Poprzednie częściDemony Prawdy. Fragment I  

Demony Prawdy Fragment II

Miasto do, którego zmierzaliśmy nie było duże. Wręcz przeciwnie, powiedziałbym bardziej, że jest to miasteczko, które prężnie się rozwija. Co prawda całość otaczał kilku metrowy mur z blankami za, którymi mogli chronić się strzelcy. Miał on kształt ogromnego kwadratu. Na wierzchołkach były wysokie baszty gdzie można było ustawić moździerz lub wielkokalibrowy karabin maszynowy robiący miazgę z każdego kto odważyłby się zaatakować mieszkańców , żeby tego było mało. Przed murem rozciągał się rów na którego dnie rozłożone były miny. Tak więc do miasta można było się dostać tylko i wyłącznie przez most zwodzony podnoszony zazwyczaj na noc i opuszczany o świcie. Bramy łącznie były cztery, ich nazwy odzwierciedlały położenie wiec była brama północna, południowa, zachodnia i wschodnia. Od każdej z bram ciągnęła się droga do serca miasta czyli do ratusza. Wszystkie cztery drogi wpadały na Plac Główny.

Siedziałem teraz na niewielkim wzniesieniu niedaleko miasta, reszta chłopaków czekała w zagajniku. Przyglądałem się miastu przez okular lunety, za mną to samo robił dowódca.

- Co myślisz? – Przerwał milczenie.

- Co mam myśleć. Miasto jak miasto. Spokój i cisza wszędzie.- rzuciłem krótko.

- a nie sądzisz, że za cicho? – Dowódca jednak drążył.

- Poruczniku a co ma się tu dziać. Ja bym się pośpieszył zanim zamkną most bo jeszcze po zmroku nas nie wpuszczą. – wstałem i przerzuciłem karabin przez ramię.

- No właśnie, most opuszczony a nikogo na murach nie ma, to się wydaje co najmniej dziwne.

- Z całym szacunkiem ale kto by chciał ich atakować. Wiem, że samoobrona w mieście do najlepiej wyszkolonych nie należy, jednak do zaatakowania tej dziury potrzeba jakiegoś sprzętu, minimum wozów bojowych i jakiś dział bo sama piechota sobie nie poradzi. Ex najemnicy i cała ta hołota woli atakować kupców i pojedyncze domy w lasach gdzie nikt nie ma nawet pistoletu do obrony niż porywać się na pewne i liczne straty. Po za tym nawet jak by ktoś próbował szczęścia to natychmiast by nas poinformowano o nadaniu sygnału S.O.S. Więc nie ma się czym przejmować. Strażnicy pewnie pozasypiali ale nimi to akurat się zajmiemy i nauczymy szacunku do warty o to proszę się nie martwić.

- Może masz racje. – Porucznik opuścił lornetkę i jeszcze przez chwilę wpatrywał się w miasto gdy ja już w tym czasie wróciłem do chłopaków.

Od miasta dzieliła nas polana, mimo, że nie wyczuwaliśmy zagrożenia to stare nawyki siedziały nam w głowie. Służyliśmy w Kawalerii Powietrznej Sił Sojuszu czyli wschodnie pogranicze znaliśmy jak własną kieszeń i doskonale wiedzieliśmy, że tutaj zawszę walczymy w okrążeniu. Brawa wschodnia miasteczka była coraz bliżej. Jednak zaczęła nam towarzyszyć coraz gęstsza mgła. Może Porucznik się nie mylił. Im bliżej podchodziliśmy do miasta tym bardziej zastanawiało mnie, że jest tu za cicho. Zawsze słyszeliśmy gwar, miejski zgiełk a tu martwa cisza, nawet wartownicy siedzieli cicho. Zacisnąłem dłoń na Swoim SVD i przycisnąłem kolbę do ramienia. Wszedłem na most zwodzony, brama była uchylona. Delikatnie, wręcz nieśmiało zajrzałem przez nią a tam cisza. Na wybrukowanej drodze nie było ani jednej żywej osoby. Spokojnie przeszedłem od bramy do pierwszego zabudowania i przyklęknąłem osłaniając chłopaków, którzy jeden za drugim dołączali do mnie utrzymując oczywiście odpowiednie odstępy.

- Nożu – Porucznik wskazał na mnie. Nie odpowiadałem tylko odwróciłem się utrzymując z nim kontakt wzrokowy. – prowadź do Ratusza – dodał.

Odbezpieczyłem swój karabin. Do takich zadań jak zwiedzanie miasta nie był zbyt wygodny bo w końcu był długi jak cholera i mało poręczny ale byłem strzelcem wyborowym, więc przywykłem do tego. Sunąłem przyklejony do ściany budynku i kierowałem się główną ulicą w stronę Placu Głównego. Chyba w każdym miasteczku rozkład ulic był taki sam. Nazwy bram, i placów zresztą też wszędzie były takie same. Szedłem bardzo powoli, krok za krokiem. Mgła się nasilała w pewnym momencie do tego stopnia, że Grubego za swoimi plecami nie widziałem. A przede mną widziałem tylko szara otchłań z której raz po raz wyłaniała się jakaś pusta ławeczka lub opuszczony kram. Cisza zaczęła mnie przerażać, to wyglądało tak jak gdyby wszyscy ludzie nagle zniknęli. Nie widać było ani śladów ucieczki, walki, po porostu nagle wszyscy zniknęli. Serce biło mi jak dzwon, krew w skroniach pulsowała tak głośno, że nie słyszałem swoich myśli. Gdy nagle rozległ się huk! Bez chwili zastanowienia wycelowałem w to miejsce gdzie rozległ się hałas. Serce zastygło mi na moment a palec czekał na spuście. Jednak to tylko wiatr, nad ulicą powiewała śnieżnobiała firanka.

przełknąłem ślinę i zanim ruszyłem rzuciłem okiem na Grubego, który chyba czuł się tak samo jak ja.

- Co obsrany już? – puścił mi oczko i uśmiechnął się szeroko.

Poprawiłem hełm i ruszyłem dalej. Cholerna mgła było coraz gęstsza. Przerażała mnie i pewnie nie tylko mnie. Jednak najbardziej denerwowała mnie niepewność tego co się dzieje, z miast tak nagle nie znikają ludzie. Pojedynczo to się zdarza ale nagle cała miasto. Czułem się jak bym grał w kiepskim horrorze. Doszedłem w końcu do niedużego skrzyżowania. W ulicę, którą szliśmy wpadała mniejsza uliczka. Nie wiem co mnie tchnęło aby w nią wejść. Nie wahałem się długo. Zrobiłem krok, potem drugi i już po chwili na ścianie zobaczyłem na wysokości mojego wzroku czerwoną plamę, która spływała ku dole. Na ziemi leżało ciało starszego mężczyzny. Zagryzłem zęby i ruszyłem dalej. Z każdym krokiem mgła odkrywała tajemnice tego miasteczka. W dłuż ulicy leżały ciała mieszkańców. Po prawej w idealnym porządku leżeli mężczyźni, dzieci i starcy a po prawej leżały kobiety. Wszystkie zamęczone przed śmiercią i gdy ich oprawcy już zaspokoili swoje żądze to dobijali je strzałem w głowę.

Stanąłem jak w ryty widząc to wszystko.

- Ktoś się z nimi nie pierdolił. - za plecami usłyszałem tylko głos Grubego.

- Może ktoś przeżył. – Borys i Czarny zaczęli heroicznie sprawdzać, przeczesywać całą ulice. Redaktor stał jak wryty tylko Fotograf robił zdjęcia. Non stop.

Idziemy do ratusza. – Porucznik dał sygnał do dalszej drogi.

- Kurwa!- wrzasnął na całe gardło Czarny. – Kurwa! Mieliśmy ich chronić, mieliśmy im pomóc a my kurwa co!? – cisnął hełmem o ścianie. Krzycząc.

- Zamknij się debilu. – Stojący przy nim Gruby wycedził przez zęby.

- Bo co! Co mi zrobisz, zastrzelisz mnie?

- Jak się nie uspokoisz za chwilę to nie będę musiał bo ktoś inny mnie wyręczy. A dokładnie ten kto im zgotował taki los. Nie wiem czy są jeszcze tutaj czy nie ma. Więc morda w kubeł i weź się w garść bo jak nie to Ci przypierdole i się skończy. Zrozumiałeś? – Gruby nie żartował, jeden celny cios grubego i mało kto stoi na własnych nogach. Czarny podniósł hełm i ocierając oczy powoli dołączył do reszty. nie wiedziałem co było gorsze czy niewiedza czy świadomość, że wróg może czyhać za rogiem. W końcu doszliśmy do końca drogi. Został nam do pokonania plac. Wziąłem głęboki oddech i ruszyłem. Teraz ta cholerna przeklinana jeszcze do niedawna mgła teraz ratowała nam życie. Gdyby nie ona bylibyśmy na widoku do odstrzału.

Ratusz też był pusty, nigdzie żywej duszy. Nawet śladów walki nie było widać. To było dziwne bo w każdym mieście pod ratuszem znajduje się schron gdzie mieszkańcy mogą się schronić a on nawet nie był otwarty. Kilkanaście minut sprawdzaliśmy cały budynek łącznie z wieżą, którą wzbijała się nad miasteczko.

- Nóżu na schodach pilnujesz wejścia. Anglik wywołujesz kolumnę. Jak tylko się z nimi połączysz chce rozmawiać z dowódcą. Nie rób przerw, próbuj co chwilę. Chce ich jak najszybciej! Reszta pilnuje okien. Nie pokazywać się w nich ale czuwać.

Usiadłem przy wejściu, patrzyłem w tą cholerną mgłę i myślałem jak można coś takiego zrobić jakim potworem trzeba być aby móc dokonywać takich strasznych rzeczy. Może nie było po mnie tego widać ale gotowało się we mnie, że nie mogłem nic zrobić. Na pograniczu jednak często się takie coś zdarza, może nie w takiej skali ale tam gdzie Sojusz nie ma wpływów nie obowiązują żadne prawa.

Do końca życia zapamiętam swój pierwszy patrol, świeżo po szkole. Byłem przerażony na sam widok lasu, a na myśl o wejściu do niego robiłem pod siebie. Moim dowódcą i zarazem nauczycielem był stary chorąży, który nie bawił się z nami. Rządził nami twardą ręką ale dzięki niemu i jego lekcjom, jeszcze żyje. Pamiętam ten dzień, gdy podczas patrolu na pograniczu wbiegło nam przed lufy dwoje młodych bandytów. Mieli tyle lat co ja, ich automaty wisiały im na szyi a oni widać mieli dobre humory. Zastygli w bezruchu dopiero gdy cały nasz oddział wziął ich na muszkę.

- nie strzelać!- krzyknął dowódca po czym spojrzał na mnie z szelmowskim uśmiechem. – Młody to będzie Twój pierwszy raz, pierwsze nacięcie na karku. Rozwal ich!

Wziąłem głęboki oddech, wycelowałem w pierwszego i spojrzałem mu w oczy. Miał tyle lat co ja. Położyłem palec na spuście i zamknąłem oczy. Ale nacisnąć nie mogłem. Starałem się ale nie mogłem.

- Rozwal ich! – wrzasnął mi do ucha.

- Nie mogę!- opuściłem karabin a po chwili wzrok.

- Tak my tej wojny nie wygramy.- Chorąży rzucił pod nosem a po chwili rozległy się strzały. Jeden i drugi. – Musisz mieć jaja albo Cię zabiją.

Ruszyliśmy dalej jak gdyby nic. Ich ciała ominęliśmy jak kłody drewna. Niektórzy spluwali na nie. Nie minęło kilkanaście minut gdy za zakrętu wybiegło w naszym kierunki kilkoro ludzi. Byli oni z wsi, to znaczy dwóch domów na krzyż. Starsza kobieta i mężczyzna lamentowali. Dowódca, żeby dowiedzieć co się stało musiał dwa razy wystrzelić w górę, żeby w końcu mówiła do niego tylko jedna osoba. Okazało się, że godzinę wcześniej z wnioski dwaj bandyci uprowadzili córkę tych ludzi. Większość oddziału wiedziało już wszystko. Dowódca zgodził się pomóc w poszukiwaniu dziewczyny. Ale mało kto oprócz mieszkańców łudził się, że dziewczyna jeszcze żyje. Poszukiwania nie trwały długo. Dziewczyna leżała w niewielkim rowie. Leżała w kałuży swojej krwi, zamęczona i torturowana dla zabawy. Nigdy nie zapomnę płaczu jej rodziców, lamentu. Chorąży chwyciłem mnie wtedy za kark i kazał mi przypatrzyć się i zapamiętać twarz tej dziewczyny. Miała długie białe włosy i i nieskazitelną cerę. Wydawała by się jak by spała.

- A Ty nie miałeś odwagi ich zastrzelić! Zapamiętaj ten moment jak znowu spotkasz jakiegoś z tch skurwieli strzelaj. Pamiętaj tylko, ze kulka dla nich to nie wystarczająca kara, oni powinni czuć że zdychają. Każdy z nich powinien zdychać godzinami!

Tą lekcje życiową zapamiętałem do dzisiaj.

 

- Mogę chwilę? – z zamyślenia wyrwał mnie Mina.

- Śmiało. – zrobiłem mu miejsce i poczęstowałem papierosem, którego sam też miałem zamiar odpalić.

- Jak myślisz dorwiemy kiedyś te bestie, które to zrobiły? – zaczął nie śmiało.

- Nie wiem czy ich dorwiemy. Ale wiem, że warto strzelać do każdego, który się nawinie pod lufę.

- Jesteś starszy służbą, często widywałeś takie rzeczy?

- Chyba za często.- zaciągnąłem się papierosem jak tylko mogłem i spokojnie wypuściłem.

- Właśnie się boje, że ja już nie będę umiał o tym zapomnieć. – kontynuował i wiedziałem, ze chyba to nie jest miejsce ani czas na takie tematy.

- Nie myśl o tym. Wrócimy do tego w domu teraz musisz skupić się na tym by dotrzeć do domu.

Wyrzuciłem papierosa i próbowałem jakoś zmienić temat.

- Jak wrócę, odchodzę z wojska.

- Jak to? – zmarszczyłem brwi. – jak odchodzisz, co będzie robił. Jak możesz nas zostawić.

- Decyzje już podjąłem a to dzisiaj tylko to potwierdziło. Spotkałem wspaniałą kobietę, o której nie mogę przestać myśleć spotykamy się od paru tygodni a przed przyjazdem przysłała mi list, ze jest w ciąży.

- O stary.- westchnąłem. – to szybko się uwinęliście. – ale co będziesz robił w cywilu?

- Brat załatwi mi pracę w swojej fabryce mebli. Dam radę przeżyć ale będę cały czas przy nich.

- No tak, rodzina jest najważniejsza. A masz może jej zdjęcie? – zapytałem

Mina nic nie powiedział, w jego oczach coś się pojawiło. Iskierka na samą myśl o niej. Widać, że był zakochany. Ochoczo podał mi niewielką fotografię na której była piękna dziewczyna, kruczoczarne włosy i czarne oczy. Uśmiechała się do obiektywu przegarniając włosy. Poczułem na twarzy ciepło. Gdy przetarłem dłonią zobaczyłem krew, po chwili doszła do mnie fala dźwiękowa. Podniosłem oczy i zobaczyłem minę spod hełmu pociekła mu ścieżka krwi a on sam patrzył na mnie i po chwili runął na ziemie. Chwyciłem karabin i wskoczyłem za drzwi ratusza. Zdążyłem przed nawałnicą kul rozbijającą się o ściany i drzwi ratusza. Kila pocisków rykoszetowało do wnętrza.

- Kurwa strzelają! – rozniosło się po budynku.

- Chłopaki dowalcie im! – krzyknął porucznik. – Nożu! Na wierzę!

Nie namyślając się długo ruszyłem w stronę schodów. Pokonywałem je jak tylko szybko mogłem. Jedne po drugim aż w końcu dobiegłem do miejsca gdzie mogłem swobodnie strzelać. Nawet nie wiem kiedy zniknęła mgła. Widocznie musieli na nas czekać. Przyłożyłem oko do lunety i zacząłem szukać pierwszego celu. Nie było trudno bo było ich naprawdę dużo. Pierwszy w oknie naprzeciwko. Wycelowałem w korpus, wziąłem wdech i strzeliłem. Pocisk 7,62mm wyskoczył z lufy z prędkością 780 metrów na sekundę. Wbił się w bandytę robiąc niewielki otwór wlotowy ale za to z drugiej strony wyrwał mu kawał pleców. Łuska wyskoczyła z komory a suwadło pobrało kolejny nabój. Karabin był gotowy do oddania kolejnego strzału. Upewniłem się, że mój cel został wyeliminowany. Znalazłem kolejny i następny. Dziesięć strzałów, dziesięć martwych bandytów. Odskoczyłem od okna i zmieniłem magazynek, przeładowałem i ponownie zacząłem celować gdy teraz włosy stanęły mi dęba. Między budynkami stał mężczyzna z granatnikiem RPG-7 celując w wierzę. Bez namysłu strzeliłem. Trafiłem go tylko w ramie ale dzięki temu on spudłował. Rakieta przeleciała metr od budynku. Drugi raz już nie dałem mu forów, dokończyłem swoje zadanie trafiając w głowę gdy próbował się schować. Kolejny magazynek zaświecił pustką. Pod nogami pojawił się dywan z łusek. Wpadłem w wir, celowałem i strzelałem. Zabijałem jednego za drugim gdy w końcu usłyszałem warkot silnika. Pancerna kolumna dojechała. Z tej radości aż szybciej strzelałem. Czołg mozolnie wjechał na plac, stanął, wieża obróciła się w stronę ratusza. To mi się nie spodobało.

Lufa delikatnie zaczęła się podnosić, wiedziałem ze na mnie już czas. Zacząłem ile miałem tylko sił w nogach uciekać. Biegłem, zeskakiwałem z jedyną myślą w głowie, żeby się tylko nie przewrócić. Nad głową usłyszałem świst a po chwili wieża przewróciła się jak domek z kart. Na głowę poleciały mi cegły i kawałki gruzu. Poturlałem się w dół. Straciłem przytomność bo obudziłem się na dole. Nie słyszałem nic. Dudniło mi głowie. Obraz wirował to raz w prawo to raz w lewo. Dostrzegałem przed sobą zarys leżącego Grubego całego zakrwawionego. Ktoś krzyczał i uciekał w głąb budynku. Co chwilę tylko strzały, ciszej głośniej. W ratuszu nie było już drzwi tylko wielka wyrwa przez którą wbiegali raz za razem bandyci. Ale jak tylko się pojawili to od razu padali. Jeden wpadł i wycelował we mnie. Uśmiechnął się odsłaniając zepsute zęby. Nacisnął spust ale zamiast wystrzału padło tylko głuche uderzenie iglicy. Rzucił karabinem, dobył nóż i rzucił się na mnie. Ostatnimi siłami zablokowałem go, ale i one ustępowały. Ostrze zbliżało się z każdą chwilą bliżej mojej twarzy. Był za silny. Jeszcze chwila i wbije się we mnie. Ostatnie co przyszło mi do głowy. Kolanem z całych sił kopnąłem go w krocze odepchnąłem od siebie. Z kabury udowej chwyciłem Glocka i strzeliłem dwa razy. W korpus i szyje. Padł. Kolejnych wpadł przez wyrwę a za chwilę padł od strzału. I kolejny. w tym szale wyszedłem im naprzeciw aż znalazłem się w samej wyrwie. Po chwili i w Glocku skończyła się amunicja. Stałem i patrzyłem na czołg, czekałem kiedy dokończy swoje dzieło. Rozłożyłem ręce gdy poczułem powiew powietrza i wybuch. Otworzyłem oczy, czołg stał w płomieniach. Plac przed którym stałem przecięła seria jedna a potem druga. Nad nami przeleciały dwa Mi-24. Latające Czołgi. Przefrunęły i zakręciły. Za nimi do miasta wtoczyły się PT-91 nasze czołgi. Miażdżąc tych, którzy próbowali nas wykończyć.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania