Poprzednie częściBóstwa Malharzarii I Prolog  

Bóstwa Malharzarii I rozdział I

Potężne miasta miały to do siebie, że zawsze ich mieszkańcy produkowali potężną ilość odpadów, która kumulowała się w kanałach miasta, nieraz zalewając pół biedniejszych obszarów. Smród unosił się jeszcze długo, w szczególności w ciepłe, letnie dni. Biedacy nauczyli się wytrzymywać w tym odorze, jednak ona miała z tym znaczne trudności. Nigdy nie należała do tych, którym brakowało na jedzenie, czy też na czystą odzież, jednak na luksus i bogactwo też nie mogła narzekać. Biedota w dzielnicach nędzy przerażała ją, ale wiedziała, że nie było sposobu, aby im pomóc. Gdyby takowy był, to urząd miasta już dawno rozwiązałby ten problem. Podejrzewała jednak, że najzwyczajniej w świecie, niektórzy mieli niezły biznes z tego, że istniały takie obszary jak dzielnice nędzy. Gdy jeden gwałtownie biedniał, drugi jakiś mało znaczący urzędnik nagle gwałtownie się bogacił.

Opierała się bokiem o świątynny budynek, korzystając z cienia, który rzucał i uważnie obserwowała mijających ją ludzi. Słońce świeciło wysoko na niebie, rzucając na ziemię ulewy żaru, przed którymi ciężko było się chronić. Każdy, kto mógł opatulał się więc najcieńszymi tkaninami, od głowy aż po kostki. Miała okazję obserwować rzadki, kolorowy spektakl, gdy biedacy znikąd wyciągali kolorowe szmaty, aby chronić się przed upałem. Nie wyróżniała się z tego tłumu – również miała na sobie wielobarwne, przewiewne szaty – niebieski szal, okrywający głowę i ramiona oraz długą, czerwoną, podobną do koszuli szatę. Gęste i kręcone, czarne włosy całkowicie miała skryte pod kawałkiem materiału. Pamiętała o przypadkach, gdy mdleli ci, którzy nie zakrywali całkowicie głowy.

Oprócz upału i smrodu powietrze wypełniał również radosny gwar i okrzyki tragarzy, którzy próbowali sprzedać swoje towary. Nie skupiała się na nich zbytnio, wypatrując w tłumie konkretnej osoby, a mianowicie Rahiby, kapłanki bogini Pięknej, która żyła na co dzień w świątyni, o którą właśnie się opierała. Nie miała pojęcia czego chciała przyjaciółka, ale w liście napisała, że Przeorysza pragnie Morię pilnie widzieć w południe za tydzień. Stawiła się więc punktualnie, nie przekraczając jednak progu świętego przybytku, o co prosiła Rahiba. Nigdy nie lubiła świątyń, a ta nie była wyjątkiem, nawet jeśli należała do bogini życia i zdrowotności. Było tam zbyt… święto, a widok mdlejących z wrażenia kapłanek przyprawiał ja o mdłości. Czasami niektóre rzeczy były celebrowane z zwyczajną przesadą.

Słońce powoli zmieniło swoje położenie, kilka straganów się zamknęło, kilka nowych się rozłożyło, gdy na horyzoncie wreszcie zamajaczyła pierwsza biała szata w kolorowym tłumie. Moria westchnęła z ulgą, ocierając pot z czoła i wyprostowała się – nawet w zwiewnych ubraniach zaczęła odczuwać gorąc tego dnia. Przyjaciółka przecięła plac, uśmiechając się promiennie do ludzi, którzy umykali jej z drogi, kłaniając się.

- Moria, Moria! - zawołała ze śmiechem i zamknęła ją w mocnym uścisku. - Tak dawno cię nie widziałam!

- O tak… - przewróciła oczami, ale odwzajemniła uścisk. - Tak dawno mnie nie widziałaś, ale kazałaś mi strasznie długo stać w tym upale.

- Oj, marudzisz. – mruknęła rozbawiona przyjaciółka.

Położyła dłonie na jej ramionach i cofnęła się nieco, taksując ją wzrokiem i potrząsnęła głową.

- Schudłaś.

- Widzisz coś w ogóle przez te szmaty?

- Wystarczająco. Dla wyobraźni też jeszcze coś zostanie.

Walnęła ją w ramię, udając oburzenie, a Rahiba roześmiała się. Obie doskonale wiedziały do czego nawiązała, ale od tamtego wydarzenia żadna z nich o tym nie wspominała, a wkrótce potem Rahiba wstąpiła do świątyni, więc nie było o czym mówić.

- Chodź – przyjaciółka chwyciła delikatnie jej dłoń i pociągnęła. - Nie bój się i rozluźnij. Przeorysza nie jest taka straszna, jak mówią.

- Nie wiem co mówią, ale nie pozostało mi nic innego jak ci uwierzyć.

Kapłanka znowu uśmiechnęła się promiennie. Za każdym razem, gdy to robiła, w kącikach ust tworzyły jej się urocze dołeczki, od których Moria nie była w stanie oderwać wzroku. Nie spojrzała więc na uniesiony palec przyjaciółki, gdy ta mówiła, naśladując zapewne głos Przeoryszy:

- Wiara, to podstawa świętego życia, moja droga.

Po czym pstryknęło ją w nos.

- A to za co?! - spojrzała z oburzeniem w jej oczy.

- Za brak wiary – odparła i mrugnęła. - Zapraszam.

Cofnęła się w drzwiach, aby przepuścić ją przodem. To, co zobaczyła, wprawiło ją w osłupienie.

Potężny, ponad dwumetrowy posąg bogini stał na samym środku sali z jedną dłonią uniesioną w kierunku nieba, a w drugiej trzymający feniksa, gotowego do lotu. Miała na sobie prawdziwe szaty, wyszywane złotymi nićmi. Materiał falował, pieszczony przez powietrze. Twarz Pięknej sprawiała wrażenie prawdziwej i z zupełności naturalnej, jakby zamiast marmuru, stała prawdziwa dwumetrowa kobieta.

- Och… - mruknęła, analizując dokładnie każdy szczegół. - Piękne…

- Tak, wiem – Rahiba dotąd stojąca tuż obok i czekająca cierpliwie aż skończy podziwiać widoki, uśmiechnęła się i ujęła ją pod ramię. - Jednak Przeorysza też jest bardzo piękna, a rozzłoszczona wygląda niczym arcy demon piękności.

Moria parsknęła, słysząc sarkazm w jej głosie, którego sama używała w dużej ilości. Czasami aż za często, za co płaciła drobnymi… sprzeczkami, co w efekcie dawało równie drobne kontuzje. Ruszyła posłusznie za kobietą, mijając po drodze kilka innych kapłanek, które nie obdarzyły jej ani jednym zaszczytnym spojrzeniem. Z sali przekierowały się do korytarza z mnóstwem drzwi, a potem weszły do małego przedsionka z fontanną, z którego można było wyjść trzema drzwiami. Podeszły do środkowych i zanim weszły, Rahiba zapukała. Doszło do nich krótkie „Proszę” i o to znalazły się w gabinecie Przeoryszy.

Przyjaciółka nie żartowała, mówiąc o urodzie kobiety, siedzącej za białym biurkiem, które było jedynym meblem w całym pomieszczeniu. Długie, rude włosy spływały po jej ramionach, niektóre opadały na skąpy dekolt, który zakrywała świątynna, biała szata. Twarz miała okrągłą, usta pełne, a oczy idealnie dopasowane, o zielonych tęczówkach. Była piękna i Moria mogłaby ją obserwować godzinami, jednak uzmysłowiwszy sobie, że byłoby to niegrzeczne, szybko przeniosła wzrok na kamienne regały z książkami, znajdujące się za plecami Przeoryszy.

- Dziękują Rahibo za przyprowadzenie przyjaciółki. - rudowłosa uśmiechnęła się miękko do młodej kapłanki. - Możesz wrócić do swoich zajęć.

Rahiba otworzyła usta, jakby chciała zaprotestować, ale najwyraźniej zaniechała tego pomysłu, bo skłoniła głowę i opuściła gabinet, uprzednio puściwszy Morii drobny uśmiech.

- Usiądź, proszę – Przeorysza wskazała drugie, kamienne krzesło, znajdujące się naprzeciwko jej własnego. - Jestem Mirsa Debau, Przeorysza świątyni bogini Pięknej w tutejszym mieście. Mam nadzieję, że nie musiałaś długo czekać na moją uczennicę. – przekrzywiła lekko głowę. - Czasami zdarza się jej zagadać na mieście.

- Tak, zdarzało się jej to i przedtem – odparła spokojnie i odwzajemniła badawcze spojrzenie. - W jakim celu chciałaś się ze mną spotkać?

- Ach – kobieta splotła dłonie i oparła na nich brodę. - To sprawa raczej nieco delikatna i niezwykle tajna. Widzisz, bardzo dużo z nas ma niejasne wizje i sygnały, a ostatnio nasilają się one szczególnie. Wyczuwamy również nadchodzącą, ogromną zmianę, która wisi w powietrzu i nasze prognozy nie są zbyt optymistyczne.

Wspaniale, ale co to miało wspólnego z jej obecnością w tym miejscu? Starała się nie okazać ani jednej emocji, a w szczególności ogarniającego ją zirytowania, co okazało się niezwykle trudne w obecności tej kobiety.

- Nie brzmi to dobrze – przyznała Moria po chwili ciszy, jakby Mirsa oczekiwała na jej reakcję. - Jednak jaki to ma związek ze mną?

Kobieta zmrużyła powieki i westchnęła cicho.

- Ostatnia moja wizja była niezwykle wyraźna. Tak wyraźna, jakiej nie widziałam od wielu, wielu lat. Moja bogini nakazała mi cię wezwać. Ogień jest zagrożony.

 

Rhagiusz Halser syknął i wypuścił z dłoni łuk, czując palący ból na ramieniu. Zaczął klepać się w tym miejscu i po chwili masować, aby złagodzić ból wywołany ukąszeniem upierdliwego owada. Wiedział, że ugryzienie będzie boleć jeszcze przez kilka następnych dni oraz zrobi się drobny obrzęk, ale wiedział, że medykamenty mamy powinny pomóc w wystarczającym stopniu, aby ból był chociaż o połowę lżejszy. Małe paskudztwo, a potrafiło wywołać tyle strapień.

Zrezygnowany podniósł łuk i wyszedł na polankę, na której przed chwilą stała sarna, a tym samym ich dzisiejszy obiad. Trudno. Będą musieli się zadowolić upolowanymi zającami, bo główna zwierzyna czmychła, gdy Rhagiusz wyrównywał porachunki z krwiożerczym robalem.

Chwycił leżącą niedaleko torbę z upolowanymi zwierzętami i przerzucił przez ramię. Przeczesał uważnym spojrzeniem las, na wszelki wypadek, jakby gdzieś kryła się jeszcze jakaś sarna, jednak gdy niczego nie dojrzał, zawrócił na utwardzoną drogę, prowadzącą przez tutejszą puszczę. Mieszkał na jej krańcu, w małej wiosce, która trudniła się rolnictwem, łowiectwem i rybołówstwem. Raz na jakiś czas jechali do miasta, oddalonego o tydzień drogi, aby sprzedać towary, które pieczołowicie przechowywali przez cały miesiąc, starannie je utrwalając, aby nic się nie zepsuło. Na tamtejszych targach brakowało dziczyzny i świeżych ryb, więc był to dobry biznes, aby coś zarobić, a przy okazji pozwiedzać i zjeść smakołyki, którymi mogło się rozkoszować tylko tego danego dnia.

Gdy wydostał się wreszcie na pewny grunt, powolnym krokiem zaczął wracać w kierunku domu. Z uśmiechem pomyślał o małych nicponiach sąsiadów, którzy zawsze czekali, aż coś dostaną z upolowanego łupu. Zawsze dawał im dwa, czy trzy płaty wcześniej okrojonego już mięsa, a w zamian dostawał kilka baniaków mleka. Tak właśnie toczyło się życie na spokojnej wsi. Otoczona z jednej strony lasami, a z drugiej strony potężnym jeziorem, sprawiała wrażenie baśniowej miejscowości pełnej tajemniczych duszków i stworków rodem z legend. Nikt głośno tego nie mówił, ale każdy wiedział swoje, gdy rolnicy wychodzili rano na pola i znajdywali dziwne kształty w zbożu.

Centrum wsi stanowiła tawerna, w której wieczorem siedzieli wszyscy mężczyźni, po dniu pełnym ciężkiej pracy. Właściciel był bliskim przyjacielem ojca Rhagiusza, toteż czasami razem chodzili na łowy i to właśnie od niego młody mężczyzna nauczył się fachu. Domy mieszkańców ustawione były półkolami, jeden za drugim, każdy więc miał blisko do sąsiada, któremu czasami mógł zajrzeć przez okno.

Mieszkanie Halserów znajdowało się w ostatnim budynku od strony rozległego jeziora. Zajmowali całe piętro w trójkę – Rhagiusz wraz z rodzicami. Wyżej mieszkał właściciel wraz z żoną, których dzieci zmarły zaraz po urodzeniu i od tego czasu pozostali bezdzietni, wciąż opłakując stratę. Dom nieodłącznie kojarzył mu się z zapachem drewna oraz suszonych ryb. Czasami dochodził jeszcze zapach smakowitej pieczeni z jelenia, ale tym razem musieli obejść się smakiem – pozostał tylko królik.

Rhagiusz wszedł do środka i zamknął dokładnie drzwi, tupiąc nogami, aby pozbyć się z butów resztek błota. Torbę z zdobyczami położył tuż obok, aby ściągnąć broń oraz kurtkę. Gdy tylko wszedł do przedsionka, w drzwiach do kuchni pojawiła się matka, która uśmiechnęła się łagodnie.

- I jak polowanie, mój mały, dzielny łowco?

Zawsze do niego tak mówiła, nawet jeśli nie był już taki mały i stanowczo za duży, aby być tak określanym. Jednak ona rządziła się swoimi prawami i nigdy nie kwestionował tego, co mówiła. Darzył matkę ogromnym respektem i kochał ją najbardziej na świecie, toteż przymykał oko na każdy przydomek, który mu nadawała. Wyciągnął króliki torby, chwytając je za uszy i pokazał Robrze, która przyjrzała się im uważnie.

- No proszę. Dorodne sztuki. Widać, że starsze, jednak nie na tyle, aby były żylaste i mają trochę tłuszczu. - skinęła na niego głową. - Będzie z tego bardzo dobra potrawka.

Wszedł za nią do kuchni, czując się mile połechtany i zadowolony z siebie.

- Nie było trudne ich upolowanie – przyznał, kładąc futrzaki na stole i przysuwając sobie najbliższe krzesło. - Jednak miałem nadzieję na jelenia, który mi umknął.

- Najwyraźniej miał powód – posłała mu kolejny, miękki uśmiech i postawiła wielki gar nad paleniskiem. - A co z strefami? Nie wszedłeś w sąsiednią?

Pokręcił głową. Las dzielił się na strefy łowieckie, a każda z nich była przydzielona odpowiednim obszarom Malharzarii. Przekroczenie swojej własnej było surowo karane, jeśli tylko zostało to wykryte, poza tym każda z nich cechowała się innymi terminami łowieckimi. Wprowadzono to po to, aby uniknąć regularnego wybijania zwierzyny tylko w jednej sferze, co w efekcie mogłoby doprowadzić do jej braku. Przy obecnym systemie zwierzaków było wszędzie w odpowiedniej ilości, a łowcy nie natrafiali na siebie, chyba, że przekroczyli granicę dozwolonego terenu.

Ostatnio wykrycie zwierzyny stawało się coraz trudniejsze, jakby ta nagle uciekła i ten problem nie tyczył się tylko ich sfery, ale wszystkich sąsiednich. Coś ciężkiego wisiało w powietrzu, Rhagiusz czuł to wyraźnie, więc skoro wyczuwał to i on, to zwierzęta musiały tym bardziej.

- Niepokoi mnie to – powiedział po chwili, przerywając milczenie, podczas gdy matka zabrała się za obskubywanie szaraków. - Mamy naprawdę kieską passę. Nie zapowiada się w najbliższym czasie, aby miało się to zmienić.

- Jesteś pewien, że zwierzyna jednak nie została przetrzebiona?

- Jak, mamo? Jeszcze dwa tygodnie temu widziałem młode w okolicy polany. Całe stado młodych. Tak liczną grupę przy dobrych wiatrach moglibyśmy rozbić najwyżej po trzech miesiącach, bo jeszcze musiałyby trochę podróść…

Kobieta ostrożnie odgarnęła włosy, spadające jej na twarz.

- Nie tylko wy narzekacie na tego typu problemy. Od żony karczmarza słyszałam, że podobnie mają rybacy. Jakby nagle wszystkie gatunki zniknęły. Po porannych i nocnych łowach wracają z pustymi sieciami. Zarządca wsi nawet opowiadał ojcu, że widział jak ryby masowo wyskakiwały na brzeg, co na początku go ucieszyło, bo pomyślał, że może jednak tego ranka łowy się udadzą, ale wyobraź sobie, że gdy tylko podeszli, aby je pozbierać, te gniły w oczach…

Potarł brodę, zastanawiając się nad słowami matki. Natura reagowała gwałtownie na coś, czego oni nie widzieli. Jednak nawet jeśli była to jakaś zaraza, to jak potężna musiała być, skoro potrafiła wypłoszyć wszystkie zwierzęta w dwa tygodnie?

- A co ojciec na to? - zapytał, czując, że nie powinien, ale było już za późno.

Robra westchnęła ciężko i obróciła się na moment, aby spojrzeć na syna. Dostrzegł w jej zielonych oczach smutek i przebłysk pewnej wiedzy, która była niezwykle rozległa i tyczyła wielu tematów. Czasami zdawał sobie sprawę, że nie ma najmniejszego pojęcia o tym wszystkim chociażby w połowie.

- Ojciec uważa, że nic się nie dzieje.

- Czy to możliwe?

- Czy co jest możliwe, synku?

Zawahał się.

- To, o czym kiedyś ojciec opowiadał… - mruknął niepewnie. - Cicha Zaraza…

Przez moment matka nie odpowiadała, zwiększając siłę, z którą rozprawiała się z królikami. Gdy skończyła jednego, otworzyła go i zaczęła wyjmować ciepłe jeszcze wnętrzności.

- Wszystko jest możliwe – przyznała i stanęła przy stole tak, aby go widzieć. Spojrzała mu w oczy. - Lecz cokolwiek nadchodzi jest jeszcze zbyt daleko, aby nam zagrozić.

 

Zdecydowanie inaczej myślała Marysa Thuran, gdy szybkim krokiem podążała jednym z pałacowych korytarzy do gabinetu swojego szefa. Czarna szata powiewała za nią, a na widok wymalowanych na niej białych czaszek, paziowie, gońcy i inni służący Pałacu Węży cofali się w popłochu. Nic nie było wystarczająco daleko, aby oderwać się od przeznaczenia. Ono zawsze znajdzie tego, kogo trzeba i upomni się o jego służbę w swoim czasie.

Kobieta ledwo zwracała uwagę na otoczenie, obracając w myślach zdanie, które usłyszała od boga śmierci, podczas jednej z licznych wizji, które miała tej nocy. „Przeznaczenie nakazuje, aby likwidować tych, którzy mogą zagrozić jego realizacji. Oto twoja misja, moja agentko.” Obudziła się z przeświadczeniem, że musi spotkać się z tajemniczym mężczyzną, którego widziała poprzedniego wieczora na Hetherskim targu.

Hether było potężnym, handlowym miastem, które główne korzyści czerpało z połowu pereł na wybrzeżu i ich transportu do innych Kontynentów, których nawy były znane tylko Namiestnikowi i Gubernatorom, którzy rządzili większymi miastami w Malharzarii, a tym samym administracyjnie dzielili ją na kilka sfer. Całe wybrzeże pod sobą miał Gubernator Hether, który z faktu połowu drogocennych, białych kulek różnej wielkości, czerpał ogromne korzyści. Tutaj też znajdowała się letnia rezydencja nowego zleceniodawcy Marysy, który właśnie przyjechał na kilka dni, aby spotkać się z agentami, dla których miał polecenia, płynące od boga śmierci.

Marysa nigdy nie widziała króla bogów, ale słyszała wiele opowieści o jego potędze. Pozbawiony korony, oszukany i wyśmiany przez czwórkę swoich głównych przeciwników, którzy utworzyli tak zwany Bastion, mający za zadanie trzymać go z daleko od tego, co mu się należało. Na wiele wieków skrył się w cieniu, czekając na dogodny moment, aby powrócić i zająć należne mu miejsce. Teraz właśnie nadszedł ten czas, a Marysa miała w tym odegrać jedną z głównych ról i była z tego dumna. Jednak odczuła też niepokój, kotłujący się gdzieś w tyle głowy i ostrzegający ją przed tym, co nadejdzie. Niegdyś należała do rzeszy kapłanów Cichego, ale po wypadku musiała zrezygnować, bo na jakiś czas zatraciła swoje wieszcze zdolności. Wyszkoliła się więc pod okiem najlepszego skrytobójcy w całym Hether, a teraz dar zaczął wracać, jednak nikomu o tym nie wspominała. Tylko dlatego, że go utraciła, nie zabito jej. Gdyby dowiedziano się, że w rzeczywistości jest inaczej…

Uniosła dłoń i zanim zdążyła zapukać, drzwi uchyliły się, zapraszając ją do środka. Weszła, rozglądając się badawczo i szukając wszelkimi możliwymi sposobami pułapek, ale gdy nic nie dostrzegła, oprócz bogato urządzonego gabinetu, skłoniła się mężczyźnie, stojącemu tyłem do niej, tuż przy oknie. Nie był potężnej postury, ani nadzwyczaj sprawny. Nie władał wyśmienicie mieczem, ani jakimkolwiek innym orężem. Miał ciemne włosy, związane w kucyk i mógł uchodzić za zwyczajnego arystokratę. Jego moc opierała się na czarnych, pozbawionych tęczówek, oczach, które zdawały się wsysać jestestwo rozmówcy i absorbować jego energię. Nekromanta. Potężny Nekromanta. Ten sam, którego widziała na targu. Zapobiegawczo odwróciła wzrok, wbijając go w czarne, kamienne posadzki i czekała, aż się odezwie. Tylko po ruchu powietrza, poczuła, że poruszył się, a po skrzypieniu fotela, domyśliła się, że usiadł.

- Mój Pan wzywa cię do służby. W imieniu Pałacu Węży otrzymujesz misję, od wyniku której zależą nasze dalsze losy. - urwał na moment. - Spójrz na mnie, dziewczyno.

Niechętnie przeniosła na niego spojrzenie, ale o dziwo nie dostrzegła niczego więcej poza pociągłą twarzą i nic niewyrażającymi oczami. Mierzył ją uważnie, centymetr po centymetrze, tak długo, aż poczuła się nieswojo, jednak nie drgnęła nawet o milimetr. Zabębnił palcami opatrzonymi w liczne pierścienie o blat biurka.

- Nie wiem dlaczego wybrał akurat ciebie. Nie wiedzieliśmy o tobie do momentu, dopóki nie zesłał nam twojej wizji. Nie znam cię i nie ufam, ale kimże jestem, aby kwestionować rozkazy mojego Pana?

- Jaka jest moja misja, panie? - zapytała cicho, nie reagując na zaczepkę.

Przesunął w jej kierunku kartkę papieru z podobizną jakiegoś młodego chłopaka. Zanim wzięła ją do ręki, przyjrzała się uważniej ryspisowi. Miał krótkie włosy, mocno zarysowaną szczękę, uwydatnione kości policzkowe, a nos lekko krzywy, jakby kiedyś został złamany.

- Znajdź i zlikwiduj tego chłopca. To absolutnie konieczne, abyśmy mogli kontynuować to, co zaczął nasz Pan, czyli pozbycia się władzy Bastionu.

Skinęła głową i chwyciła podobiznę między dwa palce, szukając wzrokiem dziwnych plam lub innych, cennych wskazówek, mówiących o tym, czy kartka jest czymś namoczona.

- Gdybym chciał cię zabić, dziewczynko, zrobiłbym to już wczoraj na targu.

Drgnęła i spojrzała mu prosto w oczy, czując nagle dziwną pewność, że powinna przyjąć powierzoną jej misję. Wszelkie uczucia wyleciały z niej, pozostał tylko jeden, jasny punkt – nienawiść. Nienawiść do całego dobra, które roztaczał Bastion, a które było równie fałszywe, co ich prorocy i kapłani. Skłoniła się.

- Wyruszę najszybciej, jak tylko będzie to możliwe – odparła. - Czy jest jeszcze coś, co powinnam wiedzieć?

- Owszem – szef poruszył się i uśmiechnął złowieszczo. - Tydzień temu z stolicy ruszyła grupa najemników, która ma to samo zadanie co ty. Jutro ruszy kolejna. Wkroczysz do akcji tylko i wyłącznie wtedy, gdy oni zawiodą.

Poczuła się, jakby ktoś uderzył ją prosto w twarz. Zaczerpnęła gwałtownie powietrza.

- Ale panie…

Roześmiał się szyderczo, odchylając się do tyłu.

- Myślałaś, że od razu dostaniesz zlecenie zabicia Strażnika Blasku i jego rodziny? - kpina w jego głosie ugodziła ją do żywego. - Najpierw sprawdzę jak sobie radzisz z wykonywaniem poleceń. Spróbuj go dorwać pierwsza, a zginiesz. Ale zapewne nie dorwiesz, masz więc szansę wrócić żywa i zarobić nieco złota.

- W takim razie dlaczego mnie wysyłacie? - z trudem powstrzymała ostrzejsze słowa, cisnące się jej przez gardło. - Skoro wiesz, panie, że go nie dorwę?

- Bo biorę pod uwagę wszystkie możliwości, jestem więc przewidujący. To najlepsze dwie grupy zabójców, jeszcze nigdy nie zwiedli, ale Strażnicy są teraz zdesperowani i zrobią wszystko, aby przeżyć i ochronić Ogień, lepiej więc nastawić się na to, że będą walczyli do upadłego. Twoim zadaniem jest podążanie za drugą grupą najemników. Będą tędy przechodzili, więc wyruszysz za nimi na następny dzień. Cel do zlikwidowania nazywa się Rhagiusz Halser.

Powtórzyła kilkakrotnie imię i nazwisko, które wydawało się jej znajome, po czym schowała kartkę pod spód szaty, skłoniła się i opuściła gabinet. Duma znikła, zastąpiona goryczą i rozczarowaniem. Ruszy więc na wyprawę, aby popatrzeć na nieżywy cel. Cóż za zaszczyt.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Bajkopisarz 2 tygodnie temu
    Wypisałem Ci w miarę dokładnie wszystko, na co powinnaś zwrócić uwagę, zarówno w tym rozdziale, jak i następnych. Być może niektóre uwagi są przesadzone, ale chodziło mi też o wskazanie co ewentualnie można zrobić inaczej, nad czym popracować.

    „tym odorze, jednak ona miała z tym znaczne trudności. Nigdy nie należała do tych”
    2 x tym,
    tych – zamień na rzeczownik
    Gdyby takowy był, to urząd miasta już dawno rozwiązałby ten problem
    zamiast był – istniał, lepiej nie nadużywać „był”
    powalcz z zaimkiem ten (np. już dawno znalazłyby rozwiązanie)
    „niektórzy mieli niezły biznes z tego, że istniały takie obszary jak dzielnice nędzy.”
    na istnieniu dzielnic nędzy, niektórzy robili niezłe biznesy (bez zaimków)
    „urzędnik nagle gwałtownie”
    nagle albo gwałtownie, nie ma sensu wzmacniać przekazu synonimem. Gwałtowne można usunąć ze względu na powtórzenie.
    „rzucał i uważnie obserwowała mijających ją ludzi. Słońce świeciło wysoko na niebie, rzucając”
    rzucał – rzucając – za blisko, łatwo znajdziesz zamiennik
    „Każdy, kto mógł opatulał się więc najcieńszymi tkaninami, od głowy aż po kostki”
    Dziwne. Po co się opatulać, nawet najcieńszymi tkaninami, jak łatwiej się „rozpatulać” :) Jeśli istniało prawo zakazujące pokazywania publicznie nagich fragmentów ciała, to w tym miejscu trzeba o tym wspomnieć.
    „szaty – niebieski szal, okrywający głowę i ramiona oraz długą, czerwoną, podobną do koszuli szatę.”
    szaty – szatę – powtórka
    „całkowicie miała skryte pod”
    skrywała – nie powtarzasz miała
    „mianowicie Rahiby, kapłanki bogini Pięknej, która żyła na co dzień”
    w tym szyku która dotyczy bogini Pięknej, a nie kapłanki
    „przyjaciółka, ale w liście napisała, że Przeorysza pragnie Morię”
    chaos we wprowadzeniu postaci. Pojawia się imię, pojawia się przyjaciółka, między to wchodzi jeszcze Przeorysza i nie wiemy do końca kogo poszczególne dotyczą. Pozostaje domyślanie się, a powinno być podane na tacy.
    „przybytku, o co prosiła Rahiba.”
    Tak napisane daje z równym prawdopodobieństwem obie możliwości: że nie weszła, bo Rahiba ją poprosiła by została na zewnątrz oraz że nie weszła, chociaż Rahiba ją prosiła, by weszła
    Jeśli to pierwsze to lepiej: przybytku, bo tak prosiła Rahiba
    „ja o mdłości.”

    „marudzisz. – mruknęła rozbawiona”
    bez kropki
    „i cofnęła się nieco, taksując ją wzrokiem i”
    ją – zbędne, drugie i zmień na po czym
    „Walnęła ją w ramię, udając oburzenie, a”
    Żeby czytelnik nie musiał liczyć półpauz dialogowych, dobrze byłoby dopisać: Moira walnęła
    „Po czym pstryknęło ją w nos.
    - A to za co?! - spojrzała z oburzeniem w jej”
    Pstryknęła lub coś pstryknęło
    Zamieniaj ją i jej w rzeczowniki, będzie się lepiej czytało, nie trzeba będzie zgadywać kto stoi za którym zaimkiem. Dla mnie to jest niestety chaos. Problem polega przede wszystkim na tym, że rozmawiają dwie istoty tej samej płci. Na końcu rozdziału masz podobną rozmowę Marysy z nekromantą, ale że są różnych płci i stosujesz odmienne zaimki lub końcówki” to idzie zrozumieć. Tutaj nie.
    „Cofnęła się w drzwiach, aby przepuścić ją przodem. To, co zobaczyła, wprawiło ją”
    Zaimkoza – naprawdę nie wiem, kto się cofnął.
    „słysząc sarkazm w jej głosie, którego sama używała”
    słysząc w jej głosie sarkazm, którego... (inaczej którego odnosi się do głosu)
    „”Proszę” i o to znalazły”
    oto
    „które było jedynym meblem w całym pomieszczeniu. Długie, rude włosy spływały po jej ramionach, niektóre opadały na skąpy dekolt, który”
    które-niektóre-który – powtórki
    „oczy idealnie dopasowane,”
    dopasowane – do czego?
    „kamienne regały z książkami,”
    przed chwilą była wzmianka, że w pomieszczeniu jest tylko biurko. No, ok, można się spierać, że kamienne regały to nie meble, ale po co wprowadzać zamieszanie ;)
    „przyjaciółki. – rudowłosa”
    po kropce wielka litera
    „kamienne krzesło, znajdujące”
    uwaga jak przy regałach
    „uczennicę. – przekrzywiła”
    po kropce wielka litera
    „ból na ramieniu. Zaczął klepać się w tym miejscu i po chwili masować, aby złagodzić ból”
    2 x ból, za chwile masz jeszcze boleć i znów ból
    „czas jechali do miasta,” jechali czyli oni, jacy oni, prócz w domyśle Rhagiusza?
    „drogi, aby sprzedać towary, które pieczołowicie przechowywali przez cały miesiąc, starannie je utrwalając, aby nic się nie zepsuło.”
    aby, które, aby – tworzy się połamaniec, zdanie tak długie, że na końcu nie pamiętam od czego się zaczęło.
    ” zawsze czekali, aż coś dostaną z upolowanego łupu. Zawsze”
    2 x zawsze
    „aby być tak określanym.”
    aby zasłużyć na takie określenie (unikasz powtórki być)
    „tłuszczu. – skinęła”
    Wielka litera po kropce
    „Nie było trudne ich upolowanie”
    Nie było trudno je upolować LUB ich upolowanie nie było trudne
    „Ostatnio wykrycie zwierzyny”
    sugeruję: wytropienie
    „to wyraźnie, więc skoro wyczuwał to i on, to zwierzęta musiały tym bardziej.
    - Niepokoi mnie to„
    4 x to
    „Mamy naprawdę kieską passę.”
    kiepską
    „Nie zapowiada się w najbliższym czasie, aby miało się to zmienić.”
    Nic nie wskazuje, aby w najbliższym czasie miało się to zmienić (znika powtórka się)
    „narzekacie na tego typu problemy.”
    na tego typu problemy – zbędne dopowiedzenie
    „skończyła jednego, otworzyła go”
    skończyła co robić? Brakuje czasownika
    „stole tak, aby go widzieć.”
    widzieć dotyczy stołu
    „które usłyszała od boga śmierci, podczas jednej z licznych wizji, które miała tej nocy. „Przeznaczenie nakazuje, aby likwidować tych, którzy”
    Które-które-którzy
    „do innych Kontynentów,”
    Raczej: na inne kontynenty (wielka litera będzie uzasadniona jeśli Kontynenty są jakąś nazwą własną a nie ogólną)
    „które główne korzyści czerpało z połowu pereł na wybrzeżu i ich transportu do innych Kontynentów, których nawy były znane tylko Namiestnikowi i Gubernatorom, którzy rządzili większymi miastami w Malharzarii, a tym samym administracyjnie dzielili ją na kilka sfer. Całe wybrzeże pod sobą miał Gubernator Hether, który z faktu połowu drogocennych, białych kulek różnej wielkości, czerpał ogromne korzyści. Tutaj też znajdowała się letnia rezydencja nowego zleceniodawcy Marysy, który właśnie przyjechał na kilka dni, aby spotkać się z agentami, dla których”
    6 x który/e/ch, wszystkie zdanie przeciągasz i łączysz po kilkakroć tak samo.
    Faktu – zbędne
    „go z daleko od tego, co”
    Z dala
    Zamiast tego – napisz, co właściwie mu się należało.
    „miała w tym odegrać”
    Jeśli już to: w nim (czasie), a najlepiej z „w tym” zrezygnować
    „gdy nic nie dostrzegła”
    Nie dostrzegła nic
    „wbijając go w czarne, kamienne posadzki”
    Czemu liczba mnoga posadzki, a nie jedna posadzka?
    „Zabębnił palcami opatrzonymi w liczne pierścienie o blat biurka.”
    Szyk: Zabębnił o blat biurka opatrzonymi w liczne pierścienie palcami.
    „temu z stolicy ruszyła”
    Ze stolicy
    „się szyderczo, odchylając się”
    Drugie się zbędne
    „rodziny? - kpina w”
    Kpina – wielka litera, bo to narracja nie dotycząca bezpośrednio sposobu wypowiedzi
    „wysyłacie? - z trudem powstrzymała”
    Z trudem – jw.

    W treści jest zupełnie nieźle. Jeśli masz na tę powieść długofalowy plan, to staraj się jak najwięcej rzeczy jasno tłumaczyć, dlaczego ktoś coś robi i po co. Jeśli piszesz na bieżąco, bez planu, to siłą rzeczy masz tylko ogólniki, a wyjaśnienia będą się pojawiały w miarę tworzenia. To bardzo trudne, żeby się nie pogubić, ale możliwe. W takiej sytuacji jesteś jednak skazana na ciągłą akcję, bez zastanawiania się, czy ogół działań ma jakiś głębszy sens.
  • Liv12365 2 tygodnie temu
    Lecę to przeanalizować ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania