Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Cmyk cz. 14

— Złapała się! Max! Normalnie się złapała! — Karl skakał wokół kupki traw i liści, skrywającej ich jeszcze surowe i wciąż żywe śniadanie.

— Taa... — Max odkopał się spod cuchnącego koca.

Każdej nocy przechodził jego smrodem coraz bardziej. Gdy emocje opadły, a logiczne myślenie zaczęło nieśmiało wracać, cofnęli się do chatki Baby Jagi, jak pieszczotliwie pozwolili sobie ją nazwać, po tę właśnie szmatę, a w zasadzie po jakąkolwiek szmatę, która mogłaby okazać się pomocna w walce z chłodem, jaki serwowało zachodzące słońce i bezkres mroźnych gwiazd. Śmierdział więc Babą Jagą, życiem bez wyłożonej kafelkami łazienki, miękkiego papieru toaletowego w słodkie kwiatuszki, i kostki, chociażby szarego, mydła. Czuł własny odór do tego stopnia, że gdyby odnaleziona teraz Cassie rzuciła mu się na szyję i nie zwymiotowała, byłby to znak najczystszej prawdziwej miłości. A przynajmniej tak twierdził Karl i nawet chciał się zakładać, że dziewczyna puści pawia na bank. Próbowali żartować, zająć czymś myśli na siłę. Czymś lżejszym, odciągającym uwagę od głównego problemu, gdyż nie ma nic bardziej zgubnego i osłabiającego, niż ukierunkowanie stu procent myśli w stronę głównego zmartwienia. Każdy problem da się rozwiązać, czasem trzeba tylko czasu lub sposobu. Póki co Max miał sposób na polowanie. Puszka po fasoli, którą nosił nie bez przyczyny, w odpowiedniej aranżacji okazała się całkiem niezłą pułapką. Skuteczność prowizorki bywa równie zdumiewająca, co jej trwałość. Wystarczyło wykopać dziurę w ziemi, wsadzić puszkę, wycięte wcześniej wieczko podeprzeć na umieszczonym wewnątrz patyku i voila. Całość lekko przysypana ziemią, zamaskowana liśćmi i trawą, wyglądała jak najnormalniejszy, zupełnie niegroźny dla małych futrzaków fragment ściółki. Świeża zielenina nadawała się na przynętę dla myszy, które pac!, wpadały do środka, gdzie uwięzione czekały na kostium szaszłyka. Ich małe łapki nijak nie mogły wspiąć się po gładkiej powierzchni puszki. Wystarczyło je dobić, upiec i zjeść. W ciągu dwóch nocy złapała się co prawda tylko jedna, ale Karl i tak był pełen podziwu. Max z kolei czuł niedosyt. Czuł go zawsze, gdy coś mu wyszło, jakby zawsze chciał być krok do przodu. Jakby sam więził się w pułapce z puszki własnego umysłu, podjudzającego do ciągłej rywalizacji z samym sobą. Gdyby bowiem miał większą puszkę i surowe mięso, które zachęcało ryjówki i łasice, mógłby zapolować na te ciut większe gryzonie. Większy gryzoń to więcej mięsa. Więcej niż mała myszka na dwóch dorosłych, głodnych mężczyzn.

 

Las krążył wokół nich przez kolejne trzy łaskawe dni. Im dalej w głąb, tym obdarowywał hojniej. Grzyby, jagody i mnóstwo robactwa, pieczonego przy wieczornych ogniskach. Nawet ślimaki — wykwintnie i po francusku. Pogoda również rozpieszczała przychylnymi, jak na tę porę roku, temperaturami. Zgodnie z prowizorycznymi kalkulacjami i dużym marginesem błędu byli mniej więcej w połowie drogi. Główny problem stanowiła woda, którą skrajnie oszczędzali. Max uwierzył, że dadzą radę — tydzień za nimi, tydzień przed nimi. Już widział urwane, umorusane błotem M w napisie C.M.Y.K. Już czuł znajomy zapach, jakby detergentu, mokrej sierści i siarki jednocześnie. Już w zasadzie tam był.

Tyle że jedynie w myślach.

Karl natomiast przedstawiał skrajnie opozycyjne stanowisko. Uważał, że skoro ostatnie trzy dni wiatry im sprzyjały, a los nie rzucał milowych kłód pod nogi, to znaczy, że już są martwi. Zły znak, zwiastun najgorszego, cisza przed burzą. I że teraz na pewno stanie się coś strasznego.

— Śniła mi się dzisiaj znowu.

— Cassie?

— Nie. Matka.

— Zawsze jak ci się śni matka, to dzieje się coś złego! — Karl uznał powyższe za potwierdzenie swoich obaw; klauzulę wykonalności wyimaginowanego wyroku. Pewność. — Wiedziałem... Wiedziałem! Za dobrze szło! Nikt nas nie chciał zeżreć ani porąbać. Ani psy, ani ludzie, ani... nikt. Ostatnio śniła ci się zeszłej zimy, dwa dni później zakopaliśmy się w śniegu do połowy wozu i trzeba było dwie mile iść po farmera, żeby nas wydarł ciągnikiem. Pamiętasz?

— Ja szedłem — podkreślił Max. — Pamiętam.

— No ty szedłeś. Ty, ty. Ale widzisz, zawsze jak ci się śni matka, są problemy.

— Ona mi się śni codziennie, Karl. Od tygodnia każdej nocy. I zawsze w taki sam sposób.

— W jaki... sposób?

— Mówi, żebym za nią nie szedł.

— Za matką?

— Za Cassie!

— Aha. To może nie idźmy! Mówiłem od początku, że to głupi, nieodpowiedzialny, z góry skazany na porażkę pomysł! Mówiłem? Mówiłem! Matki miewają intuicję!

— Taa, zwłaszcza martwe matki. Ona mówi w tym śnie, żebym za nią nie szedł, bo... eh.

— Bo co?

— Bo im jestem dalej, to Cassie...

— To co Cassie? — cisnął zaciekawiony Karl.

— To jest bezpieczniejsza.

 

Popołudnie ósmego dnia podróży, licząc od wypadku dodge'a, sprezentowało im powiew cywilizacji w postaci drogi. Być może była to ta sama szosa, którą jechali, a teraz przedzierając się przez las, przy jednoczesnym omijaniu zakrętów i serpentyn, dotarli do niej znów. Istniała też obawa, że była to zupełnie inna droga. Marzenie o mapie pozostało niespełnione, więc Max stracił orientację. Nowe możliwości polegały na tym, że mógł o tę właściwą zapytać towarzystwo w postaci grupki pikietujących osób. Maszerowali zawzięcie przed siebie, wykrzykując standardowe hasła oscylujące wokół szczytu hierarchii wartości, typu wolność, niezależność, tradycja i tym podobne. Mężczyźni stali jak wryci, nie mogąc uwierzyć, że widzą ludzi. Normalnych, lekko naćpanych, tudzież pijanych, ale jednak ludzi. W kolorowych, postrzępionych łachach, z oczami przepełnionymi buntem; w postawie sugerującej niedostrzeganie świata wokół. Kilkanaście osób, być może dwadzieścia pare.

— Zagadamy? — zasugerował oniemiały Karl.

— Zagaduj. — Max rzucił mu wyzywające spojrzenie.

Ludzie szli dalej, nie zwracając na nich najmniejszej uwagi.

— Eee, przepraszam bardzo... — spróbował niepewnie.

Nikt nawet nie spojrzał.

— Ludzie?! Halo!

Mieli plecaki. Wodę zapewne też.

— Przepraszam panią... Halo! Słyszy mnie pani?!

Jedna z kobiet zwróciła twarz w jego stronę, krzycząc, że nie pozwolą na bezczeszczenie konstytucyjnych praw jednostki.

— Eee... — Wiedział, że nie jest przekonujący, a siła przebicia to jedna z cech, z którymi rozmijał się od dziecka.

Max przyglądał się milcząco. Kobieta skandująca, że nie straszna im ani tułaczka, ani śmierć, dołączyła do wielobarwnej watahy, ślepo sunąc naprzód.

Karl próbował nadal, ludzie szli przed siebie, Max zobaczył rower. Prowadził go chłopak kończący pochód. Nie miał kolorowych ubrań i zdawał się nie pasować do pozostałych, jakby dołączył gdzieś po drodze. Mężczyzna złapał go za rękę, prezentując siekierę i minę sugerującą, że sprzeciw nie jest mile widziany.

— Oni uciekli i idą na południe — wyrzucił z siebie właściciel roweru. — Wyobrażacie sobie? Normalnie zwiali! Chodźcie z nami, tam skąd idą, nie ma czego szukać — przekonywał, a w jego oczach błyszczała wiara w powyższe słowa i coś jeszcze. Pod warstwą chwilowego entuzjazmu krył się stłumiony strach.

— Rower twój mi potrzebny, nie filozofia. — Max pewnie złapał za ramę.

— Potrzebny ci zdrowy rozsądek. Nie tędy droga! — Chłopak wskazał w kierunku, z którego przyszli. — Tam nic nie ma. Nic dla ludzi!

— Jak daleko jest to „nic”?

— Co?

— Miasto. Jak daleko?

— A ja wiem. Dwieście mil około.

— Dwieście mil? — powtórzył z niedowierzaniem Max. — Tylko dwieście mil... I rower.

— Zaraz, zaraz. Rower jest mój i nie zamierzam go oddać, choćby...

— Choćby co?! — Max wbił się w słowo. — Czymkolwiek zastąpisz słowo „choćby”, jestem w stanie to zrobić przy użyciu koleżanki — kolejny raz zaprezentował ostrze — i nie, negocjacje nie wchodzą w grę.

— Nie zabijesz mnie przy tych wszystkich ludziach! — wrzasnął tamten.

— Tych ludziach? — Max wskazał oddalającą się grupkę, nie odwracającą się i nie zaciekawioną, co dzieje się za ich plecami, czy gdziekolwiek indziej. Interesowało ich jedynie krzykliwe wygłaszanie żądań i parcie przed siebie. — Tych naćpanych ludziach, którzy po pierwsze, jak widać, mają cię w dupie. Po drugie wierzą w puste ideały, nie przekładając ich na realną ocenę sytuacji, strategie działania czy cokolwiek, dzięki czemu przeżyją kolejne dwa tygodnie. I po trzecie nim znajdą coś lepszego, niż mogli zdobyć w mieście, prowiant skończy się trzy razy, a jak zaliczą zjazd i napad głodu po gównie, które huczy im w żyłach i głowach, pozżerają się nawzajem. Tak. Odpowiedź brzmi tak. Przy tych ludziach! — wrzasnął.

 

Mieli rower i dwieście mil drogi.

Dziewięć mil na godzinę.

Doba do Cmyka.

Następne częściCmyk cz. 15  Cmyk cz. 16  Cmyk cz. 17  

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 12

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Elorence 3 miesiące temu
    MOJA PIĄTKA JEST PIERWSZA!
  • Elorence 3 miesiące temu
    Dobra, a teraz już normalnieję i dorastam :D

    Komentarz będzie za chwilę!
  • Ritha 3 miesiące temu
    Elorence haha, ok. Tym razem trafiłaś na premierę ;))
  • Elorence 3 miesiące temu
    "Czuł własny odór do tego stopnia, że jeśli znajdzie Cassie, a ona nie zwymiotuje, rzucając się mu na szyję, będzie to oznaczać najczystszą, prawdziwą miłość." - hahaha, dobre!

    "Wiedziałem... Wiedziałem! Za dobrze szło! Nikt nas nie chciał zeżreć ani porąbać. Ani psy, ani ludzie, ani... nikt." - no naprawdę, mieli powód do świętowania, bo nikt nie chciał zrobić z nich kolacji :D

    "— Mówi, żebym za nią nie szedł.
    — Za matką?
    — Za Cassie!
    — Aha. To może nie idźmy! Mówiłem od początku, że to głupi, nieodpowiedzialny, z góry skazany na porażkę pomysł! Mówiłem? Mówiłem! Matki miewają intuicję!
    — Taa, zwłaszcza martwe matki. Ona mówi w tym śnie, żebym za nią nie szedł, bo... eh.
    — Bo co?
    — Bo im jestem dalej, to Cassie...
    — To co Cassie? — cisnął zaciekawiony Karl.
    — To jest bezpieczniejsza." - przejaw uczuciowości Maxa. Normalnie, zaszkliły mi się oczy. Dobry to facet. Podświadomie wie, że powinien odpuścić, ale uczucie mu na to nie pozwala.

    "Czymkolwiek zastąpisz słowo „choćby”, jestem w stanie to zrobić przy użyciu koleżanki — kolejny raz zaprezentował ostrze — i nie, negocjacje nie wchodzą w grę." - ja już dawno rzuciłabym rower pod nogi Maxa i uciekła, gdzie pieprz rośnie! Co ten koleś, z choinki się urwał? Pokazują mu broń, a ten jeszcze pyskuje :D

    Determinacja Maxa wzrasta.
    Moja również.
    Czekam na Cassie i coraz bardziej się martwię, bo skoro matka Maxa zawsze przyciąga zło to co gorszego od kanibali, może ich spotkać?

    Pozdrawiam! :*
  • Ritha 3 miesiące temu
    "— Mówi, żebym za nią nie szedł (...) To jest bezpieczniejsza" - to jest ino wstawka. Przypomnisz sobie ten dialog w przyszłości ;))
    "ja już dawno rzuciłabym rower pod nogi Maxa i uciekła, gdzie pieprz rośnie" - haha, facet nie wie, że Max przerąbał babie łeb trzy dni wcześniej :D

    Fajnie, że wpadłaś jak burza Elołapku :D Dziękuję za jak zawsze wnikliwą analizę :)))
    Pozdrawiam :*
  • Elorence 3 miesiące temu
    Nie mogę się doczekać!
    Ritha, moja analiza to pikuś w porównaniu do analizy Cana :D
  • Ritha 3 miesiące temu
    Elorence ale spojrzenie kobiecym okiem, też ważne. Can językowo orze, Ty fabularnie, jest git.
  • Okropny 3 miesiące temu
    Moja, druga jest.
  • Ritha 3 miesiące temu
    Fantastycznie. Zero ruskich czołgów. ;)
  • Okropny 3 miesiące temu
    Ritha jeszcze się poprzypieprzam do detali, chwilowo muszę dużo przemyśleć. To nie koniec.
  • Ritha 3 miesiące temu
    Okropny poprzypieprzaj się.
    Pułapkę na myszy wziełam z Poradnika Przyrodnika, wiec pulapki sie nie czepiaj ;P
  • KarolaKorman 3 miesiące temu
    mokrej sierść i siarki jednocześnie. - sierści
    — Dwieście mil... — powtórzył z niedowierzaniem - z niedowierzaniem to jakby pytająco, czyli powinien być pytajnik
    Rower jest mój i nie zamierzam i go oddać, - ci go oddać
    i nie zaciekawioną co dzieje się za ich - przed co przecinek
    i to na początku:

    — Taa... — Max odkopał się... - i ciągniesz opowieść, a ma być to tylko dopowiedzenie dialogowe i od słów: — wpadały do środka... dalej mówi Max - tak wygląda to w tej chwili.

    Lubię ich rozmówki. Jakby Max się przekomarzał z Karlem, grał na zwłokę i zawsze ma coś do ukrycia, co nakręca Karla :)
    Dobra część, bardzo dobra i mają rower. Mil też trochę mają, ale na rowerze łatwiej. Już ich widzę razem na tym rowerze :) Kto pedałuje? Kto siedzi na rurce ramy? A jest rurka? Jeden pedałuje na stojąco, drugi siedzi z nogami na boki? Komedia :D Nie ciągnę, bo się posikam :)
    5 wstawione, pozdrawiam :)
  • Ritha 3 miesiące temu
    Haha Karola :D Mysle, ze Max bedzie pedalowal, a Karl na bagażniku :D Zalozmy, ze jest bagaznik, bo na ramie to eee... dziwnir. Szczerze - od poczatku ich wedrowki chcialam, zeby ostatnia prosta pokonali rowerem :D
    Bledy jutro rano poprawie, bo na komorke juz sie przerzucilam, zara lulu, i nie wygodnie.
    Dzieki Kochana, pozdrawiam :))
  • KarolaKorman 3 miesiące temu
    OOOO! O bagażniku nie pomyślałam. Bardziej o takim, co to się dupę wystawia temu z tyłu, a nosem ryje ziemię - takich nie lubię, żadnych nie lubię. W ogóle nie lubię jeździć na rowerze :(
    Poczekam do następnej części na opis tego zdarzenia :)
    I nie ma za co :) *** Buziaki :)
  • pasja 3 miesiące temu
    To już 184 godziny idą. Sny mają bardzo ważne znaczenie, a zwłaszcza kiedy śnią się bliskie osoby. Ponoć ostrzegają przed niebezpieczeństwem. W ich dialogami można się zagubić. Nieraz brzmią tak, jakby mówiły małe dzieci. Jednak Max dominuje. Karl sprawia wrażenie bardzo wierzącego w znaki.
    No i wreszcie twarze. Trochę polityki przemyciłaś Autorko.
    Już tylko, albo aż tylko piętnaście godzin do celu. Rower też ma swoje obciążenie. Dlatego niech się nie cieszą.
    Miłego dnia i ukłony dla Autorki
  • Ritha 3 miesiące temu
    Idą osiem dni, ostatnie trzy skrótem przez las, dlatego dystans zmniejszył się, w porównaniu do początkowych kalkulacji Maxa.
    Chyba deczko mniej godzin idą, biorąc pod uwagę sen i siedzenie w piwnicy. Polityki? Nieee. Nie oglądam wiadomości, nie czytam gazet, nie mam pojęcia co się aktualnie dzieje na scenie politycznej i w ogóle mnie to nie interesuje. Ale pikieta mi się jakoś z filmami postapo skojarzyła. Tam zawsze jacyś ludzie skandują z transparentami.
    Taa, prędkość na rowerze, początkowo napisałam 15 mil/h, zmieniłam na 13mil/h, ale w rezultacie może i tyle nie pociągną we dwóch i z siekierą w charakterze bagażu :)
    Co do dialogów - to co pepla Karl, zalecam dzielić na połowę ;)
    Dziękuję Pasjo, pozdrawiam :))
  • Canulas 3 miesiące temu
    Dziś troszkę później, ale jestem.

    " Czuł własny odór do tego stopnia, że jeśli znajdzie Cassie, a ona nie zwymiotuje, rzucając się mu na szyję, będzie to oznaczać najczystszą, prawdziwą miłość. " - Tyś jest fanka, by Się było zawsdze daklej niż bliżej, więc może: rzucając mu się na szyję? - nie wiem. Obadaj.

    "Czymś lżejszym, odciągającym uwagę od głównego problemu, gdyż nie ma nic bardziej zgubnego i osłabiającego, niż ukierunkowanie stu procent myśli w stronę głównego zmartwienia." - tu się zgodzę. ładnie wplatasz życiowe spotrzeżenia. Wszystko jest pełniejsze.

    "Każdy problem da się rozwiązać, czasem trzeba tylko czasu. Lub sposobu" - czemu tu są dwa zdania?

    Ok.Dalej jest zgrabny wypełniacz treści. DObry zabieg, bo wydłuża wędrówkę. Czytamy o tym i owym, czas płynie, a oni idą. Zawsze też tak podczas sesji travelingowych w RPG czy Larpach wypełniałem czas, by spotęgowac klimat. Dobry zabieg, ucieczka w myśli. Retrospekcje różne. Ot - zgrabne pierdzielenie.

    " Klauzulę wykonalności wyimaginowanego wyroku. " - no ale tu żeś wyjebała, że gdybym miał sandały, to... bym nie miał sandałów. Dla takich zdań właśnie kocham być chory na ten słowo i myślotwórczy detalizm. Tutaj, obcując z takim zapisem, moja choroba zbiera żniwo w proficie ukontentowania. Ooo... kurde, ale to ładnie ująłęm. Taki dumny z Ciebie. Taki dumny z siebie ;)

    "Ale widzisz, zawsze jak ci się śni matka, to są problemy." - "to" jest zbędne.

    I końcówka.
    ładna gadka z chłopakiem. Uczicwa ciekawa. Ludzie pikietujący równeiż ciekawy ozdobnik, jednak...
    Nie, Łita. 13 mil we dwóch na rowerku - jeszcze jakouśrednienie z godziny - nie. 9, może 10, ale jednak 9 moim zdaniem.
    Przemyśl.

    Część wędrówkowa, spokojna, fajna.

    Pozderro wielkie.
  • Ritha 3 miesiące temu
    Witam :)
    "rzucając mu się na szyję" - ofkors (Się blisko jest be, u kogoś widzę więcej niż u siebie)
    "Lub sposobu" - czemu tu są dwa zdania?" - bo jestem idiotą :D Se ciachnęłam na oślep, ooooo ;) Reperacja.
    Wypełniacz treści - si, deczko travellingowo, se gaworzą, ot podróż.
    Taa, "klauzula..." mi wyszła :) Ale, ale! "obcując z takim zapisem, moja choroba zbiera żniwo w proficie ukontentowania" - no, Pan nawet w komciu zacnie w słowa ubiera (!)
    9 mil/h, tak żem myślała, że nie pociągną tyle com nawypisywała we dwóch z siekiero na jednym rowelku... Zmienię.
    Grazie Canulardo :)
  • Felicjanna 3 miesiące temu
    nie będę nic cytować, bo to książka, niepotrzebująca korektora. A czepić jedynie mogę tych mil- teoretycznie nie bardzo nawet, dla dwóch na rowerze. Tak jakby, to nie kolarze
    Bardzo mi leżą myśli bohaterów i ogólnie charakterystyka. A ten sen matki, zaje - bo coś sugeruje i tworzy dylematy.
    Pozdrówka
  • Ritha 3 miesiące temu
    Wow, Fel, dziękuje za miłe słowa :)))
    Mile rowerowe zmienione ;)
    Pozdrawiam
  • Justyska 3 miesiące temu
    No to jestem na bieżąco.Cóż mądrego mogę napisać. Przeczytałam wszystko dziś... jak dobrą książkę. :) Teraz czekam.
    Pozdrawiam serdecznie
  • Ritha 3 miesiące temu
    Justyska dziękuje Ci pięknie za całość, przeczesałaś jak burza i jeszcze tyle miłych słow, ze az sie chce pisac dalej :)
    Pozdrawiam cieplo
  • Margerita 3 miesiące temu
    Fuj, jak Max w ogóle mógł pod czymś takim spać to do niego podobne i znów jakieś biedne zwierzątko straciło życie eh Niech ino mi ktoś spróbuje zabić Karla to kopnę go w dupę oo pięć
  • Ritha 3 miesiące temu
    Widze, ze są emocje. Git :)
  • Szudracz 3 miesiące temu
    Zdarza mi się zastanawiać nad taką sytuacją, gdzie świat nagle wywraca się do góry nogami i nie ma nic w sklepach, ani w ogródku do jedzenia., bez prądu, gazu i wody. Koszmar, bez wody byłby najbardziej dotkliwy.
    Oni mają to szczęście, że są zaopatrzone jeszcze sklepy. Ciekawe, że Max zabija z zimną krwią. Rozwalił tej babie czaszkę bez skrupułów. W ekstremalnych warunkach, ludzie są skłonni do wszystkiego.
    Karl wycofany, ale jednak daje radę w tych sytuacjach. Sztuka przetrwania świadczy o ich inteligencji. :) Długo ukrywasz postać Cassie, tym bardziej chce się wiedzieć co dalej się wydarzy. :)
    Czekać będę aż się uzbiera kilka następnych części i znowu zajrzę do Cmyka. .
  • Ritha 3 miesiące temu
    "Zdarza mi się zastanawiać nad taką sytuacją, gdzie świat nagle wywraca się do góry nogami i nie ma nic w sklepach, ani w ogródku do jedzenia., bez prądu, gazu i wody" - Szu pzeczytaj "Droge" Cormaca, wbije Cie w fotel, serio przeczytaj.

    Są zaopatrzone sklepy, bo to takie postapo w poczatkowej fazie, w sensie - no jeszcze nie wszystko spladrowane.

    "Ciekawe, że Max zabija z zimną krwią" - zawsze chcialam taka postac stworzyc, ale zeby przy tym byla protagonistą.

    Ok Szu, Tobie rowniez dziekuje za calaosc, wchlonelas Cmyka elegancko, 1-2 odcinki tyg. wypluwam, wiec zaprasz ;) Pozdrawiam :**
  • Ritha 3 miesiące temu
    zapraszam*
  • Canulas 3 miesiące temu
    "Zdarza mi się zastanawiać nad taką sytuacją, gdzie świat nagle wywraca się do góry nogami i nie ma nic w sklepach, ani w ogródku do jedzenia., bez prądu, gazu i wody" - Szu pzeczytaj "Droge" Cormaca, wbije Cie w fotel, serio przeczytaj." - ano wbije
  • Szudracz 3 miesiące temu
    Może przeczytam w odległej przyszłości. Dzięki Wam za polecenie tej książki . :)
  • Agnieszka Gu 3 miesiące temu
    Witam po krótkiej przerwie ;) Troszkę mnie nie było, a tu tyyyyyyleee zaległości ;))
    Czytamy:

    "Czuł własny odór do tego stopnia, że jeśli znajdzie Cassie, a ona nie zwymiotuje, rzucając mu się na szyję, będzie to oznaczać najczystszą, prawdziwą miłość. " — ot, i wykładnia najprawdziwszej miłości ;))

    "Zgodnie z prowizorycznymi kalkulacjami i dużym marginesem błędu byli mniej więcej w połowie drogi. " — ładne zdanie ;)

    "Klauzulę wykonalności wyimaginowanego wyroku." — to też świetne ;)

    "— Zagadamy? — zasugerował oniemiały Karl.
    — Zagaduj. " — krótko i na temat ;)

    Dobra, obaczymy co dalej się podzieje...
  • Ritha 3 miesiące temu
    Hej hej, witam z powrotem :) Śniłaś mi się! Powiedziałaś mi we śnie, że zepsułam Cmyka tym zagraniem w ostatniej czesci :D
  • Agnieszka Gu 3 miesiące temu
    Taki sen, ze mną w roli głównej no to musiał być niezły koszmar ;))
  • Ritha 3 miesiące temu
    Agnieszka Gu powiedzialas mi, ze ten zwrot akcji z Cassie w ostatniej czesci to jest żenua :D
  • Agnieszka Gu 3 miesiące temu
    Ritha hehehehe no nieźle ;) Ale ani mi się wasz go zmieniać, bo dodał swoistego posmaczku całości... Niby wydawało się że hura i w ogóle a jednak nie...
  • Ritha 3 miesiące temu
    Agnieszka Gu no to git.
    Sen świadczy jedynie o tym, że cenie sobie Twoje zdanie :)
  • Agnieszka Gu 3 miesiące temu
    no proszę, wzajemnie kochana ;)
    Choć mnie się nie śniłaś (ja miewam ostatnio sny ... atomowe — potężne bomby latają mi nad domem, a ja w piwnicy, przyklejona do szybki spoglądam która i gdzie spadnie, lub której radioaktywny grzyb mnie dosięgnie... ehhh schiza na całego). Ciesz się, że cię tam nie ma — w tych moich snach znaczy ;))
  • Ritha 3 miesiące temu
    Agnieszka Gu rozumiem, pój dzieciństwa mi się śnił grzyb atomowy z terminatora, widziany z opustoszałego placu zabaw + skrzypiąca, zardzewiała huśtawka na tym placu, a drugie pół burza na horyzoncie, ja uwieziona w swoim pokoju (nie mogąca się ruszyć) i burza przed samym drzwiami balkonowymi zamieniała się w ścianę ognia. Takie sny przynajmniej się pamieta. Notuj, może opko bedzie kiedyś ;)
  • Ozar 3 miesiące temu
    Hahahahahah dobra siekiera to dobry argument. Co prawda jeden rower na dwóch, to mało, ale szybciej niż pieszo. Czyli powoli zbiżamy się do CMYKa ciekawe... 5+ lecę dalej
  • Ritha 3 miesiące temu
    Jestes juz batdzo blisko Cmykusia i bycua na bieząco :) Jestem pod wrazeniem tempa :)
  • Canulas 3 miesiące temu
    Ritha, Ozar to je firma
  • Ritha 3 miesiące temu
    No widze wlasnie!
  • Adam T 2 miesiące temu
    Tech-aid i inni:
    „Śmierdział więc Babą Jagą, życiem bez wyłożonej kafelkami łazienki, miękkiego papieru toaletowego w słodkie kwiatuszki[,] i kostki, chociażby szarego, mydła.” – przecinek ten jest tu konieczny, ponieważ jego brak daje nam „papier toaletowy w słodkie kwiatuszki i kostki”, a nie o to przecie chodziło. Gramatycznie tego nie potrafię wyjaśnić. Nie wiem, czy są konieczne przecinki, ktore wydzielają „chociażby szarego”, ale tu sam się waham.

    „Czuł własny odór do tego stopnia, że jeśli znajdzie Cassie, a ona nie zwymiotuje, rzucając mu się na szyję, będzie to oznaczać najczystszą, prawdziwą miłość.” – pokłóciły się tu czasy. Bardzo. „Czuł” i natychmiast „znajdzie”. Potocznie mogłoby tak być, ale nie w takiej narracji. Skoro „czuł”, dałbym „że gdyby znalazł teraz Cassie...” albo nawet tak:
    „Czuł własny odór do tego stopnia, że gdyby odnaleziona teraz Cassie rzuciła mu się na szyję i nie zwymiotowała, byłby to znak najczystszej prawdziwej miłości”.

    „Świeża zielenina nadawała się na przynętę dla myszy, które pac — wpadały do środka, uwięzione i czekające na kostium szaszłyka.” – przede wszystkim zdanie mówi, że uwięzione i czekające na kostium szaszłyka myszy wpadały do środka, a nie o to tu chodzi. Ale najpierw zrezygnowałbym z tej pauzy po „pac”, a samo „pac” (nawet z wykrzyknikiem) wydzielibym przecinkami, bo jest to wtrącenie czyli:
    „...które, pac, wpadały do środka”, a dalej, żeby było z sensem: „...gdzie, uwięzione, czekały na kostium szaszłyka”.

    „Już czuł ich znajomy zapach, jakby detergentu, mokrej sierści i siarki jednocześnie.” – „ich” czyli konkretnie kogo zapach? Liter? Tu nie jarzę, albo czegoś nie pamiętam. Może chodziło o zapach znajomy dla Maxa i Karla? Wtedy spokojnie możesz wyrzucić „ich”.

    „...Karl uznał powyższe za potwierdzenie swoich obaw. Klauzulę wykonalności wyimaginowanego wyroku.” – tu sugerowałbym średnik, nie kropkę, żeby zaznaczyć, że jest to ciąg poprzedniego stwierdzenia o „obawach”.

    „W kolorowych, postrzępionych łachach, oczach przepełnionych buntem i ogólnej postawie sugerującej niedostrzeganie świata wokół.” – przed „oczach” nie może być przecinku. No, bo jak? W kolorowych łachach, oczach i ogólnej postawie? W kolorowych oczach? ;)) To już lepiej (po przecinku) „z oczami przepełnionymi buntem”, a potem po średniku: „w postawie sugerującej niedostrzeganie świata wokół”.

    „...być może dwadzieścia parę” – pare.

    To chyba tyle.
    Jest świetna rozmowa o snach i matce (bardzo mi się tu podobały kwestie Katrla), jest doskonała „opwieść” Maxa o „tych ludziach” na samym końcu. Jest ogólnie fajna scena zdobycia roweru, chociaż jazda nim przypomniała mi film „Głupi i głupszy” (gdzie bohaterowie jechali we dwóch do Aspen na maleńkiej motorynce ;))
    No, i jest jeszcze kuriozalna radość ze złapania myszy (jedna myszka na dwóch chłopów – od razu było mi ich żal).
    Czyta się pięknie.
    Pozdrawiaki ;)
  • Ritha 2 miesiące temu
    Woow, ile żem błędów natłukła :D Dzięki wielkie, tyle włożonej pracy, serio docenia i zara będę reperować!
    Taa, fragmenty z rowerem są luźniejsze, odpoczywaj, bo śmiesznie nie bydzie wiecznie ;)
    Zakomunikuję, jak naprawię babole, wysiłek na marne nie pójdzie.
    Dziękuję raz jeszcze. No i cieszę się, ze się podoba :)
  • Ritha 2 miesiące temu
    Oki, naprawione wszystko, faktycznie było pokracznie miejscami, jeszcze raz grazie signore za czujne oko ;))

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania