8: Porwanie księżniczki, rozdział 2: "Plaster miodu", część piąta (ostatnia)

Przenieśli się obaj do pokoju obok, do sypialni Kazimierza, i zasiedli przy małym stoliczku. Długowłosy słusznie nie spodziewał się ujrzenia przytulnego, jasnego pokoju promieniującego złotem i bogactwem, królewskich baldachimów rozłożonych nad wielkim łożem posłanym jedwabnymi prześcieradłami i wielkimi poduchami, w objęciach jakich człowiek zapominał o całym świecie, rozpływając się do krainy snów. Oczywiście nie spodziewał się także potężnych szaf z wyrzeźbionymi nań scenami religijnymi lub heroicznymi, w których spoczywały przepiękne ubrania oraz trunki pochodzące z dalekich krain. W zamian za te wszystkie cudowności, zastał tutaj najprostsze łóżko, z pewnością za małe dla takiego chłopa jak Kazimierz, porysowane okno niemal przylepione do ściany wieży, na złość wybudowanej w tym zaiste nieodpowiednim miejscu, kawałki drewna walające się w kącie przy sporej beczce, mały stolik, dwa zydelki i duszący odór potu zmieszanego z zapachem chmielu. Pomieszczenie nie posiadało nawet kominka, a jedynym źródłem światła, rozpraszającym panujący w nocy i w dzień mrok, była samotna świeca. Powinniśmy zburzyć twój pałacyk, albo przenieść ten stolik, chociażby klapnąć na podłodze! Żeby tylko nie siedzieć w tej okropnej dla oka i nosa pieczarze, westchnął w myślach Ned, znieczulając swój węch za pomocą magii.

— Chcecie może piwa? — zaproponował grubas, gdy tak czekali na służbę, gwałtownie wstając z miejsca. — Bo ja sobie z chęcią wypiję…

— Nie, nie, dziękuję — szybko wypuścił z siebie Castelvill.

Za żadne skarby nie chciał psuć własnego podniebienia płynem składowanym w beczce, do której zbliżał się kuzyn hrabi. Wyczulone zmysły Axela Brodvalda już w pierwszej chwili przebywania w tym pokoiku wyjawiły mu, że nie, lepiej nie spożywać tej trucizny. Trunek oczywiście nie zaszkodzi Kazimierzowi, a na pewno nie zrobiłby żadnej realnej krzywdy chłopakowi. Przecież młodzieniec nie należał do grona zwyczajnych ludzi, prawda? Chodziło tylko o jakość doznania. Warto tu prędko dodać, że Ned, pomimo dość młodego wieku, to jest gdzieś około siedemnastu lat, miał wystarczająco duży kontakt z przeróżnymi alkoholami, aby móc dyktować, co jest dobre, a co jest godne ścieków. Pierwszą rzeczą, jaką pamiętał, było wydostanie się z masowego grobu, ale krótko od spotkania się z Trzecim Pierwotnym, chłopak zaczął żyć w niezwykle elitarnych sferach i to właśnie tam, oprócz wielu innych wartościowych rzeczy, posiadł dostęp do wprost fantastycznych zbiorów niezwykle jakościowych i wybitnie smakujących napojów. To doświadczenie, jak najbardziej godne powszechnej zazdrości, połączone z nadludzko wyczulonymi zmysłami, wystarczyło, żeby młody czarodziej potrafił wyczuć przekręt i partactwo z dużej odległości, nawet gdyby to coś kryło się w szczelnym pojemniku.

— No, jak tam chcecie. — Rycerz podniósł wieko beczki i nabrał w wielki kufel ciemną ciecz. — Sucho w gardle, oj sucho — powiedział, po czym wychylił piwo trzema potężnymi łykami. — Dobre, dobre — pochwalił truciznę, nie ukazując przy tym ani krzty zwątpienia. Nalał sobie drugi raz, ale zanim zamoczył ponownie usta, zwrócił kufel w stronę zdegustowanego chłopaka i uśmiechnął się spod wąsa. — A może jednak, co?

— Pijcie na zdrowie, ja podziękuję — uśmiechnął się troszkę ponuro Ned. — Duży ten niedźwiedź, na którego poluje wasz kuzyn? — wtrącił po chwili.

Rycerz wziął tym razem małego łyka i oparł kufel o brzuch.

— A ja tam wiem? Nawet jakby polował na potwory, czy smoki, to ja bym nadal miał to głęboko w rzyci. Siebie widzimy tak rzadko, że...

— Że równie dobrze moglibyście być daleką rodziną z dwóch różnych krain? — podsunął Castelvill.

— Taak, coś takiego — zgodził się kuzyn hrabi i siadł na zydel. Popatrzył na pierścienie znajdujące się na dłoni czarodzieja. — A co to za błyszczące kamyczki?

— Rubin i...

— To akurat wiem, Axelku. Komu zabrałeś? — zapytał półżartem Kazimierz.

— Wielkiemu Mistrzowi Sztuk Magicznych z Avilavel, z jego martwego ciała, po tym jak go zabiłem.

— Ach, oczywiście... To ma sens. — Grubas pokiwał głową, podśmiewając się pod nosem.

— Domyślam się, że mi nie wierzycie, więc powiem inną prawdę - kupiłem za bezcen od ślepego kupca, u którego każdy przedmiot, jaki sprzedawał, był naznaczony jakąś klątwą. Zważywszy na to, że ja klątwy mam, cytując was, głęboko w rzyci, to zdecydowałem się zarobić, sprawić sobie błyskotkę, aby kusić piękne dziewki i tak dalej, i tak dalej.

— Na ten warkocz wystarczy je łowić. One lubią takie dziwactwa. Wybacz, ale powiem, to co powiem. Taki dzieciak i piękniś, jak ty, Axel, to nie musi się o kurwy w ogóle starać. One pewnie i tak ci jedzą z k... Ech, nie wypada mi. No nie ważne. Bądź dalej tym czarodziejem skądś tam, to i będziesz miał dużo u nich szczęścia.

— Och, nie omieszkam podejść do tej sprawy od tej strony.

— No i dobrze.

Drzwi do pokoju, w którym teraz siedzieli, były szeroko otwarte, więc służka niosąca ze sobą tacę, bez pukania, ale z zauważalną dozą niepewności, przekroczyła próg i bez słowa postawiła jedzenie na stoliku. Kiwnęła głową w stronę Neda, siląc się na uśmiech, i unikając wzroku kuzyna hrabi za wszelką cenę, uciekła czym prędzej ze spowitej półmrokiem jamy. Castelvill usłyszał kobiecy kaszel w oddali.

— O w mordę — stęknął Kazimierz i odłożył kufel na bok.

Przed rycerzem piętrzył się stosik pięknie usmażonych naleśników, a on wpatrywał się w nie z otwartą gębą tak, jakby ich jeszcze nigdy na oczy nie widział, ale przy tym doskonale wiedząc, że na pewno smakują wybornie. Wyciągnął łapska po jednego, znajdującego się na szczycie, chwycił go nad wyraz ostrożnie, zbliżył do ust, i zawahawszy się skosztować, zdecydował najpierw poznać zapach zdobyczy. Delikatny aromat słodkiego ciasta usmażonego na maśle wprowadził tłuściocha w chwilowy stan euforii, zostawiający po sobie falę spokoju, łagodzącą jego skryte myśli. Ugryzł to małe arcydziełko i poczuł się jakoś bezpieczniej, jak w domu. To był bardzo dobry naleśnik z twarogiem, drodzy czytelnicy, a on pożarł go w odpowiednio wolnym tempie, w bezwzględnej ciszy, delektując się każdym kęsem. Po pierwszym, tłuścioch wziął się za następnego, tym razem wpierw polewając go śmietaną, która również stanowiła część zawartości tacki. Nie przyszło mu nawet do głowy, żeby popić boski posiłek żałosnym piwem, co zrobiłby bezinteresownie przy każdej innej potrawie. Smak rozpływającego się w ustach ciasta i nadzienia ponownie zaskoczył Kazimierza w przyjemny dla podniebienia sposób.

Ned parsknął pod nosem, przybliżając do siebie gliniany kubek z wodą. Wziął dużego łyka, bo oczywiście w żadnym razie nie lękał się jakichś tam zabawnych efektów ubocznych, tak często sprowadzanych na głupich ludzi przez bakterie. On nigdy nie chorował, więc też nigdy nie przejmował się tym, co pije, i tym, co je, kiedy liczyło się tylko wysuszone gardło i pusty żołądek. Niestety. Dwa palce złapały plaster miodu i zaprowadziły go do ust chłopaka. Castelvill kierował wzrok raz na towarzysza, a raz na pszczele złoto. Humor i siła powracały do młodego maga po niedawnym zabiegu magicznym, który zachwiał rzeczywistością. Zatopił zęby w miękkiej pychotce. Mieszanka kwiatów, ich pyłków, kolorów i zapachów. Aromat powietrza i traw. Trzepot małych skrzydełek... Magia błogosławiąca cały proces. Słodycz zalała Neda nieziemską esencją.

— Axel, spróbuj tych naleśników — poradził kuzyn hrabi po swoim trzecim. — One są... Na boga... Prawie tak samo dobre jak mojej babki! Jakim cudem nakłoniłeś te kurwy, żeby nam to upichciły? Jak ja im kazałem je zrobić, to zawsze mi jakieś spalone gówno przynosiły! Miały szczęście, te... Ech. Że nie podniosłem na nie nigdy ręki, bo na dziewki to brak honoru przecież...

— Wręczyłem jej kilka srebrnych i ładnie poprosiłem — odpowiedział Ned i ponownie wgryzł się w plaster miodu.

— Potrząsanie sakiewką we własnym domu... — pokręcił głową tłuścioch. — Tylko dla chędożenia, mój drogi. No ale za naleśniki takie, to... No się opłaca, Axel. Opłaca się, jakby nie patrzeć, Axelku...

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania