Dandelion

A był to rok pański 1402.

Dandelion, niegdyś paź na dworze francuskim, mieszkaniec Dziewicy nieopodal Torunia, miał zakosztować owocu z drzewa poznania gorzkiej żałoby. A były to czasy, że wychodziło się po papierosy do sklepu, wracało i cała rodzina już była martwa – to właśnie spotkało Dandeliona, syna Herwazego. Kupiec, bo kupcem był z zawodu i powołania, zapłakał gorzko, utulił martwe ciałka dziesięciorga swych dziatek do ostatniego snu. Zamożny był, ale skąpy nieco, więc mieszkali w szorstkiej i brudnej kamienicy wśród pospólstwa, co znaczyło tyle, że miejsca za dużo nie było i musiał ułożyć całą martwą familię na jeden śmierdzący i rozkładający się stos. Żonę odnalazł chwilkę później, gdy zamierzał podejść i rozpalić w piecu i nieopatrznie potknął się o jej zabrudzone sadzą truchło. Wyłożył się na podłogę i gdy pojął już cóż to za ciało spowodowało jego upadek zapłakał rzewnie i umorusany pyłem i brudem powstał, zaciągnął ją pod okno i rzucił na trupi stos. Zdjął przeto pierścionek z jej obrzmiałego, czarnego palca i włożył do kieszeni, by może sprzedać albo wymienić na godny pogrzeb jedenaściorga martwych bliskich. Takie były jego plany, tak podpowiadał mu rozsądek, ale serce jego było słabe, a dusza upodlona i zmęczona. Upadł więc znowu, przeczołgał się do kąta i tam już został, przeciskając między palcami stary różaniec. Dandelion zazwyczaj był człowiekiem beztroskim – życie w dostatku sprawiło, że jego wola zmiękła i odzwyczaił się od trudów życia. Toteż ta nagła zguba była dla niego okropnym ciosem. Ryczał jak dziecko, trzęsącymi się dłońmi przesuwał kolejne koraliki i pytał Boga: dlaczegóż, po cóż, za jakie grzechy? Twarz jego zmętniała, trudno mu było otworzyć dobrze modre oczy, a nogi miał miękkie jak jedwab, ale jakby ciężkie, dociskające do ziemi i zbyt wiotkie, by wstać. Trwał więc tak w tej gorliwej, żałosnej modlitwie przez trzy dni, ani razu nie wstając, bez wody i posiłku, w poście chwalebnym, co by go Bóg miłościwy już od tej rozpaczy uratował. Nie zmrużył też oka nawet przez sekundę nocy, odpędzając od siebie sen na rzecz ciągłej pokuty. Oczy jego były wkrótce czerwone, wargi wyschnięte, ale drugiego dnia siedzenia w kącie zebrał się w sobie i mówił bez ustanku takie słowa swoim chrypliwym, roztrzęsionym głosem: "Boże, coś nie uczynił nic złego, wybaw mnie od niegodziwości, bowiem pomór okrutny jedenaściorga to zbyt dużo za niewypaloną tabakę". Trzeciego dnia zwątpił w te marne słowa, zapomniał już, co znaczą, a jego umysł zakrył się mgłą nieprzeniknioną i uszedł gdzie indziej, zostawiając ciało ciągle wypowiadające pustą modlitwę; bełkot w zasadzie, bo język mu się plątał z wyczerpania.

Toteż, gdy go w końcu odnalazł przeor Kazimierz, bliski jego przyjaciel, przerażony był do cna tym, co zobaczył. Myślał z początku, że go diabeł jaki opętał, ale gdy już się zagłębił w izbę, ujrzał źródło nieludzkiego przygnębienia biednego człowieka. Stos ciał, co było oczywiste, cuchnął niemiłosiernie, gnił coraz bardziej, pokrywał się pleśnią i przyciągał wszelkie plugastwa – chmary much i szczury powoli zagnieżdżające się w różnych szczelinach mięsnej masy. Uczony w piśmie ukląkł na podłodze i zaczął odmawiać modlitwę za tych zmarłych i za, jak się mu zdawało, oszalałego Dandeliona. Usta jego gorliwie wypluwały kolejne słowa, ignorując zupełnie ten okrutny odór, który wyżerał mu tkankę nosa i szczypał kąśliwie wszystkie zmysły. Mnich, przyzwyczajony do widoku śmierci, powziął najroztropniejszą z roztropnych decyzji – wziął i podniósł cuchnącego, pozbawionego woli kupca i niosąc go jak brankę jaką czy cielę, wyszedł z kamienicy. Na ulicy czekał jego towarzysz – brat Bożdar, który zobaczywszy dźwigającego brzemię przeora, ulżył mu w trudzie i wziął nieprzytomnego na swoje młodsze i silniejsze barki. Zlękniony wyrazem twarzy przełożonego zapytał: "Cóż takiego tam dojrzałeś żeś taki pobladły?". Na to starzec mu tylko odrzekł: "Dzieło szatańskie, bracie". Tak więc obaj już pojęli ogrom nieszczęścia, które spadło na znanego im dobrze Dandeliona. Zamilkli zatem i w cichym marszu w stronę klasztoru w myślach odmawiali zdrowaśki, co by im dodały otuchy w tym smutnym, deszczowym dniu.

Francuzik, jak go zwali mieszkańcy Dziewicy, odzyskał światłość umysłu trzy dni później, w Wielki Piątek. Czuwał przy nim brat Bożdar, najsilniejszy i najskromniejszy z mnichów. Widząc, że chory się wybudził, podał mu dzban z czystą wodą, a on zaraz wszystko wypił jednym haustem. Wstał z leża i dokładnie się przyjrzał swojemu ciału. Jak się zorientował zakonnicy dokładnie go wymyli, lecz jego twarz oplatał szorstki zarost, a brzuch zapadł się, odsłaniając żebra. Nogi mu się trzęsły, musiał się wspierać o ramię Bożdara, ale dał radę podejść do okna i przyjrzeć się swojej twarzy. Oczy miał przekrwione, poliki zapadnięte, a czoło, schowane głównie pod grzywką nadal przykrywał ślad sadzy. "Przeor chciałby się z tobą widzieć" – powiedział towarzyszący mu mnich, lecz po chwili, dokładnie się przyglądając jego umęczonej twarzy, zlitował się i dodał: "Przyprowadzę go do ciebie". Toteż Dandelion usiadł ponownie na łóżku, a brat Bożdar wyszedł z celi i pospieszył szukać przeora.

Zjawił się on chwilę później, pobłogosławił biedaka i nie czekając nawet na jego reakcję powiedział stanowczo: "Miałem wizję, Dandelionie, co do twojej udręki". Usiadł obok niego, dał mu do dłoni jego stary różaniec i zaczął mówić dalej: "A otóż zjawił się we śnie Najświętszy i Najświętsza Niepokalana z Dzieciątkiem. Pozdrowili mnie, przekazali w dłoń liść palmy i mówili do mnie bez słów, ale wszystko pojąłem. Otóż, jak mnie wtedy przekazali, masz wyruszyć, by ulżyć sobie w cierpieniu; masz iść, by dostąpić zbawienia i odkupić winy tych, co pomarli tak nagle. Widziałem obrazy, widziałem ogień i widziałem katedrę i krzyż jezusowy, co płonie. To były jednoznacznie złe omeny, ale ty tam byłeś i żyłeś i umierałeś, by je odegnać. Tak więc po tej wizji naszła mnie jeszcze jedna i wtedy całkowicie pojąłem twe przeznaczenie: masz iść przed katedrę i czekać na niszczący ogień, co wybawia i rani. I będąc tam dojrzysz niewiastę czerwoną jak ten płomień i pójdziesz do niej, uklękniesz i przebaczysz wszystko, co jej uczyniono. Wtedy Bóg da jej zbawienia i tobie, i twojej rodzinie, co niepewnie czeka w Czyśćcu". I po tych słowach przeor powstał, odebrał z rąk towarzyszącego mu mnicha płaszcz i dał go Dandelionowi. "A otóż jest płaszcz błogosławiony w imię Krzciciela, który cię uchroni od niepowodzenia". Kupiec i starzec wstali, wyszli z izby i wzajemnie pocałowali się w poliki. "Idź w pokoju Chrystusa" – rzekł przeor Kazimierz. "Wypełnią wolę Najwyższego" – przyrzekł dumnie Dandelion.

Umęczony stratą rodziny mężczyzna wnet odzyskał pełnię sił i pewnym krokiem wyszedł z klasztoru. Barki jego okrywał skórzany płaszcz, a umysł broniła boża protekcja. Toteż był gotów, by stawić czoła przeznaczeniu.

 

***

A był to Wielki Piątek, czas pokuty. Przed katedrą było tłoczno – odprawiono właśnie nabożeństwo, ale z całego tego tłumu tylko nieliczni byli zainteresowani. "Wszedłem do Dziewicy, siedzę i wyjść nie mogę!" – właśnie takie szydercze zdania krążyły po tłumie fałszywych bogobojnych. Gdy Dandelion przybył na miejsce i przemykając pomiędzy kolejnymi ludźmi, by dostać się do wrót bożego przybytku, usłyszał te wszystkie komentarze, wiedział już, że ta liturgia zebrała tutaj wyłącznie pysznych grzeszników.

Jednakże, gdy już udało mu się wślizgnąć do środka dojrzał skrawek nadziei w tej dziewiczej Gomorze. Asceci klęczeli na posadzce i wzajemnie się bili kijami, pejczami i lateksowymi płótnami. "Achże mocniej, bracie Dominiku!". "W imię Boga... achże słodki ten ból!". "Ochże, moja dusza dojrzy ciebie, Panie, przez te pieszczoty!". Dandelion ukląkł, przeżegnał się i prosił o błogosławieństwo dla tych biednych, ślepych rozpustników.

Wtem do gotyckiego, pełnego światła wnętrza wlał się cały nieczysty tłum przesiadujący na zewnątrz. Ich ciała śmierdziały, łachy zabrudzone mieli kałem, na ich plugawych twarz wzrastał gniew i zawiść. Otóż, jak spostrzegł okryty płaszczem, nieśli oni na rękach jakąś zakneblowaną kobietę. Na końcu tłumu biegli jeszcze wieśniacy z pochodniami i palami na opał. Wszyscy jednakowo krzyczeli, trudno było zrozumieć ten szaleńczy bełkot, lecz wkrótce Dandelionowi udało się wyodrębnić jedno słowo: czarownica. "Spalić ją! Spalić!". Wnet proboszcz został przebity halabardą, jego wnętrzności rozlały się na ołtarz, a na jego miejsce wskoczył ktoś, kto wyglądał na przywódcę tych szaleńców. Ślepiec z ciemną karnacją i dredami krzyczał w stronę tłumu różne homogenizowane hasła. "Niech płonie ogień, bo ta oto kobiecina nie jest dziewicą w Dziewicy!" – takie właśnie słowa wypływały z jego przesiąkniętych szatanem ust.

W katedrze wkrótce rozpalono ogień, a kobieta lekkich obyczajów została przywiązana do pala stojącego pośrodku tego ogniska. Asceci postanowili skorzystać z okazji, wyrwali paru wieśniakom pochodnie z rąk i poczęli wzajemnie się parzyć. Tymczasem Dandelion zupełnie zaskoczony nagłym obrotem spraw analizował słowa wizji. "Zgodnie z wolą Boga – pomyślał – rzucę się w ogień odkupienia".

Tak więc rozpędził się, przebiegł przez tłum i wybijając się na stojącym najbliżej ognia karle wskoczył w sam środek czerwieni. Gawiedź zareagowała bardzo entuzjastycznie, więc czarny człowiek, by nie stracić ich uwagi zaczął recytować kolejne absurdalne stwierdzenie: "A oto jest ten, co przeorał dziewicę w Dziewicy!". Wieśniacy głośno zaklaskali i zaczęli skandować domniemane imię nieznanego im do tej pory człowieka: "Jacek! Jacek!".

Dandelion zaś przyjrzał się upodlonej kobiecie i powiedział: "W imię Najwyższego wybaczam ci wszystko, czego nie uczyniłaś". Ona jednak miała również zakneblowane usta, więc nic nie odpowiedziała.

Wkrótce tę dwójkę ogarnął szkarłat, a ich ciała zaczęły powoli się zwęglać. Rozgrzany płaszcz przylgnął do skóry Dandeliona, ale on nie czuł już żadnego bólu, gdyż ogarniało go zbawienie. Palił się długo, krzyczał wniebogłosy, patrzył jak odpadają jego zwęglone członki, ale nie zaznał strachu ni skruchy. Ciało kobiety przepadło, lecz jego tkanki zostały i gdy tłum już opuścił to miejsce, a było to trzy dni później, wniknęły w posadzkę i zjednoczyły się z katedrą. Toteż do dzisiaj się mówi, że katedra w Dziewicy zakwita mniszkiem i wznosi modlitwy tak, jak wznoszą się dmuchawce.

Dandelion zaś dostąpił chwały Pana i utrudzony swoim dziwacznym ziemskim życiem spoczął u jego stóp na boskim trawniku, tam gdzie miejsce najwierniejszych ziemskich kwiatów.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • AlaOlaUla 2 miesiące temu
    Sam koncept z mniszkiem lekarskim fajny, ale...

    Właściwie, to nie wiem, czy napisałeś na poważnie, czy dla jajek. Targają mną wątpliwości ze względu na kilka fragmentów.

    Gdyby je pominąć, to byłby kawał niezłego tekstu, w konwencji historyczno-legendarnej.

    Muszę przemyśleć.
  • Pan Buczybór 2 miesiące temu
    No, dla jaj trochę pisałem :)
    Wiem, że to nie jest takie oczywiste, trochę popłynąłem z nastrojem i zmianami klimatu. Mogłem być bardziej konsekwentny, ale zostawiłem tak jak jest. Dzięki za przeczytanie
  • Jared 2 miesiące temu
    Dobrze że Aisak napisała, bo sam bym miał z tym problem - od "fajek" począwszy XD Aż mi przeszło przez głowę, że to nie tylko utwór historyczny tylko fabuła historyczna opowiadana przez narratora współczesnego XD Bardzo dobrze napisane, pokusiłbym się o jednak o kilka enterów :P
  • Pan Buczybór 2 miesiące temu
    Dziękuję za komentarz. O co chodzi z tymi enterami, bo nie kapuję?
  • Jared 2 miesiące temu
    Jakbyś dał ze dwa więcej, to pewnie i komentów by przybyło. Zlewało mi się okropnie w oczach, tym bardziej że dialogi też wewnątrz narracji, a te dywizy robią robotę na opowi i rozbijają ścianę tekstu :P

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania