CZYSTEK albo LUDZKA NIEWDZIĘCZNOŚĆ

Wszystko zaczęło się, kiedy byłem na urlopie u swoich rodziców. Rzadko bywam w domu rodzinnym, gdyż po pierwsze - to daleko, po wtóre zaś - mam wtedy wrażenie, jakbym cofnął się o 40 lat w czasie, rzeczywistość napiera na mnie swoim ciężarem, dochodzi do spotkania ze sobą dwóch światów, tak już przecież do siebie nieprzystających, tak niepodobnych, że niekiedy jest to prawie że bolesne.

W każdym razie, żeby nie przeciągać i nie robić tu jakichś wynurzeń, po przyjeździe jak zwykle natknąłem się na Stacha Wichurę śpiącego na naszym przystanku w kałuży szczyn, człowiek miał szesnaście lat, Stachu Wichura spał oszczany na przystanku z butelką denaturatu w ręce, człowiek ma trzydzieści cztery lata - Stachu Wichura dalej śpi oszczany na przystanku i wygląda dokładnie tak samo jak pięć, dziesięć, piętnaście lat temu. Jak widać, alkohol konserwuje, chroni przed robactwem, chorobami i nieszczęściem, ja tymczasem nie piję, toteż niestety - postarzałem się.

A teraz, żeby przejść do rzeczy: po przyjeździe, w garażu brata na ścianie wisiał młotek: piękny, nowy, lśniący młotek ciesielski marki Magnusson.

I jak go zobaczyłem, przeszedł mnie silny dreszcz, bo wyobraziłem sobie jak ciemną, głuchą nocą rozwalam Stachowi Wichurze tę jego zachlaną, wiecznie czerwoną mordę. Nie wiem, dlaczego właśnie coś takiego sobie wyobraziłem. Może dlatego, że zawsze imponowali mi ci, którzy walczą ze złem dla dobra ogółu. A może dlatego, że moja matka ma istnego jobla na punkcie czystości, którą to manią od dziecka w wyrafinowany sposób mnie dręczy, przez co nawet wywołała u mnie silną nerwicę związaną z czystością. I potem, po przyjeździe, po zobaczeniu tego młotka, ciągle w kółko myślałem o czystości i o Stachu Wichurze, jak go morduję tym młotkiem. Gdyby mój brat go nie kupił, może nie zostałbym Czystkiem i może Stachu Wichura by dzisiaj żył, kto wie. Ale młotek wisiał w garażu brata na ścianie i przyzywał mnie niby jakiś magiczny totem, a matka-staruszka jak zwykle przed położeniem się spać wywołała u mnie silną nerwicę, pytając czy już wszystko posprzątałem. I ta myśl, o tym jak rozwalam tym lśniącym, pięknym młotkiem łeb Stacha nie dawała mi spokoju, wżerała się boleśnie w mózg. I nie wytrzymałem, Boże ulituj się nad moją biedną duszą, i nad ranem, gdy jeszcze było ciemno i ani żywej duszy w okolicy - tylko sowy pohukiwały a posępny czerep księżyca od czasu do czasu ukazywał się zza chmur - jak cień poszedłem na nasz przystanek w Świętoszówce z młotkiem schowanym w rękawie i rozwaliłem Stachowi Wichurze łeb na krwawą miazgę, a na przystanku napisałem jego krwią po rusku różne przekleństwa, żeby zmylić trop.

Poszło jak z płatka, bo kto by się przejmował jakimś tam Stachem, a ja sam po tym zdarzeniu dostałem istnej szajby na punkcie czyszczenia okolicy z niechcianego elementu, poprosiłem nawet brata o to, żeby podarował mi ten młotek, którym po raz pierwszy posprzątałem okolicę z brudu, nim do dzisiaj najbardziej lubię sprzątać. Gdyby mi go ktoś zabrał, byłoby to tak, jak gdyby zabrał mi ważną część mnie samego.

Tak naprawdę nie chodzi o to, że kręci mnie mordowanie, od czasu felernego zdarzenia w Wilanowicach, gdy nachlany żul zaczął po drugim uderzeniu w swój twardy łeb mówić: „Zno-wuu mnie-e Halka-a bija-asz tym-tym wałł-kiem, dajże-że spp-aać”, staram się zabić pierwszym uderzeniem, żeby nie mieć żadnych wyrzutów sumienia. Nie kręci mnie samo mordowanie. Zwykle obracam pijanego i celuję w kość potyliczną. Dowiedziałem się o tym sposobie w wojsku. Ale żołnierze jako młotka używają kolby karabinu: jedno potężne uderzenie kolbą w kość potyliczną, i po sprawie. Nie chodzi o mordowanie ani o silne doznania temu towarzyszące; dla mnie najbardziej liczy się to, że robię dobry uczynek, działam w czynie społecznym, czyszczę okolicę z brudu: w wyobraźni moja straszna, przerażająca matka w końcu gładzi mnie swoją suchą ręką po głowie, a nie łaja i bije - klęczącego - pasem po twarzy za nieporządek. Ciekną mi wtedy po twarzy łzy radości.

Raz wyszło niezłe zamieszanie, we wszystkich polskich gazetach o tym napisali, bo „wyczyściłem” okolicę z jakiegoś znanego śląskiego profesora filozofii, profesora Hermana Jakiegośtam. Ale powiedzcie, czy to moja wina, że Herman spał obszczany na przystanku i zupełnie nie odróżniał się od niechcianego elementu, na który zostałem tak bardzo wyczulony przez matkę? Jednakże z perspektywy czasu uważam, że to lepiej, że niezamierzenie „wyczyściłem” okolicę z Hermana, bo dzięki rozgłosowi Herman nobliwie przyczynił się do wywołania ogólnopolskiej fobii przed spaniem samemu w stanie nietrzeźwym na przystanku. A mi przecież o to w końcu chodziło i chodzi: żeby na naszych polskich przystankach było czysto, przyjemnie i normalnie. Nie rozumiem też całej tej dzikiej nagonki, trwającej już dwunasty rok: w gazetach jestem co raz to nazywany „Bestią”, „Wampirem ze Śląska”, „Rzeźnikiem” i innymi nieprzyjemnymi epitetami, a roztrzęsieni alkoholicy płakali nawet ostatnio w TVN UWAGA, że przez „Śląskiego Rzeźnika” nie mają już całkiem gdzie się podziać.

Ale wy też na pewno znacie takie kurestwo z doświadczenia, bo nikt przecież nie urodził się wczoraj i wszyscy dobrze wiemy, że ludzie zwykle na końcu po prostu okazują się zwykłymi niewdzięcznikami.

 

4.4.2018

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • stachuwichura 4 miesiące temu
    Czytajcie "Czystka", a zostaniecie zbawieni! Przepraszam, ale na nowym koncie zawsze muszę czekać aż zniknie cenzura :(
  • yanko wojownik 4 miesiące temu
    Życiowe takie. Tylko tego Stacha mi szkoda, bo jak jak kiedyś walił dykte ze szklanych butelek, to nie ma dziwne, że tylko na dobre mu szło, ale ta dzisiejsza z plastiku (a może na śląsku jest cały czas tamta?), to nie apetycznie pachni i konsytencją też zniechęca i nawet źle się pali, a ze Stachem można było o tym pogadać jak z prawdziwym znawcą.

    A ludzie zawsze tacy są a czasem to jeszcze popchną do działania, a potem to potępią, ale tego Stacha mi żal.
  • stachuwichura 4 miesiące temu
    Też zawsze lubiłem i lubię takich ludzi, Yanko, oczywiście nie wszystkich. Często są oni bardziej do pogadania niż wielu innych...
  • stachuwichura 4 miesiące temu
    Yanko, nie wiem, bo w życiu nie byłem na Śląsku, raz jeden w Katowicach przejazdem. To tylko opowiadanko, każdy tu próbuje amatorsko swoich sił na swój sposób.
  • A. Hope.S 4 miesiące temu
    hmmmm… nieco śmieszne...dramatyczne... Mhm… jak kto lubi...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania