Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Berek sierota

Berek sierota

W grze uczestniczy nieparzysta liczba zawodników. Wybieramy berka i pozostałą grupę dzielimy na dwie połowy. Jedna dostaje chustki, szarfy lub wstążki. Berek rozpoczyna pościg za uciekającymi osobami. Ta, która jest bezpośrednio zagrożona złapaniem, stara się szybko znaleźć sobie parę (w parze jedna ma szarfę, chustkę czy wstążkę, a druga nie). Jeśli nie zdąży, berek może ją schwytać. Dobieranie się w pary może nastąpić dopiero w momencie bezpośredniego zagrożenia schwytaniem, nie wcześniej. Zawodnicy nie przestrzegający tej reguły są eliminowani.

 

– Zostaniesz dziś… pobędziesz z nami? – spytał nieśmiało.

– W kuchni macie rosół. Odgrzej dzieciakom.

– O której wrócisz?

Nie odpowiedziała. Poprawiła jeszcze nieistniejące fałdki na miniówie, obróciła się do lustra by sprawdzić, czy obcisła spódnica idealnie kończy się na linii koronkowych manszet.

– O której wrócisz? – powtórzył pytanie nieco głośniej. Wyszło płaczliwie.

– W lodówce macie kurczaka. Kanapki umiesz zrobić i jajecznicę. Tylko nie spal kuchni.

– Może zostałabyś ten raz… ze m… z dziećmi?

– Wracam w poniedziałek. Bawcie się dobrze.

I już jej nie było.

Ildefons szurając papuciami poczłapał do dziecinnego pokoju. W pracy pozer i Bóg wie co, w domu wracał do swej prawdziwej postaci, totalnego przegrywa i nieudacznika. Zresztą jak można nie być nieudacznikiem mając na imię Ildefons? Trudno wyobrazić sobie nawet, jakim cudem dorobił się trójki potomstwa, pewnie zaangażowany w to musiał być listonosz, hydraulik i kominiarz, bo Ildefons nie wyglądał na takiego, co by umiał komin przeczyścić. Zresztą mieszkali w blokach, w tak zwanym nowym budownictwie, zimnej wielkiej płyty pozbawionej pieców i kominów. Ildefons zdecydowanie nie może być bohaterem zwycięskim, jego własna ildefonsowatość mu na to nie pozwala. Pozwala mu za to grać rolę ofiary. Ofiary losu. Ofiary w tym związku. I durnego woła składającego się codziennie na ołtarzu pracy, w ofierze dla rodziny.

Rozalinda jest rezolutna, szczupła i wyszczekana. Najstarsza z trójki rodzeństwa.

– Poszła już? – spytała, nie podnosząc wzroku, pozornie zaaferowana zabawą młodszego rodzeństwa. Ale jednak błyskawicznie wychwyciła, że Ildefons pokiwał głową. Próbując rozdzielić młodszą parkę, która płynnie ze zgodnej zabawy przeszła do trzeciej wojny światowej dodała przez zaciśnięte zęby – I dobrze…

Ildefons nie zaprotestował, choć czuł, że to wcale nie jest dobrze, że Barbara nie spędza z nimi czasu. Nie spędzała go nawet wtedy, gdy fizycznie była w domu. Czasem tylko wydała jakieś polecenia Ildefonsowi i Rozalindzie, sporadycznie również młodszym dzieciom, po czym zamykała się w pokoju i spędzała cały czas przed komputerem. Wychodziła tylko do ubikacji albo do lodówki. Ale najczęściej jej w domu po prostu nie było. Ildefonsowi wydawało mu się, że to wcale nie jest dobrze.

– Co będziemy robić? – rzucił pytanie dzieciom.

Rozalinda wzruszyła ramionami i odpowiedziała:

– A skąd mam wiedzieć? To ty jesteś dorosłym… wymyśl coś!

Kiedyś Barbara też do niego tak mówiła. Już od dawna nie. Ale kiedyś. Tak. Mówiła „wymyśl coś”, albo „miej jaja”. Ale nie da się rozkazać facetowi, by wyhodował sobie nabiał. Dlatego gdy Barbarze znudziło się tańczyć kankana na głowie Ildefonsa, zaczęła znikać z domu. Na początku tylko na parę godzin. Potem na całe noce. Teraz znikała już na całe weekendy. Na przyszły miesiąc miała zaplanowaną dwutygodniową wycieczkę do Holandii, ze znajomymi.

Ildefons czuł, że to nie do końca tak powinno wyglądać.

– … wymyśliłeś coś tato? Nudzę się… - spytał Tomeczek.

– Może pogramy w jakąś grę planszową? – spytał Ildefons.

– Nuda…

– A może… pamiętacie, kiedyś zrobiliśmy własną grę… potrzeba tylko kartek, nożyczek i kredek… no i pomysłu…

– A coś innego?

– A może tak jak mama…

– Nie mów o niej!

– A może pojedziemy na basen?

Najmłodsza pociecha zapaliła się do tego pomysłu.

– Basen, basen! - krzyczała Iza.

– Eee… Nie chce mi się tato… - burknął Tomek.

– To nie najlepszy pomysł… - dodała Rozalinda.

– Dlaczego? Zobaczcie jak Izie się podoba…

– To jedźcie beze mnie…

– Czemu, Rozka? Co cię ugryzło?

– Właśnie mi się zaczyna… Wiesz co…

Ildefons popatrzył na nią i z początku zupełnie trzynastolatki nie pojął. Po chwili dopiero błysk zrozumienia rozświetlił te jego dwa neurony, w tej przegrywowej, looserskiej głowie.

– Co Ci się zaczyna? – chciał się dowiedzieć Tomeczek.

– Nieważne – odparł ojciec – obejrzyjmy film!

– Jakiś konkretny?

– Tak… Jakiś… konkretny…

– Czyli?

Ojciec spłoszył się. Nie miał pomysłu co mogliby w czwórkę dziś oglądać. Zdawało się, że wszystko co tylko możliwe z kina familijnego już przerobili.

– Coś na pewno jest na HBO…

– Brzmi jak plan – zakpiła Rozalinda.

I oglądali. Jednak patrząc na wesołe sceny Ildefons nie umiał oderwać myśli od tego, że jego życie nie wygląda tak, jak wyglądać powinno, jak wyglądać by mogło. W umyśle migały mu migoczące złudzenia wiary, nadziei i miłości, dawno przebrzmiałej jak cymbał brzmiący i ogromne, niebosiężne wieże Babel i setki pytań w głębi, czy rzeczywiście pustka, ta przepaść wewnętrzna, ta nieskończona otchłań w człowieku ma kształt Boga? Jeśli tak, to okrutnym zwierzęciem jest ten Bóg. Drapieżnym. Nieobecnym. Nieistniejącym. A bezlitosnym.

Budda niefrasobliwy też nie był dla niego, nie odkrył go w sobie, nie widział w powodzi bulszitu i na pewno nie wypiłby z nim bruderszaftu (celowo myśląc omijał przecinki, nadając dodatkowe znaczenie niefrasobliwości Buddy). Kiedy pieśń staje się mitem, a utarty zwyczaj religią? W powodzi memów, rytów i samolubnych genów coraz trudniej odnaleźć siebie, nieokreślonego, rozpiętego wśród kwantowych niedomówień na siatce multiwersum wszystkich niemożliwych wszechświatów. Jakkolwiek by one były niemożebne, wyssane z najmniejszego palca i nieprawdopodobne, w żadnym przecież Ildefons nie może być nigdy nikim innym jak tylko ciamajdą, przegrańcem i złamasem.

Kiedyś, wierzył, że będzie wielki. Mózg gotował mu się od nadmiaru entalpi swobodnej i ciśnienia myśli. Miał w pogardzie konwenanse i pozory. Kiedyś był przekonany, że pewnego dnia… będzie kimś. Kimś! Naprawdę kimś! Z kolegami wystawił heavy metalową wersję Pensjonarek Franza von Suppé. We Wrocławiu otarł się o Pomarańczową Alternatywę, bywał na koncertach legend i toczył niebanalne spory w ciasnych krakowskich podziemiach knajp, po których szlajała się bohema. Gdzieś przeczytał, że najgorszą niepełnosprawnością jest mieć serce z kamienia. Więc starał się rozwijać serce, bardziej niż umysł, mięśnie i zmysły. Miał nadzieję, że w istocie jesteśmy tym co robimy, że działając i zachowując się tak, jak osoba, którą się pragnie być, można się nią stać. Ale los zakpił z jego marzeń o byciu KIMŚ. Zamiast tego pokarał go (choć z początku miał to za wygraną na loterii życia), byciem Z KIMŚ. Z najpiękniejszą, najcudowniejszą i najbardziej szaloną dziewczyną – z Barbarą. Widział, jak koledzy zazdrościli mu i nie mogli zrozumieć, jak ten chodzący seks, ta nietuzinkowa, zwariowana, przebojowa a zarazem przesympatyczna laska związała się z takim marudnym, dużo od niej starszym nudziarzem, takim ciapowatym nikim jak Ildefons. On też tego nie rozumiał i miał się za cholernego szczęściarza.

Wkrótce skończył i porzucił „te bzdury”, związane ze sztuką (bo jak chcesz z tego wyżywić rodzinę?). W końcu nie da się na tym zarobić. A artysta żyjący o chlebie i wodzie? Choć Ildefons zdążył w latach wcześniejszych poznać przymieranie głodem, to przecież wiedział jednocześnie, że zupełnie niemożliwe jest pogodzenie tego we współczesnym świecie ze związkiem. To tylko w samotni, a nie jak się ma kobietę. I to nie byle jaką kobietę. Taką kobietę prima sort, z najwyższej półki. Dużo młodszą a do tego wymagającą. Przecież ona nie zadowoli się chlebem i wodą.

Porzucił więc entalpię swoich myśli, by zająć się wyznaczeniem entalpii stosowanej w technice pary wodnej. Zamiast być inżynierem dusz, stał się inżynierem dusznych kotłów.

– Tata zrób kolację.

– Dobra, zaraz, zaraz...

Rozalinda rozzuchwaliła się:

– Nie zaraz, tylko teraz. Głodni jesteśmy.

– Jak ty do mnie mówisz, dziecko? – oburzył się, bo jakże to tak? Skąd tak blisko jej intensywna impertynencja bliska była jego submisyjnej impotencji, omni-niemożności i spętanej, splątanej współzależności?

– Mówię jak chcę, kto mi zabroni? Ty? – zadrwiła.

– No… – urwał, bo dopiero teraz to zobaczył…

– Nie rozśmieszaj… taki pantoflarz?

Jakże była w tym podobna do matki. Dopiero teraz... dopiero teraz... to zauważył, że trzynastoletnia Rozalinda taką samą ma czarną obcisłą kieckę, a pod nią rajstopy… nie! Nie rajstopy a bezwstydne pończochy, z szerokimi, czarnymi manszetami. Gdy podwijała się jej ta i tak krótka zasłona spódnicy, widać było, że to nie żadne samonośne, a wulgarnie fetyszystyczne pończochy zaczepione na pasku. Kto jej to kupił? Kto jej pozwolił chodzić z prawie odkrytym tyłkiem? Bo oczywiście pod spodem stringi. Mimo, że mówiła, że ma okres! Głupia smarkula. I te zawiązki piersi, zebrane jakimś lubieżnym gorsetem, zasymulowane, że tam jest tego więcej, pewnie sobie tam skarpetek upchała. Pewnie już się masturbuje. W zeszłym tygodniu były jej potrzebne do szkoły świece… A może wcale nie do szkoły? A jej koledzy? A może nawet… Nawet Tomeczek, dwa lata młodszy Tomeczek, niewinny jedenastolatek ostatnio jak przyszedł ze szkoły, to zwierzył się, że jego koleżanki rozmawiają o „dildos”! Jedenastolatki! O „dildos”! A gdzie mogły usłyszeć takie słowo? Pewnie od starszych koleżanek. Może od takich jak Rozalinda?

Tomeczek też niezłe ziółko. Teraz dopiero to ujrzał. Kupił mu elektryczne auto, a Tomeczek nawet mu za to nie podziękował. Ostatnio sobie Tomeczek przykleił tatuaż. Zresztą… Jaki Tomeczek. Tomek. Tomisko. Tomczysko. Rozrośnięty w barach, ze złotym łańcuchem na klacie, z dziarami na przedramionach. Tomidło. Kiedy on się zdążył tak zmienić?

I Iza? Dlaczego ona się tak bawi tą lampą? Ile ona ma lat? Osiem… nie… już dziewięć przecież? A jak już przewraca oczami, jak kusi. I dlaczego ona też ma tą obleśną miniówę i pas do pończoch? Czy dzieci nie powinny być niewinne, dziecięce?

Dlaczego one wszystkie patrzą na niego takim wzrokiem? Dlaczego trzymają w rękach noże? Czy chcą się pożywić jego ciałem w jakiejś obłąkańczej Eucharystii? Która z tych wszystkich obłąkańczych religii jest tak obrzydliwa, że każe dzieciom spożywać ciało ojca?

– Tata, tata… obudź się… znów cały film przespałeś…

– Co?

– Zrobiłam kolację – gniewała się, znów po dziecięcemu Rozalinda – Film przespałeś!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • maga miesiąc temu
    Ciekawa sytuacja. Bywa również i tak w życiu. Żal mi tego Ildefons.
    Fajny temat został poruszony w tym opowiadaniu. Pomysł i wykonanie na 5)
  • maga miesiąc temu
    Janie z Ż, widać, że nie piszesz od wczoraj. Twoja przygoda z piórem, trwa już trochę czasu?
  • Canulas miesiąc temu
    Dla mnie Twój najlepszy tekst. Bardzo dobrze napisany. Czyta się świetnie. Coś ma.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania