Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Adam i Ewa

W każdy piątek pracuję do czternastej, ale nie dziś. Projekt osiedla dla „Nuworyszy” — oczko w głowie szefa.

Zmora, przez którą, musiałem, poświęć, swój cenny czas.

Andrzej, kolega, z którym pracuję, dowalił lwią część, pozostały detale. — Ja i detale — dobre sobie.

Szef najwyraźniej chciał mi dopiec. Nawet na chwilę, nie wyszedł z biura. Krążył między mną a Andrzejem.

— Panowie to ważne. Inwestor, jutro rozpoczyna budowę. Drzewo wykarczowane, humus wywieziony.

Nie mogłem już tego słuchać.

Wreszcie, gdzieś, około szesnastej, dokumentacja była poprawiona.

Szef zwrócił się do Andrzeja.

— Ufam panu. — Mówił, jednocześnie ściskał w dłoni teczkę z dokumentacją. Myślałem, że wyciśnie z niej wodę. W końcu dopił, i tak już, zimną kawę i wyszedł.

Spojrzałem na Andrzeja. Wyglądał, tak, jakby wysłał batalion prawiczków, na pierwszą linię frontu.

— Co się gapisz, słyszałeś: ufam panu.

— Daj spokój, wiesz, że w tym wszystkim, zawsze chodzi o kasę.

— Poprawka, naszą kasę: twoją i moją!

— Nie mam ochoty na gadkę. Chodźmy do Klubu.

Andrzej popatrzył na mnie tak, jak on to potrafi.

Zrozumiałem, że nie. Postanowiłem spróbować raz jeszcze.

— Zostaw ten bałagan. Idziemy!

— Nie dzisiaj. Marzę o tym, żeby się położyć.

Wszedłem do Klubu i od razu usiadłem przy barze.

Podeszła młoda, rudowłosa kelnerka.

— To, co zawsze?

Po chwili przyniosła koniak i małą kawę.

Miejsce przy barze miało swoje zalety. Za barem, na ścianie, wisiało olbrzymie lustro. Spokojnie obserwowałem, co dzieje się na sali — chodziło o coś jeszcze, a ściślej, o Ewę, właścicielkę Klubu.

Poznałem ją w czasie lunchu. Razem z Andrzejem, postanowiliśmy zrobić sobie, małą przerwę.

Od razu wpadł jej w oko, nadała mu ksywkę: „Misiek”. — Mój kumpel, to czystej wody „Stoik”, jego przeciwieństwo, czyli ja, byłem tylko kolegą „Miśka”.

Pracuję nad tym, ze zmiennym szczęściem.

Nie wspomniałem, o jednym, drobnym fakcie. Ewa to artystka. Nikt, nie tańczy na rurze tak, jak ona. — Sam byłem zdziwiony, ale spokojnie, ona naprawdę to lubi.

Przez kolejny kwadrans nic się nie działo. Jakieś krzyki, wyzwiska. Ktoś parsknął śmiechem — zwyczajnie, jako to przy alkoholu.

Powoli traciłem nadzieję. Kończyły się papierosy, a i kawa, dziwnie szybko wyparowała

z filiżanki.

Sięgnąłem do kieszeni po pieniądze, i już chciałem zapłacić, gdy nagle, zapadła absolutna cisza.

Nareszcie — pomyślałem, warto było, wygniatać dupsko, na twardym krześle.

To, co pokazała Ewa, nie dało się z niczym porównać. No, może, z baletem Bolszoj. Tyle tylko, że strój i wystrój, odbiegał nieco, od oryginału.

Były owacje na stojąco. Przez następny kwadrans, kasa walała się po scenie, zanim, nie zebrała jej kelnerka.

Czekałem, aż Ewa się przebierze. W końcu stanęła przede mną, w dżinsowych spodniach

i dość skąpej bluzce.

— Nie zabrałeś ze sobą „Miska”?

— To był ciężki dzień.

— Ale nie dla ciebie.

— Każdy odpoczywa tak, jak lubi.

Rozmowę przerwał wysoki, nieźle zbudowany facet. W obcisłej marynarce i równie obcisłych spodniach, no i ta koszula — rany! — różowa?

Ewa najwyraźniej była w dobrej komitywie z gościem, bo obściskiwała go przez dłuższą chwilę. Dopiero mój kaszel, a raczej, dym z papierosa, przerwał lubieżne zapasy.

— To Stefan.

Nie ruszyłem się z miejsca, zmierzyłem typa.

— Cześć Stefano! — wypaliłem — gdybym wiedział, jakie spowoduje to perturbacje, pozostałbym przy Stefanie.

Facetowi najwyraźniej, nie spodobało się włoskie zdrobnienie.

— Pozwolisz — zwrócił się do Ewy.

Nagle, jego pięść wylądowała, w okolicy mojego łuku brwiowego. Czułem, że pęka mi skóra. — Dobra — pomyślałem i bez zastanowienia, wyprowadziłem prawy hak, w okolice wątroby Stefana.

Okazał się mniej odporny. Zgiął się w pół i upadł na podłogę.

— Kurwa! Co się z Wami dzieje! To nie ring! — No to sobie nagrabiłem. Stefano i tak dojdzie do siebie, a co ze mną?

Minęło trochę czasu, zanim Ewa ogarnęła sytuację. Kolejna prezentacja Stefana to była formalność. Wciąż nieswój kiwnął tylko głową. Podałem mu rękę na zgodę.

Ewa zamówiła taksówkę i w czułych objęciach, odprowadziła Stefana.

Zapłaciłem za koniak i kawę, chwilę później, wylądowałem w biurze, właścicielki Klubu.

Z troskliwością obejrzała mój łuk brwiowy.

— Nie wygląda to dobrze.

— Znajdź jakiś plaster i wystarczy.

— Będzie bolało — ucisnęła ranę i założyła plaster.

Stała nade mną, jej migdałowo słodki oddech, owiewał mi twarz.

Po godzinie świat należał już tylko do mnie!

Dywan nie był zbyt miękki, ale co tam dywan — wciąż leżeliśmy obok siebie.

Nagle wstała i podeszła do lustra.

— Wariat z ciebie.

Patrzyłem, jak rozczesuję, długie blond włosy.

— Kiedy znów się spotkamy?

Odwróciła się, jej błękitno zielone spojrzenie, przeszyło mnie na wylot.

— „Jabłko wypadło z ręki Adamie”. Nic już nie będzie takie samo.

Wiedziałem, że muszę wyjść. Ubrałem się. Przerzuciłem marynarkę przez ramię.

— Jesteś tu zawsze, mile widziany … pozdrów „Miśka”.

***

Szef skutecznie rozwiał moje rozterki i dylematy sercowe, za sprawą wspomnianego już osiedla — rosło w zawrotnym tempie.

Spora w tym zasługa Andrzeja. Regularnie odwiedzał plac budowy.

Dzielnie mu kibicowałem. Wrzuciłem nawet, kilka pomysłów, do koszyka sukcesu.

W nagrodę pojechałem w delegację do Włoch. Tamtejsza firma budowlana wygrała duży przetarg, nam przypadło, podwykonawstwo.

Sądziłem, że miesiąc to wystarczająco dużo czasu, na to, by poukładać w głowie, niektóre sprawy. Te, które dotyczyły Ewy, nadal stały na wokandzie.

Po przyjeździe rzuciłem dokumenty na biurko i pojechałem do Klubu — zapomniałem dodać, że to było w piątek.

Przy barze jak zawsze, pustki. Moja głowa była ciężka, od nieskończonej ilości scenariuszy, na temat: „Ewa Ja i co dalej”.

Klepnięcie w ramie obudziło mnie, z sielskiego letargu.

— Cześć!

— Andrzej, co Ty tu …?

— Namawiałeś, namawiałeś. To jestem.

Niby mój kumpel z pracy, ale w dziwnej kombinacji: biznesmena ze sportowcem.

Nie sądziłem, że można się aż tak zmienić?

— „Nie samo praco żyje człowiek”.

Nareszcie — pomyślałem, niestety, to była ślepa uliczka.

Nagle Ewa wyrosła jak spod ziemi.

— Podobało się we Włoszech, a tamtejsze dziewczyny, jak je znajdujesz?

W jednej sekundzie sprowadziła mnie do parteru.

— Wiesz, ja i „Misiek”, pobieramy się za niedługo.

Dopiero wtedy walnąłem ręką o mate — zdołałem jedynie wydusić.

— A co ze Stefanem.

— Daj spokój, to mój daleki kuzyn z prowincji. Przyjechał na trochę, żeby się wyszumieć.

Stefana wyautowałem, siebie w zasadzie też.

— Szczęścisz z ciebie „Misiek” — walnąłem jak to ja.

Milczał, gapił się na Ewę maślanymi oczami.

— To ja jestem szczęściarą. Sam wiesz jak trudno upolować Misia.

Zrozumiałem, że wtedy w biurze wypędziłem ją z Raju, iluzorycznego Raju, w którym żyła.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Canulas 3 miesiące temu
    "Zmora, przez którą, musiałem, poświęć, swój cenny czas." - to przykład przecinków ego nadmiaru, gdyż (wybacz tandetność rymu) tniesz nimi bez umiaru. Za dużo ich.

    Masz jeszcze drobne błędy w zapisie dialogów jak i (oczywiście jedynie według mnie) niepotrzebnie używasz wielkich liter w zwracanie się, typu: Wy, My, Oni.
    Kategoria Trening Wyobraźni również nie jest najtrafniejsza, gdyż jest ona zarezerwowana dla tekstów konkursowych, ale to akurat pewnie przypadek.
    Żeby nie było, że tylko kwękam, powiem Ci, że pomijając to wszystko pomysł wydaje się naprawdę ok. Grzeźnie jednak w zbytnim oprzecinkowaniu i staje się co nieco nieczytelny.
    Pozdrox
  • abi 3 miesiące temu
    To wciąż jeszcze walka z brakiem umiejętności. Proza to nie poezja. Co do przecinków ego nadmiaru - to miał być sposób na prezentacje osobo. Co do tekstu na konkurs to jeszcze daleka droga. Biorę się za następny, zobaczymy. Dziękuję i pozdrawiam.
  • Canulas 3 miesiące temu
    Pewnie. Ogień i do przodu.
    Powodzenia.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania