8. Błysk i Grzmot - Część I - GRUZ // Rozdział V

Następne tygodnie minęły mi bez większych rewelacji. Rano pobudka, prysznic, praca do godziny 19 z przerwą po drugim śniadaniu i obiedzie, potem pogaduchy z Paulą i sen. Nie powiedziałam jej o dziwnym spotkaniu na podwórzu. Nie wiem czemu ale bałam się, że powie o tym strażnikom. Słowa Adama odebrałaby na pewno jako oczywisty atak i podburzanie. Wbrew pozorom jeśli chodzi o takie kwestie bywała niesamowicie wyczulona. Zapewne poszłaby od razu do stróżówki i bez żadnego wyjaśnienia zapytałaby czy wszyscy zostali objęci opieką. Strażnicy oczywiście by to potwierdzili, ale mogłyby się narodzić niewygodne pytania skąd wzięła pomysł, że miałoby być inaczej. I po nitce do kłębka dotarliby do mnie. Nie, stanowczo wolałam tego uniknąć.

 

Spotkanie z Adamem odmieniło jednak moje postrzeganie. Od tamtego czasu miałam wyostrzone zmysły i baczniej obserwowałam strażników. Można było powiedzieć, że nieznajomy zasiał we mnie ziarenko niepewności. Nie pokusiłam się jednak na to by szukać na hali wcześniejszych bezdomnych. Głupio by mi było wypytywać ludzi czy być może nie mieli wcześniej dachu nad głową. Jak by to wyglądało?

 

Musiałam jednak przyznać, że ostatnie postanowienia władz mocno mnie zaniepokoiły. Od jakiegoś czasu w wiadomościach wciąż trąbili o tym, że wybudowano dużo bloków mieszkalnych dla rodzin. Mówiąc rodzin, mieli na myśli garstkę ocalałych małżeństw i małżeństw z dziećmi, niemniej głównie chodziło o nowo założone rodziny. Głosili, że jeśli jakaś para zdecyduje się na zawarcie ślubu – czy cywilnego czy kościelnego, zapewnią jej nie tylko mieszkanie i pracę ale też dodatkowe przywileje. Mianowicie jeśli w ciągu roku od ślubu urodzi im się dziecko, będą dostawać stałe wynagrodzenie oraz oczywistą podwyżkę pensji zasadniczej.

 

Nie muszę chyba mówić, że coraz więcej chłopców i dziewczyn zaczęło łapać się na ten haczyk i chciało otrzymać owe „złoto co się tak ładnie świeci". Sama idea była w porządku. Musieliśmy zwiększać populację, żeby kraj rósł w siłę. To byłam w stanie zrozumieć. Nie podobał mi się jednak pomysł namawiania do ślubów „bo się coś za to dostanie". Zawarcie związku małżeńskiego to przecież niezwykle ważna decyzja. Nie można od tak sobie jej podejmować.

 

Była niestety jeszcze jedna rzecz, o której się oficjalnie nie mówiło. Ponoć jeśli kobieta nie zajdzie w ciążę w okresie dwóch lat od ślubu, małżeństwo straci mieszkanie i wróci z powrotem do hal. Nikt tak jeszcze nie miał, ale jak głosiły plotki w umowie wynajmu była taka klauzula. Szczerze mówiąc napawało mnie to lekkim obrzydzeniem gdyż instytucja małżeństwa zaczynała być sprowadzana jedynie do reprodukcji. Naprawdę było w tym wszystkim coś podejrzanego.

 

Czasami jednak zastanawiałam się nad tym, czy uda mi się poznać kogoś kogo pokocham i będę z nim szczęśliwa. W hali było wielu przystojnych facetów, niemniej żaden nie zwrócił mojej uwagi. Dla mnie miłość i małżeństwo musiały być szczere. Trzeba było zachować wszystkie elementy. Od zauroczenia, przez zakochanie, szczere zaufanie i prawdziwą miłość, aż do utworzenia związku opartego na bezwarunkowym oddaniu drugiej osobie. Jeśli tego wszystkiego miało by nie być to po co w ogóle brać ślub?

 

Oczywiście związki mogły być zawierane z osobami z różnych hal, rzadko jednak wychodziłam na spacery poza piętnastkę, więc poznanie kogoś „spoza" było mało prawdopodobne. Oglądanie pozostałości po niektórych nieuprzątniętych jeszcze budynkach nie było też zbyt miłe więc jeśli już odważyłam się wyjść gdzieś bez Pauliny wracałam zawsze podminowana.

 

Dzisiaj jednak pogoda dopisywała zatem zdecydowałam się na samotną przechadzkę. Miałam wolny dzień ponieważ zebrało się więcej ochotników i powoli udawało się wprowadzać nam zmianowy czas pracy. Oznaczało to nieco niższe wynagrodzenie, ale więcej czasu wolnego. Posiłki hale wydawały za darmo dla wszystkich tam mieszkających niemniej coraz częściej słyszało się, że skoro mamy pensję możemy już sami opłacać sobie wyżywienie – to była taka kolejna forma usamodzielnienia. Może to i dobrze? Będziemy znali wartość swojej pracy i to, że trzeba się umieć samemu utrzymać.

 

Dzisiejszy spacer pokierowałam w stronę pobliskiego parku. Był tam uroczy staw, gdzie pływały małe kaczuszki. Po trzęsieniu ziemi park był nieco zrujnowany, ale wspólną pracą przywrócono mu dawną świetność. Lubiłam siadać na jednej z ławek naprzeciwko stawu i kruszyć ptakom czerstwe pieczywo. Zawsze jakieś zostawało i jeśli akurat bułki tartej było pod dostatkiem zabierałam trochę i tutaj wykorzystywałam. Dzisiaj jednak ławka, na której zwykle przesiadywałam była zajęta. Siedziała tam starsza Pani, na oko miała jakieś 70-80 lat. To była teraz rzadkość kogoś takiego spotkać więc nie mogąc się pohamować zapytałam:

 

- Czy mogłabym się do Pani przysiąść?

 

Kobieta uśmiechnęła się delikatnie i nie otwierając ust pokiwała głową na znak, że nie ma nic przeciwko. Nie wiedziałam czy będzie chciała rozmawiać więc sama jej nie zagadywałam, jedynie usiadłam obok i wyciągnęłam bułkę po czym zaczęłam rzucać ptakom pokruszone kawałeczki. Kątem oka widziałam, że staruszka na mnie patrzy jednak nie chcąc zakłócać jej spokoju dalej bez słowa rzucałam okruchy w stronę stawu. Kiedy bułka się skończyła rozsiadłam się wygodnie na ławce i z przymrużonymi oczyma łapałam promienie słońca. Był delikatny wiaterek i w powietrzu czuło się już zbliżającą jesień, zatem korzystałam ile się tylko dało z tych ostatnich letnich dni. Siedząc tak prawie zapomniałam o kobiecie obok mnie, jednak ta niespodziewanie się odezwała:

 

- Piękny dzień nieprawdaż? – miała lekko zachrypnięty głos, niemniej jego ton był przyjemny dla ucha.

 

- Piękny. To prawda – odpowiedziałam – Moja mama uwielbiała takie dni. Jeszcze nie jesień, a już nie lato. Wszystko nadal tak wspaniale pachnie i te kolory... Są cudowne.

 

- Tak – powiedziała – Kiedyś nie doceniałam takich chwil. Musiała zdarzyć się ta tragedia bym znowu zaczęła żyć. Wiesz Kochanieńka... -Czy mogę tak do Ciebie mówić?

 

- Tak, proszę się nie krępować – uśmiechnęłam się do niej – To bardzo miłe określenie.

 

- A więc Kochanieńka kiedyś nie cieszyło mnie piękno takich miejsc i dni. Przed trzęsieniem nie miałam domu. Mieszkałam w takich właśnie parkach. Tutaj zawsze można było gdzieś znaleźć kąt. Są tu krzewy, niektóre ławki mogą służyć za schronienie przed deszczem. To naprawdę cud, że teraz patrzę na to wszystko i wiem, że nie muszę się pod nimi chować.

 

- Dlaczego Pani mówi, że to cud? W Pani wypadku to może faktycznie szczęście w nieszczęściu, że władze dały Pani miejsce w halach po tragedii, ale przecież wszyscy je dostali – wiedziałam, że celowo skłaniałam ją do mówienia na ten temat. Wyczekiwałam odpowiedzi, która potwierdzi, że Adam kłamał, że miał szansę, ale z niej nie skorzystał. Chciałam tego potwierdzenia, pragnęłam by ta Pani powiedziała mi, że władze dzieliły i dawały po równo. Jednak w skrytości swej duszy obawiałam się, że mogło być inaczej.

 

- Ech, Kochanieńka nic nie jest tak proste jakby mogło się wydawać. Wiesz, nas bezdomnych nie traktowano nigdy tak samo jak tych, którzy mieli domy, ale je utracili. A czemu mówię, że to cud? Widzisz, ze względu na to, że podczas trzęsienia większość z nas nie była w budynkach po prostu nie miało co się na nas zawalić. To był właśnie pierwszy cud. Ale jest też drugi i trzeci. Drugi cud dla mnie to fakt, że strażnicy zechcieli mnie w ogóle zabrać do hal...

 

- A czemu mieliby nie chcieć? – przerwałam jej chociaż wiedziałam, że to niegrzeczne – Przecież mówili, że zabrali wszystkich. Tylko tych, którzy nie chcieli z nimi iść zostawili samych sobie. - To nie do końca prawda Kochanieńka. Nie mówi się tego na głos, ale niektórych nawet nie pytali o to czy chcą iść do hal, wręcz przeciwnie. Nikogo nie zapraszali. Przechodzili koło nas obojętnie. Dopiero jak ktoś sam ich zapytał, czy może z nimi pójść to mogli się zgodzić albo i nie.

 

- A czy słyszała Pani, żeby się kiedykolwiek nie zgodzili? – głos z przejęcia delikatnie mi się załamał – Czy komuś odmówili? - Ach, a bo to jednej osobie. Odmawiali, wyzywali, jednej kobiecie powiedzieli, że mogą zabrać jej dzieci, ale jej samej nie wezmą. Płakała i błagała o pozwolenie. Byli jednak nieugięci. Oddała więc im niemowlę, a starszą córeczkę zostawiła przy sobie, bo dziewczynka upierała się, że chce z nią zostać. Z tego co wiem obie umarły w pierwszej zimie. Dobrze, że chociaż niemowlęciem się zaopiekowali...

 

W moim gardle nagle wyrosła gula. Była wielka. Ogromna. Z chwili na chwilę robiło mi się coraz gorzej. Chciało mi się płakać, ale to nie był zwykły szloch. To było coś gorszego. Skowyt i wycie. Pomieszane razem. Bolało i paliło jednocześnie... Pojawił się bunt. Wzrastała złość. To o czym mówiła ta Pani było okropne, niewybaczalne. Jak coś takiego mogło przejść komuś płazem? To się po prostu nie mieściło w mojej głowie. Musiałam jednak dalej ciągnąć rozmowę. Za wiele mogłam się dzięki niej dowiedzieć.

 

- A Pani? Jak to się stało, że dostała się Pani do hal?

 

- Kochanieńka to była właśnie część drugiego cudu. Wiesz, ja przez ostatni czas na ulicy nie mieszkałam sama. Spotkałam pewnego młodzieńca, który zaproponował mi pomoc. On też był bezdomny,ale w porównaniu do innych młodych ludzi nie myślał tylko o sobie. Miał takie piękne zielone oczy... Mówię Ci Kochanieńka, niesamowite. Jak z obrazka. Powiedział mi, że przypominam mu jego zmarłą ciotkę. Pomagał mi zdobyć ubrania i jedzenie. Widzisz, w tym wieku przetrwać na ulicy jest naprawdę ciężko. Wyobraź więc sobie Kochanieńka, że w dzień trzęsienia noc była tak ciepła, że spaliśmy właśnie w tym parku pod gołym niebem. Nic się nam nie stało, uciekliśmy tylko przed jednym z upadającym dębów. Ten chłopak naprawdę miał rozum – kobieta uśmiechnęła się odsłaniając w znacznej części brak zębów, ale uśmiech ten był i tak niezwykle uroczy – gdy zobaczył co się święci znalazł gdzieś gałganek i mnie umył wodą z tego stawiku. Potem włamał się do ewakuowanego budynku i przyniósł mi pachnące świeżością ubrania. Ubrał mnie w nie i niezauważenie podprowadził do grupki osób oczekujących na wytyczne w sprawie przygotowanych noclegów. Hale powstawały w mgnieniu oka zatem po niecałej dobie byłam już ulokowana i spałam w przydzielonym łóżku.

 

- A on? Czy jego też przyjęli?

 

- Nie, on nie chciał ich pomocy. Zresztą myślę, że ona wcale nie była mu potrzebna. Powiedział, że nigdy im nie zaufa. Wiedział, jednak, że ja mogłabym nie przeżyć kolejnej zimy na ulicy, tak jak ta kobieta z córką. I pewnie miał rację.

 

- Wie Pani co? – starałam się umiejętnie dobierać słowa. Nie chciałam jej przecież spłoszyć – Nie rozumiem dlaczego wcześniej nikt o tym nam nie powiedział. Dlaczego wmawiają nam, że każdemu zanieśli pomoc, skoro jak Pani mówi było zupełnie inaczej. Przecież pewnie jest więcej takich osób jak Pani.

 

- Może i jest, ale pewnie wolą się nie odzywać bo znowu mogliby trafić na ulicę – kobieta na głos wypowiedziała to o czym inni baliby się nawet pomyśleć. Nie należała do osób strachliwych. Mój szacunek do niej wzrastał z minuty na minutę.

 

- Dlaczego więc zechciała mi Pani o tym opowiedzieć? - A to Kochanieńka jest właśnie trzeci cud. Mam 73 lata i ostatnie półtora roku przeżyłam jak królowa, jednak lekarz, który zajmuje się mną w mojej hali powiedział mi, że mam nieoperacyjnego raka wątroby i niestety nie dożyję do kolejnego lata...

 

- O mój Boże! – przerwałam i gorączkowo uścisnęłam jej dłoń – Tak strasznie mi przykro. Czy jest coś co mogłabym dla Pani zrobić? - Kochanieńka Ty już uczyniłaś dla mnie bardzo wiele... - Ale przecież ja nic dla Pani nie zrobiłam! – zaprotestowałam szybko. - Uwolniłaś mnie od tajemnicy, z którą nie chciałam umierać. Mam nadzieję, że w stosownej chwili będziesz potrafiła się podzielić nią z kimś, komu razem z Tobą uda się coś zmienić. I wspólnie będziecie dążyć do tego by jakoś zadośćuczynić niesprawiedliwości, jaka miała miejsce.

 

Kobieta zaczęła wstawać. Pomogłam jej się podnieść.

 

- I jeszcze jedno Kochanieńka. Nie mów, że nic nie zrobiłaś. Pewnie nawet nie wiesz, że mieszkamy w jednej hali. Może nie pamiętasz jak kiedyś poprosiłam Cię byś starła mi jabłuszko do mojej owsianki bo nie dałam rady go pogryźć. Zrobiłaś to Kochanieńka bez wahania – położyła swoją pomarszczoną dłoń na mojej - Jesteś bardzo ciepłą i wrażliwą osobą chociaż na co dzień gdy Cię widuję sprawiasz wrażenie skrytej i niedostępnej – spojrzała na mnie, a w jej oczach skrywał się uśmiech - Muszę Ci się przyznać, że tak dobrej owsianki nie jadłam od bardzo dawna. Podobną robiła moja świętej pamięci mamusia – zamyśliła się na chwilę zapewne przypominając sobie swoje dzieciństwo, po czym odparła - Cóż... idę już Kochanieńka, kości stare to i długo nie mogę siedzieć na niewygodnym.

 

- Może Panią odprowadzić? – zaoferowałam się.

 

- Nie kłopocz się Kochanieńka. Posiedź sobie i korzystaj z pogody. Dziękuję za miłą pogawędkę.

 

- To ja Pani dziękuję. Nawet Pani nie wie jak bardzo...

 

Miła Pani, której imienia nie poznałam ruszyła wolnym krokiem w kierunku naszej hali. Ja zostałam na swoim miejscu. Chociaż byłam twarda, nie mogłam już dłużej ukrywać emocji.

 

Po moich policzkach popłynęły długo wstrzymywane łzy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania