Coś, co wyszło z lasu

Był wczesny wieczór, kiedy wraz z żoną i dziesięcioletnim synkiem wjechaliśmy naszym starym jeepem na teren posesji, którą wynajęliśmy na kilka dni. Pomyśleliśmy, że wakacyjny wypoczynek na Kaszubach dobrze nam zrobi. Moja żona poruszała się na wózku – kilka lat wcześniej uległa wypadkowi, w wyniku którego straciła władzę w nogach. Właśnie dlatego zależało mi, by znaleźć dom odpowiedni dla niej – taki bez schodów i innych utrudnień. Kidy zobaczyłem budynek, wiedziałem, że Daria się ucieszy. Niewielka drewniana chatka z widokiem na jezioro, oraz okoliczny las – czego chcieć więcej?

– O rany, ale tu fajnie! – wykrzyknął Mikołaj, wysiadając z wozu.

– Ale pięknie – stwierdziła cichutko moja żona, czekając, aż wyciągnę z bagażnika wózek inwalidzki i pomogę jej wydostać się z pojazdu. W oczach Darii dostrzegłem łzy wzruszenia.

– Dziś jest już późno, ale jutro wybierzemy się na spływ kajakowy – odparłem. – Słyszałem, że pogoda ma być równie piękna, jak dziś.

– Ej, tato, choć zobaczyć! – Mikołaj był bardzo żywym dzieckiem. Jeszcze dobrze nie wysiadł z samochodu, a już stał przy drewnianym słupie przed posesją i gapił się na jakieś ogłoszenie, zawieszone na nim.

– Co tam czytasz, młody – spytałem, podchodząc do syna.

Plakat przedstawiał wizerunek małego chłopca, o jasnych kręconych włosach i wielkich, błękitnych oczach. U góry widniał czerwony napis ZAGINĄŁ, oraz numer telefonu. WYSZEDŁ DO LASU I OD TAMTEJ PORY NIKT GO NIE WIDZIAŁ – informował tekst w dolnej części plakatu. Smutne – pomyślałem, gładząc Mikołaja po głowie. Zauważyłem, że mój syn przypomina trochę dzieciaka z plakatu.

Po kilku minutach byliśmy już w domu. Właściciel, mieszkający w sąsiedniej wiosce, przekazał nam klucze i życzył miłego wypoczynku. Mieszkanie było skromne, ale za to czyste i przytulne. Na parterze znajdował się salon, łazienka, niewielki aneks kuchenny, oraz sypialnia z wielkim łożem.

– A ja, gdzie będę spał? – spytał Mikołaj, odkładając walizkę na podłodze i szeroko otwierając błękitne oczy.

Wtedy to dostrzegliśmy wąskie drewniane schody, prowadzące na piętro.

– Dziwne – powiedziałem. – Ten gość twierdził, że dom nie ma żadnych schodów.

– Nie ważne – uspokoiła mnie Daria, chwytając moją rękę. – Ważne, że mamy na dole sypialnie i toaletę.

– No i kuchnię – dodałem, na co oboje parsknęliśmy śmiechem.

Mikołaj wbiegł na górę i przez pewien czas w ogóle się nie odzywał.

– Miki, żyjesz?! – krzyknąłem i po chwili otrzymałem odpowiedź.

– Tato, ale tu jest super! Chodź zobaczyć!

Nie chciało mi się wspinać po stromych stopniach, jednak mój dziesięcioletni syn nalegał, bym wyszedł na piętro – więc tak zrobiłem. Ujrzałem Mikołaja, siedzącego na granatowym materacu. Obok chłopca leżała poskładana w kostkę świeżo wyprana pościel.

– No widzisz – powiedziałem. – Masz własny pokój. Idę na dół przygotować kolację, a ty pościel łóżko.

Dostrzegłem szeroki uśmiech na twarzy chłopca. Najwyraźniej spodobał mu się ten niewielki pokoik na poddaszu. Nim zszedłem do salonu, wyjrzałem jeszcze przez dachowe okno. W oddali ostatnie promienie zachodzącego słońca odbijały się od wód wielkiego jeziora. Za płotem naszej posesji rozciągała się szeroka polana, porośnięta wysoką trawą i jakimiś chwastami, natomiast dalej rozpoczynał się las.

Po kolacji Mikołaj wziął prysznic, a następnie ruszył po schodach na poddasze, trzymając w ręce komiks.

– Tylko nie czytaj zbyt długo – powiedziała Daria, zsypując ze stołu okruchy chleba. – Pamiętaj, że jutro rano idziemy na kajaki.

Pozmywałem naczynia i wraz z żoną udaliśmy się do sypialni.

W środku nocy usłyszałem kroki na trzeszczących schodach. Nie odzywałem się, gdyś nie chciałem obudzić Darii. Po cichu wyszedłem z łóżka, jednak w ciemności nie dostrzegłem wózka inwalidzkiego, przez który przepadłem, robiąc tym samym nie mały hałas. Moja żona na szczęście nie obudziła się. Bełkotała coś przez sen, a po chwili znów zaczęła chrapać.

– Mikołaj, czemu nie śpisz? – spytałem szeptem syna, po tym, jak wyszedłem z sypialni i zobaczyłem jego sylwetkę w mroku. Chłopiec stał pod schodami.

– Ktoś jest na zewnątrz – odparł dziesięciolatek, wystraszonym głosem. – Ktoś chodzi po tej łące za domem.

– Synu, co ty opowiadasz? Jest druga w nocy, komu chciałoby się spacerować tu o tej porze.

– Usłyszałem przez okno jakieś odgłosy, a jak wyjrzałem, to zobaczyłem, że coś tam się ruszało. No chodź zobaczyć.

Przyznam, że byłem potwornie rozespany i za wszelką cenę chciałem wrócić z powrotem do łóżka, jednak wiedziałem, że syn nie da mi spokoju, dopóki tego nie sprawdzę. Gdy wspinałem się na poddasze, Mikołaj kurczowo trzymał się mojej ręki. Podszedłem do uchylonego okna dachowego i wyjrzałem przez nie.

– I co? Zobacz synu jak jest ciemno, nie możliwe, żebyś wypatrzył coś w tych ciemnościach.

– Ale tam naprawdę ktoś chodził! – wykrzyknął dziesięciolatek płaczliwym głosem. Słyszałem kroki w głębi lasu, a potem widziałem kogoś na tej polanie, przysięgam! Ktoś wyszedł z tego lasu!

– Nie krzycz, bo obudzisz mamę. Ja niczego nie widzę w tych ciemnościach. Może ktoś po prostu wyprowadzał psa, albo to było jakieś dzikie zwierze. Idź spać. Pamiętaj, że jutro rano wcześnie wstajemy.

Mikołaj jeszcze chwilę pomarudził, jednak w końcu dał za wygraną i położył się na materacu. Ja także wróciłem do sypialni i po chwili zasnąłem, wtulony w rozgrzane ciało mojej żony.

Nazajutrz wstałem jako pierwszy. Ubrałem się, a następnie przygotowałem śniadanie. Już miałem zawołać Mikołaja, by zszedł na dół i powiedział mi, z czym chce kanapki, jednak chłopiec uprzedził mnie i to jego wołanie rozniosło się po domu

– Tato, tato, chodź tu! Musisz to zobaczyć!

Odłożyłem nóż kuchenny i ruszyłem na poddasze.

– Tato, zobacz, tam ktoś stoi. – Mój syn wskazał palcem w stronę okna.

Rzeczywiście. Ktoś stał za polaną – na skraju lasu. Był dość daleko, mimo to zorientowałem się, że musi być bardzo wysoki.

– Kiedy obudziłem się rano i wyjrzałem przez okno, od razu go zobaczyłem. Stoi cały czas w tym samym miejscu, kto to może być? To pewnie jego widziałem w nocy.

– Nie wiem – odparłem. – I nie zamierzam się teraz tym przejmować. Chodź na śniadanie, bo za niecałą godzinę musimy wyjść.

Mikołaj wzruszył ramionami, po czym oddalił się w stronę schodów. Już miałem iść za nim, jednak zauważyłem małą lornetkę Mikołaja, wysuniętą z jego plecaka. Odruchowo chwyciłem ją do rąk i spojrzałem w stronę tajemniczej postaci. Ten ktoś był odwrócony do mnie plecami – stał zwrócony w kierunku lasu. Wyglądał na wysokiego i dobrze zbudowanego. Miał na sobie brązową koszulę w kratę, czerwone krótkie spodenki, zielone skarpety i dziwne drewniane buty – przypominające chodaki. Spod kolorowego kapelusza wystawały długie czarne włosy – sięgające prawie do tyłka tego kogoś. Stał tak nieruchomy, podpierając się czymś, co przypominało wielki kij. Co to za dziwak – pomyślałem, odkładając lornetkę i przymykając okno. Ta postać przypominała mi trochę Rumcajsa – tę postać z bajki.

Podczas spływu zrelaksowałem się, jak nigdy. Tego mi było trzeba – słońce, wiejskie powietrze i śpiew ptaków. Podczas roku szkolnego ciężko jest odpocząć – zwłaszcza, gdy pracuje się w ośrodku z trudną młodzieżą.

Było kilka minut po czternastej, kiedy wróciliśmy do domu. Podczas spływu, zatrzymaliśmy się na mieliźnie i wraz z Mikołajem pokąpaliśmy się w jeziorze, przez co miałem teraz w plecaku dwie pary mokrych kąpielówek i dwa mokre ręczniki, które musiałem powiesić na sznurku za domem. Mój syn wraz z żoną udali się do mieszkania, natomiast ja ruszyłem w głąb ogrodu. Jeszcze dobrze nie doszedłem do płotu, przy którym rozwieszony był sznur na pranie, gdy znów zauważyłem tego człowieka, którego Mikołaj wypatrzył o poranku. Stał dokładnie w tym samym miejscu i w takiej samej pozycji. Przypominał posąg, który ktoś postawił na skraju lasu. Przez moment pomyślałem, że to rzeczywiście może być tylko figura, ale z drugiej strony, kto przy zdrowych zmysłach ustawiałby ją w środku nocy w szczerym polu?

Przyznam, że kiedy rozwiesiłem mokre rzeczy i wracałem do domu, poczułem się dość nieswojo. Zrozumiałem, że człowiek, którego widziałem, może być jakimś czubkiem. Dodatkowo przerażała mnie myśl, że w okolicy nie ma żadnych zabudowań, a do głównej drogi mamy dobre dwieście metrów. Ostatecznie uznałem, że nie ma co panikować. Ten ktoś na pewno nie jest niebezpieczny, a poza tym stoi na skraju lasu, oddalonego od naszego domu jakieś sto metrów. Nie ma się czym przejmować – powtarzałem sobie, wchodząc do domu i zamykając za sobą drzwi.

Przygotowywanie obiadu na dobre mnie pochłonęło. Kiedy Mikołaj robił coś w swoim pokoju, a Daria czytała książkę, jak krzątałem się przy kuchence z książką kucharską, by przyrządzić mojej rodzince coś naprawdę smacznego. W pewnym momencie wpadłem na pomysł, by do potrawy dodać odrobinę szczypiorku. Co prawda w przepisie nie było mowy o szczypiorku, ale wiem z własnego doświadczenia, że szczypiorku nigdy nie za wiele.

– Mikołaj! – krzyknąłem. – Idź na grządkę za dom i przynieś mi trochę szczypiorku.

Zabrałem się za obieranie ziemniaków, jednak mój syn nie schodził z poddasza.

– Mikołaj! – zawołałem ponownie, na co moja żona odparła

– Nie drzyj się tak. Przecież Mikołaj wyszedł przed chwilą na dwór z koszykiem. Pewnie poszedł do lasu poszukać grzybów, bo od rana o tym mówił.

Nic nie odpowiedziałem Darii. Nie mówiłem jej o tym dziwnym człowieku, który od rana stoi pod lasem, niczym słup soli, gdyż nie chciałem jej denerwować. Zrozumiałem, że mój syn może być w niebezpieczeństwie, skoro oddalił się poza teren posesji. Daria zawsze uznawała, że Mikołaj jest już dużym chłopcem, jednak ja wiedziałem, że dziesięciolatek nie powinien sam błąkać się po lesie.

Wyszedłem przed dom, a następnie podążyłem wąską, udeptaną ścieżką, prowadzącą do na polanę. Kiedy znalazłem się na skraju łąki, kamień spadł mi z serca. Mój syn zbliżał się w moją stronę z koszykiem pełnym grzybów. Spojrzałem w stronę lasu – ten ktoś bez zmian stał w tym samym miejscu.

– Mikołaj, mówiłem ci rano, że nie możesz sam chodzić do lasu – tłumaczyłem synowi, gdy wracaliśmy do domu.

– Och, przecież jestem już duży tatku. Poza tym, co niby mogło by mi się stać? Byłem kogo tego niby-pana, co stoi tam pod lasem i odkryłem, że to wcale nie jest żaden pan. – Mój syn cichutko zachichotał, jednak szybko na niego nakrzyczałem, więc szeroki uśmiech w mgnieniu oka zniknął z jego twarzy.

– Mikołaj, co to ma znaczyć! Tyle razy tłumaczyliśmy ci z mamą, że nie wolno zbliżać się do obcych!

– Ale przecież tłumaczę ci, że to nie jest człowiek! – wrzasnął dziesięciolatek, zalewając się łzami. Jego słowa całkowicie mnie zdezorientowały. – To chyba tylko taka rzeźba, ubrana w ubrania.

– Mikołaj, ale to mało prawdopodobne, aby ktoś w środku nocy przytachał na to pustkowie rzeźbę...

– Tato, to naprawdę jest rzeźba, choć…

– Choć, co? – spytałem

– Ta drewniana twarz jest… jakaś dziwna. Tak strasznie się uśmiecha i te oczy… Nie są namalowane, tylko takie realistyczne i… cały czas mam wrażenie, że już gdzieś je widziałem.

Nie wiedziałem, co mam o tym myśleć. Mało prawdopodobne, aby komuś chciało się przetransportować na to odludzie dwumetrową figurę i tak samo mało prawdopodobne, by ktoś zdołał cały dzień wystać w jednej pozycji w tym samym miejscu. Coś tu było cholernie nie tak – już wtedy to czułem, choć najgorsze było dopiero przede mną.

– A, przypomniało mi się jeszcze, że ta rzeźba trzyma taką wielką drewnianą maczugę – dodał Mikołaj, zbliżając się do drzwi z koszykiem pełnych grzybów – głównie kurek i maślaków.

Po powrocie do domu skończyłem przygotowywać obiad, który moja kochana rodzinka wsunęła w kilka minut, nie mogąc przestać zachwalać mojego talentu kulinarnego. Po posiłku położyłem się na kanapie obok mojej żony, natomiast Mikołaj poczłapał na poddasze, informując nas, byśmy mu nie przeszkadzali, gdyż musi dokończyć czytanie komiksu.

Kiedy tak leżałem na wersalce, w pewnym momencie zmorzył mnie sen. Przed dwudziestą obudził mnie Mikołaj. Daria wciąż drzemała obok mnie, a ja nie chciałem niepotrzebnie jej budzić. Delikatnie wydostałem się z jej objęcia i podszedłem do syna, stojącego pod schodami. Chłopiec, widząc śpiącą matkę, zapytał mnie półszeptem

– Tatusiu, mógłbyś dzisiaj pójść spać ze mną?

Pytanie syna zdziwiło mnie, gdyż już dawno oduczyliśmy dzieciaka, spania z nami w łóżku.

– Mikołaj, skąd ten pomysł? Przecież masz na górze wygodny, szeroki materac. W dwójkę będzie nam niewygodnie.

– Ale tatusiu, proszę, ja się boję tam spać sam. – błękitne oczy dziesięciolatka poczerwieniały.

– Mikołaj, ale czego tu się bać? Przecież jesteśmy bezpieczni. Dom jest zamknięty, a my z mamą jesteśmy na dole…

– Ale te oczy. Nie potrzebnie patrzyłem się dziś na tę rzeźbę. Te dziwne oczy były takie straszne. Nie umiem o nich zapomnieć. Ciągle mam wrażenie, że one się na mnie gapią.

– Głuptasie, trzeba było mnie posłuchać i nie podchodzić do… tego czegoś. Jak chcesz, to mogę na chwilę położyć się obok ciebie, aż zaśniesz. Może być?

– No dobrze, ale obiecaj, że będziesz przy mnie tak długo aż zasnę.

– Obiecuję.

Wyszedłem z synem po drewnianych schodach i położyłem się obok niego. Mikołaj musiał być wykończony spływem, gdyż ledwo położył głowę na poduszce i już spał, jak suseł. Na dworze było jeszcze stosunkowo jasno. Choć słońce dawno temu schowało się za horyzontem, jasna poświata wciąż ubogacała okolicę swym blaskiem. Leżałem tak i zastanawiałem się, co moglibyśmy robić następnego dnia, gdy nagle usłyszałem pisk opon w oddali, a chwilę później głośne, metaliczne uderzenie. O cholera – wyszeptałem, wstając i podchodząc do uchylonego okna. Oczywiście niczego nie dostrzegłem, bo ulica znajdowała się z drugiej strony. Zauważyłem jedynie tę postać pod lasem – wciąż stała w tym samym miejscu. Pomyślałem, że mój syn musiał mieć rację i to rzeczywiście jest jakaś rzeźba.

Zszedłem na dół, ubrałem buty, a następnie wyszedłem z domu. Biegnąc w stronę drogi, słyszałem jakieś krzyki. Zdawałem sobie sprawę, że doszło do wypadku i ktoś może potrzebować pomocy. Byłem jeszcze dobre pięćdziesiąt metrów od szosy, a już zauważyłem dwa rozbite samochody.

Gdy dobiegłem do miejsca wypadku, moje ręce zaczęły drżeć, a serce waliło mi, jak oszalałe. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego na żywo. Czarne BMW z rozwaloną maską leżało przechylone w rowie. Przez wybitą szybę dostrzegłem starszego mężczyznę z zakrwawioną twarzą. Dziadek jęczał z bólu, a ja nie byłem w stanie dostać się do wozu, gdyż przewrócone wysuszone drzewo miażdżyło dach samochodu, odcinając mi tym samym drogę do poszkodowanego. Kierowca najprawdopodobniej wypadł z jezdni i z impetem uderzył w suche drzewo, którego pień pęknął i przywalił samochód. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Byłem w szoku. W pobliżu nie było żywej duszy. Chwyciłem się za głowę i gdy podszedłem bliżej wraku, poczułem zapach benzyny. Cholera, nie dobrze – wyszeptałem, widząc jednocześnie małą, półprzytomną dziewczynkę na tylnym siedzeniu. Wyglądała na przerażoną. Zapach benzyny wydawał się coraz bardziej intensywny. Wiedziałem, że lada moment, samochód może stanąć w płomieniach. Dziewczynka w BMW spojrzała na mnie przerażonym wzrokiem. Swoją małą rączką zaczęła cicho uderzać w szybę i ruszała ustami, jednak nie słyszałem co mówiła.

– Spokojnie, biegnę wezwać pomoc! – krzyknąłem, odwracając się i ruszając pędem w stronę domu.

Musiałem dobiec do telefonu i zadzwonić po straż pożarną. Wiedziałem, że sam nie dam rady uratować tych ludzi. Wiedziałem, że liczy się każda sekunda. Wpadłem do domu i z początku niczego nie zauważyłem. Przebiegłem salon i już miałem wpaść do sypialni, gdzie obok łóżka zostawiłem telefon komórkowy, gdy nagle moim oczom ukazał się przerażający widok. Spojrzałem w stronę sofy, na której przed kilkoma minutami spała jeszcze moja żona. Obecnie Daria leżała na podłodze – obok przewróconego wózka inwalidzkiego. Poznałem ją jednie po długich, ciemnych włosach i ubraniu. Głowa mojej żony była całkowicie zmiażdżona – zupełnie, jakby ktoś tłukł ją czymś bardzo ciężkim. Prócz krwi, zauważyłem coś, co przypominało mózg – tylko taki w połowie zmiksowany w blenderze. Po jasnych ścianach spływała gęsta krew. Poczułem, jak robi mi się niedobrze. Nim wybiegłem z domu, zorientowałem się, że mieszkanie było całkowicie zdemolowane – zupełnie, jakby napastnik działał w jakiejś furii.

Wychodząc z domu, nie myślałem o telefonie. Płakałem i rzygałem jednocześnie.

– Mikołaj! – wrzasnąłem.

Przypomniałem sobie, że zostawiłem syna na poddaszu. Ruszyłem pędem z powrotem do domu i nim przekroczyłem próg, zauważyłem płomienie, oraz słup czarnego dymu, unoszącego się nad szosą. Najprawdopodobniej starszy mężczyzna i dziewczynka na tylnym siedzeniu smażą się już, niczym kiełbaski na grillu – pomyślałem, jednak nie miałem wówczas głowy, żeby się tym przejmować. Miałem to głęboko w dupie. Ruszyłem biegiem po schodach i wpadłem do pokoju syna. Mikołaj leżał na brzuchu w kałuży krwi.

– Nieeee – zawyłem przeciągle, podchodząc do chłopca.

Wiedziałem, że nie żyje, tak samo, jak Daria. Nim go obróciłem na plecy, spojrzałem w okno. Było na tyle jasno, bym dostrzegł polanę, oraz skraj lasu. Przeszył mnie lodowaty dreszcz, gdyż nie dostrzegłem tego czegoś, co stało na skraju łąki cały dzień. Tylko polana i las. I ani żywej duszy.

Przekręciłem ciało mojego syna i zawyłem raz jeszcze. Było pozbawione gałek ocznych.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • betti miesiąc temu
    Trzyma w napięciu. Dobre.
    Kurczę, lubię się bać, ale co będzie w nocy, Autorze?
  • Feliks Dworski miesiąc temu
    hahah, dzięki wielkie do nocy daleko
  • betti miesiąc temu
    Do nocy coraz bliżej, a obraz nadal w głowie... jeszcze poczekam, jeżeli nie zniknie, to będziesz musiał pilnować poduszki. Hmm...
  • JamCi miesiąc temu
    Betti Ty lepiej oczu pilnuj ;-)
  • betti miesiąc temu
    JamCi pilnowałam i... przeżyłam. W dzień uwielbiam się bać, a w nocy, to już mniej fajne. Nie oczy mnie przerażały, tylko ta postać. Nieruchoma, bezduszna.
  • JamCi miesiąc temu
    betti znaczy będziesz żyć :-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania