Dach cz.1

Wiatr tańczył pomiędzy gałęziami spróchniałych drzew. Porywał je do tańca subtelnie i lekko podając swą dłoń. Niebo zasnuwały gęste, kłębiące się obłoki, które zdawały się wzruszać nad jej widokiem. Samochody trąbiły, w oddali słychać było sygnał karetki.

Z kominów wydobywały się tumany dymu otulającego dachy domów, korony drzew…

 

Ludzie.

Z wysokości jedenastego piętra przypominali mrówki pospiesznie poruszające się po betonie. Może chcieli uciec przed deszczem? Może wracali do domu, do swoich rodzin, zmęczeni ciężkim dniem w pracy… Każdy z nich pochłonięty swoimi obowiązkami, każdy podążający w konkretnym celu. A ona?

 

A ona stała… Stała na dachu wieżowca. Miejsca, w którym przebywała od pierwszych dni swojego życia. Domu, w którym się wychowała. Silny, chłodny wiatr rozwiewał jej długie, kasztanowe włosy. Krople deszczu chłodziły jej rozgrzane ciało. Ból, który

w sobie nosiła zaczął powoli odchodzić. Jak gdyby w sekundzie przyroda przyniosła jej tę wytęsknioną, wyczekiwaną latami ulgę. Rozpostarła szeroko ramiona. Nareszcie poczuła się niczym nieograniczona… Wolna jak ptak.

 

Obróciła się… Powoli, z gracją, niczym baletnica. Chciała poczuć pustkę otaczającej ją przestrzeni. Upewnić się, że nie ma wokół niej nikogo, że jest samotna i to nie złudzenie.

 

Wzięła głęboki oddech. Zrobiła krok do przodu i spojrzała w dół. Jej oczom ukazał się park. Park, do którego chodziła z koleżankami mając zaledwie jedenaście lat, gdzie po raz pierwszy jej usta poczuły smak innych ust kilka lat później... Uśmiechnęła się w duchu. Wydarzenia te zdawały się tak bliskie...

Były bliskie, ale ona dorosła, choć wcale tego nie chciała. Marzyła by jeszcze raz, choć przez chwilę, poczuć się jak mała dziewczynka w różowej sukience. By jeszcze raz poszukać stokrotek wśród zielonej trawy.

 

Przesunęła wzrok w prawo. Ujrzała plac zabaw nieśmiało wychylający się zza rogu, gdzie mając kilka lat spędzała całe dnie budując zamki z piasku. Przeniosła spojrzenie na huśtawkę, która towarzyszyła jej przez te wszystkie lata. Była, kiedy uczyła się chodzić.

Była, kiedy przychodziła tam z młodszym rodzeństwem. Była też, kiedy wracając z imprezy siadała na niej, aby chwilę wytrzeźwieć przed wejściem do domu. Była i w ostatnim czasie, kiedy przesiadywała tam sama, z słuchawkami na uszach.

Była, choć innych nie było. Wspomnienia czasów dzieciństwa krążyły po jej głowie, mocno nią wstrząsając…

 

Zamknęła sine powieki. Tak wiele się zmieniło. Już nie jest małą księżniczką w swojej krainie… Już nigdy nią nie będzie.

Przygryzła spierzchnięte, poranione wargi. Nawet nie zauważyła, że po chwili zaczęła się z nich sączyć krew. Kropla po kropli spływała czule pieszcząc podbródek…

 

Podniosła głowę. Spojrzała na panoramę miasta. Kochała je. Kochała swój dom, kochała to sacrum, którym był.

Był. A teraz… pozostało po nim tylko wspomnienie.

Jej błękitne oczy zaczęły połyskiwać dużo bardziej niż zwykle. Wielu ludzi mówiło, że jest w nich coś wyjątkowego, anielskiego… Nie chciała uwierzyć. Teraz, gdyby ktoś ją zobaczył, dostrzegłby w nich blask. Pomyślałby, że to brylanty- mimo łez. A może właśnie za ich zasługą?

 

Zdjęła buty, nie zważając na chłód przeszywający jej ciało. Przechadzała się po krawędzi dachu, balansując z jednej nogi na drugą. Miała już tylko dwa wyjścia. Tylko albo aż dwa wyjścia…

 

Mogła zrobić krok do tyłu…Nie pierwszy raz. Mogła też zamknąć oczy, zrobić krok do przodu i zamknąć tę historię. Na zawsze. Bezpowrotnie. Przez jej głowę przepłynęły tysiące myśli. Po raz kolejny poczuła chłodny, naglący powiew wiatru na swoich plecach. Uklękła i wybuchnęła płaczem. Drżała. Tak, jak gdyby cały tłumiony latami ból próbował wydostać się z jej drobnego ciała.

 

Po chwili poczuła ciepło na swoich plecach. Oddech powoli zaczął się uspokajać, w oczach nie było już łez. Wstała z kolan. Spojrzała jeszcze raz na niebo. Czarne chmury rozstąpiły się. Jej bladą twarz rozświetlił maleńki promień słońca. Drobnymi krokami zbliżała się do krawędzi dachu, biorąc głęboki oddech.

 

Rozpostarła szeroko ramiona.

 

Jej wiotkie i lekkie ciało wyglądało, jak gdyby za chwilę miało wznieść się w powietrze. Niczym latawiec. Nie myślała już długo. Pozwoliła, by wiatr podjął decyzję za nią, oddała się w jego ręce i…

poszybowała, wiedząc, że już nikt nie usłyszy jej płaczu

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania