8: Porwanie księżniczki, rozdział 2: "Plaster miodu", część druga

Zamek hrabi spoczywał na wzgórzu otoczonym przez bujny las. Tylko drzewa przy głównej drodze były wykarczowane, żeby niepotrzebnie nie utrudniać przyjezdnym podróży. Sama ścieżka natomiast, chociaż nieco stroma, nie skrywała w sobie kamieni, co dla koni i powozów stanowiło wielką ulgę. Wypadałoby też pochwalić miejscowych za nieobecność szubienic, jakie to tak często zdobią gościńce oraz bramy miast - kolejny dobry znak na tutejszą gościnność. Aż dziw, że Ned znajdował się na granicy dwóch wrogich dla siebie państw. Może panował jeszcze pokój pomiędzy nimi, ale nadal było to mile widziane u młodzieńca, który w czasie swojego krótkiego, acz obfitego w przygody życia zdążył zobaczyć wiele strasznych rzeczy.

Zauważono go już z oddali, wobec czego nie musiał długo czekać na otwarcie bramy i podniesienie podbijanej żelazem brony. Gdy Castelvill wjechał na dziedziniec, na spotkanie wyszli mu dwaj ludzie - mężczyzna zarośnięty niczym niedźwiedź, w grubym, skórzanym kubraku oraz zadyszany strażnik w pełnym rynsztunku, trzymający włócznię w prawej ręce.

— Dzień dobry! Co was sprowadza, dobry człowieku? — przywitał się włochacz będący zarządcą tutejszej służby.

— Dobry, dobry. W odwiedziny do pana hrabiego przybywam — odpowiedział długowłosy.

— A kim, paniczu miły, jesteście? Niezbyt poznaję waszą mość. Pewnie pan Radosław by was pamiętał, on ma dobrą głowę do tego, ale ja niestety nie... Może przypadkiem z daleka jedziecie?

— Z daleka, owszem. Nigdy w okolicach jednak nie byłem, więc nie musicie się martwić o pamięć. — Wykonał półukłon, pozostając na koniu. — Nazywają mnie Axel Brodvald, wędrowny czarodziej z północy.

— Czarodziej? — zająknął się włochacz. — Nie wyglądacie na takiego, ni w marchew, ni w pietruchę. Taki młodzieniec... Nie nosicie przecież laski czarodziejskiej. A może macie różdżkę? My się tam na magii nie znamy, no ale...

— Takie rekwizyty nie są mi potrzebne — zachichotał Ned — co nie zmienia tego, że inni... natchnieni mocą, bez nich się nie ruszają z łóżka — tutaj pokręcił głową na myśl o swoich „przyjaciołach” ze swojej „profesji”. — To co, wasz pan jest w domu może? Przyjąłby w swoje łaskawe progi zmęczonego podróżnika?

— Z przykrością muszę zaprzeczyć. — Mężczyzna ukłonił się przepraszająco, po czym ręką wskazał na zamek, mając na myśli znajdujące się za nim lasy. — Pan hrabia Radosław jest na polowaniu i najpewniej nie wróci do późnego wieczora. Byłbym więc wdzięczny, jeślibyście, paniczu czarodzieju, pozwolili mi was ugościć i dotrzymać wam towarzystwa do czasu, aż nie wróci załoga pana. Nie należę do grupy osób wielce rozrywkowych, albo chociażby trochę interesujących, niestety, lecz mimo to pragnąłbym, aby ten czas oczekiwania upłynął paniczowi w miarę miło...

Ned zszedł z konia i zaczął grzebać w jukach.

— Ech, to bardzo szkoda... Wiecie może, czy jakiś doradca hrabiego pozostał w pobliżu? — zapytał Castelvill, ignorując propozycję włochacza. — Ktoś, z kim można byłoby pomówić o wyższych sprawach?

— Ktoś taki... No jest kuzyn pana Radosława, ale on to z nikim gadać by nie chciał...

Młodzieniec schował mały przedmiot w kieszeń kurty, związał supły w torbie wierzchowca i zbliżył się do rozmówcy.

— Prowadź w takim razie — stanowczo poprosił Ned.

— Proszę mi wybaczyć, paniczu Axelu. Kazimierz, to jest kuzyn naszego możnowładcy, nie zgodzi się na rozmowę z kimkolwiek... To skończony gbur, człowiek niskiej grzeczności oraz jeszcze niższej kultury.

— Zaprowadź mojego konia do stajni i go nakarm. — Castelvill skinął palcem na strażnika, a potem minął włochacza, udając się bez zaproszenia w stronę uchylonych drzwi wejściowych, które prowadziły pewnie do głównych komnat zamku.

— Raczej byście nie pragnęli się z nim widzieć — kontynuował zarządca służby. — Nikt Kazimierza nie przekona, żeby z wami porozmawiał. Nawet on pana Radosława nie słucha... Proszę tak nie pędzić! — Sługa hrabi szybko pobiegł za niecierpliwym młodzieńcem. — Jak najbardziej nie chcę umniejszać panicza czarodzieja osoby, ale on was może wyrzucić ze swej komnaty, gdy tylko przekroczycie zaledwie próg... Nie, nie, teraz w lewo trzeba... Strachy mnie też zżerają na myśl, że ten huncwot może podnieść na was rękę, bo on to rycerz jest pasowany, bez honoru jak najbardziej, lecz dalej wyuczony wojownik. Eee, teraz tutaj, proszę, po schodkach do góry... Nie przeczę, iż byście sobie nie poradzili z nim - magią przecie władacie - jednak takie nasionko niesnaski zraziłoby was do zamku hrabi, co byłoby dla mnie, dla tego który pod nieobecność pana ma jak najmilej zająć gości, ciosem śmiertelnym! Paniczu Axelu, to tutaj.

Zatrzymali się przed drewnianymi drzwiami niewyróżniającymi się niczym szczególnym od innych mijanych tu drzwi. Cały korytarz wydawał się pusty, a z ceglanych ścian biła przytłaczająca szarość i zimno wprawiające w dreszcze. Włochacz spojrzał spod krzaczastych brwi na Neda w oczekiwaniu na nienadchodzącą zmianę zamierzeń. Widząc zdecydowanie błyszczące w żółtych oczach, odchrząknął tylko i dłonią ukrytą w skórzanej rękawicy zapukał kilkakrotnie we wrota - bez odpowiedzi. Ponowił próbę, lecz nikt się nie odzywał.

— No widzicie, to sensu zbytniego nie ma... — zaczął zarządca służby.

— Jest tam — powiedział z przekonaniem długowłosy. — Otwórz, otwórz. Cofanie się nie ma sensu.

Wielki wąs poruszył się niespokojnie pod nosem włochacza. Jego ręka powoli opadła na mosiężną klamkę, którą wykuto w kształt ślimaka. Pociągnął za nią, lecz drzwi ani drgnęły. Spokojny wzrok młodzieńca zmusił zarządcę, aby ten się jeszcze nie poddawał, więc mężczyzna szarpał się z mechanizmem do momentu, aż Castelvill nie upewnił się co do tego, że wejście jest zamknięte na klucz.

— Nie ma rady — westchnął z rezygnacją sługa hrabi. — Sami widzicie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania