Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Bafomeryi fragment ostatni (na razie)

W "Norze" - jak to w "Norze" - zapach - specyficzny. Ilekroć dostaję w nozdrza tym smrodem, wbija się w głąb kinola ten ulepiony ze stwardniałego błota kamerton (niezłe porównanie!), albo widelec o dwóch ostrzach - przychodzi mi na myśl, że ktoś musi rozpylać go intencjonalnie, z cynicznie-ironicznym cechującym kreskówkowych czarnych charakterów, chichotem.

Waniaje, od lat tak samo intensywnie. Identyczna nuta, choć przez ten czas zmieniał się asortyment "Wankiżewki", piwo Lubartowskie zastąpił Chmielowy Kur, w niepamięć odeszły, pite z kartonów, podberbeluchowate wina marki Cavalier.

Coraz mniej gości pali w likalu, jeśli już - kompletne, samoróbcze siano, skręty z suszonego po garażach i strychach tytoniu.

Zapach nie łagodnieje, ani nie tężeje, pomimo tej zmiany nie jest bardziej ostry, kwaśny, szczypiący.

Sztuczna, otrzymywana na zapleczu, woń-maskotka "Nory", jej nieodłączny element, koloryt (śmierdziorytr!).

Jestem niemal pewny, że bladym świtem, gdy lokal jest zamknięty, rozdygotani padaczką alkoholową i niedawnymi tańcami, rzucają się w łóżkach próbując zasnąć, Michalik...opsikuje ściany, kontuar, krzesełka i stoliki swojej knajpy, specyficznymi deprefumami, chodzi w mseczce higienicznej na twarzy, z dwudziestolitrowym opryskiwaczem Kwazar na plecach o z zegarmistrzowską dokładnością oblewa, co do centymetra, podłogę, szklanki, talerze, nawet sufit, wyziewami staych fajek, przetrawionego alkoholu, nieświeżych oddechów, przepoconych pach, skarpet i kalesonów, skisłego od potu skaju i sztucznej wełny, landrynkowych, tanich dezodorantów for men, podróbek perfum znanych marek, nieświeżego żarcia, jakie serwowane jest pod - tfu! - kuriozo-finezyjnymi nazwami, typu: "boczek San Diego", "zupa de la Cleopatra", oparów z kuchni, woni smażenia, niedogniłych galaret, ryb kwaszonych w occie trzeciej świeżości grzybowo-jagodzianych mamałyg.

Parę razy, na niezłym rauszu, podpytywałem Waldka, co tak jebie. Za każdym razem otrzymywałem identyczną odpowiedź: że nic, tak w każdej knajpie pachnie, co ja - nie wiem, nigdy nie byłem? Typowy zapach gastronomiczny - i nie mam się co doszukiwać drugiego dna tam, gdzie go nie ma. Mogę być spokojny - on nie jest żaden Bogdan Arnold, ochrzczony przez prasę "Władcą much", ani innym seryjniakiem, w piwnicach "Wankiżewki" nie gniją niczyje zwłoki, ludzkie, ani zwierzęce, zresztą - sanepid nigdy nie ma poważniejszych zastrzeżeń, jakieś tam, drobniutkie uwagi, typu nie podlane kwiaty na parapecie, choć one sztuczne. Restauracja nigdy nie miałą cofniętej koncesji na nic, a on - jak zyje mandatu nie zapłacił, więc czego się, mówiąc grzecznie, przypierdalam do wzorcowo prowadzonego wyszynku? Zamawiam jeszcze coś, czy tylko siedzę i się czepiam? - taka rozmowa z panem zapachowcem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania