cmentarzowa aktywność ogników

— Szerokie masz oczy, Lenko. Gdy zamykam powieki, ty jak drozd. Czy wiesz, że on o trzeciej w nocy zaczyna? Świergotek śpiewa w locie. Przywołując w ciemności uśmiech, muszę walczyć o spokojny oddech. Walczę ze wzburzonym, granatowym czymś. Jak? Chyba ktoś przychodzi z pomocą - sam nie dałbym rady. Czuję...

— Czemu płaczesz Janku?

— Bywam w płaczu wolny. Zamknięty w...

— Kochany, łzy na policzkach i ustach, jak skąpany w deszczu...

— Zamknięty w otchłani.

— W czym? Nie, nie mogę. Przestań płakać.

— Nieskończoność widzę; parujące łąki, lasy, przestrzeń rozciągnięta, rozciągająca. W nieskończoności płaczu dostrzegam miejsca tak czyste, pozbawione skaz...przytulam mocno, Lenko.

 

Janek poszedł razem z powstańcami. Sypianie w lasach, stodołach, łąkach i pastwiskach, utrwaliło dystans dzielący go od tego wszystkiego, co trafnie ponazywane, przynosiło pokój jego duszy. Teraz tkwił w nieznanym świecie, w którym ostrze cięło ciała przeciwników. A bijże, a tnijże szelmę! - usłyszał podczas jednej bitwy. Wtedy, zabił pierwszy raz.

W lesie, wyciągnięta dłoń zagłębiona we mgłę, dotykała nowych drzew, drzew-istot, rozumiejących niewiedzę zagubionego przybysza. Dodawały otuchy.

Rozproszone światło ranka, rozświetliło migoczące cukierki kropel. Szykowano się na akcję, a Janek myślał: zginąć za ojczyznę, co odbiera matkom śmiech? Uśmiech matki niczym wyśnione zagłębienie, druga macica. Rozszerzając szyjkę...tam jest dom, tam jest słońce. Nasze zrywy narodowe to podmuch czarnego wiatru. Mamo, pochłoń mnie.

 

— Lenko, lęk zawisł nade mną. Leżąc w łóżku widzę różne okropności wypływające z sufitu. Kocham twoje ciało. Ciepło, zapach, gładkość. Szepty szyjne, czujesz?

— Łaskoczesz Janku, słodko łaskoczesz. Przylgnij mocniej. Wiesz, tęskniłam bardzo i w tej tęsknocie zrozumiałam co mówiłeś wtedy. O pastwiskach, łąkach. Gdy tęsknię mam to samo. Nieskończoność. Przylgnij miły mocniej. Wiesz, zaniedbuję obowiązki, wszędzie mgła. Znika, kiedy wracasz zbroczony krwią.

— Trzymaj moją dłoń, bo jutro wyruszam znów. Jest ciemno, bądź.

 

Uciekł z pola bitewki, zgubił konia. Błądził, wyglądał jak pies przybłęda. Wędrował długo aż dotarł na skraj wsi, do wisielców - straconych uczestników walki. Spalona trawa chrupała pod zniszczonymi butami. Szedł wolno, omiatał wzrokiem wiszących nieżywych, pęczniejących, niekiedy dziwnie pogodnych. Zobaczył generała rosyjskiego, idącego w jego kierunku. Epolety - zwiędłe skrzydła. Podszedł. Dowódca wyszczerzył zęby i wyrzucił pustą flaszkę wódki. Pogłaskał przestraszonego Janka i pocałował w policzek. Potem z cuchnącym chuchem, zaczął rozwarstwiać językiem zaciśnięte wargi, błądząc żylastymi dłoniami po ścianie plecopośladków. Serce dudniło w roztrzęsionym ciele. Zniewieściałość chłopca współgrała z apetytem zwalistego Wieszatiela.

 

— Lenko, urocze miejsce wybrałaś. Nocny las, my.

— Nie mów. Słuchaj. Natężenie ciszy. Trochę przygniata.

— Przygniata, prawda. Mieszczą się w niej wszystkie potworności świata.

— Jesteś inny Janku. Twarz przybrała rysy maski. Kochany, dlaczego?

— Brzechun, słyszysz? Chcesz wiedzieć? Lenko, nie dotykaj.

— Dlaczego? Widzisz, krom potrzeby bliskości, odczuwam lęk. Czasem muszę stoczyć z nim walkę, by do ciebie przyjść, dotykać, zjednoczyć się.

— Lenko powiedz, masz miłość?

— Stajesz się coraz odleglejszy. Janku, chodźmy na cmentarz, taka piękna jesień.

 

Szubienicznicy - cisi towarzysze niedoli. Kroczył zbrukany, ale wciąż czysty w najgłębszym miejscu. Stopy tuż nad głową, bose, sine. Zrozumiał, że podeszwę nieba stanowią przerwane rdzenie odważnych. Padł na kolana i zwymiotował. Czuł nadchodzącą wielką niezdolność, senność. Ogarniające kalectwo uczyniło go radośnie uległym. Chwila o niezmierzalnej głębokości wchłonęła go bez reszty. Euforia trwała, czekał na kolejny cios, gwałt, stryczek - spokojny. Zdeptana godność - promieniująca, oślepiająca wrogów. Leżał bez siły, w błogości.

Chwycili go za ręce i wcielili do armii zesłańców.

 

— Patrz jaki obraz: cmentarzowa aktywność ogników.

— Tak Lenko.

— Zobacz, światło tego znicza umiera, ale wciąż walczy, płonie, czeka na kogoś, kto podtrzyma światełko.

— Wiem, rozumiem.

— Janek, popatrz na mnie. No popatrz. Pozostaję wtopiona w twój świat, świat o którym nic nie mówisz. Ty nic nie mówisz, brzmisz jak cisza! Co ona kryje? Sam powiedziałeś! Powiedz, proszę, powiedz mi słowo.

— Szerokie masz oczy, Lenko.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • JamCi 2 tygodnie temu
    O kurcze. Zatkało.
  • jagodolas 2 tygodnie temu
    To tylko taka próba czy umiem z dialogami, dzięki
  • Adelajda 2 tygodnie temu
    Pochłonął mnie ten obrazek.
    Poetyckość zmieszana ze smutkiem, tęsknotą i brudem. Perełka.
    Przeczytałam z przyjemnością.
  • jagodolas 2 tygodnie temu
    Bardzo się cieszę, dzięki
  • Trening Wyobraźni tydzień temu
    jagodolas
    oto Twój zestaw:
    Postać: Największy poeta
    Zdarzenie: Stanowcza Dezaprobata

    Gatunek (do wyboru): Bajka/baśń/legenda/przypowieść lub (pod kątem Antologii) Horror i pochodne
    Czas na pisanie: 20 październik (niedziela) godz. 19.00
  • JamCi tydzień temu
    Jak to 20 październik? To już nie dwa tygodnie jest? Może 27?
  • Trening Wyobraźni tydzień temu
    Sprostowanie: Czas na pisanie: 27 październik (niedziela) godz. 19.00

    PS. Dziękuję za czujność JamCi :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania