13. Błysk i Grzmot - Część I - GRUZ // Rozdział X

Spałam zaledwie dwie godziny. Byłam wyczerpana długimi rozmyślaniami o wszystkim tym, co zaszło poprzedniego wieczora. Wyglądałam więc jak osoba rzeczywiście chora. Wstałam około 10 rano, świadoma, że moje spóźnienie zostanie w pracy zauważone. Zrobiłam to celowo, ponieważ będąc chorą na pewno nie biegłabym ze zwolnieniem lekarskim punktualnie na godzinę rozpoczęcia pracy. Po obudzeniu wzięłam długi prysznic. Umyłam się najdokładniej jak umiałam. Udało mi się też zawinąć w ręcznik trochę przyborów toaletowych – tak na wszelki wypadek.

 

Następnie poszłam się spakować. Najpotrzebniejsze kosmetyki, ciepła bielizna, opatrunki, podarta koszulka, polarowy koc, kurtka zimowa, płaszcz przeciwdeszczowy i mapa. Wygodne i lekko ocieplane buty trekkingowe, które założyłam na stopy nie budziły podejrzeń bo na dworze bywało już chłodno. Ubrałam się w ciepłe spodnie dresowe i sportową bluzę - ciuchy, które nosiłam na co dzień. Może to nie za wiele, ale na początek powinno wystarczyć. Wszystkie rzeczy złożyłam w zgrabną kostkę i włożyłam na dno plecaka. Na moje szczęście każdego dnia musieliśmy do pracy brać mundurek. Wyczyściłam go dzień wcześniej, ale teraz celowo zabrudziłam po to by poprosić Paulinę o pomoc w jego wypraniu. Inaczej nie mogłabym wziąć ze sobą plecaka, bo przecież nie byłby mi potrzebny żeby wręczyć samo zwolnienie lekarskie.

 

Długo myślałam o Pauli. Zastanawiałam się czy powinnam jej powiedzieć o ucieczce. Stwierdziłam jednak, że skoro ona nie powiedziała mi o zmuszeniu do ślubu, to zapewne chciała mnie chronić. Powiedzenie jej o tym, co zamierzam zrobić ściągnęłoby na nią kłopoty. Musiałam więc milczeć jak grób w nadziei, że domyśli się czemu to zrobiłam i dlaczego jej nie uprzedziłam.

 

Około dwunastej byłam gotowa do wyjścia. Jak co dzień przemierzyłam drogę do pracy. Tym razem samotnie ponieważ Paula kierowała się do kuchni ze swojego mieszkania, a nie tak jak ja z sali sypialnej. Mój chód był ciężki i ospały. Każdy krok stawiałam z trudem. Nadal bolały mnie wszystkie mięśnie. Na całe szczęście miękkie dresy nie zaczepiały o ledwo zasklepione rany na udach. Czułam się słabo, jednak po zjedzeniu śniadania powinno być już lepiej. Prowiant przed i na drogę zamierzałam zabrać z kuchni. O ile cały mój plan wypali.

 

Gdy tylko weszłam do pracy usłyszałam znajome odgłosy i zrobiło mi się smutno. Kochałam tych ludzi i to miejsce. Wszystkie zapachy i całą atmosferę. Znałam każdy garnuszek i mogłabym z zamkniętymi oczami powiedzieć co gdzie stoi. Ale nie mogłam tam zostać. Tutaj też nie było bezpiecznie. Bez względu na wszystko to miejsce też zostało stworzone przez władze. Ludzi, od których musiałam uciec.

 

Mina Pauli gdy mnie zobaczyła natychmiast utwierdziła mnie w przekonaniu, że wyglądam gorzej niż źle. W jej słowach usłyszałam współczucie:

 

- Wiedziałam, że musiałaś zachorować. Wyglądasz jak zdjęta z krzyża. Co Ci jest? – przytuliła mnie lekko i nie czekając na odpowiedź zapytała – Jesteś głodna?

 

- Tak, bardzo. Nawet ta cholerna grypa nie zabiła mojego apetytu. Proszę – wręczyłam jej zwolnienie – przekaż to Szefowi.

 

- Później mu je dam. Wyjechał właśnie ustalać zamówienie towaru na ten tydzień. Masz – podała mi miskę z porządną porcją owsianki, do której wkroiła chyba ze dwa całe jabłka – to powinno nieco pomóc na twój głód. Masz gorączkę?

 

- Mhy – pokiwałam głową z ustami pełnymi jedzenia po czym przełknęłam – 37 i 8, nie tak źle, ale głowa mi pęka.

 

- Po co Ci ten plecak? – Paulina jak zawsze czujnie mi się przyglądała.

 

- Co? A no właśnie, całkiem bym zapomniała... - udałam rozkojarzoną, po czym z zapałem zaczęłam mocować się z suwakiem – przyniosłam mundurek, wczoraj całkiem mnie rozłożyło i nie zdążyłam go uprać. Zrobisz to dla mnie?

 

- Jasne. Wiem jak nie lubisz gdy coś jest brudne. Swój też piorę tak często jak tylko się da – machnęła ręką – te wszystkie plamy od jedzenia, które zasychają... okropność, mocujesz się z tym potem pół nocy.

 

- No właśnie – uśmiechnęłam się. Zdążyłam już wymieść wszystko z miseczki i podałam ją Pauli – Dzięki, było pyszne. Jak zawsze.

 

- No, no, naprawdę byłaś głodna. Czy to nie za szybko? Żeby Cię żołądek nie rozbolał.

 

- Nie no coś ty... - wzruszyłam ramionami, po czym jednak odruchowo złapałam się za brzuch – kurczę Paula, wykrakałaś... Czy łazienka jest wolna?

 

- A nie mówiłam, chory inaczej trawi... – prychnęła – Leć, wszyscy poszli sprzątać do jadalni. Ja też muszę już wyjść. Jak już skończysz weź sobie jakieś jedzonko na dzisiejszy dzień i zmykaj do łóżka. Wpadnę do Ciebie po pracy i zobaczę jak się czujesz.

 

- Okeej. Jesteś kochana, dziękuję – puściłam jej w powietrzu całusa i pobiegłam do toalety trzymając się za brzuch. Zapaliłam światło i szybko zamknęłam za sobą drzwi. Przyłożyłam ucho do ściany i nasłuchiwałam. Rzecz jasna żołądek wcale mnie nie bolał.

 

Gdy w kuchni słychać było już tylko szum wiatraków, jak z procy wyskoczyłam z łazienki. Wzięłam z niej rolkę papieru, którą wpakowałam do plecaka. Potem szybko zabrałam się za jedzenie. Nie mogłam wziąć za wiele bo musiałam być w stanie unieść bagaż, który i tak nie był lekki. Całe szczęście tylko taki plecak miałam wiec nie budził podejrzeń. Zabrałam więc bochenek krojonego chleba, cztery pętka kiełbasy, kilka garści orzechów laskowych i trzy jabłka. Do tego dwie litrowe butelki wody. Ledwo dopięłam suwak. W kieszenie dresów wcisnęłam jeszcze dwa opakowania suszonych śliwek, a do bluzy paczkę płatków owsianych. Czułam się jak czołg, ale nie mogłam nic na to poradzić. Czekała mnie długa droga i musiałam być na nią przygotowana. Przynajmniej dopóki nie znajdę innego źródła pożywienia.

 

Obładowana poszłam w kierunku wyjścia do śmietnika. Wysokość pokonana przez Adama wydawała mi się teraz ogromna. Męcząc się i sapiąc udało mi się jednak wskoczyć na daszek. Po raz ostatni spojrzałam na budynek kuchni. Wiedziałam, że jeśli teraz zeskoczę na dół poza siatką, to już tam pewnie nie wrócę. Bolało mnie serce, ale nie mogłam zostać w miejscu, w którym chciano mnie skrzywdzić. Zacisnęłam pięści i wzięłam głęboki wdech:

 

- Raz, dwa, trzy – wypuściłam powietrze i starałam się uspokoić. Kucnęłam na skraju daszka. Pod spodem zobaczyłam gęstą trawę i liście, które musiały opaść z pobliskich drzew. Moje zniknięcie zauważą dopiero wieczorem. Mam czas. A może wcale nie będą mnie szukać?

 

Musiałam wrócić do domu. Chciałam zobaczyć co z niego zostało. To był mój cel. Nie miałam pojęcia co będzie dalej. Ale nigdy się nie dowiem jeśli teraz nie zaryzykuję.

 

Chmury nade mną zwiastowały ulewę. Niebo było niemalże granatowe. Wychyliłam się i skoczyłam. Miękko wylądowałam na plecaku. Wstałam i otrzepałam się z liści.

 

Pierwsze krople deszczu, które spadły na moje usta były słone niczym łzy.

 

***KONIEC CZĘŚCI I***

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shogun 2 miesiące temu
    Jak dla mnie bardzo dobra część. Swoisty wstęp do właściwej historii. Nakreślający jej kontekst, ale nie zdradzający wszystkiego. Bardzo spodobała mi się postać Adama. Bardzo tajemnicza i życzliwa persona. Zastanawiam się kim tak naprawdę jest. Co do Liliany, wydaję mi się, że była zbyt pewna siebie, zbyt wyniosła w niektórych sytuacjach, ale jestem w stanie zrozumieć dlaczego. Gdybym mógł ocenić część pierwszą jako całość dałbym 5. Z niecierpliwością czekam na początek części drugiej. Pozdrawiam ;).
  • Kocwiaczek 2 miesiące temu
    Łał. Zrobiłeś to! Naprawdę przeczytałeś. Jestem zaszczycona i wzruszona zarazem. Brak mi słów... Dziękuję bardzo. Zarówno za opinię jak i poświęcony czas;) co do części drugiej - będę już dawkować, żeby nie robić spamu. Niemniej zapraszam już teraz.
  • Shogun 2 miesiące temu
    Kocwiaczek Proszę bardzo. To była dla mnie czysta przyjemność przeczytać coś tak dobrego w przerwie od wszelakich obowiązków. O, rzeczywiście wstawiłaś już początek drugiej części. W takim razie zabieram się za czytanie :).
  • Raven18 ponad tydzień temu
    No to dalej, do części II. :D
  • Kocwiaczek ponad tydzień temu
    :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania