Bezkresne Stany Kresów Naszych Wyobraźni i Umysłów

gatunek: sny/fantasy/surrealizm

 

"Bezkresne Stany Kresów Naszych Wyobraźni i Umysłów"

 

W Fantazyjnym Wszechświecie, gdzie statki morskie fruwały w powietrzu i jedne wyglądały jak drewniane żaglowce, a inne jak przewrócone księżyce, unosiła się pewna planeta. Znajdowało się na niej bajkowe miasto rzek, lasów i wzgórz, leżące nad oceanem, po którym biegały ławice ryb i stada wielorybów.

 

Trwał wieczny wschód słońca i półmrok, co sprawiało, że niebo miało kolor ciemnopomarańczowy, a słońce przypominało dorodnego, soczystego pomidora.

 

Na plaży mieszkały wesołe kraby. Jeden krab wyszedł z wody na piasek, gdzie spotkał drugiego, mającego na grzbiecie muszlę ślimaka, a na jego widok zamienił się w meduzę. W pobliskim wielkim parku, pełnym palm kokosowych, wśród liści których ukrywały się lemury, nosacze i sowy, znajdowały się wieżowce, będące hotelami, z fotelami ukrytymi za oknami. Budynki co jakiś czas dostawały nóg, wstawały, przechodziły w inne miejsce, czasami położone kilkaset metrów dalej, po czym znowu siadały na przybrzeżnych łąkach, a ich nogi ponownie znikały pod piaskiem, w piwnicach.

 

Pnie palm wyginały się na wietrze z taką łatwością, jak źdźbła trawy albo koniczyna, ale nie łamały się. W dzielnicy kanałów, jedne łódki dryfowały przy chodnikach, trawnikach lub ogródkach, a inne leniwie pływały pod mostami. Na wystawach sklepowych, błyszczące, drogie i dekoracyjne towary zerwały się z półek oraz wykonywały szybkie ruchy unosząc się w powietrzu, przez co sprawiały wrażenie dyskotekowych świateł i błyskotek. W oddali było widoczne koło widokowe i kolejka górska. Po pomoście spacerowały dwa klekoczące żurawie, jeden niebieski i wielkości kosa, a drugi zielony oraz rozmiarów ciężarówki.

 

Na jednej z najbardziej rozległych pustyń na planecie spośród tych, które były porośnięte palmami...

 

Wielki tajemniczy zamek-świątynia miał kilka kondygnacji, jasnoczerwone mury i brązowe drzwi. Z jednej spośród kilkunastu potężnych bram wejściowych, wyjrzał gigantyczny człowiek, wysoki jak drzewa. Jedną dłonią zasłaniał swoją twarz, a drugą tworzył nową planetę z kuli unoszącej się w powietrzu. Po ścianach biegało kilka człekokształtnych istot wielkości owocu kiwi, a po niebie fruwały świecące wiązki lasera. Występowały w trzech kolorach: niebieskim, zielonym i pomarańczowym.

 

Kilkaset metrów dalej, na wysokości kilkunastu łokci, unosiła się w powietrzu i powoli zmieniała swe położenie szachownica, wielka jak staw rybny. Tańczyło na niej kilkanaście figur, same skoczki. Uniosły się w powietrze, ustawiły się w kręgu i wykonywały coraz bardziej skomplikowane akrobacje powietrzno-taneczne, bezustannie oraz powoli wzbijając się przy tym w przestworza.

 

W pobliżu zegara słonecznego, wielkiego jak stadion, przebiegło dwadzieścia kilka gałęziowych istot dwunożnych, dzierżących w swoich liściastych dłoniach i ciągnących za sobą długie, cienkie i świetliste wstęgi, na których pismem klinowym zapisane były uczynki, marzenia i wspomnienia lekko-ciężkiej, monumentalnej cywilizacji ze starożytnej pustynnej planety.

 

Potężna klepsydra, leżąca trzy kilometry dalej, była do połowy zasypana piaskiem historii i filozoficznych rozmyślań nad sensem istnienia wszechświatów równoległych, oraz różnic między nimi występujących. Skorpiony koszmarów i dwunożne kołnierzaste jaszczurki fobii, przełaziły nieopodal i polowały na owady nieświadomości.

 

W zapomnianym mauzoleum podświadomości, skrywającym katakumby najgłębszych zakamarków myśli egzystencjalnych, a dokładniej w składających się na nie ścianach podejmowanych decyzji, tkwiły pochodnie wyborów życiowych, oświetlające niezbadane obszary filozoficzno-egzystencjalne.

 

Drzwi do jednego z dziewiętnastu pomieszczeń, składających się na żółto-pomarańczowy budynek, posiadający czterdzieści ścian zewnętrznych i skrywający żyzny zielony dziedziniec, były roztropnością, zamkniętą dla wszystkich oprócz tych, którzy posiądą, dostarczą i użyją klucza mądrości, znajdującego się w zapomnianych starożytnych ruinach, zakopanych gdzieś na jednym z trzydziestu kontynentów planety.

 

We wnętrzu wielkiego prostopadłościanu, podpieranego przez pięćdziesiąt osiem jasnoszarych kanciastych filarów, do którego można było dostać się tylko we śnie, znajdował się spiralny tunel, uformowany ze złotych, srebrnych i brązowych płytek, pokrytych tajemniczymi rysunkami i tekstami, napisanymi w jakimś antycznym języku. Kto tam wpadł, po kilku minutach emocjonującej przejażdżki pojawiał się w innym, dalekim świecie.

 

Za wzgórzem stał budynek o połamanych ścianach, otoczony trawami i stożkowatymi muszlami ślimaków morskich wielkości taboretów. Nieopodal znajdowała się kamienna ławka, a na niej siedziała okrągła muszla ślimaka ogrodowego, wielka jak kabaczek. Czytała książkę i wystrzeliwały z niej iskry. Wnętrze budynku stanowiła niemal pusta przestrzeń, a w jej głębi unosiły się trzy figury geometryczne. Był to żółty ostrosłup, niebieski sześcian i pomarańczowo-różowa kula. Każdy z tych obiektów latających posiadał owalny otwór, ukryty za drewnianymi, jasnobrązowymi drzwiami.

 

Przez jedno okno do środka pomieszczenia zajrzała zebra, a przez drugie wleciała złota biedronka, która właściwie była pomarańczowo-żółto-zielonym chrząszczem z nieznanego rodzaju, bo przeteleportowanym z jednej z gwiazdek z nieba i z czasów starożytnych. Piękny i tajemniczy owad wylądował na drzwiach żółtego ostrosłupa. Wtedy one otworzyły się, a zwierzątko, które okazało się być zaczarowaną rozwiniętą duszą, wpadło do tunelu zagadek czekających na wyjaśnienie. Podczas ekscytującej podróży międzywymiarowo-czasoprzestrzennej, insekt za pomocą lupy powiększającej czytał hieroglify i piktogramy, które napotkał na swojej drodze ku przeznaczeniu, nie wiadomo dokąd prowadzącej.

 

Gdy wypadł z wylotu na świeże powietrze, za sobą spostrzegł wielki trapezoidalny budynek, obrośnięty sporych rozmiarów kamieniami. On sam zatrzymał się na przezroczystej, energetyczno-eterycznej poduszce amortyzującej, leżącej na długim i dosyć szerokim balkonie, oraz utworzonej przez dwieście pięćdziesiąt tańczących szarańczaków wielkości owocu awokado.

 

Nagle, wiszące do tej pory na niebie słońce, księżyc, chmury i gwiazdki rozleciały się we wszystkich kierunkach i zniknęły, a wody i lądy zostały wciągnięte przez znajdującą się na dnie oceanu wielką dziurę. Wtedy wszędzie było tylko tło, u góry jasnożółte, a na dole beżowe. W tej niższej strefie, pojawiła się ogromna jasnopomarańczowa skrzynka, która okazała się być intrygującym budynkiem fabryki snów dla zahipnotyzowanych istot z różnych wszechświatów.

 

Wewnątrz mieścił się plan filmowy, udający wielkie zwrotnikowe miasto, z szerokimi i bardzo długimi plażami, obficie obsadzonymi potężnymi drzewami palmowymi z wielu różnych gatunków. Ta duża i piękna miejscowość wyglądała jak ogromne kostki cukru, między którymi spacerowały fantazyjne istoty, takie jak przebrane za hipisów oraz spacerujące na dwóch nogach owady wielkości człowieka.

 

Chrząszcz wylądował na drewnianej poręczy. Wtedy doświadczył dziwnej wizji. Dookoła niego fruwały sztuczne szczęki, marchewki, zegary ścienne, metronomy, gitary, skrzypce, fortepiany, puzony, saksofony, budziki, buty, książki, rewolwery, okulary, kapelusze, garnitury, fajki, piłki, młotki, żarówki, fotele, kanapy, telewizory, klawiatury, radiomagnetofony, kamery, mikrofony, głośniki i maszyny do pisania.

 

Owad pomyślał, że jeszcze tu by z chęcią kiedyś wrócił, po czym wzbił się w powietrze, wydostał się z surrealistycznego wiru przedmiotów i wyleciał przez okno, obok którego zauważył kilka śpiewających pawich piór, przemykających między szarymi mackami wielkiej, zajmującej chyba jedną ósmą pomieszczenia, ośmiornicy o pomarańczowej głowie.

 

Gdy sześcionogie stworzenie ukryło się w dryfującej na chmurach misce, czworo skrzypiec leżących na parasolowej łódce wyłoniło się z pomiędzy obłoków, pośród których fruwały seledynowe i niebieskie jaszczurki, oraz czerwone i fioletowe pławikoniki. Nieopodal widniało solidne drzewo liściaste z lianami i owocami, a w jego gęstej koronie tkwił drewniany, jasnobrązowy, parterowy dom jednorodzinny, przytulny i nieduży. Drzwi nagle otworzyły się, a wówczas z wnętrza wysypały się świecące wielokolorowe gwiazdki. W międzyczasie, z wnętrza niewielkiego budynku mieszkalnego wyskoczyło siedem fikających koziołki małpek, posiadających skrzydła motyli i ogony kameleonów, oraz całych przyodzianych w niezwykle barwne kolory kwiatów łąkowych. Zwierzaki te były przebrane za piratów. Ich skrzydła zmieniły się z motylich w jakby mewie albo albatrosie, po czym figlarne stworzenia sfrunęły na dół. Delikatnie wylądowały na grzbiecie różowo-niebieskiego łabędzia z bordowym dziobem i zielonymi nogami, a zwierz ten był wielki jak jacht, więc kilka stworków o rozmiarach szopa albo skunksa wylądowały bez problemów i finezyjnie, a gdy dobiegał koniec ich czasu kartkowego, zaskoczyły wszystkich, tańcząc salsę, a następnie stając na głowach.

 

Park rozrywki w dużym nowoczesnym mieście, leżącym przy wilgotnej zwrotnikowej plaży, u wybrzeży oceanu...

 

Do lunaparku przyszły dziesiątki niezwykłych i przedziwnych istot, mniej i bardziej człekokształtnych oraz pochodzących z wielu różnych światów i wymiarów. Wsiadły w karuzele, kręcące się zarówno w pionie jak i w poziomie. Obroty zaczęły powoli i stopniowo coraz bardziej przyspieszać. Korzystające z atrakcji mechanicznych stwory zaczęły nagle szybko wylatywać z siedzeń w kierunku chmur, po czym znikały a następnie pojawiały się w tajemniczym starożytnym mieście, leżącym nad subtropikalnym morzem, przy plaży skalisto-piaskowej. Cała miejscowość okazała się być luksusowa, pełna basenów oraz zamków. Daleko od wysp i półwyspów, unoszący mewy i rybitwy wiatr formował z wody przeróżne zaskakujące rzeźby artystyczne, skłaniające do filozofowania oraz zachęcające do rozpoczęcia pełnej przygód podróży z ponadczasowymi i wszechobecnymi muzami, zwącymi się sztuka, kultura, potęga, surrealizm, międzywymiarowość, wszechświat i sny.

 

Na jednej z potężnych chmur, powoli przelatujących wysoko nad wzburzonym morzem, kołyszącym palmami i statkami, stał złoto-srebrny zamek inteligencji i sensu życia oraz istnienia, gdzie właśnie się odbywał koncert na cześć trzydziestolecia przejścia galaktyki w inny wymiar. Dookoła krążyły diamenty, lajkoniki, centaury, jednorożce, pegazy i karoce. Tymczasem wewnątrz, na jednej ze złoto-purpurowych sal, znajdował się gotowy do występu dyrygent. Wkrótce zaczął dyrygować. W dłoni trzymał międzywymiarową batutę magii i kosmosu, która błyszczała i miała świecącą końcówkę jak różdżka jakiegoś kosmicznego czarodzieja. Tymczasem piosenkarz zaczął śpiewać pieśń, a orkiestra grać muzykę.

 

Wtedy z nieba spadł deszcz różnokolorowych nut, po czym wszystko zamieniło się w trąbę powietrzną, która zniknęła i następnie pojawiła się na innej planecie, gdzie zamiast drzew rosły potężne koralowce lądowe i wielkie grzyby pustynne, a stawonogi były duże jak jaskinie.

 

Koniec.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Dekaos Dondi 5 miesięcy temu
    Piotrek P. 1988→Wyobraźnię to Ty masz:) Spece od efektów specjalnych, musieli by się nieźle napracować:)
    Tak tylko pomyślałem, że przydało by się trochę... przerywników jakiś innych (szczególnie przy dłuższym tekście)
    Bo gdy tak ''ciurkiem'' to można przeoczyć wiele. Wszystko się trochę ''zlewa''. Wiesz, co mam na myśli.
    Akapity są o.k. Też lubię luźno pisać.
    Chociaż tak czy siak→ przeczytałem z zaciekawieniem. Różnorodnie jest na pewno:) Pozdrawiam→5
  • Piotrek P. 1988 5 miesięcy temu
    Dekaos Dondi, bardzo dobre są te komentarze filmowe :-D . Tymczasem ciągle myślę nad dialogami. Dziękuję za wyrażenie opinii, sugestie i ocenę oraz pozdrawiam :-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania