Bitwa literacka — Miłe złego początki, lecz koniec żałosny

Kobieta w olśniewająco białej kolczudze ze złotymi zdobieniami pokornie przemierzała salę wprost rażącą przepychem. Czuła na sobie spojrzenia tysięcy zebranych tu osobistości oraz przodków, którzy bacznie obserwowali ją z niebios. Onieśmielona tym uczuciem, nie odważyła się przyjść przed czasem w celu porozmawiania z zebranymi na temat polityki czy wiary, jak zwykle czyniła.

Kiedy siedzący na bogato zdobionym tronie ze szlachetnego drewna starzec dostrzegł ją, wstał i gestem ręki uciszył gości. Przemierzał wzrokiem salę, szukając w twarzach monarchów, dostojników i szlachetnych wojowników przynajmniej śladu zwątpienia. Ku swemu zgorszeniu, znalazł go u każdego, za wyłączeniem paladynki, która uklęknęła przed nim.

— Torno ze wschodu! — zawołał głosem zdumiewająco potężnym jak na jego wiek. — Czy podejmiesz się próby wyplenienia wielkiego zła skrytego w Upadłym?

— Tak, mój panie. — Pogłębiła pokłon tak, że niemal dotykała czołem ziemi.

Dla niej nie było to nic godnego uwagi, od dziecka wpajano jej zasadę, że jedynie źli lękają się jakiegokolwiek zagrożenia. A przecież była obrończynią wiary, pokoju i uciśnionych, a nie oddaną mroku i słabostką grzesznicą. Jednak w oczach tych, których miała chronić, jawiła się jako anioł, który zstąpił z niebios, aby otulić boskim światłem śmiertelników i wypalić panoszącą się po tej krainie niegodziwość. Jako anioł, którym każdy chciał być, lecz nikt nie podjął działania w tym celu. Nie winiła ich za to, w końcu nie urodzili się wojownikami, tak samo, jak ona nie urodziła się królową czy kapłanką. Nie im przypadła zaszczytna rola tarczy ludzkości wzniesionej przeciw ciemności.

— Czy wiesz, że jeszcze nikt nie powrócił z takiej misji?

— Tak, mój panie — odparła bez wahania.

— Czy obawiasz się tego? — spytał głosem przepełnionym dumą i radością. Jak do tej pory najmężniejsi z mężnych drżeli na sam dźwięk słowa Upadły, lecz teraz klęczało przed nim ucieleśnienie nadziei na lepsze jutro.

— Nie, mój panie. Wiem, że światło wybawi mnie od zła, jakie się tam zalęgło.

— W takim razie powstań, baranku boży!

Tornę zaskoczyło polecenie arcybiskupa. Kodeks jasno mówił, że będzie mogła wstać dopiero po uzyskaniu błogosławieństwa od każdego zgromadzonego w sali kapłana, jednak siła z jaką arcybiskup wypowiedział te słowa oraz jej niezachwiana wiara w słuszność jego wyborów sprawiły, że spełniła rozkaz.

— Jeszcze nigdy podczas mojego długiego życia nie zdarzyło się, by ktoś szedł wojować z samym Diabłem, nie okazując przy tym nawet cienia wątpliwości. Nigdy… — Mocno zaakcentował ostatnie słowo. — …aż dotąd. Albowiem powiadam wam… — Tu zwrócił się do zgromadzonych. — …że w oczach tej kobiety widzę, iż czeka ją świetlana przyszłość pełna heroicznych czynów oraz dowodów na posiadanie niezrównanego talentu.

Wojowniczka cieszyła się z tego, że ozdobny hełm okrywał szczelnie jej policzki, zasłaniając rumieniec zawstydzenia. Stała wyprostowana, a jej ducha przepełniała duma. Uczucie, które będzie jej towarzyszyło po spełnieniu wiekopomnej misji, znajdowało się daleko poza jej wyobrażeniem.

— I dlatego w moich oczach zasługujesz na to, aby po twoim powrocie mianować cię nadzorczynią naszej skromnej świątyni.

Sens dalszych słów nie docierał do Torny, która rozpłakała się z radości. Na pewno były to żarliwe modlitwy, błogosławieństwa i życzenia, aby podróż minęła bez większych niedogodności, ale konkretnych słów nie spamiętała.

 

Spoglądała hardym wzrokiem na niegdyś nieskazitelne i równe mury wykonane z szarego kamienia sprowadzanego zza gór. Aktualny stan fortyfikacji zbulwersował ją. Zaprawa w wielu miejscach wykruszyła się, a porozwieszane w dawnych czasach sztandary wychwalających herb jej ojczyzny przeistoczyły się w żałosne, przeżarte przez robactwo strzępki szmat. Pnące się ku nieboskłonowi baszty niegdyś przytłaczały samym kunsztem, z jakim je zbudowano, a teraz wydawały się raczej ponurymi obserwatorami upadku tego miasta. Na dodatek brama była otworzona na całą szerokość, jakby zapraszając ją do środka.

Torna nie omieszkała skorzystać z takowej okazji, nie troszcząc się zanadto o możliwość wpadnięcia w pułapkę. Bądź co bądź, światłość ceniła sobie sprawiedliwych, a przebywający w grodzie, wokół którego zbudowano to miasto, złoczyńca z całą pewnością nie należał do ludzi sprawiedliwych.

Sama metropolia znajdowała się w niewiele lepszym stanie. Panował tu straszny bałagan, a budynki wyglądały, jakby zbudowano je w slumsach, a nie dawnej stolicy. Jakby tego było mało, miasto mogłoby spokojnie pomieścić dziesięć razy tyle ludu, ile w nim przebywało.

Torna przemierzała w milczeniu kolejne ulice, a plebs schodził jej z drogi. Obserwując codzienne życie mieszkańców, doszła do wniosku, iż, odliczając wszechobecną biedę, nie różni się ono aż tak bardzo ot tego, co widziała do tej pory. Prali brudy, chodzili do pracy, klęli na jej bogactwo i przedłużali gatunek. Zwykle starała się pomóc takim ludziom wyjść z grzechów, jakimi się otaczali, jednak teraz nie miała na to czasu. Znalazłszy się przed zamkiem, podniosła wzrok i osłoniła się dłonią przed południowym słońcem. Bezskutecznie usiłowała dostrzec kogokolwiek, aby spróbować przekonać go do wpuszczenia jej do środka. Po dłuższej chwili przymknęła oczy i westchnęła ciężko.

Arcybiskup ostrzegał ją przed tym, że zalęgłe tu zło nie zachowuje się typowo. Zamiast wyciągać po przybyszy oślizgłe macki, wysyłając w ich stronę hordy potępionych istot z najgłębszych otchłani piekielnych, traktuje ich na podobieństwo mieszanki mieszkańców miasta z posłańcami z dalekich krain. Można było korzystać ze wszelkich dobrodziejstw tego miejsca, o ile jakieś się znalazło, lecz w zamian należało dbać o dobre imię i wygląd miasta oraz pozostawić po sobie stosowną zapłatę. Ponadto istniała możliwość odwiedzenia Upadłego w jego posiadłości, o ile przestrzegało się wyraźnych wytycznych, jakie panowały na dworach królewskich. Miała zamiar wykorzystać ten fakt, aby dostać się do środka, a ta mała niedogodność nie mogła jej powstrzymać. Postanowiła poczekać, nawet gdyby miała to robić aż do dnia sądu. Jednak wcześniej chciała skorzystać z jeszcze jednej możliwości. Opuściła rękę i wyprostowała się dumnie. Następnie zawołała głosem czystym i mocnym jak górski strumień.

— Czy zastałam pana tego zamku?

Z okna wychyliła się głowa młodego bruneta. Odległość uniemożliwiała dostrzeżenie szczegółów.

— Ano zastałaś — wykrzyknął niewyraźnie, zupełnie jakby miał usta pełne jedzenia. — Pewno chciałabyś z nim pogadać w cztery oczy, skoro tak się wystroiłaś.

— Jeżeli istniałaby taka możliwość, to skorzystałabym z niej z wielką radością — zawołała znudzonym tonem, lecz powstrzymała się od okazania pogardy komuś, kto przywitał ją w tym miejscu. Nawet jeśli było ono przybytkiem zła.

— Już go wołam. A z kim będzie gadać, jeśli można wiedzieć?

— Z Torną ze wschodu, paladynką służącą pobliskiemu zakonowi!

Wojowniczka czekała na oznakę lęku lub gniewu ze strony rozmówcy, lecz ku jej zdumieniu, nic takiego się nie stało.

— Dobra, to ja już lecę. Zaraz ci otworzymy.

Faktycznie, po jakichś pięciu minutach brama opadła z hukiem, wzniecając przy tym tumany kurzu. Ze środka wyłonił się utykający na jedną nogę mężczyzna w mnisim habicie. W prawej ręce trzymał potężny, ociekający tłuszczem udziec barani, który z wielkim apetytem pałaszował. Jego oczy w barwie miodu tętniły radością i chęcią życia, a ich posiadacz roztaczał wokół siebie dziwną aurę, w której każdy czuł się raźniej i jakby bliżej Boga. Kobieta otworzyła szeroko usta, a zdumienie nie pozwoliło jej wydać z siebie żadnego słowa.

— No ten tego, witamy w naszych dość skromnych progach. Na bajzel musisz nie zwracać uwagi, jest nas czterech i ni w chuja nie da się tego ogarnąć.

— Nezar, ty żyjesz? — rzekła w końcu. — Przecież zamordował cię Upadły!

— Naprawdę? — Wziął ogromny kęs mięsiwa, po czym rzekł niewyraźnie. — Ko take bzduly plece?

— Jak to kto? Wszyscy z zakonu na czele z arcybiskupem!

— A, ne ma co sieł nim pejowac. — Przełknął głośno, po czym machnął ręką, w której trzymał jedzenie, ochlapując dziewczynę kilkoma kroplami tłuszczu. — Jak dla mnie to zawsze gadał same bzdury.

Dziewczyna pobladła i wstrzymała oddech. Kiedy szok w końcu ustąpił, zdołała z siebie wycisnąć jedynie dwa słowa.

— Jak śmiesz?

— A jak inaczej wytłumaczysz to, że stoję o tutaj? — Wskazał gwałtownie na swoje piersi.

— Arcybiskup się pomylił. To tyle. Każdemu się zdarza, a okoliczności jasno sugerowały, że Upadły cię zabił. — Twarz Torny odzyskała już kolory, a ona sama zdolność do logicznego rozumowania.

— Niby każdy może się mylić, ale wątpię w to, że okoliczności naprawdę wskazywały na to, żem zginął. Poza tym, co to za przezwisko? Upadły, no błagam cię, Torno. Przecież znasz jego imię.

— Sam je zhańbił swymi własnymi czynami! — zakrzyknęła paladynka w religijnej ekstazie. — Oddał duszę Diabłu w zamian za złudną potęgę w życiu doczesnym!

Wykonała kilka powolnych, głębokich oddechów, będąc wpatrzoną w oczy starego przyjaciela. Ten również na nią patrzył, pytając niemo o to, co jeszcze chce powiedzieć.

— Odkąd cię rozpoznałam, dręczy mnie pewne pytanie. Co robisz u boku kogoś takiego, jak on? — wypowiedziała ostatnie słowo z nieskrywaną odrazą.

— Jak to co? — Odchrząknął, po czym zaczął parodiować przesadnie pompatyczny styl mowy gościa. — Pomagam udręczonej duszy, oskarżanej o wiele czynów, których nigdy nie dokonała.

— Diabeł otępił twój umysł! — Paladynka tupnęła nogą. — Nie widzisz zła, które toczy umysł Upadłego!

— Po pierwsze, to nie Upadły, tylko Szczewo. — Mnich mrugnął oczyma, jakby uświadomił sobie oczywistą rzecz, która do tej pory uchodziła jego uwadze. Potem wziął gryz mięsa i dokończył wypowiedź. — Po dlugie, jesli Diabeł kogos otempil, to cebe.

— Nie ja usługuję pomiotowi Diabła, który usiłował mnie zamordować! I nie jedzże, jak gadasz, nie idzie cię zrozumieć!

Mnich posłusznie przełknął kawałek barana.

— Kobieto, nie mam pojęcia, o czym mówisz. Jaka próba mordu?

— Jak to jaka? — odparła wzburzona Torna, po czym zaczęła opowieść.

 

Czarnowłosy mężczyzna wypadł gniewnie z sali modlitewnej, ignorując krzyki arcybiskupa.

— Jeżeli nie przyznasz się przed samym sobą, że ciężko zgrzeszyłaś, to nie będzie już dla ciebie żadnej nadziei! Ukorz się przed Bogiem i okaż skruchę, póki jest jeszcze dla ciebie nadzieja!

— Zamilcz, starcze! Masz wynieść się z mojego zamku, ale to już!

— Jak śmiesz przemawiać w ten sposób do duchownego! — Z energią godną młodzika, a nie zgrzybiałego starca, arcybiskup w mgnieniu oka dogonił chłopaka i położył dłoń na jego ramieniu. — Wybaczam ci ten grzech tylko przez wzgląd na to, że widzę żarzącą się iskrę wiary w głębi twojej duszy.

Nagle dało się słyszeć plaśnięcie, a duchowny zwalił się ciężko na podłogę. Szczewo oddychając ciężko i urywanie, rozcierał dłoń.

— Nigdy więcej mnie nie dotykaj, śmieciu — powiedział chłodno.

 

Służba szeptała między sobą, nie ośmieliła się stanąć na drodze przyszłego władcy. Jedynie Nezar tego dokonał, usiłując uspokoić rozgniewanego szlachcica. Wszedł między mężczyzn i rzekł ganiącym tonem.

— Szczewo, panie mój, musisz się opanować! Podnoszenie ręki na sługę bożego to grzech śmiertelny. Nikt, a zwłaszcza syn władcy, nie może takich popełniać!

— Bo co się stanie? Świat stanie na głowie, miasta staną w płomieniach? A może z piekieł zstąpią demony, które wybiją w pień naszych poddanych? — odparł opryskliwie książę, lecz na dźwięk słów „grzech śmiertelny”, opanował się nieco. Odwrócił się gwałtownie, po czym jakby targany gorączką zawołał. — Skoro gadasz o grzechu, to i ja to zrobię. Można go dzielić na wiele sposobów. Przytoczę wam jeden. Są takie grzechy, które wyrosły w nas tylko i wyłącznie z naszej winy. Mordy, oszustwa, zdrady, kłamstwa, chciwość, oto one. Wszelkie usprawiedliwienia tych, którzy się ich dopuścili, to jedynie łgarstwa i wymówki. Należy je tępić wszelkimi środkami, które same nie są grzechem. Tu się chyba ze mną zgodzicie?

— Sercem, rozumem i duszą — szepnął Nezar, wykonując w powietrzu znak krzyża.

— Tak głosił syn boży, kiedy stąpał między nami — rzekł arcybiskup, po czym zamierzał wygłosić przepełnioną wiarą przemowę o tym, jak grzech zdeprawował doskonałość człowieka i skazał go na wygnanie z raju, a tym samym życie w wiecznej nędzy. Jednak książę nie pozwolił mu na to, kontynuując swój wywód.

— Drugi rodzaj grzechu to ten, który wyrósł na gruncie okoliczności i poczynań innych. Zabicie kogoś w obronie wiary bądź cudzego życia, więzienie kogoś w imię prawa i tym podobne. Są słuszne, a przynajmniej dopuszczalne.

— O ile chcesz coś takiego nazwać grzechem, to tak, synu. Masz pełną rację — odpowiedział spokojnie Nezar.

— Mniejsze zło zawsze jest grzechem, z którego należy się wyspowiadać! — wykrzyknął w stanie religijnego poruszenia arcybiskup. — I o ile można spierać się w kwestii tego, czy jest dopuszczalne, o tyle nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że jest słuszne! Jedynie grzesznicy mówią takie rzeczy, książę. Powinien się pan poddać oczyszczeniu…

— Zamilcz! — rzekł krótko Szczewo. — Teraz to ja mówię, arcybiskupie. Ostatnim rodzajem grzechu jest taki, którego nie można uniknąć. Grzech taki jest narzucony nam przez Boga i nikt nie może być za niego sądzony! — zawołał, a jego twarz poczerwieniała pod wpływem pasji wkładanej w wygłaszaną herezję.

— Szczewo, dziecko drogie, chyba toczy cię choroba! Bóg nie narzuca nikomu żadnego grzechu! Jest wielkim sędzią, a nie tyranem!

— Ten okrutnik na górze… — Książę wskazał dłonią sufit — …jest tyranem! Nikt o zdrowych zmysłach temu nie zaprzeczy, głupcy! Mogę przytoczyć tysiące argumentów popierających tę teorię!

— Bluźnierco! — zawołał wzburzony arcybiskup. — Zważaj na swoje słowa, póki masz jeszcze szanse na odkupienie! Za takie herezje trafisz do piekła!

— Piekło? — prychnął książę. — Straszysz mnie tą wyssaną z palca bajeczką dla dzieci, starcze? Powinieneś przejrzeć na oczy, bo światłość twojego Boga chyba cię oślepiła.

— Jak śmiesz… — zawołali duchowni.

Arcybiskup był tak wzburzony, że aż pękła mu żyłka w oku, a Neraz zaczął żarliwie modlić się o duszę Szczewa. Ten jednak nie miał zamiaru brać sobie do serca tych reakcji. Wziął kilka głębokich oddechów, po czym rzekł już nieco spokojniej.

— Nasz kraj przez długi czas niemal jednomyślnie wierzył w jednego Boga. Wychwalaliśmy go jako surowego, lecz sprawiedliwego sędzię, który opiekuje się zagubionymi barankami ze swej trzody. A tymczasem zakładał nam klapki na oczy, których wy, głupcy, nie zamierzacie zdejmować! — zamilkł na chwilę, po czym zaczął krążyć po pomieszczeniu. — Zdarłem te klapki z mych oczu i oczekiwałem po was tego samego, jednak to był błąd. Nie powinienem oczekiwać po wszystkich intelektu godnego przyszłego króla, lecz nie macie czego się lękać. — Władczym gestem uciszył protesty rozmówców. — Zedrę je i z waszych oczu, a mówiąc waszych, nie mam na myśli waszej dwójki, ani nawet nie warstwy duchownej. Mówiąc wy, mam na myśli cały świat!

— Jak niby zamierzasz tego dokonać, bluźnierco? — wykrzyknął poruszony arcybiskup.

— Jest prosta metoda. Rzucić na kolana każdego, kto przeciwstawi się mojej krucjacie! I zacznę od was, jeśli zajdzie taka potrzeba! Więc jak, czy jesteście gotowi odrzucić kłamstwa wiary i otworzyć umysły na prawdę?

— Postradałeś zmysły, mój panie! — rzekł Nezar po skończeniu modłów. — Błagam cię, książę, odwołaj te herezje, póki jest jeszcze na to szansa!

— A więc będziesz tym, który padnie na kolana! — mówiąc to, Szczewo dobył nóż i ugodził mnicha w pierś.

 

— A potem Upadły uciekł z zamku. Kiedy król umarł, arcybiskup został zmuszony do przejęcia władzy nas państwem, co wykorzystał w celu pokonania zła, która za sprawą byłego dziedzica skaziło nasz kraj. Nie możesz zaprzeczyć temu, że spalił tysiące wsi, wyrżnął i zgwałcił miliony dziewic, a najgorsze z tego wszystkiego jest to, że zawarł pakt z samym Diabłem, aby tego dokonać!

— Każdy z tych zarzutów śmieszy mnie i przeraża jednocześnie — odparł zadumany mnich. — Powinienem przerwać ci twoją opowiastkę już na samym początku, ale chciałem wiedzieć, co teraz mówią o księciu.

— Heretyk nie zasługuje na miano księcia — odparła twardo Torna.

— Szczewo nie jest heretykiem, moje dziecko. Chodź za mną, a pokażę ci dowody.

Przemierzali mroczne korytarze, zbliżając się do biblioteki. Przerdzewiałe oraz rozpadające się zbroje z nieruchomą rozpaczą oglądały upadek tego miejsca, a przymknięte okiennice wystraszyłyby niejedno słabe serce swoim ponurym skrzypieniem.

Kiedy znaleźli się już na miejscu, Nezar zaczął przeszukiwać pokryte grubą warstwą kurzy zwoje.

— O, mam! Tuszę, że zaufasz pieczęci nadwornego sędziego na tyle, aby potwierdzone nią dokumenty niosły w twoich oczach najczystszą prawdę.

— Masz rację… — powiedziała niepewnie. — Nadworny sędzia nie może kłamać. Jeśli kiedykolwiek dopuściłby się tak haniebnego czynu, Bóg zesłałby z nieba święty piorun, który uśmierciłby tego grzesznika w celu oczyszczenia dobrego imienia jego cechu…

— No dobrze już dobrze, nie ma powodu do cytowania świętych ksiąg. Mnie tam starcza twoja wiara, a nie to, czym jest podparta. Spójrz, co tu jest napisane — Wcisnął dokument do jej dłoni.

— Co to jest?

— Zeznania świadków.

 

Sala modlitewna była po brzegi wypełniona ludźmi. Z wyjątkiem Szczewo, każdy z nich był wysoko postawionym duchownym, uprawnionym nawet do ignorowania części rozkazów księcia. Mimo to przez narastającą agresję ze strony arcybiskupa rozważali modlitwę w innym miejscu.

— Brak mi słów! Królestwo trwa od setek tysięcy lat dzięki naszemu Bogu, a ty plujesz mu w twarz swoim grzechem! Zdajesz sobie sprawę z tego, że przez twoją słabość wszyscy możemy zginąć?

— Nie popadajmy w przesadę, panie. Szczewo nigdy nie zrobiłby niczego, co mogłoby nam zaszkodzić — rzekł spokojnie Nezar. — Nie mówiąc o tym, że co może zrobić taki uczynek?

— Uczynek? Uczynek?! — zakrzyknął arcybiskup, po czym wskazał na księcia. — Wynaturzenia, jakiego się dopuścił, nie można nazwać uczynkiem!

— Nie dokonałem żadnego wynaturzenia, arcybiskupie — ton jego głosu przypominał lawę okrzepłą z zewnątrz, lecz ciągle gorącą wewnątrz.

— Jak to nie? Mógłbym zrozumieć kobietę, jednak to był stajenny!

— I co z tego? — spytał obojętnie Nezar. — W siódmym tomie świętej księgi napisano, że każdy rodzaj miłości jest błogosławiony, z wyjątkiem erotycznego pociągu do krewnych i dzieci.

— I ty bluźnisz, Nezarze? Dałeś opętać się Diabłu i zamknąłeś oczy na oczywiste rzeczy! Gdyby Bóg nie chciał, aby mężczyźni kochali się tylko i wyłącznie w kobietach, to czy sprawiałby, że tylko tak osiągniemy potomstwo?! Oczywiście, że nie! Dlatego to, czego się dopuścił, jest grzechem!

— Arcybiskupie, to unoszenie się gniewem w sali modlitewnej jest grzechem — rzekł stanowczo mnich.

— Nezarze, nie warto tracić czasu na kogoś, kto nie zamierza zmieniać poglądów. — Książę obrócił się na pięcie, po czym ruszył ku wyjściu. — Uważam dyskusję za zakończoną, żegnam. Oby następne spotkanie przebiegło w milszej atmosferze.

— Stanowczo ci tego zakazuję! — zakrzyknął arcybiskup.

— Z całym szacunkiem, ale w tym gronie ja mam wyłączne prawo do wydawania nakazów i zakazów — odparł Szczewo, otwierając drzwi.

— Jeżeli nie przyznasz się przed sobą, że ciężko zgrzeszyłaś, to nie będzie już dla ciebie żadnej nadziei! Ukorz się przed Bogiem i okaż skruchę, póki jest jeszcze dla ciebie nadzieja! — Z energią godną młodzika, a nie zgrzybiałego starca, arcybiskup w mgnieniu oka dogonił chłopaka i położył dłoń na jego ramieniu. — Jednak wybaczam ci ten grzech, gdyż widzę, że w głębi twojej duszy żarzy się jeszcze iskra wiary.

Chłopak stanowczym ruchem strącił dłoń starca, po czym odsunął się nieco. Łatwo dało się dostrzec jego poruszenie, jednak panował nad sobą.

— Nie śmiem ci grozić, lecz dotykanie kogoś z immunitetem to dość duże ryzyko. Nie zamierzam wykorzystać prawa na moją korzyść, lecz służba jest gadatliwa, a mój ojciec najpierw każe, a potem sądzi.

— Dopuszczasz się pogróżek? — zapytał zirytowany kapłan, lecz niepewnie rozglądając się dookoła, przyznał w duchu rację rozmówcy. Wyprostował się, chcąc odzyskać utracony autorytet.

Mimo to służba dalej szeptała między sobą, nie mając najmniejszego zamiaru wycofać się z pomieszczenia. Jedynie Nezar stał w miarę spokojnie, usiłując uspokoić gapiów przemową przerywaną co chwila na kęs mięsiwa, jakie niósł jeden z lokajów.

— Szczewo, masz się opanować! Natychmiast! Podnoszenie ręki na sługę bożego to grzech śmiertelny! Nikt, a zwłaszcza syn władcy, nie może takich popełniać! Naprawdę muszę tłumaczyć ci takie rzeczy?

— Gdzie w moim zachowaniu dostrzegasz grzech? — odparł beznamiętnie książę, jednak tłumione do tej pory emocje powoli zaczęły wybuchać. Zaczął mówić coraz szybciej i głośniej, a jego gestykulacja nabierała gwałtowności. — Grzech można dzielić na wiele sposobów. Przytoczę wam jeden z mych prywatnych podziałów. — Odwrócił się w stronę tłumu, a szepty natychmiast ucichły. Wszyscy wpatrywali się w monarchę z mieszaniną uwagi, ciekawości oraz czci. — Są grzechy, które wyrastają wyłącznie z naszej winy. Mordy, oszustwa, zdrady, kłamstwa, chciwość, oto one. Należy je tępić wszelkimi środkami, które same nie są grzechem. Tu się chyba ze mną zgodzicie?

— Sercem, rozumem i duszą — szepnął Nezar, wykonując w powietrzu znak krzyża.

— Tak głosił syn boży, kiedy stąpał między nami — rzekł arcybiskup, po czym zamierzał wygłosić przepełnioną wiarą przemowę o tym, jak grzech zdeprawował doskonałość człowieka i skazał go na wygnanie z raju, a tym samym życie w wiecznej nędzy. Jednak książę nie pozwolił mu na to, kontynuując swój wywód.

— Drugi rodzaj grzechu to ten, który wyrósł na gruncie okoliczności i poczynań innych. Zabicie kogoś w obronie wiary bądź innego życia, więzienie kogoś w imię prawa i tym podobne. Są słuszne, a przynajmniej dopuszczalne, o ile zło, którego uniknęliśmy, jest większe niż zło, które poczyniliśmy. Czyż nie?

— O ile chcesz coś takiego nazwać grzechem, to tak, synu. Masz pełną rację — odpowiedział spokojnie Nezar.

— Mniejsze zło zawsze jest grzechem, z którego należy się wyspowiadać! — wykrzyknął w stanie religijnego poruszenia arcybiskup. — I o ile można spierać się w kwestii tego, że jest dopuszczalne, o tyle nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że jest słuszne! Jedynie grzesznicy mówią takie rzeczy, książę. Powinieneś się poddać oczyszczeniu…

— Z całym szacunkiem, arcybiskupie, ale teraz ja przemawiam. Wszelkie obiekcje proszę zgłaszać, kiedy już skończę, dobrze? W każdym razie ostatnim rodzajem grzechu jest taki, którego nie można uniknąć. Grzech taki jest narzucony nam przez Boga i nikt nie może być za niego sądzony! — zawołał, a jego twarz poczerwieniała pod wpływem pasji wkładanej w przemówienie.

— Szczewo, chyba toczy cię choroba! Bóg nie narzuca nikomu żadnego grzechu! Jest wielkim sędzią, a nie tyranem! — zakrzyknął przerażony zwierzchnik kościoła.

— Nigdy czegoś takiego nie mówiłem. Nasz sędzia na górze… — Książę wskazał dłonią sufit — …czasem nasyła na nas próby! Sprawia, że grzeszymy bez naszej woli, lecz służy to nie sianiu tyranii, a sprawdzeniu jak silna jest nasza wiara! Padniemy na kolana i zanurzymy się w odmęty zła czy powiemy nie i wytrwamy przy świetle? Oto jest pytanie! — Książę przerwał na moment, aby uspokoić oddech. — Przepraszam bardzo za moje uniesienie — rzekł, uspokoiwszy się nieco. — Mam jednak nadzieję, że dotarł do was sens moich słów. Tymczasem w dysputę z panem, arcybiskupie, chętnie wdam się następnego ranka, kiedy emocje nieco opadną. Tymczasem życzę miłego dnia.

 

— I co o tym sądzisz, dziecko? — powiedział Nezar.

— Nie wiem… — mruknęła paladynka. — …czuć tu nieco propagandą, zwłaszcza przy postaci księcia.

— A twoja wersja nie wydawała się przerysowana? Poza tym, czego można było spodziewać się po zeznaniach służby? Co prawda są karni i na pewno nie tuszowali faktów, lecz każdy z nich myślał o tym, jak podlizać się przyszłemu władcy.

— Jak na kogoś, kto chroni dobrego imienia Upadłego, zadziwiająco łatwo podważasz wiarygodność świadków głoszących te same idee co ty.

— Jest różnica między obroną idei a fanatyzmem. Udawanie, że niczego temu dokumentowi zarzucić nie można, byłoby fanatyzmem.

— Może i masz rację… — rzekła niepewnie. — Jednak co powiesz na tysiące wsi, które spalił? — zawołała, wracając do podniosłego tonu.

— Czy w klasztorach uczono was, że patetyczne przemowy nadadzą waszym słowom charakter dogmatu? I te słowa mogę obalić czystą matematyką. Książę opuścił pałac ledwie rok temu i podlega mu zaledwie gwardia królewska. Są to ludzie bitni i dzielni, ale jakim cudem setka ludzi mogłaby dokonać takiego terroru?

Torna otworzyła usta pragnąć coś powiedzieć, ale nic mądrego nie przychodziło jej do głowy. W końcu spuściła wzrok i powiedziała nieco zmieszana:

— Zgoda, na pewno nie było ich aż tyle, jednak co powiesz na spalenie Wilczego Szańca? Znaleziono wiele dowodów na jego udział w tej sprawie.

 

Żołnierze przez szpary w prowizorycznej barykadzie obserwowali zbierającą się na horyzoncie armię Upadłego. Zgromadzeni w niej degeneraci wprost rwali się do rzezi. Jedynym powodem, dla którego jeszcze nie rzucili się do walki, była poniżająca propozycja ich opętanego dowódcy. Albo Wilczy Szaniec i wszyscy jego mieszkańcy bezwarunkowo dołączą do sił Upadłego, albo zostaną wybici do nogi. Lojalność wobec prawowitego władcy, jakim po śmierci króla stał się arcybiskup, nie pozwoliła im na wybór pierwszej opcji.

Ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że oznacza to dla nich pewną śmierć, dlatego wszczęto protesty. Te jednak ucichły samoistnie, gdyż wieśniacy uświadomili sobie, że tyrania, jakiej doświadczą pod butem Upadłego, będzie miliony razy gorsza niż śmierć. Mimo to bali się, urządzali żałobne msze oraz pościli, błagając Boga o łaskę, bądź przynajmniej litościwą, szybką śmierć. Bez gwałtów, bez opłakiwania krewnych zarzynanych jak bydło, bez widoku trawionych przez ogień domów zbudowanych przez ich pradziadów.

— Jak myślisz, ile będzie trwała bitwa? — spytał ponuro wyższy z wartowników na szczycie najbardziej oddalonej na wschód wieży obserwacyjnej.

Tak jak reszta obrońców nosili ciężkie kolczugi, okryte skórą. Całość nadgryziona zębem czasu nie miała szans uchronić wątłego ciała przed żadną bronią, a zwłaszcza tą należącą do armii Upadłego.

Okrutnik wyposażał swoich ludzi we wszystko, co ludzie przez minione wieki uznawali za zbyt barbarzyńskie, aby tym walczyć. Kusze, trucizny, falowane miecze z heretyckich kuźni znajdujące się na wyposażeniu jego wojsk oraz litry wrzącego oleju i smoły na murach jego miasta boleśnie to potwierdzały. A wszystko to w imię chciwości i żądzy władzy. A ci, którzy usiłowali się sprzeciwić, ginęli jeden po drugim.

— Nie wiem. Tydzień może dwa, o ile będziemy mieli szczęście.

— Dowództwo nie powinno rozważyć poddania się? Walka i tak jest stracona.

— Może i powinno, ale co z naszym honorem? — odpowiedział bez okazywania emocji wojak. — Jak podczas Sądu Ostatecznego oceni nas Bóg?

— Nie wiem, ale chyba nie będzie to bardzo surowy osąd. Kiedy nie ma się szans, to ratuje się życie i ewentualnie walczy później.

— A co powiesz im? — Niższy obrócił się na pięcie i zamaszystym ruchem ręki wskazał na kolumnę wieśniaków, usiłujących przedostać się do pobliskiego miasta. — Że nie mogliśmy ich obronić, bo za bardzo się staraliśmy? A może dlatego, że to nie miało sensu?

— Powiemy im — silnie zaakcentował pierwsze słowo — że może i przegraliśmy tę bitwę, ale zwyciężymy wojnę! W końcu od czego wymyślono partyzantkę?

— Nie bądź głupi, Carney. Pamiętasz, ile czasu zajęło partyzantce wyzwolenie się spod jarzma północnego imperium? Ponad sto dwadzieścia lat, jak zamierzasz im wytłumaczyć, że przy odrobinie szczęścia nasze dopiero praprawnuki zaznają wolności? — rzekł z wyrzutem dowódca. — Są sytuacje bez dobrego wyjścia, a nasza jest jedną z takich. Dlatego zawrzyj japę i rób swoje.

— Wszyscy zginiemy… — Westchnął ciężko. — To nie ma sensu.

Chciał zejść schodami z powrotem na mury, lecz powstrzymał go głos rozmówcy.

— Przecież wiesz, że nikt cię tu siłą nie trzyma. Jeśli chcesz, możesz uciec, ale teraz, kiedy wieśniacy są już w drodze, będziesz szedł sam. Jak się na to zdecydujesz, to powodzenia. Tylko jak cię złapią, to staraj się nie sypnąć zbyt wiele.

 

— Ten wartownik faktycznie spróbował ucieczki z miasta i udało mu się. Jak się potem okazało, był wioskowym skrybą, postanowił więc spisać wszystko, co zobaczył. A zobaczył, że Upadły zaatakował wioskę w czasie zawieszenia broni, mordując każdego po drodze. Nie wyłączając kobiet i dzieci! — Zaakcentowała to zdanie zamaszystym ruchem ręki. — Wszystko po to, aby zdobyć trochę ziemi! Ku uciesze świata, czasy jego militarnej potęgi przepadły lata temu.

— Nie przeczę temu, że twoja historia dobrze trzyma się opisanych w kronice Carneya faktów.

— Więc przyznajesz mi rację? — odparła uradowana paladynka.

— Tego nie mogę zrobić. Widzisz, tak się składa, że mam oryginał tego dokumentu. — Nezar kilkoma krokami przemierzył odległość dzielącą go od starego, zakurzonego kredensu. — O, tu jest. Powiedz mi, co sądzisz o tych literach?

— Są porządne, równe, a Carney rzadko popełniał pomyłki, więc nie ma tu zbyt wielu przekreśleń. Porządna robota skryby, to nic odkrywczego.

— Na pewno? Spójrz na to pod innym kątem. Carney opisał tu wiele rzeczy, których nie przytoczyłaś w swojej historii. Jak na przykład opis jego ucieczki. Były zbędne, więc ci tego nie zarzucam. W sumie wyszło mu kilkanaście zapisanych kartek. Jakim cudem zapisał je tak starannie w ciągu tygodnia, podczas którego umykał napastnikom? I to przez lasy, strumienie, ciernie. To niemożliwy wyczyn!

— Nadinterpretujesz — powiedziała twardo Torna. — To pewnie przepisany tekst, a po drodze tworzył jedynie szkic.

— Skąd w takim razie ślady ziemi oraz trudów podróży? Są za stare, aby powstały podczas transportu do tego zamku.

Zapadła dłuższa chwila milczenia, którego ciężar potęgowały tańczące po ścianach cienie. W końcu Nezar widząc, że kobieta pod wpływem szoku nie mogła wypowiedzieć nawet słowa, wyciągnął inny dokument.

— Ten oryginał, który ci pokazałem, jest spisany na papierze stworzonym kilka miesięcy po tamtym oblężeniu. To opisuje faktyczne wydarzenia — wyciągnął zza pleców inny plik kartek.

 

Żołnierze na prowizorycznej wierzy obserwowali rozstawione na horyzoncie oddziały Szczewo. Zgromadzeni żołnierze pragnęli walki w imię Boga oraz sprawiedliwości. Jednym z powodów, dla których jeszcze tego nie zrobili, była chęć dania obrońcom ostatniej szansy. Albo Wilczy Szaniec i jego obrońcy bezwarunkowo złożą broń, albo osada padnie, a mieszkańcy zostaną postawieni przed obliczem prawa. Na wszelkie hasła głoszące, że to Szczewo, a nie arcybiskup, powinien zasiąść na tronie po śmierci króla, wysyłano jedną odpowiedź. Listę niegodziwości, jakich dopuścili się rebelianci.

Ci zdawali sobie sprawę z tego, że jedynym wyrokiem, jakiego powinni się spodziewać to śmierć, dlatego zdecydowano się bronić za wszelką cenę. Oczywiście bali się, urządzali żałobne msze oraz pościli, błagając Boga o łaskę, bądź przynajmniej litościwą, szybką śmierć. Jednak nawet Bóg nie miał dość mocy, aby odwieść Szczewo od zamiaru dokonania czegoś, co w jego oczach było okrutne, acz sprawiedliwe.

— Jak myślisz, ile będzie trwała bitwa? — spytał ponuro wyższy z wartowników na szczycie wieży.

Tak jak reszta obrońców, nosił ciężką kolczugę, okrytą skórą. Całość nadgryziona zębem czasu nie miała szans uchronić wątłego ciała przed żadną bronią, a zwłaszcza tą należącą do armii Szczewo.

Niedoszły dziedzic czasem wyposażał swoich ludzi w zakazane przed wiekami bronie, uznając, że ważniejsza od prawa jest skuteczność w niesieniu sprawiedliwości. Kusze, trucizny, falowane miecze z heretyckich kuźni znajdujące się na wyposażeniu jego wojsk oraz litry wrzącego oleju i smoły na murach jego miasta boleśnie to potwierdzały, będąc ciemną plamą na jego imieniu.

— Pojęcia nie mam. Przy odrobinie szczęścia tydzień lub dwa.

— Dowództwo nie powinno rozważyć poddania się? Przecież walka i tak jest stracona.

— Może i powinno, ale książę i tak postawi nas przed sądem — odpowiedział bez okazywania emocji wojak. Taki już jest Szczewo.

— To chyba nie będzie bardzo surowy osąd, jeżeli złożymy broń. Poza tym z aresztu można uciec, a z oblężonego miasta już nie.

— A co powiesz im? — Niższy obrócił się na pięcie i zamaszystym ruchem ręki wskazał na kolumnę uciekinierów, usiłujących przedostać się do pobliskiego miasta, po czym rzekł z wyrzutem. — Że nie mogliśmy ich obronić, bo za bardzo się baliśmy? A może, że zrobiliśmy to w imię sprawiedliwości?

— Powiemy im — silnie zaakcentował pierwsze słowo — że może i przegraliśmy tę bitwę, ale zwyciężymy wojnę!

— Nie bądź głupi, Carney. Spytaj o to kogo chcesz, każdy powie ci, że to już koniec — rzekł z wyrzutem dowódca. — Są sytuacje bez dobrego wyjścia, a ta jest jedną z takich. Dlatego zawrzyj japę i rób, co masz robić.

— Wszyscy zginiemy… — Westchnął ciężko wartownik. — To nie ma sensu.

Chciał zejść schodami z powrotem na mury, lecz powstrzymał go głos rozmówcy.

— Nikt cię tu siłą nie trzyma. Jak chcesz, to uciekaj, bylebyś nas nie sypnął, kiedy cię złapią.

 

— Reszta też uległa zakłamaniu. Carneyowi może i udało się zbiec z Wilczego Szańca, jednak złapano go w mieście. Postawiony przed sądem miał to szczęście, że sam arcybiskup zdecydował się go przesłuchać. Dziwnym zbiegiem okoliczności uniewinniono go, a kilka tygodni po tym fakcie nasz wioskowy skryba udostępnił swoje kroniki najdroższej drukarni w stolicy, a za część zysków ze sprzedaży zarobił krocie.

— A… a dowody? — odparła Torna, lecz w jej głosie nie czuć już było dawnej pewności siebie.

— A na co mi dalsze dowody? Zamiast parunastu stron bezbłędnego pisma na nieskazitelnych kartkach mamy kilka stronic zmiętego szkicu, a wiek kartek się zgadza. Poza tym podboje wszystkiego dla samej chęci posiadania oraz palenia wszystkiego za sobą może i brzmią strasznie oraz epicko, lecz jak myślisz, jak długo mogłyby być prowadzone? Armia potrzebuje jedzenia, wyposażenia i wielu innych rzeczy, o których czasem nawet byś nie pomyślała. Skąd to wziąć, gdy twoje ziemie są wielkim zbiorowiskiem zgliszczy i popiołów?

— Nie… nie wiem…

— No właśnie. Nie wiesz. Masz jeszcze jakąś historyjkę w zanadrzu?

— Niby tak, ale… A zresztą… — Nagle kobieta odzyskała dawną werwę. — …może i Upadły nie jest aż tak zły, jak mówią, lecz nie to, że wszystkie krążące o nim plotki nie mają pokrycia w prawdzie, nie jest możliwe!

— Bo tak nie jest, a szkoda — szepnął duchowny. — Szczewo dokonał wielu złych rzeczy, czasem w imię wyższych celów, czasem, aby wyładować frustracje, a czasem po to, by uciszyć tych, którzy rzucali w jego stronę wyjątkowo ciężkie obelgi. Pomimo szczerszych chęci nie mogę nazwać go dobrym człowiekiem, jednak nie zasłużył na aż tak wielką nienawiść. Płaczesz? — spytał zdumiony.

— Pewnie, że płaczę! — wykrzyknęła w przypływie gniewu wojowniczka. — Przez całe życie byłam szkolona do tego, by zwalczać zło i kłamstwo, a teraz okazuje się, że sama im służyłam! Całe moje życie legło w gruzach z powodu jednej misji! Co mam teraz zrobić?

— Przede wszystkim skończyć rozpaczać. Życie już takie jest, zaczyna się pięknie, ale kończy jak najgorszy koszmar. Pozostaje nam tylko żyć z tym i starać się naprawiać błędy z przeszłości. Ty możesz łatwo tego dokonać, zostając tutaj bądź wracając i głosząc prawdę. Decyzja jest twoja.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • KarolaKorman 01.04.2016
    Tekst daje do myślenia. Dobrze się czytało :) 5 :)
  • Chomik nr.7 01.04.2016
    Dziękuję bardzo. :) Miał skłaniać, więc cieszę się, że kogoś skłonił. :D
  • elenawest 01.04.2016
    Niezły tekst, chociaż niekoniecznie lubię treść religijną, to czytało się dość przyjemnie :-D zostawiam 4, bo trochę błędów było, ale nie błdę ci ich wypisywać, bo Trybunał zrobi to duuuużo lepiej ;-)
  • Chomik nr.7 01.04.2016
    Cieszę się, że się podobało. :D Błędy... Tyle żem skracał tę historię, że nie miałem czasu, by porządnie ich poszukać. :/
  • elenawest 01.04.2016
    Chomik nr.7 no rozumiem :-P
  • alfonsyna 01.04.2016
    A mnie się podoba, że osnułeś to wokół kwestii religijnych właśnie, chociaż nie jest to łatwe zadanie. Jakoś przeczytanie tego tekstu zajęło mi więcej czasu, niż innych na tę bitwę, ale może dlatego, że treść wymaga po prostu większego skupienia. Konieczność przewartościowania właściwie całego swojego życia, jak przytrafiło się to głównej bohaterce, nigdy łatwa nie jest i faktycznie daje do myślenia. Masz za to podejście 5 i życzę powodzenia :)
  • Chomik nr.7 01.04.2016
    Dziękuję za przeczytanie, życzenia i ocenę. :) I też życzę powodzenia. :D
  • Chomik nr.7 01.04.2016
    A i co się tyczy religii, nie mogłem się powstrzymać od hejtu skierowanego w czyjąś personę, a potrzebowałem dobrej otoczki, by zamieścić tu jej satyrę...
  • Łowczyni 03.04.2016
    Bardzo ciekawy tekst. Barwne opisy, za co należy się 5. :)
    Pozdrawiam :)
  • Chomik nr.7 04.04.2016
    Dziękuję. :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania