8: Porwanie księżniczki, rozdział 2: "Plaster miodu", część czwarta

Rozmawiali ze sobą aż do wieczora. Kazimierz bardzo szybko polubił Axela Brodvalda z uwagi na to, że tamten okazał się być bardzo dobrym słuchaczem i pierwszą od bardzo dawna osobą, która uznała tego najzwyklejszego w życiu grubasa za prawdziwego rycerza, jakim Kazimierz rzeczywiście był. Ned z nieudawaną chęcią zgodził się poznać jego życiorys, odkrywając przy tym dosyć długą listę powodów, dlaczego szlachcic z możnej rodziny wylądował właśnie w takim miejscu, jakim był zamek jego kuzyna - zamek, w którym Kazimierz pełnił jakże czcigodną rolę zwykłego pasożyta. Spieranie się o niektóre szczegóły zawarte w tej opowieści stałoby się pewnie ciekawym tematem do dyskusji, ale przynajmniej połowa informacji brzmiała wystarczająco wiarygodnie, aby ułożyć z nich trzymającą się w ryzach mozaikę życia tego dużego jegomościa.

Jako giermek, kuzyn Radosława wykazywał się pracowitością i hartem ducha. Przejechał ze swoim nauczycielem, Zawiszą z Żukowia, całe księstwo Wichryńskie i połowę królestwa Katta. Razem z owym mentorem stoczyli dziesiątki potyczek z bandytami wszelkiej maści: z rabusiami, łupieżcami najeżdżającymi bezbronne wioski, z bardami wyzyskującymi łatwowierną tłuszczę, z grupami dezerterów, szaleńcami, gwałcicielami i tak dalej, i tak dalej. W czasie tych siedmiu lat, młody szlachcic nauczył się władać mieczem niczym ówcześni mistrzowie szermierki, a jego naturalna siła rozwinęła się do poziomu, w którym w walce na gołe pięści potrafił wygrać z kilkoma starszymi od siebie awanturnikami naraz.

Między Zawiszą a Kazimierzem utworzyła się więź przyjaźni. Razem po tym, jak młodzieniec miał zyskać miano rycerza, planowali wyruszyć za morze Darwina w misji, którą organizował wtedy książę wichryński Mikołaj. Niesprawiedliwy los postanowił ich jednak rozdzielić. Giermek został w stolicy, a Zawiszę posłano w głąb puszczy Żubłęcznej z oddziałem Zbrojnych Habitów, bowiem widziano w tamtych okolicach "mary z piekła rodem" i "potworne monstra, koszmary", stwierdzenia które bardzo zaciekawiły Neda.

Po pasowaniu, przyszły kandydat na bohatera, rozdzielony od swojego mentora, popadł niestety w wir zagrywek szlachty, która bardzo polubiła się z majątkiem płynącym z pochodzenia Kazimierza - majątkiem odziedziczonym po zmarłych rodzicach. Nowo upieczonego rycerza zapraszano na różne dwory, wychwalano jego siłę i mistrzostwo w posługiwaniu się mieczem, a poprzez uczynienie go współorganizatorem wielu zawodów, czyli wydarzeń zyskujących na popularności w czasie pokoju, przybito ostateczny gwóźdź do jego trumny. Stracił zarówno bogactwa, wyrobioną w toku lat formę, jak i również nadane mu ziemie. W swoje progi zgodził się przyjąć Kazimierza jedynie jego kuzyn Radosław, a to tylko ze względu na więzi rodzinne, szczyptę dobrego serca i dużą porcję nienawiści do szlachty, jaką składował w sobie pan tego zamku. Poza tym faktem, słuch o Zawiszy z Żukowia przepadł bez śladu. Kazimierz nie czuł się na siłach, aby samodzielnie wyruszyć na poszukiwania swojego dawnego nauczyciela. Ponadto, wszelkie listy wysyłane do stolicy zdawały się nie docierać do odpowiednich rąk, z czym pozbawiony honoru rycerz zdołał się jakoś pogodzić.

— Weźcie, czarodzieju Axelu, coś mi poczarujcie, co? — poprosił Kazimierz w przerwie między kolejnymi meandrami opowieści.

— A jesteście może głodni? — zapytał Ned, kładąc kolejne klocki na ścianach drewnianej budowli.

— No wiecie, zawsze można coś przekąsić...

— To ja zgadnę, na co macie największą ochotę. Wszakże nie wspominaliście niczego o waszym podniebieniu, prawda?

— Oho! — Kazimierz klasnął dłońmi. — Chciałbym to zobaczyć!

— Potrzebowałbym w takim razie jednego, wyrzeźbionego przez was klocka, jednego z pierwszych, takiego przy którym się najbardziej natrudziliście. I będziecie się musieli z nim pożegnać, bo w celu użycia takiej właśnie magii muszę zniszczyć coś z wami powiązanego.

Grubas rozglądnął się po pokoju. Zawiesił wzrok na drewnianej skrzynce spoczywającej na kredensie, po prawej z perspektywy Castelvilla. Kazimierz podniósł się z krzesła i poczłapał w stronę mebla, poprawiając przy okazji spodnie. Zdjął z góry pojemnik, obejrzał jego zawartość i skręcił ku Nedowi, który również zdążył już wstać. Młody czarodziej schylił się nad skrzynką wypełnioną do połowy klockami. Niewiarygodne, jak musiało mu się tu nudzić! Tyle tego, że aż strach, pomyślał, ręką nurkując w jeziorku małych cegiełek.

Po minucie skupiania się i wyczulania zmysłu dotyku, chłopak dogrzebał się do upragnionego skarbu. Znaleziony klocek nosił na sobie wiele śladów noża i niezwykle nierówną powierzchnię. Zresztą każde wyciosane przez kuzyna hrabi drewienko miało jedną, dwie lub więcej dobrze zauważalnych skaz.

— Pojedynczy taki to mi nie potrzebny. Róbcie z nim, co tylko chcecie, hah — zapewnił podekscytowany rycerz.

— Stańcie proszę przy stole, Kazimierzu — poprosił Castelvill, nie zwracając uwagi na otrzymane pozwolenie — bo różne rzeczy się dzieją, gdy w grę wchodzi jasnowidzenie.

— Ach, oczywiście, oczywiście. Już, już... Jasnowidzenie — powiedziawszy to słowo pod nosem, tłuścioch zdał sobie sprawę, że przecież stoi przed nim jakiś mały gołowąs, a nie jakaś starowinka, wiedźma z moczar... Taka stara, wyglądająca jak pień drzewa znachorka, czy taki sędziwy staruszek po grzybkach byliby przecież bardziej normalni w tej sytuacji niż Axel... Przynajmniej tak sądził w tej chwili Kazimierz.

Szanując własne słowa o ostrożności, długowłosy odsunął się pod drzwi. Rozstawił nieco nogi, skorygował kąt, w którym zwrócone były jego stopy, zgiął kolana, wyprostował się, no i wreszcie pokiwał w boki głową dla rozluźnienia. Jego postawa nie miała tak naprawdę większego znaczenia, służyła jedynie na pokaz. Równie dobrze mógłby wyczytać przyszłość w trakcie biegu, czy w trakcie zlatywania z dużej wysokości, ale wtedy nie udałoby mu się wprowadzić Kazimierza w taki poważny stan, w który właśnie przeszedł wąsaty grubas. I stał tak ten kolos, potężny kuzyn hrabi, sztywny jak zimna stal, przed obliczem drobnego młodzieńca przygotowującego się do swoich czarów i marów.

Wszelkie myśli błyskawicznie przepadły z głowy Neda. Stało się tak za sprawą tego, że posiadał on nadludzki dar skupienia. Nadludzki, ponieważ Castelvill potrafił bezproblemowo i w każdych warunkach zamykać się na świat nawet na wiele godzin, odczuwając wtedy wyłącznie magię przelewającą się przez jego potężną duszę. Taka medytacja pozwalała mu odkrywać nie tylko spokój i ukojenie, ale również prawdziwe wskazówki, według których, jego zdaniem, każdy wrażliwy na arkany powinien postępować. Neda od zawsze prowadziła w ten sposób moc, i mimo licznych trudności, jakie przez nią napotykał, czarodziej bezgranicznie jej ufał. Twierdził, że w tych czasem nielogicznych podpowiedziach kryje się jakiś większy plan, przewyższający nawet pojmowanie tych ośmiu samozwańczych bogów, o których uczył go Trzeci Pierwotny, opiekun Neda pod postacią przypominającą sowę, nazywający siebie Pożogą. Warto byłoby wspomnieć tutaj o tym, że przybycie do zamku Radosława również należało do wskazówek wystosowanych przez moc.

Temperatura w pomieszczeniu drastycznie spadła, a skóra na ciele Kazimierza zaczęła go niemile piec. Jedynie jego plecy pozostały nietknięte tą nagłą przypadłością. W wyniku takich okoliczności niewielu pozostałoby w stanie doskonale czystego umysłu, dlatego też kuzyn hrabi oprócz dziecinnej radości odczuwał w owym momencie rosnący lęk. Dziwna kombinacja emocji, nieprawdaż?

— T-to wy to czynicie? — zagadnął nieco nerwowym głosem grubas, lecz nie otrzymał żadnej odpowiedzi. — Ach, głupie pytanie. Oczywiście, że wy, bo co innego mogłoby to być. No tak...

Pomiędzy wyprostowanymi palcami obu dłoni długowłosego tkwił bezpiecznie klocek. Poprzez lekki ruch mięśni Neda, drewienko wzniosło się wysoko w górę, niemal zderzając się z sufitem, i zaraz już spadało w dół, jednak w zauważalnie wolniejszym tempie. Ustawione wierzchem do góry dłonie wbiły się równocześnie bokami w strukturę złapanego drewna, rozbijając ją na małe kawałeczki, teraz dryfujące w powietrzu, lekko niczym piórka, a zasłona rzeczywistości rozbiła się niczym magiczne lustro, ujawniając spomiędzy anomalnych rys, przypominających płynne szkło i ruch rozgrzanego powietrza, rozmyte obrazy zmieniające się w trudnym do zrozumienia pędzie. Były to miraże zapisanej przeszłości i niezapisanej przyszłości, mosty sztucznie połączone z teraźniejszością, przez które potrafił się przeprawić jedynie Castelvill. Czy zawsze prowadziły do poprawnych odpowiedzi? Pewność co do tego zależała jedynie od długości tych mostów.

W najmniej spodziewanym momencie rzeczywistość zasklepiła się w dwa mrugnięcia okiem i wszystko wróciło do normy. Zniknęła z powietrza groźba spoglądającego na świat niebytu, a drzazgi posypały się na ziemię.

— Rozumiem, rozumiem — zachichotał czarodziej. — Już wiem dokładnie czego pragniecie, przyjacielu. — Wyprostował się powoli, odczuwając w mięśniach falę nieprzyjemnych dreszczy, których szczerze się nie spodziewał. Postawił kilka ostrożnych kroków do przodu. — Zawołaj służbę, a ja im na ucho zdradzę, co mają dla nas przygotować. Tak będzie najlepiej, prawda? Kilka chwil czekania w słodkiej niepewności zaostrzy wasz apetyt jeszcze bardziej, czyż nie?

Kazimierz pokiwał prędko głową, ale nadal stał sztywno kilka centymetrów od stołu. Albo próbował pojąć istotę mistycznego zdarzenia, albo był jej nienaturalnością przytłoczony tak bardzo, że aż przyrósł niewidzialnymi korzeniami do posadzki. Axel Brodvald podniósł na niego zmęczony wzrok, na co grubas jeszcze raz potrząsnął głową twierdząco i wreszcie podreptał do drzwi.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania