Dirt

Wiem, że zły zapis dialogów, proszę nie zwracać na to uwagi :).

 

Do czarnego Mercedesa SL R107,wsiadłem z mokrej i neonowej ulicy, jak żywo wyjętej z filmu noir. Za kierownicą siedział długowłosy jegomość z lekkim zarostem, w żółtych aviatorach. Ruszył nagle, ale nie za szybko, patrzył przed siebie, na tył ciężarówki, należącej do firmy organizującej przeprowadzki. Odwróciłem wzrok i spojrzałem na duże kości do gry, wiszące pod lusterkiem na prawie przerwanej wstążce. Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w nie i czekałem na moment, aż spadną. Był zwrócony w moją stronę. Dostrzegłem to, dopiero gdy zbliżył dłoń do ust zaciągając się papierosem w czarnej, drewnianej lufce ze złotym zakończeniem.

-Ringo- Powiedział na wdechu i wypuścił dym nosem. Przez chwilę nie wiedziałem, o czym mówi, ale kiedy wyciągnął rękę, zreflektowałem się, że przedstawia mi się.

-Duke -uścisnąłem mu rękę, a on nic nie odpowiedział tylko przytrzymał moją dłoń, popatrzył mi w twarz i już za moment znowu był skierowany w stronę drogi. I znów jechaliśmy w milczeniu. Pobieżnie przejechałem oczami po wnętrzu samochodu. Po środku kierownicy była przyczepiona mała czerwona gwiazdka, odwrócona jak pentagram. Gałka obok wejścia na kasety była urwana. Usłyszałem cichutki trzask i spokojna psychodeliczna melodia, przeobraziła się w punkowy riff, z przytłumionymi wiwatami napranej publiczności. Spojrzałem na mojego towarzysza. Cały czas siedział w tej samej pozycji, kierując pojazdem. Oparłem się o szybę i skierowałem wzrok na widok za nią. Był już zmierzch, więc nie widziałem zbyt wiele. Moje myśli, powoli odchodziły ode mnie, aż w końcu krążyły w centrum ciemnej, lepkiej melasy, nie koncentrując się na niczym. Z tej bezwiednej medytacji, wyrwał mnie krzyk wokalisty, pogłośniony chyba do maksimum.

-Kurwa- Mruknąłem i usłyszałem śmiech Ringo.

-Jesteśmy- powiedział

Rozejrzałem się. Staliśmy, a poza samochodem nie dostrzegłem żadnych świateł, oprócz soczystego różowawego Księżyca i gwiazd. Ringo otworzył drzwi i wyszedł, po chwili ja zrobiłem to samo. Siedliśmy na masce i patrzyliśmy na niebo. Zaciągnąłem się nosem. Powietrze było przyjemnie chłodne. Odszedłem kawałek, by oddać urynę na pobliski dąb. Kiedy wróciłem, Ringo wyciągnął lekko zaciśniętą rękę w moją stronę. Rozwarł palce. W środku ukryta była tabletka w kształcie koła z narysowanym pentagramem. Zsunął zawartość na moją dłoń, a ja popatrzyłem na nią z nabożną czcią, wziąłem między dwa palce i podniosłem do góry, jakby był to diament, który chcę zobaczyć pod światło albo mikroskopijny opłatek, który kapłan unosi, z nadzieją na przemianę. Nie spuszczałem tabletki z oczu i po jakimś czasie położyłem ją na język. Poczułem przyjemny słodkawy posmak, który zaraz zamienił się w gorzki niczym bieluń, a jeszcze chwilę później metaliczny, kwaśny i mocno wyczuwalny smak krwi, który nie znikał. Stawał się coraz mocniejszy i twardszy, aż w końcu stał się natrętny, miałem ochotę wyrzygać się i napić, ale powstrzymywałem odruchy, uspokajając wszystkie zmysły i wbijając paznokcie w środek dłoni. Połknąłem ją razem ze śliną. Poczułem specyficznie miły, ale obrzydliwy dreszcz na plecach i po chwili leżałem na wznak zsunięty z maski auta. Ostatnim podmuchem siły obróciłem głowę na Ringo, który właśnie upadał. Usłyszałem jeszcze niemiły chrzęst i zamknąłem obolałe oczy.

***

W moich uszach rozległo się potworne wycie, jakby wydobywające się z ust wiedźmy. Rozbudziło mnie z letargu. Z trudem uchyliłem zlepione ropą oraz posoką oczy i ujrzałem wyrazisty, chociaż, przez mój stan, niewyraźny, deszcz, w kolorach głębokiej czerwieni, który wywołał u mnie dyskomfort i niepokój. Naraz, okropne uczucie spadania zawładnęło moim ciałem i nie do końca pojmującym co się wokół dzieje umysłem. Uderzyło ono z nienacka. Leżałem na wznak i poczułem, jakbym był zatopiony w ciepłej, lekko palącej cieczy, tak, że wystawał tylko kawałek mojej twarzy z oczami, ustami i nosem, stopy i delikatnie wyłaniająca się klatka piersiowa. Uczucie spadania nie mijało, ale powoli, dyskomfort znikał na rzecz senności i rozleniwienia. Teraz spadanie było już tylko neutralnym, nieprzeszkadzającym, a nawet przyjemnym dodatkiem do ukojenia i odkrajania duszy od ciała. Oczy zamykały się, powieki były ciężkie, nie walczyłem z tym i ponownie odleciałem w ciemną przestrzeń o konsystencji budyniu.

***

Ponownie odzyskałem świadomość. Obudził mnie ból na lewym nadgarstku. Usiłowałem nim ruszyć, jednak mięśnie nie reagowały na moje polecenia. Otworzyłem oczy. Dopiero teraz zorientowałem się, że słyszę dźwięki psychodelicznego miąższu, prawdopodobnie w wykonaniu Jefferson Airplane albo innego kwasowego bandu. Tym razem wybrzmiewał on jakby z każdej strony, ze źródła, które znajdowało się gdzieś daleko . Muzyka pozwoliła zapomnieć o bólu, jednak kiedy zobaczyłem nadgarstek, przestałem myśleć o muzyce i pogrążyłem się w spokojnym cierpieniu. Właściwie nie miałem już dłoni. Znajdowała się ona w ogniu, i była zwęglona. Mogłem już tylko patrzeć jak płonie do reszty. Postanowiłem się rozejrzeć. Okazało się, że kark pracuje jak należy. Przebiegła po nim zimna iskra, rozdzieliła się i skierowała do każdego mięśnia w ciele, pozwalając mi się poruszyć. W tym ręką, znajdującą się w ogniu. Wyciągnąłem ją i przystawiłem sobie do oczu. Wyglądała normalnie. Czyli jednak mi odpierdala. Miałem się rozejrzeć. Otaczała mnie mocno pomarańczowa, piaskowa pustynia, W oddali majaczyło kilka żółtych (może siarkowych) chmur, z daleka brązowe góry wbijały wybujałe szczyty w czerwone niebo. Okrążały mnie. Kątem oka, obok moich stóp, dostrzegłem poruszające się ziarenka. Popatrzyłem tam. Wysunął się z nich różowiutki palec, a po momencie cały Ringo.

-Kurwa, mam alergię na piasek! - wykrzyknął przerażony i zaczął biec. Więc ja też zacząłem biec. I dobiegliśmy aż do gór, które, jak się okazało wcale nie wbijały szczytów w niebo, bo byłe całkiem małe. Ale leżały blisko. Tyle przynajmniej. Trochę odpocząłem. Filuternie pogrzebałem w uchu. Spojrzałem na palec i po chwili zastanowienia powąchałem go. Ringo wstał i mimo, że otaczał nas piasek, on już jakby tego nie zauważał. Wskazał palcem na górę. Jak dla mnie, miała kształt ananasa, ale to już doznania jak najbardziej osobiste.

-Musimy ją przejść-Na ustach miał uśmiech i pojedyncze ziarenka pomarańczowego podłoża.-Za nią znajdziemy niebo.- Ringo uśmiechnął się szerzej i przymrużył oczy. I właśnie w tym momencie, ponownie wybuchł cichy dźwięk. Tym razem zza gór słychać było The Velvet Underground. Teraz byłem pewien artysty. W domu mojego ojca, w kuchni nad stołem, zaraz obok Najświętszej Panienki, wisiało czarnobiałe zdjęcie Lou Reeda palącego papierosa i patrzącego sinymi oczami prosto przed siebie. Spojrzałem na towarzysza. Zaczął powoli obracać się wokół własnej osi. Patrzyłem na niego, w tempie muzyki przyspieszał swoje pląsy. Dołączyłem do niego. Obydwaj przyspieszaliśmy. W końcu nagła zmiana tempa i upadek na piach. Muzyka cały czas opływała nasze ciała. Przed oczyma, przyjemnie wirował mi świat. Powstałem i lekko kręcąc głową we wszystkie strony wspinałem się na ananasową górę. Obejrzałem się i zobaczyłem, że Ringo nadal leży.

-Ringo!

-?

-Idziesz?

-Idę

Ruszył moim śladem. Byłem prawie na szczycie, wszędzie u góry widziałem obłamane kikuty skał. Położyłem ręce na krawędzi najwyższej półki, a ona się nie ukruszyła. Zwykłem mawiać potem, że widocznie miałem szczęście. Podciągnąłem się i po chwili stałem na szczycie. Trochę czasu później Ringo stał obok mnie. Spojrzeliśmy po sobie. Podeszliśmy do krawędzi po drugiej stronie. Spojrzałem przed siebie, następnie na Ringo i znów przed siebie. Byłem spełniony. Mieliśmy pod sobą strome, fantazyjne urwisko. Jak w kanionie. Przy ścianie owego urwiska rozpoczynało się pole. Pole opiumowych głów. Pole czerwonych i fioletowych uniesień. Pole maku. Ciągnęło się aż do zachodzącego słońca na horyzoncie. Nie było nic poza nim. Stałem tak kilka chwil. Ciężko było oderwać się od tego widoku. Powoli, nie odrywając wzroku, zacząłem wycofywać się w tył. Coraz bardziej i bardziej, aż w końcu przestałem widzieć morfinowe morze. Wtedy łzy ekstazy napłynęły mi do oczu, a ja najszybciej jak potrafiłem wystartowałem. Kiedy Lou zaczął przyspieszać tyradę w słodkiej, heroicznej pieśni, przyspieszyłem, aż w końcu gdy umilkł, wyrwałem się na chwilę z obliczy grawitacji, wzniosłem się ku górze i powoli opadłem ku dojrzałym obliczom krwistych kwiatów. Zetknąłem się z ziemią, lecz nie był to upadek, a subtelne i delikatne zanurzenie się w pierzastą poduszkę gruntu. Poczułem spełnienie rozkoszy całego ciała, aż po koniuszki uszu. Był to szczytowy i najlepszy orgazm, poczuty każdą molekułą mej fizycznej materii i umysłu. Leciutko otworzyłem oczy tworząc szparki, gałki oczne zwróciły się ku sobie, zawyłem niczym ranny kojot i spiąłem wszystkie mięśnie. Powieki przymykały i otwierały się, a boskie łzy ferworu spłynęły mi po twarzy. Na koniec sprężysty piorun przeszedł przez moje ciało, tak, że wygięło się w łuk. Opadłem. Moje siły były na granicy wycieńczenia. Odetchnąłem głęboko, wypuściłem całe powietrze z płuc i nabrałem go ponownie. Otworzyłem oczy nieco szerzej. Leżałem na ziemi pełnej zielonej, pachnącej trawy. Nade mną świecił przygasły promień światła samochodu. Chwilę później kaseta w samochodzie skończyła grać, a odtwarzacz wydał odgłos mechanicznego wyplucia.. Wkoło otaczał mnie las. Oblany byłem cudownie lepkim potem. Lekki wiatr sprawił, że poczułem się świeżo. Powoli obróciłem głowę. Ringo leżał na ziemi. Podniosłem się z wysiłkiem i kucnąłem przy nim. Był blady. Dotknąłem jego szyi, a następnie nadgarstka. Nie wyczułem ani drgnięcia pulsu. Jego oczy były pogrążone w masochistycznej błogości. Stracił możliwość powrotu z tej jakże intensywnej choć równie krótkiej podróży. Powstałem. Podniosłem głowę i spojrzałem na Księżyc, który tej nocy był pełny. Sięgnąłem do spodni, rozsunąłem rozporek i oddałem mocz pół metra od ciała, opryskując przy tym czuprynę Ringo. Nawet nie czułem smutku.

***

Ringo oczarowany widokiem maku usiadł i wpatrzył się w zachodzące słońce. Nie mógł wręcz odwrócić swego wzroku.

-Widziałeś kiedyś coś wspanialszego?-zapytał Ringo

-Przyjacielu…?-zapytał ponownie

Rozejrzał się. Po towarzyszu nie było śladu. Spojrzał w dół. Na jego twarzy wykwitł uśmiech. Maki w jednym miejscu były mocno wygniecione, a ziemia spulchniona i wilgotna, lecz jego przyjaciela nie było. Cofnął się dwa kroki, zamknął oczy i skoczył. Trzask łamanego kręgosłupa i nóg bezlitośnie wbijających się w miednicę słychać było daleko stąd. Kruki będą miały co jeść.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania