Anarch umysłowy - fala odbytu - umyrfioza - koniunkturoza - nowotwory - borelioza wnętrza -

Zasraństwo antenowe. Koniunkturoza. Grzybica odbytu. Barszczowate kroczne pączykwiaty. Odległa pieśń skrępowanego głosu. Półgrafitowa rozmwa ducha. Rozmycie w odbycie. Dziki szał. Twoja mama dusi kredens. Leci z dołu kocie żarcie. Cykają wszystkie kakofony wszechświata, a niech ich umysły nie dostaną boreliozy. Brzęczyste pączykwiaty unikną umyrfiozy. Wszelki nowotwór ścieku smakuje jak rak umysłu. Nie brzmisz - to srasz. Tak przelecisz wszystko co nieskończone i w końcu zapomnisz o wszelkim leceniu. Coś drga. Coś wibruje, coś szuka odlotu. Industrialna talerzowość przypłaszczonych półprostokątnych sfer przypominających fałhaesa. Nie brzmi żadna przestrzeń między matnią a umysłem. Nie ma nikogo i nic. Umyrfioza daleka od przegrzybienia w byt. To, co wibruje i co jest dosyć ciemne. Wszystko, czego nie ma pomiędzy. Jakakolwiek granuliczność w eterze braku kwiatu. Umysły się odwiązują. Odwarstwiają, aby przeniknąć w stan zawieszenia w formie bezkresu i oddalającego się falicznie grafitu.

 

Anarch lubił spacerować pustymi fabrykami. Szedł kiedyś między żurawiem, a żurawiem i coś zawadziło jego głowę, porwało jego myśl. Obrócił łeb błyskawicznie i dojrzał czarną mewę kręcącą się w powietrzu wokół włąsnej osi, walącą młynki wariatycznie. Sam zakiwał głową i poszedł dalej. Dotarł do kilku zakrwawionych prostokątów wypukłego podłoża i chciał coś podnieść z ziemi. Nagle powalił go cios czymś ostrym w tył głowy. To już goryl Arranusz stał nad jego truchlastością i machał w powietrzu tępą maczetą, która pokaźnie i wręcz komicznie wygięła się od siły uderzenia. Goryl narysował nią w powietrzu kilka wielogramów i zapomniał o czym myślał, zanikł wszechświat w jego umyśle. Pochylił się nad konającym Anarchem, w moment zrozumiał powagę sytuacji przyjął ją z głęboką akceptacją, a wręcz aprobatą. Anabolik zabulgotał, żuraw zachrzęścił. Z umyrfiozy nie wyzdrowiał nikt. Cała fabryka zagięła się, pękła w kilku płaszczyznach i zaraz zaczęła się zwijać jak hektary worków na śmieci, wydając odgłos jakby do takowej zwijającej się przyczepić w losowej konfiguracji legion agrafek. Z kosmosu spadły olbrzymie głośniki i zaczęły grać sambę na zmianę z diabelskim garażowym technem pachnącym grafitem i bezkresem. Umyrfioza zatriumfowała i okazała się być samym dobrem.

 

Spekle grafitu, spekle kalciumu, utracony magnez, magenta kolor śmierci, dalekie odgłosy, upadłe puszki, brak braku, koniunkturoza, zawór, zawór, śmierć, śmierć, maciora, macica, narodziny, wielka umyrfioza, nadciągamy, a wszystko zostanie nagrane na fałhaesa i wystrzelone het w kosmos.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • cos_ci_opowiem 2 tygodnie temu
    Czy Twój nick ma coś wspólnego z pobudzaniem się do napisania tego opowiadania? :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania