Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Akwizycja

Dzień dobry, to moje pierwsze opublikowane tutaj opowiadanie. Jest dość wulgarne i przeznaczone raczej dla dorosłego czytelnika z dystansem.

 

To był czerwcowy, wietrzny, ale mimo to upalny dzień, bo tylko na Pomorzu może latem jednocześnie pizgać jak w Muzeum Kieleckich Kolei i grzać jak w szatańskiej piździe. I skłamałbym, gdybym napisał, że nie bałem się tamtego dnia. Bałem. Musiałem odbyć praktyki studenckie w losowo wybranej firmie, akwizytorskiej, niestety. Musiałem być akwizytorem. A bycie sprzedawcą to bycie najlepszym sprzedawcą.

 

Pamiętam swoje pierwsze drzwi w pierwszym domu. Trząsłem się jak przedszkolak z zespołem Touretta na pokazowych zajęciach rytmiki na Dzień Babci i Dziadka. Ramionami rysowałem schemat budowy ogrodowego parasola, a w gardle prócz wyzwisk i cofającego się Redbulla miałem tylko wyimaginowanego, kapryśnego kutasa losu, który dymał moje życie w pysk, bo dupa była zajęta przytrzymywaniem sraczki. Kolana mi się trzęsły jak bezdzietnej jeszcze lambadziarze na lotnisku po przybyciu na Erasmusa, która pomyliła Iladian z WD40 i siedząc na pustym kubeczku po kawie ze Sturbucksa zsikiwała do niego resztki ciemnoskórej godności. Puknąłem drzwi najpierw cichutko, ale potem przypomniałem sobie szkolenie, na którym zaparcie twierdzili, że pewność siebie jest statystycznie najefektywniejszym czynnikiem determinującym sukces. Zapukałem więc mocniej. Głośno westchnąłem. Tak, mogę być najlepszy. Bo bycie sprzedawcą to bycie najlepszym sprzedawcą.

– Czemu mi pan tak uderza w drzwi? Czy ja panu niszczę drzwi? Zapłaci mi pan za nie? – Gospodyni nie była zadowolona. Zwykła babka, taka typowa i stereotypowa do bólu, nie za gruba, nie za chuda, nie modelka, ale schludna; zapracowana, ale dbająca i zadbana. Ubrana w jakiś fartuch, w jakieś żółte, gumowe rękawiczki. Włosy spięte w kok, na stopach trampki, w radiu Ania Wyszkoni i Daria Zawiałow, gospodyni ze wszech miar typowa i stereotypowa do bólu.

– Dzień dobry, chciałem, ja chciałem – ta, chciałem, wysmarować siuraka miodem i usiąść na ulu. Nie wiem co chciałem, ale chyba nie chciałem niczego powiedzieć, bo zamurowało mnie jak kościelnego organistę z kapłańską listą zakupów w sex shopie. Zazdrościłem gościowi z grupy, który dostał się na praktyki w burdelu. Ale to po znajomości, jego mama tam pracowała. I to mnie rozwścieczyło, że co, taki purpurowo chory na poranny widok coraz to innego wieczorowego wujka w kuchni bękart może ogarniać zastępy kurew, a ja z jedną gospodynią nie mogę sobie poradzić? Wkurwiłem się na tego typa, betaaflons pierdolony. – Ty kurwo – wypaliłem przez przypadek na głos.

– Że co, przepraszam?! – obruszyła się moja rozmówczyni, zrobiła wielkie oczy. Zjebałem, nie było kolorowo. Ale szybko postawiłem się do pionu, przecież nawet po pigułach rzygi bywają kolorowe, chyba że wyrzygujesz piguły, to wtedy przestają. Mój układ nerwowy krążył po całym wszechświecie, gdzieś między głową, czyli miejscem gdzie powinien być mózg, a dupą, czyli miejscem, w którym faktycznie był, szukając jakiegoś rozwiązania. Znalazł. Sprzedawca to najlepszy sprzedawca, proszę patrzeć, proszę pani.

– „Ty kurwo” to myśl, która mogłaby towarzyszyć komuś, komu bez konkretnego powodu zakłóca się mir domowy, prawda? – pstryknąłem palcami i wycelowałem w nią oba wskazujące palce. Ona jednak milczała, cały czas patrzyła na mnie spode łba, więc szybko dodałem: – Pani zdezorientowanie zdaje się poniekąd potwierdzać moją osobliwą tezę. Oczywiście w granicach samego kontekstu, ponieważ nie wygląda pani na osobę wulgarną.

– Nie rozumiem pana, zajmuje mi pan czas, a ja mam swoje obowiązki.

– To fantastycznie się składa! Jestem zaszczycony, że to ja mogę zepsuć pani ten dzień!

– Że co, przepraszam?! To jakiś żart? Wie pan, ja chyba zadzwonię po męża, bo ta rozmowa przestaje mi się podobać.

– Proszę dzwonić, wykonywane przeze mnie usługi są kompleksowe i podatne na zastosowanie ich w interakcjach między użytkownikami.

– A jakie to usługi? Bo póki co strasznie pan testuje moje nerwy.

– Widzę, że nie na darmo oceniłem pani intelekt jako podręcznikowy wręcz przykład wykorzystania jego pełnych możliwości! Bo tak, dokładnie, ja jestem testerem nerwów! – nie wiem czemu to powiedziałem, uznałem to widocznie za tę subtelną różnicę między bierną a aktywną stroną ruchania w dupsko, teraz to ja miałem być tym z tyłu. Zacierałem dłonie, były cieplejsze od programu wyborczego „Wiosny”, wyobrażałem sobie, że babeczka chapie mi produkty tak łapczywie, jak Jehowi z Parkinsonem łapią za klamki na obozie treningowym w Castoramie. Ale przypomniałem też sobie innego typka z grupy, którego wyjebali z praktyk w piekarni, bo sprzedając chleb poprosił niewidomą kobietę, żeby „dotknęła i sama sprawdziła, czy faktycznie jest taki miękki”. Musiałem mieć się na baczności, musiałem wyszarpać to, co moje.

– Testuje pan cierpliwość? Pan sobie ze mnie żartuje, ale wie pan co? Dobrze, proszę, niech pan testuje. I gdyby udało się panu mnie zdenerwować, to co chciałby mi pan sprzedać? Pewnie leki na uspokojenie, tak? Ale ja nie wiem czy to tak można sprzedawać poza apteką, a po śmierci mojego kota mam już takie leki, dobrane przez lekarza rodzinnego...

– Nie, to nie do końca tak, nie mam leków, chociaż moja branża jest pokrewna do farmaceutycznej, bo artykułów gospodarstwa domowego, a konkretniej detergentowa, chodzi o – mówiłem, ale ona nie dała mi dokończyć, a co dopiero przedstawić mojego produktu.

– Nie, proszę mi nie przerywać. I czym chciałby mnie pan wyprowadzić z równowagi? Jakie są takie standardowe projekcje? Że co, że mi w domu nie wychodzi?

– Nic takiego nie powiedziałem, ale...

– Ale skoro otworzyłam tak szybko drzwi, to znaczy, że chciałam jak najszybciej uciec od swoich obowiązków, tak?

– Ja wcale tego nie...

– Może i chciałam. Czyli co, nie mam prawa dbać o swoją podzielność uwagi? Matce niemowlęcia jest to potrzebne. A co, pan nie ma dzieci?

– Ja... to nie tak, ja jestem tutaj, żeby – walczyłem z nią, ale ona mi nie pozwoliła nawet wyjąć mojego produktu z torby, samonakręcająca się gospodyni z kompleksem rozjechanego przez samochód kocurka zalatującego Ostatkowym śledziem w Środę Popielcową właśnie mnie zdominowała, totalnie uwięziła pod tymi drzwiami.

– Aaa! Jest pan tutaj, żeby zarabiać na swoje dziecko? Och, to takie słodkie! – dosłownie przed chwilą na mnie krzyczała i bombardowała jak sierżanci Marines hurtowników Valium, teraz była zaś jak etatowa testerka zatrudniona w „Polskim cukrze”, ale myślałem wtedy, że może to i dobrze, uspokajała się, jej twarz, przed chwilą spocona jak monter fajerwerków w schronisku dla psów, teraz schnęła jak cipa po całonocnym benefisie Kabaretu pod Wyrwigroszem, zostawiając na udach zacieki, jakby ktoś odcisnął tam swoją boską twarz, jako że tylko Bóg mógłby wytrzymać seks oralny z taką przekwitniętą furiatką z rozregulowanym układem hormonalnym.

– Ja nie mam dzieci, proszę pani – udało mi się wreszcie powiedzieć jedno pełne zdanie. Jedno.

– Och, ale pewnie chciałby pan mieć i zbiera pan na ślub!

– Właściwie to nie, ale mam tutaj...

– Ach, proszę się nie przejmować, świat jest teraz nowocześniejszy i postępujący, ślub to nie konieczność! Ważne, że się kochacie! Ja z moim mężem też mamy tylko cywilny – mówiła, a ja czułem się jak trup, gwałcony trup, a najważniejsze w morderstwie i gwałcie to nie popierdolić kolejności, wujek mi to powiedział, najlepszy bokser w więzieniu. Do tej pory myślałem, że tylko żydowski adwokat może zgwałcić trupa, ale jednak nie. Ona się dopiero rozgrzewała, a ja się transformować w stołeczną kamienicę nie potrafię.

– Czyli pani męża nie ma, jest w pracy? – starałem się jakoś wybrnąć. – W zasadzie z mojego produktu też byłby zadowolony.

– Ale że co, że mój mąż też jest zdenerwowany i wymaga weryfikacji samopoczucia?

– Nie! Nie, ja mówię o moim drugim produkcie, tym wie pani, prawdziwym!

– To tam zaraz, teraz rozmawiamy o nerwach! Tak, czy nie, do jasnej cholery?!

– Tak – w środku płakałem, ale jak to mówią na spotkaniach anonimowych impotentów: czasem wystarczy tylko chcieć. Chciałem więc zostać, bo bycie sprzedawcą to bycie najlepszym sprzedawcą. W szkołach do tego nie przygotowują, niedługo pewnie nawet zabronią czytania Orwella przed pierwszymi wyborami parlamentarnymi w liceum. Potrzebny jest więc instynkt, taki zwierzęcy, zawodowy, który sprawi, że przebrany w strój labradora z reklamy Velvetu będę umiał sprzedawać papier ścierny na sympozjum naukowym dla pacjentów borykających się z problemem nawracających hemoroidów.

– No to do roboty, śmiało, myślmy! Czy mój mąż potrzebuje spokoju? A kto mógłby jemu ten spokój zaburzyć? Ja? No ja, nikogo innego przecież nie ma. Chyba, że ma kogoś innego! Mój mąż ma kogoś?! Skąd pan to wie?!

– Nie wiem! – natychmiast zaprzeczyłem i jednocześnie domyśliłem się, dlaczego akwizytorzy chodzą pojedynczo, skrzydłowy podczas podrywu w ekonomii jest zwykłym słupem i chodzi o to, żeby ograniczać straty w ludziach. Jeżeli buddyści to ci co mają rację, to po śmierci urodzę się jako nieznany nikomu gatunek, który wyginął w pierwszym pokoleniu, bo miał pecha i zdechł nigdy nie zaruchawszy i nie przedłużywszy swojego rodzaju, smutny i samotny. Ale to kiedyś, bo teraz zdechnę zdominowany przez pierdolniętą gospodynię domową.

– Oczywiście, że pan nie wie! Nic pan nie wie, to taka męska, plemnicza solidarność, co? – puściła sarkastycznie oczko. – Trzymacie się razem, zdradzacie razem, kłamiecie razem, wy, gatunek ruchaczy i zdradzaczy!

– Proszę pani...

– Nie, niech pan nie przerywa! Nie musi pan mówić wprost, nie jestem głupia! Czy jestem? Oczywiście, że jestem głupia, nie zauważyłam, że własny mąż mnie zdradza! Ale już nie będę głupia, o nie, nie będę. Dziecko, dom, ostatnio mi kupił perły, już wiem czemu, żeby uśpić moją czujność! Ciekawe czy kupił drugie takie same perły tej kurwie z którą mnie zdradza! Pewnie jak kupił dwa zestawy to dostał rabat. Świetnie, kurwa! Nie dość, że kurwiarz, to jeszcze sknera!

– Kobieto! Jakie dwa zestawy pereł?! Ja mam produkt, ja chcę go sprzedać!

– No tak, ma pan rację! Dwa? Pewnie rucha całą kompanię, cały batalion dziwek, zrobił im plutonik dzieciaczków, w tej jego firmie same nadkurwiszony i femiksiężniczkinistki siedzą i pachną, prócz obciągania penisów nie robią totalnie nic, tylko pierdolą te swoje czarne manifesty o tym, jak to nie chcą mieć dzieci i że nie warto ich nie usuwać przed powiększeniem metrażu, a tu proszę, widocznie kariera i stabilizacja są priorytetem, ale czyjś mąż tego nie wyklucza! A ja im zrobiłam jebaną w dupę sałatkę owocową na imprezę integracyjną! Kurwa! Pewnie powybierały owoce i poukładały na tych nasłonecznionych czerniakiem i powiększonych laserowo spermosilosach, tfu! Ja zapierdalam z siatkami na zakupy, żeby moja rodzina miała co jeść, a jakaś wątpliwej trwałości siatka na jeszcze gorszej jakości ejakulat próbuje mnie zastąpić?! Trzeba wiedzieć w jakiego wora wsadzać wór. Ale mój mąż jest głupi, jedyne co osiągnął w życiu to ja, i zaczynam tego żałować. Kurwa, zemszczę się. Ja się nie liczę! Nigdy się nie liczyłam! Gdzie ten idiota ma mózg? No tak, w spodniach! To gdzie w takim razie ma jaja? No tak, zostawił je w niej! Bezjajeczny kretyn! Do dupy z taką instytucją małżeństwa, jak z domu prywatnego robi się publiczny, a ja jestem od gotowania, prania i przeszkadzania w alfasamcowaniu, on by chciał, żebym tylko prała i dawała dupy, dawała dupy i prała, a najlepiej to tylko dawała dupy jak te jego dziwki, o, to, to tak!

– Proszę pani! Jezuskurwamaria, z tym testowaniem to był żart! Ja mam normalny, nudny, namacalny produkt do zaoferowania, nic więcej! – czułem się jak Palestyńska pielęgniarka na Izraelskich manewrach dla snajperów, jak zaszyty esperalem alkus w monopolowym na dziale z samymi radlerami. Jak w sklepie z eutanazją, mając w ręku 100% kupon rabatowy.

– To potem ten produkt. Teraz dziękuję, że otworzył mi pan oczy! Nieważne, czy na serio, czy nie. Już wiem wszystko! Ale dobrze, pogodziłam się z tym, teraz gdy otworzył mi pan umysł wiem, że nie byłam gotowa na założenie rodziny i urodzenie dziecka. Maleństwo pojechało do moich rodziców, ale jutro do nich zadzwonię i powiem, żeby je adoptowali, nie jestem gotowa na bycie matką, muszę myśleć o sobie, zająć się wreszcie sobą! Umówię fryzjerkę, może manicure, wie pan może, gdzie znajduje się najbliższe okno życia?

– Ale mój produkt...

– Nie, nie, to zaraz – mówiła, a ja zamyślony zmrużyłem oczy i przypomniałem sobie, że ostatni raz czułem się tak niespójnie onieśmielony wtedy, kiedy pojechałem nad morze na wakacje, a obok restauracji „Szara muszla” był gabinet ginekologiczny i nie byłem pewien skąd pochodzi zapach mojej potrawy. Wpatrywałem się w nią przestraszony, na hamletowskiego i chwiejnego potwora, którego przypadkowo stworzyłem swoim kosztem, właśnie na tyle było mnie wtedy stać. Sprzedawcą to ja wydawałem się być rakującym, a nie rokującym.

– Wie pani, przemoc domowa w jednej kulturze to próba związku w innej – nie wiem czemu to palnąłem, chyba przez to, że jedyną schłodzoną wódkę na uczelni mieli robotnicy remontujący instalację elektryczną i spędziłem z nimi za dużo czasu. No cóż, przynajmniej będąc na zarządzaniu zdobyłem uprawnienia sepowskie. I to z teoretycznie śmiertelnym stężeniem alkoholu we krwi. Ale moja rozmówczyni nie zraziła się, wręcz przeciwnie, czule rozpłakała.

– Wie pan co? Ma pan rację! Muszę być twarda, jak Hestia, tlić ogień w naszym obdarzonym miłością domostwie! Muszę dbać o to, co złe, żeby czynić je lepszym, żeby nieść przykład na własnych barkach. Zabiorą nam ręce, którymi dla nich pracujemy, zabiorą nam twarz, którą im pokazujemy, serca nam nie zabiorą, o ile je mamy. Przyjmę na siebie każdą próbę, każdą lekcję, skoro to otrzymałam, to znaczy, że jestem gotowa się z tym zmierzyć. Nawet, jeśli mam być tu dla niego tą od prania i gotowania. Podgrzeję panu zupę, niech pan poczeka – stałem na wycieraczce w wejściu i patrzyłem na nią, nie mogłem powiedzieć słowa. Ona podeszła do kuchenki, odkręciła gaz, już miała położyć garnek, ale go odłożyła z powrotem na stół. Patrzyła w środek gara przez kilka dobrych minut. Patrzyła na zupę i znowu się rozpłakała. – Nie, ja tak nie potrafię! Kostki selera mi przypomninają te perły od mojego zdradliwego męża! Nie mogę tak! Mam dosyć! Muszę zapalić papierosa z tych nerwów.

 

Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, zanim zdążyłem krzyknąć, ona odpaliła fajka. Wyciągnąłem tylko rękę w jej kierunku, ale huk roznoszący dom wyrzucił mnie na trawnik. Jebnęło, rozszarpało na strzępy cały dom.

Leżałem na ziemi, na szczęście cały. Wstałem powoli, otrzepałem się. Kaszlnąłem, wokół mnie leżało mnóstwo desek i belek. Przetarłem zakrwawione czoło nadgarstkiem i podszedłem do gruzowiska. Drzwi nie było, ale framuga owszem. Stanąłem w niej i zobaczyłem, że moja rozmówczyni żyje i czołga się w moją stronę. Nie miała obu nóg, ogień spalił jej włosy. Cała poparzona, lśniąca krwią, sklejona jedwabiem, z trudem próbowała złapać oddech. Milczałem, a ona doczołgała się do mnie. Wyglądała, jakby zaraz miała odejść, ale z wielkim wysiłkiem podniosła głowę w górę.

 

Patrzyłem na nią, ona na mnie. Konała pod moimi stopami, ale ja wiedziałem, co muszę zrobić. Wiedziałem, bo jestem sprzedawcą, jestem najlepszym sprzedawcą. Może na wszystkim da się zarobić i nie na wszystkim wypada, ale bycie sprzedawcą to bycie najlepszym sprzedawcą. Zanim więc zostawiłem ją w ruinach tego domu, kucnąłem, podniosłem jej załzawiony podbródek palcem, zbliżyłem swoją twarz do jej twarzy, delikatnie musnąłem opuszkami zwęglone ucho, złapałem za kark, wsadziłem w spaloną dłoń próbkę mojego produktu, czyli plastikowy, jaskraworóżowy woreczek z proszkiem, głośno westchnąłem i na odchodne szeptem zanuciłem: „Dłuższe życie każdej pralki to Calgon”.

Średnia ocena: 3.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Aisak 2 miesiące temu
    To jest takie dłuuugie?!
    Oj.
  • Marian 2 miesiące temu
    Przekombinowane. Nie wiadomo co to jest: horror, science fiction czy coś jeszcze? Zbędne wulgaryzmy zaciemniają temat.
    W sumie - nie podobało mi się.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania