstając z ławki.

— Aha. — Chłop również wypatrzył ptaka i się uśmiechnął. — Czyli coraz ich więcej będzie napływać. To nam dobrze wróży. — Spuścił wzrok na Neda, który sprawdzał właśnie jak leżą pasy siodła i juków doczepione do wierzchowca. Starzec zapatrzył się na cudnie błyszczącą w słońcu sierść tego karego zwierzaka. — Pięknego konia macie, łaskawy panie. W takim młodym wieku jesteście, a już w świat sami wyruszacie, na takim pięknym, zdrowym koniku. To pewnie sam pan niebios, na swoim rumaku złotym przyprowadził wam go w podzięce za waszą dobrą duszę — dopowiedział szybko, żeby przypadkiem nie urazić wyższego stanem człowieka.

— Zaiste, wspaniały to był dar i doskonały towarzysz wędrówki. — Castelvill poklepał przyjacielsko wierzchowca, na co ten równie miło zarżał. Następnie młodzieniec jednym ruchem wskoczył mu na grzbiet, ale jeszcze nie odjeżdżał. — Jak was zwą? — zwrócił się do wstającego starca.

— Julian, czcigodny panie — odpowiedział, zdejmując z głowy czepek.

Ned skinął tylko głową na pożegnanie, a koń ruszył powolnym chodem przed siebie. Nieśpiesznym pędem dobijało południe - wiosną najlepsza pora dnia. Chłopi wrócili do pracy, dzieci powychodziły z różnych zakamarków i kolejne dwa boćki przekreśliły nieboskłon...

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania