8: Porwanie księżniczki, rozdział 2: "Plaster miodu", część trzecia

— Nie ma rady — westchnął z rezygnacją sługa hrabi. — Sami widzicie.

— Tak, widzę. W takim więc razie, ja to muszę zrobić. — Tamten szybko zerknął na Neda z konsternacją. — Odsuńcie się, dobrodzieju.

Włochacz odsunął się prawie natychmiast. Nie miał pojęcia, do czego mógł się posunąć nieznajomy, który tytułował się mianem czarodzieja. Nigdy magii nie widział na oczy, a opowieści, jakie słyszał od pijanych i bardziej trzeźwych podróżników, bywały bardzo niejednoznaczne, czasem wręcz sprzeczne. Pozostawało teraz tylko się modlić, ażeby z powodu tych zamkniętych drzwi nic złego się nie wywiązało. Zaciskając pięści w przestrachu, patrzył teraz jak Castelvill przykłada dłoń do zamka i zaraz kręci palcem trzy kółka. Widok szmaragdu w sąsiedztwie ametystu, siedzących obok siebie w pierścieniach ze złota, na tak małych palcach, z których mogłyby się zsunąć z łatwością, ukłuł włochacza prosto w serce. Jednak chwilę potem poczuł w piersi jeszcze dotkliwszy ból, gdy z wrót dobiegło metaliczne stąpnięcie. Na szczęście nic się poza tym odgłosem nie wydarzyło, co starszy człowiek przyjął z miłą ulgą.

Ned pociągnął za klamkę, powoli otwierając drzwi, które nie stawiały już żadnego oporu. Jego oczom ukazała się spora konstrukcja zbudowana z małych, prawdopodobnie drewnianych klocków, wyeksponowana na stosunkowo niskim stole o nogach wyciosanych w estetyczne spirale. Jedynym śladem obecności człowieka w tym pokoju były nogi widoczne spod szerokiego blatu oraz dłoń wisząca nad cegiełkami budowli. Górna kończyna w pewnym momencie zniknęła, dolne ułożyły się w pozycji pozwalającej wstać siedzącej osobie. Zza wznoszonego gmachu wypłynął brzuch, wystający z jedwabnej koszuli i rozpychający równie kosztowne spodnie, a następnie duża, owalna głowa z majestatycznym wąsem, zwieńczona włosami wyciętymi w kształt równiutkiego hełmu.

— Czego tu szukacie, wy szczurze bękarty? — zawołał zaskakująco spokojnym tonem kuzyn hrabi. — Włamujecie się, tak? Do swojego pana... — Obejrzał się w stronę otwartych drzwi i zmarszczył brwi. — Psia morda... — szepnął pod nosem. — Coście za jedni?

Castelvill zdecydował się mu nie kłaniać i tylko przekroczył próg komnaty, aby zaznaczyć, że się gospodarza nie boi.

— Czarodziej z północy, Axel Brodvald — przedstawił się młodzieniec, a kąciki jego ust lekko się uniosły. — Witajcie, panie Kazimierzu.

Grubas zatrzymał się w półkroku z lekko uchyloną paszczą. Postawił zaraz nogę na ziemi, zgiął się, opierając masywne dłonie o kolana i zaczął się śmiać. Śmiech ten po kilku sekundach zamienił się w rechot, a kiedy nad wyraz uradowany rycerz zaspokoił swoje jakże urocze pragnienie, ucichł, wytarł łzy, i zabawnie kiwając głową, zaczął dreptać w stronę nadal uśmiechniętego Neda. Stanęli twarzą w twarz. Kazimierz przewyższał długowłosego o niemal dwie głowy. Olbrzymie, przekrwione oczy piwnej barwy wbiły się w żółte ślepia, niczym sztylet w serce dobijanej zwierzyny. Obaj jakoś spoważnieli.

— To było niezwykle zabawne. Czarodziej — prychnął z rozbawieniem wąsacz. — Nie obchodzi mnie to, dlaczego tu przylazłeś, dziecko, ani kim są twoi rodzice. Ja gadać z gołowąsami nie chcę. Zmykaj pobiegać sobie po zamku, Raduś nie będzie mieć pewnie żadnych obiekcji.

— Przyszedłem do was, bo w waszej twierdzy nie ma teraz hrabiego, a wy jesteście najbardziej...

Wierzch potężnej dłoni uderzył w twarz Neda, pozostawiając na niej czerwony ślad.

— Panie Kazimierzu! - stęknął trzęsący się włochacz. — Takie zachowanie... Chodźcie Axelu, nie róbmy zamieszania...

— Zamknij rzyć, błaźnie — warknął przez zęby grubas, na co zarządca służby skulił się, jakby to on został właśnie boleśnie zbity. — Wracaj do matuli, gołowąsie. — Rycerz położył dłoń, mogącą bez problemu przykryć połowę głowy chłopaka, na czuprynie Castelvilla i niedbale ją pogłaskał. — Niech ci pięknie uczesze te włoski, żebyś nie przypominał takiego ptaszka, skowronka, dziewuszkę.

Wzrok Neda powrócił ku piwnym oczom rozmówcy. Mimika długowłosego pozostawała niewzruszona obelgami, była - szczerze mówiąc - całkiem pogodna.

— Tak, tak, ładny ptaszek — kontynuował tłuścioch. — Daj, zaraz ci utniemy trochę ten koński ogonek.

Drugą dłonią Kazimierz sięgnął po należący do czarodzieja warkocz. Chwycił go, pociągnął kilkakrotnie i zaczął się nim bawić. Kiedy tak dalej upokarzał młodzieńca, coraz bardziej i bardziej poszerzając we włosach nieład, ich właściciel zdawał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi, a nawet przyglądał się rycerzowi z zainteresowaniem. Lewa dłoń Neda grzebała w kieszeni spodni.

— Lalka się znalazła, co lubi jak się ją głaszcze, dotyka - nieprzerwanie drwił ze swojej ofiary kuzyn hrabi. — Normalnie jak jakaś kurwa...

Kazimierz zręcznym ruchem dobył zza pasa nóż z zamiarem szybkiego obcięcia kruczoczarnego warkocza. Zawahał się nagle, gdy kilka milimetrów od jego nosa pojawiła się złota moneta. Mały kawałek bitego kruszcu, za który można byłoby kupić małą wioskę, zawisł w powietrzu, obracając się w zwolnionym tempie na stronę awersu przedstawiającego wichryńskiego księcia. Udało mu się rozszerzyć pole widzenia, aczkolwiek młodzieńca przed nim już nie było. Przed grubasem stał jedynie włochaty zarządca służby zamkowej - bardzo od niego oddalony - a zbladł on jak kościotrup - zdarzenie, które dało się zaobserwować, nawet w przypadku takiego zarośniętego człowieka jak on - na widok znienawidzonej postaci targanej jednocześnie wieloma emocjami.

— Muszę przyznać, że macie cierpliwość do budowania — pochwalił Kazimierza głos dochodzący zza jego pleców. — Zgaduję także, iż również dalece większą cierpliwość - o i talent! - do ciosania aż tak gładkich klocków!

Kazimierz zadrżał. Obrócił się gwałtownie, a ruch ten kosztował go kilka kroków. Axel Brodvald podchodził właśnie do szerokiego stołu, i naprawiając wytarmoszony przed chwilą warkocz, z niewinnym zaciekawieniem wodził żółtymi płomyczkami po wszystkich kondygnacjach dzieła rycerza. Zadźwięczał upadek monety o nagą podłogę. Ku zdumieniu otyłego wąsacza złoty pieniążek cudownym trafem potoczył się dokładnie pod nogi czarodzieja, który jakby instynktownie schylił się po nadjeżdżającą zgubę, nadal nie spuszczając oka ze sporego, aczkolwiek pełnego chaosu gmachu z klocków.

— Nie jestem znawcą architektury — przyznał się Ned — ale wydaje mi się, że wasza technika wygląda na całkiem solidną, a wręcz pomysłową. Grubsze podpory tam, tutaj kolumienki widzę... Ściany w tej wieży, muszę przyznać, posiadają zarówno piękny wzór, jak i naturalną moc! — Castelvill stanął przy prawym boku stołu. — Jeślibym widział taką strukturę w odpowiedniej proporcji, będąc kapitanem oblężenia, to bym się zląkł prawdziwie! Oj, a co to...

Mieszanina frustracji, niepokoju i niecierpliwości, która mimo zamieszania zdążyła się nieco ostudzić, prowadziła Kazimierza wielkimi i głośnymi krokami naprzód, oblewając jego ogolony potrójny podbródek, poliki pulchne jak bułeczki oraz kawałek odsłoniętej klatki piersiowej czerwonymi poparzeniami. Piwne oczy wytrzeszczyły się niemal tak, jakby zaraz miały wypaść z oczodołów, gdy chuda ręka zamachnęła się na jego zabawkową posiadłość. Ujrzał, jak ta sama kończyna wbija się w ścianę konstrukcji, nurkuje w niej i wylatuje z drugiej strony. Żaden klocek, ku niedowierzaniu grubasa, nie zmienił swojego położenia. Potężny mężczyzna w kuriozalnym momencie znajdował się na tyle blisko, by mieć na całą zbrodnię dokładne wejrzenie, więc nie było szansy, żeby mu się przywidziało! Ten diabeł złamał właśnie prawa świata, pomyślał, a wniosek ten przepuścił przez jego ciało zimny dreszcz.

— No i mamy małą nierządnicę — zaśmiał się Ned i podszedł do Kazimierza, pokazując mu swoją dłoń. — Pewnie was drażniła, czyż nie?

Kuzyn hrabi skupił wzrok na dwóch palcach młodzieńca. Pomiędzy ich zaciskiem wierciła się mucha.

— O-ona brzęczała mi w uchu od w-wczoraj — odparł oszołomiony rycerz i wgapił się w Castelvilla. — Co się stało? Jak wy to zrobiliście? Kim wy jesteście, do diabła?

— Tak jak już wspominałem, jestem czarodziejem. — Ned uśmiechnął się tak przyjacielsko i niewinnie, że z Kazimierza gwałtownie wyparowała znaczna część jego nienawiści - prawdziwa magia pięknej i zdrowej młodości. — To zaledwie malutka sztuczka, przyjacielu. Mam takich w zanadrzu jeszcze sporo. — Poklepał ramię większego od siebie, a był to kolejny as w rękawie przy zacieśnianiu z kimś więzi. — Ja nie traktuję magii w sposób śmiertelnie poważny, może przynajmniej przez dłuższą część czasu, więc nic mnie nie trzyma przed tym, abym się dobrze z nią bawił. Oczywiście mam świadomość, że to potężna broń, ale akurat w moich rękach... Arkany magii są potulne niczym baranki! — Na to zdanie trzymana dotychczas mucha zamieniła się w płomyczek, uleciała kilka centymetrów w górę i wyparowała wraz z ogniem. — Wracając do istotniejszej sprawy... Podobną budowlę wznosił hrabia Szymon, gdy byłem na jego dworze, ale jego była o wiele mniejsza.

— Szymon? — odparł Kazimierz, unosząc kącik ust w czymś, co przypominało uśmiech i podrapał się po głowie. — Raz u niego byłem chyba... Już dawno...

— Bardzo mądry człowiek, uczony, a ile książek ma w bibliotece. — Ned potrząsnął głową. — Polubił tę łamigłówkę, którą jest układanie tych małych cegiełek, czynność tylko dla jasnych umysłów. Ciekawe skąd nadszedł ten pomysł, pewnie zza morza.

— Naprawdę była mniejsza? — bardziej stwierdził niż zapytał grubas, ciesząc się głupkowato. — Ale niee... Ha, ha. To przecież tylko zabawa taka, zabicie czasu. Często z kapką winka, he, he. Widziałem kiedyś, jak jacyś handlarze się tym zajmowali w karczmie. Tygodnie się męczyłem, żeby wyciosać te kosteczki, bo oni nie chcieli mi sprzedać ich, wiecie?

— Praca godna cesarza i architekta — utrzymywał swoje zdanie Castelvill, wprawiając wąsacza w większą radość.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania