Dktr Ps - Sezon 1: Odcinek 1 - Decyzja Agenta

Dawno temu, na północy Hiszpanii, znajdowało się pewne miasteczko. Nie było to osada o jakimś szczególnym znaczeniu. Ot, zwykła wieś, służąca za osadę handlową. Ludzie żyli tam spokojnie i bez pośpiechu. Nie mieszkało tam zbyt wielu ludzi, ale mimo tego tworzyli oni zwartą wspólnotę; wszyscy znali się niczym najbliżsi sąsiedzi. Jednak pewnego dnia stało się tam coś, co wcale nie pasowało do dotychczasowego trybu życia mieszkańców.

Gernika, Hiszpania, 1937 r.

 

To nie była spokojna noc. Dookoła wybuchy, eksplozje i nieustanne krzyki przechodniów. Te wszystkie rzeczy nie dawały spać Słomce.

W jego kraju od roku panowała wojna domowa. Nikt nie wiedział, kto jest wrogiem, a komu można ufać. Najgorszy jednak był fakt, że to on zawiódł, nie wywiązując się odpowiednio ze swoich obowiązków agenta. Trzeba wam bowiem wiedzieć, iż Słomka dosyć kiepsko sprawdzał się w tej roli. Nigdy nie umiał dobrze ukryć swojej tożsamości, a gdy już mu się to udawało, to i tak ktoś, w tym przypadku wojska z Luftwaffe, odkrywał, że wykradł on jakieś ważne informacje.

 

Wstał ze swojego łóżka. Jego małe mieszkanie znajdowało się tuż przy ulicy, miał u siebie tylko jedno okienko, z którego ciągle dobiegał hałas biegających dzieci, albo rikszy. Teraz jednak nieustanny hałas spowodowany przeciągającą się wojną domową zdawał się być jeszcze bardziej irytujący niż zawsze.

 

Podszedł do szafy. Otworzył ją. W środku? Kilka par koszul z długim bądź krótkim rękawem, zależnie od pory roku. Do tego spodnie. Długie i materiałowe. Nie lubił zbytnio rzucających się w oczy, takich jak np. w kratę czy też na szelkach. Lubił prostotę.

Wszystkie rzeczy, które nie wisiały na wieszakach miał zawsze starannie ułożone na dolnej półeczce. „Wojna czy nie, porządek musi być.”

 

Założył białą koszulę, zapinając ją starannie, ale nie pod szyją. Musiał jakoś oddychać, a lubił, gdy ubrania przylegały mu do ciała.

Tak ubrany otworzył drzwi i wyszedł do miasta.

 

Nieopodal jego domu znajdował się plac, gdzie czasem organizowane były różne atrakcje. Teraz jednak był tutaj rynek, gdzie różni ludzie handlowali niezbędnymi do życia towarami, takimi jak np. owoce czy chleb.

Słomka jednak poszedł w innym kierunku. Szedł do biura znajdującego się nieopodal centrum miasta. Nazwa ‘centrum’ była jednak sporym wyolbrzymieniem. Gernika nie miała zbyt wielu mieszkańców, nie to co na przykład Madryt.

“To wszystko moja wina” pomyślał nagle, przypominając sobie o swej nieudanej misji. “Gdybym wykradł te plany, ten dzień skończyłby się inaczej.”

Każdy ranek był przez niego coraz gorzej witany. Co chwilę ktoś umierał, Kolejne grupy przechodziły na stronę nacjonalistów. Nie mógł tego znieść. Musiał uciekać.

“Tylko jak? W całym kraju nie ma skutecznego środka transportu, który byłby bezpieczny i w dodatku szybki.”

Zastanawiając się, czy nie mógłby w jakiś sposób załatwić sobie papierów na przepustkę, żeby później móc uciec do jakiegoś spokojniejszego kraju, na przykład Szwecji, przechadzał się po miasteczku, uważając, aby nie zostać złapanym przez patrole bezpieczeństwa.

Skierował się w kierunku starej szopy za kościołem, w której bawiły się tutejsze dzieci, gdy w okolicy jeszcze było spokojnie. Myślał, że idzie tam po to, aby zastanowić się nad sensem życia i zatracić się w swych rozmyślaniach, jednak to co tam zobaczył, przeszło jego najśmielsze oczekiwania.

Pomiędzy dwoma stosami skrzynek stała budka telefoniczna ze znakiem ‘POLICE BOX’. Była niebieska. Słomka nigdy przedtem nie widział niebieskiej budki telefonicznej stojącej pośrodku szopy, jednak wiedział, gdzie takie można znaleźć. W Wielkiej Brytanii.

Podobno stworzyli je po to, aby zwykli obywatele mogli sami powiadomić służby, gdy w mieście działo się coś złego. Wiedział, że w tamtych stronach ludzie są, przynajmniej według niego, bardziej cywilizowani, toteż wierzył, że tego typu rozwiązanie musi sprawować się tam dobrze.

Jednak nie w tym kraju. Tutaj ludzkie prawa zniknęły już dawno.

Zaciekawiony podszedł bliżej. Nie miał zielonego pojęcia, skąd ten obiekt w ogóle znalazł się na tych terytoriach, a do tego jeszcze pośrodku szopy.

Wyglądała jakby dopiero co ją postawili. Nie było odprysków farby, drewno było w świetnym stanie, a metalowe klamki nie zardzewiały. Jedynie klosz lampki na szczycie miał kilka smug.

- Fascynujące! – wykrzyknął, szybko zamykając stodołę, aby móc dokładnie przestudiować swoje najnowsze znalezisko. Jednak najciekawsze miało dopiero nadejść. Wszedł do środka.

Przeszedł dwa kroki, trzy. Po kilku minutach stwierdził, że chodzi dookoła jakiegoś panelu sterującego. Nie to jednak go onieśmieliło. Uświadomił sobie,

że ta niebieska budka jest większa w środku.

- Ale… jak to możliwe…? -wyszedł, okrążył dookoła dziwaczny twór kilka razy i wrócił do konsoli. Z wrażenia musiał usiąść na znajdującym się nieopodal fotelu.

W pierwszej chwili pomyślał, że to rodzaj jakiejś zaawansowanej technologii Brytyjczyków, rodzaj radaru do wykrywania myśliwców. Jednak to nie wyjaśniało, dlaczego rozmiary skrzynki były tak niespotykane.

Gdy odkrywał tajemniczą machinę, nad miastem pojawiły się samoloty. Ludzie zaczęli wybiegać na ulicę, krzycząc i próbując dotrzeć do najbliższego im schronienia. Jednak panika była tak duża, że nie zauważyli nawet, że były to jedynie patrole.

- Szybko, biegnijcie! – polecił jeden z żołnierzy republikańskich do przechodzącej nieopodal gromadki ludzi, nieświadomych jeszcze, co się dzieje sto metrów obok.

Chowali się za parawanami stoisk handlarzy, pod samochodami, w dziurach pozostałych w budynkach po uderzeniu granatu bądź uszkodzonych przez burzące się inne części budynku.

Wszystko to bez wiedzy Słomki, który, jak gdyby nigdy nic, siedział w dziwacznej budce policyjnej.

Rozejrzał się. Pomieszczenie było w miarę schludne. Z środka konsoli wychodziła szklana tuba, z pomarańczowymi żarówkami dającymi przyjemne światło. Na suficie, dookoła tuby, umieszczone były trzy pierścienie z dziwnymi symbolami, naokoło których świeciły się okrągłe lampy. Można było też zejść niżej (tutaj Słomka całkowicie zatracił poczucie percepcji) i przejść do innych sekcji…czego… no właśnie… Sam chciałby to wiedzieć. Z dołu konsoli zwisało dużo grubych kabli, a w podłodze były schowki. Przeważające kształty: sześciokąty i koła. Z kratek wentylacyjnych na podłodze wydostawały się kłęby pary. Oprócz tego, z piętra z panelem sterowania i dziwaczną tubą, można było wejść po schodach na balkonik, okrążający cały pokój dookoła.

Tymczasem w obozie, gdzie stacjonowały wojska gen. Richthofena, dowódcy Luftwaffe, on i jeden z wysoko postawionych rangą marszałków podziwiali pobliską łąkę, ciesząc się rozwojem pobudek antyrepublikańskich w miasteczku. Nieoczekiwanie jego rozmówca zapytał o jego ulubionego agenta.

 

- Ulica Maura – pokazał na mapie miejsce, w którym według kolejnego zlecenia, miał znajdować się Słomka. – Tam go znajdziemy?

- Zależy, czy jeszcze tam jest – odparł generał, spoglądając w dal. Jeśli w ogóle tam jest – zaśmiał się z przekąsem. – Musisz wiedzieć, że nie jest on zwyczajnym agentem. Kiedy go… spotkałem, miał w sobie coś wyjątkowego, coś co nie dawało mi spokoju. Niestety nie ma to nic do czynienia z jego umiejętnościami kamuflażu, które jak wiemy tu wszyscy, są godne pożałowania. Naprawdę nie wiem czemu ten cały Franco rekrutował akurat niego…

- Jakieś obawy?

- Tak. Że ucieknie. Jeżeli to zrobi cały mój plan legnie w gruzach. Baskowie muszą zostać zbombardowani.

- Wszyscy? Razem z fabryką broni? – zapytał z lekkim przerażeniem marszałek.

- Oczywiście! Hiszpanie nie mogą wygrać.

Obawy dowódcy sił lotniczych niestety były słuszne.

Słomka nie wiedział jak działa jakikolwiek przyrząd znajdujący się na zagadkowym panelu sterowania pośrodku pokoju.

- Do czego tylko są te dźwignie…- spojrzał na jeden z paneli. Ich przeznaczenia nie mógł się nawet domyślać. Najbardziej zaciekawiła go masywna, stalowa wajcha, z czarną rękojeścią. Pociągnął za nią. Drzwi się zamknęły.

- Co do…

Nagle dookoła stropu zaczęła obracać się smuga światła, a jeden z elementów wewnątrz tuby zaczął się poruszać. Rozległ się dźwięk czegoś co brzmiało jak metaliczne skrzypienie.

 

*VWOOORP-VWOOORP-VWOOORP-VWOOORP…*

 

Zdarzenie to obserwował z daleka Richthofen. Ten dźwięk wyraźnie go zaniepokoił, wiedział, że ma on związek ze Słomką. Jednak to nie był jedyny problem.

Jeśli rzeczywiście uciekł, oznaczało to, że mógł ukraść plany dotyczące najbliższych działań Luftwaffe. Nie mógł do tego dopuścić.

- Ach… ten Słomka… - oznajmił rozmarzony.

 

*VWOOORP-VWOOORP-VWOOORP…TUM-DUM*

 

Otworzył drzwi. Wyszedł. Był w innym miejscu. Otoczenie wyglądało jak na jego dotychczasowe doświadczenia, dość… niecodziennie. Nieopodal wznosiły się wysokie bloki mieszkalne. Nie sądził, że kiedykolwiek zobaczy w swoim życiu tego rodzaju budynek.

Spojrzał pod swe stopy. Stał na asfaltowej ścieżce, prowadzącej do… właśnie, dokąd? Sam chciałby to wiedzieć. Towarzyszyło mu jednak poczucie niepewności, co wcale go nie cieszyło, wręcz przeciwnie. Chciał zaznać spokoju po męczarniach Gerniki.

 

Postanowił, że jedyną opcją na dowiedzenie się czegokolwiek o tym, gdzie jest, będzie rozejrzenie się po okolicy. Zamknął drzwi od budki i poszedł wzdłuż alei.

- Niesamowite! – rzekł, patrząc na jadące na deskorolce dziecko, które to spojrzało na niego jak na idiotę.

Zaskoczony reakcją chłopca, skierował się do bardziej otwartej lokalizacji.

Doszedł do głównej ulicy. Stał na chodniku i machał głową w te i we w te, podziwiając rozwój motoryzacji. Nagle usłyszał obok siebie głos:

- Wszystko w porządku?

Odwrócił się do mężczyzny i szybko wyjaśnił:

- Słucha… tak, oczywiście. Mam pewne pytanie.

- Jakie?

- Czy jest gdzieś w pobliżu jakieś miejsce, gdzie mógłbym poszukać pomocy i spocząć?

Przechodzień zerknął na niego ze skrzywionym wyrazem twarzy, ale odpowiedział:

- Niestety, w tych rejonach jedyne, co się tu znajduje to las. Ale z tego co wiem, to w pobliżu jest szkoła. Może się pan tam udać, aby nikomu nie zawadzać.

Słomka spojrzał mu za ramię i zobaczył w oddali zielony budynek.

- Dziękuje panu bardzo! Do widzenia – rzucił i pobiegł w kierunku stalowego płotu, widocznego z oddali.

 

Nastał kolejny dzień, a to oznaczało, że trzeba było iść do pracy.

Zofia Animucka była cenioną matematyczką, pracująca w szkole, do której zmierzał właśnie Słomka. Miała bardzo wysoką reputację. Uczniowie ją lubili, a co ciekawe, matematyka była jedyną lekcją, do której przykładali jakąkolwiek uwagę. Teraz wychodziła ze swojego bloku i zmierzała na kolejny poranek pełen wzorów, wykresów i co najważniejsze – Sesji z Plusem.

Przeszła koło charakterystycznej górki, z której dzieci z tego osiedla zjeżdżały zimą.

Otoczenie nie było tu jakieś niespotykane, niedaleko stąd znajdował się plac zabaw, kilka metrów obok bloku stały kosze do segregacji śmieci.

 

Szła właśnie do swego samochodu, jednak gdy próbowała go otworzyć, stało się coś, co uniemożliwiło jej dotychczasowe plany. Kluczyk od stacyjki wyleciał jej z ręki i wpadł do studzienki kanalizacyjnej.

- A niech to! – wykrzyknęła, nieco zaskoczona.

Musiała dojechać autobusem. Postanowiła, że straconym kluczem zajmie się, gdy wróci do domu.

 

Minęła stojące na rogu drzewo, pokryte niemal w całości jarzębiną.

Wiatr powiewał jej czarne, dość krótkie włosy. Miała na sobie jasnoczerwoną bluzkę i granatowe spodnie przed kostkę ze sztruksu. Tak ubierała się na większość okazji. Jednak miała też krótsze, jaśniejsze spodnie oraz bladofioletowy sweterek na chłodniejsze dni.

Znalezienie Słomce szkoły zajęło trochę czasu. W tym gęstym lesie, a do tego na samym końcu znajdującego się tuż obok osiedla. Z zaskoczeniem stwierdził, że zrobił koło od miejsca, gdzie wylądował niebieską budką. Jednak po chwili dostrzegł rysujący się w oddali budynek.

 

-…i to właśnie jest wzór na liczbę Pi – powiedziała nieco spóźniona na tę lekcję Animucka. Jednak dyrektorka była jej dobrą przyjaciółką, więc nie miała się o co martwić. – Jakieś pytania? – spytała swoją klasę, która niestety nie była skłonna do interakcji ze swoją nauczycielką.

Spodziewała się tego. Jednak wiedziała, że zrozumieli wszystko.

Wtedy zadzwonił dzwonek. Rzekła:

- Zróbcie wszystkie zadania z Powtórek z Plusem! Za tydzień mamy… sprawdzian…

Wszyscy w popłochu opuścili klasę. Był maj, więc było to dla mniej zrozumiałe. W końcu wszyscy chcą wyrobić się z zaliczeniami.

Słomka przebiegł przez krzaki i zatrzymał się przed furtką. Wygląd szkoły różnił się znacznie od tego, do czego się przyzwyczaił w swoich stronach.

Szkoły w Gernice były małymi budynkami, często nie było tam więcej niż kilka klas, a co dopiero myśleć o obiektach sportowych! Jednak tutaj, było na jego oko wszystko.

Musiał, jednak przyznać, że było tu schludniej. Obok budynku znajdowało się boisko. Placówka miała dobudowaną salę gimnastyczną, co było widać po plastikowych oknach.

„Co za ohyda” – pomyślał, spoglądając na graffiti namalowane na jednej ze ścian.

Poszedł dalej. Zatrzymał się przed głównym wejściem. Fakt, że w pobliżu nie było nikogo, ani dzieci, ani idących do pracy profesorów, mocno go zdziwił. Spojrzał przez szklane drzwi.

- No cóż, nic tu po mnie – uznał i wszedł do środka.

 

Animucka siadła przy biurku i zaczęła sprawdzać kartkówki. Jednak tą czynność przerwał jej ulubiony uczeń, Michałek, który z jakiegoś powodu wrócił do klasy. Spytała:

- O, witaj. Coś się stało? Przyszedłeś po dodatkowe zadanka, jak zwykle?

- Niestety nie. – odparł. – Spotkałem jakiegoś pana, który wpadł na mnie na korytarzu i powiedział, że szuka pomocy. Przyprowadziłem go do pani, bo wiem, że można na pani polegać.

Na te słowa na moment oderwała się od rzeczywistości. „Słucham?” pomyślała, zastanawiając się, któż to taki mógł do niej przyjść z prośbą o pomoc. „Może chodziło mu o higienistkę?”. Zauważyła, że Michałek ciągle na nią patrzy, Ocknęła się i odparła:

- Tak, tak, doskonale. Daj mi go tutaj.

Michałek podszedł do drzwi i otworzył je. Do sali wszedł wysoki, rażąco szczupły mężczyzna w długim, beżowym płaszczu. Wyglądał dość osobliwie, ale też cudacznie, w połączeniu z widoczną pod spodem prawie że perfekcyjnie uprasowaną koszulą.

Taki widok wywarł u Animuckiej mieszane odczucia.

- Witam. W czym więc mogę ci pomóc?

- Chciałem… dowiedzieć się kilku rzeczy… - oświadczył, gdy Michałek wyszedł z klasy.

 

Spojrzała na niego oceniającym wzrokiem. Wyglądał jakby urwał się z jakiegoś balu karnawałowego.

- Co cię tu sprowadza? – zaczęła prosto z mostu. Nie miała czasu na certolenie się z jakimś obłąkanym wariatem.

- To… - zaczął, nie wiedząc za bardzo jak opisać swoją przygodę - …ciekawa historia, wręcz mogę powiedzieć, że niewiarygodna…

- Domyślam się. – odparła, na ten niezbyt obszerny opis, popijając kawę. – Załóżmy, że ci wierzę. Opowiadaj – skinęła głową.

- Zacznijmy od tego, że nie pochodzę stąd. – sprecyzował – Jestem Hiszpanem. W moim kraju od roku toczy się wojna. Wszędzie wybuchy, ludzie giną, katastrofa, jakiej świat nie widział.

Animucka prychnęła, powstrzymując śmiech.

- Coś się stało? – spytał ją.

- Nie, nie… kontynuuj.

- Szedłem sobie poprzez miasto, chciałem złapać trochę świeżego powietrza. Nagle jednak zobaczyłem coś, co zaparło mi dech w piersiach.

- Hm?

- Szopę. A w środku… niebieską budkę telefoniczną.

- Może była zepsuta? – przerwała mu nauczycielka.

- Nie, nie, nie… To było co innego… Była… - tu zastanowił się przez chwilę, czy to co powie, jeszcze bardziej go nie pogrąży - …większa w środku.

- Aha.

 

Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Słomka nie przypominał kogoś, kto dopiero co uciekł z psychiatryka, mimo tego zdawał się mocno wierzyć, w to, o czym właśnie mówił. Postanowiła tymczasowo mu zaufać. Dla pewności spytała z lekka ironicznie:

- A ty jesteś z przeszłości?

Rozejrzał się dookoła.

- Chyba… chyba tak… - odrzekł, nieco zdumiony tym faktem.

Patrzyła na niego z uwagą. Nie miała do końca pojęcia czy mówi prawdę, czy jest wariatem, ale tymczasowo postanowiła mu uwierzyć.

- No dobrze… - zapytała. – Czym się zajmowałeś, tam, w Hiszpanii? – miała nadzieję, że udzieli dosyć złożonej odpowiedzi.

- Jestem… a może byłem… agentem. Ale nie ma o czym tu za dużo mówić, widzisz nie byłem w tym zbyt dobry…

 

Szpieg? I to z przeszłości? Wszystko na to wskazywało. Spojrzała raz jeszcze na jego ubiór. Był dosyć… osobliwy. Przynajmniej jak na obecną epokę. Do tego zdawał się mówić dość przekonywująco. Może to, że nie zdradzał zbyt wielu szczegółów nie wynikało z jego niewiedzy, a po prostu z faktu, że miał z tym okresem życia niemiłe wspomnienia. Skoro toczy się tam wojna, to rzeczywiście mógł przejść ciężkie chwile.

- A więc, Hiszpania? – zagadnęła go. – Domyślam się, że chodzi o wojnę domową?

Słomka pokiwał głową ze smutkiem na twarzy.

- Opowiedz mi więcej, na przykład… - tu próbowała wymyśleć jakiś temat – o swojej pracy.

- Nie, nie… niemiło to wspominam…

- Oj, nie przesadzaj, na pewno nie było aż tak źle... Wykradałeś tajne dokumenty? Miałeś jakieś specjalne misje? A może miałeś jakieś stosunki z samym gener…

- NIE! – uciął jej poddenerwowany. Nie miał zamiaru wspominać swojej porażki.

 

Animucka patrzyła na niego, jakby chciał ją zabić. To mogło potwierdzać dwie rzeczy: albo nic nie wie, albo naprawdę stało się coś złego.

- Dobrze… Rozumiem… Powiedz mi tylko jedno… Czy ty rzeczywiście tam byłeś? Nie zakładam, że kłamiesz, ja, ja… chcę się tylko upewnić…

Zirytowany wyjął z płaszcza banknot o wartości 100 pesos.

Nauczycielka spojrzała na niego z uwagą. Widniała tam data – 8 czerwca 1931.

- Mogę? – spytała, wyciągając dłoń.

Przyłożyła go do światła. Wszystko wskazywało na to, że był prawdziwy. Szczerze powiedziawszy, dziwnie było jej trzymać w rękach osiemdziesięcioletni banknot, bez śladu żółtego nalotu, czy też wgnieceń.

Oddała mu go i rzekła:

- Doprawdy fascynujące. Ale… nie chciałbyś może się jakoś, jakby to ująć, dostosować?

Spojrzał na nią z zakłopotaniem.

- Przebrać się. A szczególnie zmienić te buty – tu pokazała na nie palcem.

Słomka spojrzał w dół i oświadczył

- Ale… ja mam je po dziadku! – wykrzyknął zawiedziony. Rzeczywiście, wyglądały trochę dziwnie, porównując je do, na przykład, butów Animuckiej i innych osób, które dotąd spotkał, jednak nie oznaczało to przecież, że były złe!

- Tak, tak, fajnie, ale… niezbyt ci one pasują.

- Naprawdę? – spytał ze zdziwieniem. Nikt nigdy mu tego nie powiedział.

- Gościu! – rzuciła. – Czy ty naprawdę tego nie widzisz? Nie masz w ogóle dobrego gustu.

- Dobra, dobra, niech będzie! Coś z tym zrobię! – uciął jej uwagi. – Tylko gdzie ja mam właściwie iść?

Złapała się za głowę z zażenowaniem.

- Jesteś w XXI w. Czy naprawdę myślisz, że niczego w pobliżu nie znajdziesz?

- Słuchaj! – miał już dosyć jej uwag. – Jak widać, znalazłem się daleko od domu i w czasie i w przestrzeni, więc nie wyrzucaj mi, że nie wiem co robić!

- Oj, nie maż się jak dziecko! Idź na zewnątrz i się rozejrzyj, przydałoby ci się. – poleciła. – I zrób to szybko, bo zaraz mam zajęcia.

Przewrócił oczami i skierował się do drzwi.

- Dobrze więc, idę!

 

Zrezygnowany poszedł w kierunku furtki wyjściowej. Szedł przez dróżkę wyłożoną kamieniem i zastanawiał się co się właściwie wydarzyło. Nie mógł nadal pojąć, w jaki sposób dotarł z Gerniki tutaj w tak niesamowicie krótkim czasie. Jakby tego było mało, wszystko wskazywało na to, że faktycznie przeniósł się też w czasie. Zdziwił się na sam fakt, że taka myśl przeszła mu przez głowę. Nie wiedział co o tym wszystkim sądzić.

 

Gdy przechodził pomiędzy blokami, postanowił jeszcze raz wejść do dziwnej skrzynki. Nadal nie pojmował, jak przedmiot o tak niewydarzonych wymiarach mógł istnieć na ziemi. Wszedł do środka. Zaczął przyglądać się różnorakim przyciskom, dźwigniom, światełkom i ekranom znajdującym się na czymś, co przypominało główny panel sterowania całą machiną.

Spojrzał na ekran skierowany ku niemu. Odczytał: ‘TARDIS – baza lokalizacji’. Przestudiował listę znajdującą się poniżej. Niestety, żadna ze znajdujących się tam nazw nic mu nie mówiła. „Skoro ten wehikuł podróżuje w czasie, to nie mam zamiaru tu namieszać” pomyślał.

Jednak ‘TARDIS’. Wyglądało na to, że tak nazywał się ten statek kosmiczny.

- Hm, TARDIS, Tardis… T.A.R.D.I.S – powtórzył kilka razy, aby zapamiętać. Nie przypuszczał, aby kiedykolwiek znalazł prawowitego właściciela tejże maszyny.

 

Usiadł na krzesełku znajdującym się nieopodal. Było ono komfortowe, wyłożone ciemnym, miłym w dotyku materiałem, którego tekstura, jak zdążył zauważyć, przypominała gwieździste niebo.

Przez chwilę jednak zastanowił się, czy już teraz chce eksperymentować z tym wehikułem i gdzieś znów uciekać. Szczerze powiedziawszy, to nie miał za bardzo, gdzie. Poza tym wątpił, że w jakikolwiek sposób odnajdzie się pośród tych wszystkich możliwych opcji, przełączników i innych wynalazków.

 

Zarazem miał jednak dziwne wrażenie, że wie, jak to robić. Co więcej, poczuł nieopisane uczucie deja vu, gdy wszedł do TARDIS po raz pierwszy. Nie miał zamiaru jednak się teraz nad tym zastanawiać.

Postanowił zastosować się do rady Animuckiej i przejść się po mieście.

 

Gdy wychodził z budki zauważył klucz wiszący na gwoździu przybitym do czegoś co wyglądało jak pudełko przymocowane do lewych drzwi od wewnątrz. Wziął go i wyszedł na zewnątrz.

Zauważył małe drzwiczki obok drzwi wejściowych. Założył więc, że to, co za nimi się znajduje, jest w tym ‘pudełku’. Słomka jednak wsunął klucz do dziurki znajdującej się pod klamką główną i przekręcił go.

- No, teraz sprawdźmy co da się tu znaleźć – postanowił sobie i skierował się do deptaka przechodzącego do głównej ulicy.

 

Szedł przez chodnik pośród masy innych, jak na jego oko dziwnie, ale bardziej (nie wiedział, czy może tak to nazwać) lekko? Nikt tu nie chodził w koszuli, nie to co on. Codziennie rano miał ten sam dylemat. Jaką założyć? Niebieską? A może fioletową?

Podniósł głowę. Zobaczył ciągnący się na całą długość ulicy, która swoją drogą była dość długa, co też go nieco zdziwiło, rząd bloków mieszkalnych.

 

Ludzie dziwnie na niego patrzyli. „Może to przez te buty?” pomyślał. Musiał jednak przyznać, że w obecnej sytuacji bez wątpienia wyglądał jak odmieniec. Jednak bez przesady. Miał nadzieję, że społeczeństwo XXI w. będzie bardziej tolerancyjne. Aby uniknąć krzywych spojrzeń przechodniów, skręcił w odchodzącą w prawo ulicę, gdzie było mniej ludzi.

 

To wszystko zaczynało go powoli przytłaczać. Samochody w najmniejszym stopniu nie przypominały tych, które znał ze swych stron. Wszystkie były wykonane z jakiegoś rodzaju metalu, może blachy, która jak dla niego sprawiała wrażenie niskiej jakości.

Oprócz tego wszystkie były do siebie podobne. Żadnej indywidualności. Jakby wychodziły z tej samej fabryki. Nie podobało mu się to.

Przypomniał sobie fabrykę broni Astra w Gernice. Jednak nie chciał o niej pamiętać. Nie chciał popaść w paranoję z powodu swych nieprzyjemnych wspomnień. Na tym punkcie jednak nie wiedział, że ma ich więcej niż przypuszcza.

 

Stanął pod jakimś daszkiem i zajrzał do kieszeni. Nie miał tam za wiele przydatnych rzeczy. Wyciągnął jedynie łyżkę. Nie miał pojęcia skąd ona się tam wzięła, ale nie ulegało wątpliwości, że nie za bardzo mu się ona przyda.

 

Spojrzał jeszcze raz przed siebie. Po drodze wyłożonej asfaltem jeździły żółte autobusy, również odmienne od tych, do których się przyzwyczaił. Do tego ludzie chodzili często wpatrzeni w zagadkowe, mieszczące się w dłoni ekrany.

 

Poszedł przed siebie, nie wiedząc jednak jaki jest jego cel. Dobiegający nieustannie do jego uszu zgiełk i hałas miasta zaczynał go nużyć. Mógł przysiąc, że zupełnie stracił zmysły.

Doprowadziło to do najgorszego. Słomka nie zauważył, że na wskutek tymczasowego zamroczenia umysłu, wtoczył się na przejście dla pieszych, prosto pod samochód.

- Uważaj, jak idziesz baranie! – wykrzyknął rozeźlony kierowca.

- Ja prze… przepraszam… - odparł lekko zagubiony Słomka. Nie spodobał mu się ton tego mężczyzny. Wywnioskował, że większość ludzi musi tu żyć pod dużą presją, skoro zwykły kierowca może być tak wściekły, o coś, co może się przecież zdarzyć każdemu.

 

Zirytowany pośpiesznie podbiegł do stojącego na rogu kościoła. Nie miał zamiaru jednak wchodzić do środka. Nie był wierzący, poza tym miał teraz inne sprawy na głowie. Musiał odnaleźć się w tej nowej dla niego, dziwacznej rzeczywistości. Potrzebował do tego świeżego powietrza.

Zrezygnowany usiadł na schodkach po lewej stronie budynku. Był kompletnie rozdarty. Dopiero teraz do niego dotarło, że stracił wszystko. Swoją rodzinę, której co prawda nie pamiętał, ale też wszystkich przyjaciół, kolegów z pracy, którzy co prawda nie traktowali go nigdy zbyt poważnie, ale mimo wszystko ta myśl była dla niego dość wstrząsająca.

 

Westchnął. Nie wiedział czy miał się z tego powodu cieszyć, czy płakać. Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza swoją legitymację wojskową. Otworzył ją i spojrzał na swoje zdjęcie. Obok widniała data urodzenia: 30 kwietnia 1894. Nie wiedział, czy jest prawdziwa. Nie zastanawiało go to nigdy. Teraz, gdy się nad tym dłużej zastanowił, to nie pamiętał żadnych wydarzeń ze swojego życia przed przybyciem do Gerniki. Jedyne co wiedział, że wcześniej został tam wysłany w celach resocjalizacji. Nie wiedział jednak po co ani kto go tam wysłał.

 

Nie chciał jednak dorzucać sobie do głowy kolejnej porcji nieciekawych myśli. Zatrzasnął swój dokument tożsamości i ruszył w poszukiwaniu jakiegoś bezpiecznego środka transportu.

 

Tymczasem w szkole Animucka nie miała zajęć, ale czekała na jednego ze swych ulubionych uczniów, Michałka, który to miał przyjść na dodatkowe zajęcia. Postanowiła wykorzystać wolny czas sprawdzając zaległe kartkówki. Lubiła to zajęcie, ale tym razem po głowie ciągle chodziło jej dzisiejsze spotkanie z tym dziwnym mężczyzną, który podawał się za osobę pochodzącą z przeszłości. Nadal intrygował ją ten banknot. Wydawał się jak najbardziej wiarygodny, ale… Nie wiedziała, czy mu wierzyć. W pobliżu tego budynku zazwyczaj kręciło się wielu obłąkanych ludzi, więc było możliwe, że był on jednym z nich. Z jakichś powodów nie mogła jednak w to uwierzyć.

Nagle wszedł oczekiwany przez nią gość.

- Dzień dobry! – wykrzyknął blondyn.

- Witaj, Michałku.

Podszedł do jednej z ławek i usiadł w niej. Następnie zadał pytanie, którego matematyczka się nie spodziewała.

- Czego chciał ten mężczyzna? Udzieliła mu pani pomocy, jak mu obiecałem?

Animucka spojrzała na niego zdziwiona, że nie zaczął od pytania o zadanka.

- Ja… tak, udzieliłam. Powiedziałam, żeby rozejrzał się po mieście i się tutaj odnalazł – odparła, zapisując coś na kartce.

- A mówił coś, no nie wiem, szczególnego?

- Skąd takie przypuszczenie? – zapytała zaciekawiona.

- No nie wiem… po jego wyglądzie było widać, że nie jest stąd. Może mówił skąd pochodzi?

Animucka oparła się o krzesło.

- Eh… Mówił, że pochodzi z Hiszpanii, oraz że był agentem…

- Oooo…. To ciekawe…

- I jeszcze wspominał o jakiejś wojnie i twierdził, że… jest z przeszłości.

Michałka zamurowało.

- Naprawdę?

Pokiwała głową.

- Naprawdę. Sama nie wiem, jakiś obłąkany czy coś… No ale nieważne. Co dziś chcesz poćwiczyć?

- Mam jeszcze jedno pytanie, jeśli można oczywiście. Zawsze mnie to ciekawiło…

- Ależ proszę bardzo – odparła, wstając, aby otworzyć okno.

- Jakie miała pani jeszcze prace?

Westchnęła. Lubiła tego chłopca, ale stanowczo zbyt często zadawał trudne pytania.

- Taaak… trochę tego było… Zanim zaczęłam pracować tutaj, pracowałam w podstawówce. To było tak naprawdę okropne. Uczyłam tam na początku w klasach 1 – 3 i uczyłam dzieci składać origami. Ale po pewnym czasie mi się to znudziło i zaczęłam uczyć etyki. Wtedy było to wspaniałe rozszerzenie umysłu, nawet mimo tego, że nie poruszaliśmy tam zbyt wyszukanych tematów. Ale teraz jestem tu i uczę matematyki – uśmiechnęła się.

- Etyka… to ciekawe… A więc sądzę, że wie pani jak zachowywać się humanitarnie?

- Tak.

- W takim razie proszę to zrobić i pomóc temu człowiekowi – powiedział z uśmiechem. – Jak należy.

Nauczycielkę zbiło to z tropu.

- Czemu cię on tak obchodzi? – zapytała – Może jest chory? Nie trzeba tu za dużo myśleć, po prostu wystarcz…

- Pewnie tak, ale nie zmienia to faktu, że można to zrobić samemu – rzucił, nie dając jej dokończyć.

Westchnęła.

- D…dobrze… Potem się tym zajmę – chciała zakończyć tę dyskusję. – Robimy dziś jakieś zadanka?

Michałek wstał z ławki i podszedł do niej.

- Właśnie… Co do tego, to nie mogę. Muszę jechać na olimpiadę.

- To wspaniale! – ucieszyła się z sukcesów swojego ucznia. – Życzę powodzenia!

- Dziękuję. To ja lecę! Do widzenia!

Wyszedł z klasy.

 

Animucka mogła teraz zastanowić się na spokojnie nad jego słowami. Może ma rację? Nie powinna go tak potraktować, po prostu go wyrzucając. Poza tym, rzeczywiście wyglądał na wstrząśniętego czymś, a więc mógł mówić prawdę. Do tego ten banknot… ciągle ją zastanawiał…

Musiała przyjrzeć się temu bliżej.

 

Podczas gdy rozmawiała ze swoim uczniem, Słomka znalazł przystanek tramwajowy. Chciał w jakiś sposób dotrzeć do ciekawszych części miasta. Kto wie, może tam znajdzie coś o wiele bardziej interesującego.

Spojrzał na rozkład. Niestety nie mógł nic z niego zrozumieć. Nie chodziło tyle o godziny odjazdu, co rzecz jasna o nazwy ulic. Zawsze tak jest, gdy przyjeżdża się do nowego miasta, a szczególnie w jego przypadku, gdy trafia się tam nagle.

 

Postanowił zapytać.

- Przepraszam, - zapytał jakiegoś chłopaka. – jak dojadę do sklepu obuwniczego?

Spojrzał się na niego jak na idiotę.

- Co? Do obuwniczego? Dobrze się pan czuje? – odparł. Przejrzał go wzrokiem. Nie wydawał mu się normalny.

- Tak. Widzisz, jestem tu nowy i… - uśmiechnął się w dość dziwny sposób.

- I co? – nie wydawał się przyjaźnie nastawiony.

- Pomyślałem, że warto zapytać o drogę.

Podszedł do wywieszonej rozpiski. Wskazał palcem na jedną z linii i rzekł:

- Wchodzisz tu i jedziesz aż dotąd – wyjaśnił, rysując palcem po mapce obok. – Rozumie pan?

- Tak. Rozumiem.

 

Wszedł do pojazdu i zaczął rozglądać się wokół, co miał już w zwyczaju. Ludzie byli niezbyt zainteresowani tym, co się działo. Albo patrzyli w telefony (Słomka nie wiedział, że są nimi te małe, ciemne ekraniki), albo gapili się przez okno. Posmutniał. Towarzyszyło mu dziwne poczucie izolacji.

Jedynym głosem, jaki mu towarzyszył, był głos oznajmiający, jaki będzie następny przystanek.

Spojrzał na to, co działo się na zewnątrz. Nie mógł uwierzyć w to, jak zmienił się ten świat.

 

Szkoła, godz. 15:00

 

Większość dzieci z młodszych klas już skończyła lekcje, a wszyscy pozostali mieli aktualnie zajęcia, gdyż zgodnie z planem, była teraz godzina lekcyjna. Był to więc idealny czas dla Animuckiej, aby zbadać sprawę Słomki.

Postanowiła więc szybko zadziałać, aby nie przegapić tej okazji.

Zbiegła po schodach na piętro niżej, a potem do sali gimnastycznej znajdującej się koło szatni. Skierowała się w kierunku wyjścia na boisko.

Obeszła budynek szkolny dookoła, aby uniknąć kamer. Nikt nie mógł poznać jej sekretów.

Podeszła do sięgającego jej do ramion pomnika, znajdującego się między krzakami, na lewo od głównego wejścia do budynku.

Zaczęła go odsuwać. Było to możliwe, gdyż z tego co jej mówiono, w przeszłości znajdowało się pod nim zejście do magazynu konserwatorów. Był on jednak od dawna przeniesiony,

Wobec tego Animucka postanowiła wykorzystać to sekretne pomieszczenie we własny sposób.

 

Weszła do środka i zasunęła pomnik od spodu.

- Dobrze więc, dowiedzmy się czegoś o naszym ‘podróżniku’ – postanowiła i zeszła po schodkach.

 

Słomka błądził aktualnie po centrum handlowym i szukał swego celu – sklepu z obuwiem. Postanowił zaskoczyć Animucką i znaleźć coś nowoczesnego. Nie wiedział, czemu akurat teraz o niej pomyślał, ale może dlatego, że była to jedyna jak dotąd spotkana przez niego osoba, która wykazywała zainteresowanie nim?

 

Po chwili znalazł sklep, gdzie za witryną stały buty. Postanowił, że wejdzie.

Zadziwiło go, jak wszystko jest inne. Już samo centrum handlowe było niesamowite. Te wszystkie światła i nieustająca muzyka przyprawiały go o ból głowy. A sklep?

 

Musiał przyznać, że było w nim dość przyjemnie. I co najważniejsze – ciszej. Do tego panował tutaj zapach materiału i skóry.

Poszedł w kierunku działu męskiego i rozpoczął poszukiwania czegoś, co go zainteresuje.

Było tam praktycznie wszystko. I buty skórzane, i sportowe, oficjalne, nieoficjalne, słowem – raj. W jego stronach w żadnym ze sklepów nie było takiego wyboru, a co dopiero z obuwiem.

 

Po około pół godziny chodzenia między kolejnymi rzędami półek, znalazł coś, co przypadło mu do gustu. Niebieskie skate’y. Rzecz jasna, nie wiedział, że tak się nazywa tego typu buty, jednak ich odcień był bardzo podobny do koloru TARDIS, co zadecydowało.

 

Skierował się do kasy z pudełkiem i położył je na ladzie.

Za nią stał chłopak w średnim wieku, około dwudziestu lat, który to podszedł do klienta.

- Dzień dobry. Czym mogę służyć - zapytał, z lekkim znużeniem w głosie.

Słomka przesunął z uśmiechem pudełko w jego stronę.

Sprzedawca otworzył je, aby sprawdzić, zapewne, czy są w dobrym stanie.

Słomka wyjął z kieszeni banknot o wartości 100 pesos i położył na pudełku.

Ekspedient spojrzał na niego dziwnie.

 

Miał dość, że każdy na niego źle patrzył.

 

- Czy pan sobie jaja robi? – zapytał sprzedawca.

- Słucham? – nie rozumiał o co mu chodzi. – Dlaczego?

Westchnął.

- Ten banknot jest z Hiszpanii. Do tego jest już nieużywany…

„No to się porobiło” pomyślał Słomka.

- …i pan zamierza tym płacić?

- No, cóż… - wymusił uśmiech gernikanin. – Ah, jeśli mogę spytać, jaki to kraj?

Znów spojrzał na niego jak na idiotę.

- Polska – odparł jednak, łapiąc się załamany za głowę.

Czyli jego przypuszczenia były słuszne. TARDIS przenosi się również… w przestrzeni. Wpadł na pewien pomysł. Jednak aby go wykonać, musiał wrócić pod szkołę.

- Dziękuję… - rzekł do chłopaka, zmieniając nagle ton na bardziej tajemniczy. – Może pan odłożyć tę parę na miejsce. Do widzenia.

To powiedziawszy, odszedł w kierunku wyjścia.

 

Zastanowił się przez chwilę. Skoro TARDIS może podróżować nie tylko w czasie, ale i w przestrzeni, oznaczało to, że… mógł zrobić wszystko. Teraz pozostało jednak do niego wrócić.

 

Gernika, 1937 r.

- Przeszukaliście wszystko?! – Richthofen był rozwścieczony. Jeżeli Słomka rzeczywiście zniknął, to oznaczało to, że mógł już dawno przekazać plany o naszej operacji!

Przechadzał się po namiocie, jednym z wielu, które to były rozstawione dla oddziału, którym dowodził. Przygotowali się do, można powiedzieć z perspektywy czasu, ‘gwoździa programu’ hiszpańskiej wojny domowej. Bombardowania Gerniki.

Z powodu dość mizernych umiejętności szpiegowskich Słomki, wiedział on, że jest to jego rodzinne miasto. „Cóż za szkoda” pomyślał.

Jednak zanim przystąpią do operacji, trzeba się zabezpieczyć.

 

Wyszedł na pole i skierował się do jednego z majorów.

- Hugo, mógłbym mieć małą prośbę?

- Wal! – odparł z entuzjazmem.

- Czy mógłbyś iść do naszych kolegów nacjonalistów i poprosić ich o pewną drobnostkę?

- Jaką, generale?

- Niech złożą nakaz rewizji na mieszkanie tego agenta Republiki, byle szybko. Nie wiem czy, operacja się powiedzie, gdy wycieknie nie to, co trzeba?

- Się robi. Ale, dlaczego zawracać im głowę kimś o tak nieistotnym statusie?

Richthofen zrobił zagadkową minę.

- Widzisz, mam co do niego… pewne złe przeczucia. Jego nieobecność może się dla nas wszystkich źle skończyć…

 

Animucka w międzyczasie wróciła ze swojej kryjówki. Była teraz w pokoju nauczycielskim, gdzie popijała kawę. Ze zdumieniem stwierdziła, że tego dnia miała mniej godzin zajęć, niż przypuszczała, toteż miała jeszcze trochę czasu wolnego.

Nagle weszła dyrektorka i usiadła przy jej stole.

- Co cię tu sprowadza, hm? – spytała matematyczka.

- Mam kilka spraw – wyjaśniła. – Podobno dzisiaj widziano tutaj jakiegoś przybysza…

- Tak, tak… wiem. Ciągle się zastanawiam, czy mówił serio. Było w nim coś… może zabrzmi to dziwnie, ale… wiarygodnego.

Spojrzała na nią z niepokojem.

- No dobrze… Skoro tak twierdzisz. Widziałam go ze swojego gabinetu i… wyglądał dosyć osobliwie.

- Tak, to prawda. Sprawiał wrażenie jakb…

- Jakby był… z innej epoki! Dokładnie. Ja właśnie widzisz, w tej sprawie. Pomyślałam, że może jest on jakimś fanatykiem historycznym, wiesz, ten strój, buty, – tu Animucka załamała się na myśl o nich – no i płaszcz… Sądzę, że mogłabyś zaproponować mu posadę…

O mało się nie zachłysnęła.

- Ja? A niby czemu?

- Nie wiem, ale chyba ty byłaś pierwszą osobą, do której przyszedł po pomoc, prawda?

- No… Tak…, ale…

- A więc ustalone. Cieszę się, że się zgadzasz. Już tyle szukam kogoś na drugiego historyka – matematyczka wyglądała, jak poparzona. Dała się wrobić w kolejną rozmowę z tym idiotą.

Dyrektorka zbierała się do wyjścia, jednak Animucka przypomniała sobie o czymś jeszcze.

- Chwila! – zatrzymała ją. – Co z tym wuefistą, u którego znaleźli te skradzione pieniądze?

 

Stanęła w drzwiach. W istocie, ostatnio doszło do pewnej afery, w związku z którą musiano tymczasowo odwołać lekcje wf-u. Już z pięć razy w ciągu ostatniego tygodnia przychodziły do niej grupy dzieci i żądały wyjaśnień. Nie chciała jednak wprowadzać zamieszania.

 

- Pan Kamecki? Nie mam pojęcia. Podobno wysłano brygadę antyterrorystyczną do jego mieszkania. Przykra sprawa…

 

Rzeczywiście, do mieszkania (byłego) nauczyciela wychowania fizycznego w zeszły wtorek przybyła uzbrojona brygada służb specjalnych. Stwierdzili, że to grubsza sprawa. Znaleźli w jego domu 100 000 $ w gotówce.

Nie wiedziała, że zatrudniła kogoś zdolnego do czegoś takiego.

 

Słomka tymczasem nie wiedział, że był tematem rozmów w szkole. Zresztą, miał teraz inne rzeczy na głowie.

Po jakimś czasie dotarł tam jednak, ale po to, aby wrócić do TARDIS. Wyjął klucz i wszedł do środka. Teraz pozostało mu tylko wylądować w odpowiednim miejscu.

Wpisał na klawiaturze adres.

Zaskakujące było jednak to, że z każdą sekundą, gdy znajdował się w wehikule, odnosił wrażenie, że wie, jak nim latać. Przynajmniej w stopniu podstawowym, gdyż nie liczył na tym punkcie na nic więcej.

„Zaufam intuicji” założył i pociągnął za dużą, metalową dźwignię.

 

*VWOOORP-VWOOORP-VWOOORP…TUM-DUM*

 

TARDIS wylądował wewnątrz przymierzalni sklepu obuwniczego, który to odwiedził wcześniej. Niedoświadczony pilot statku wyszedł z budki i ostrożnie otworzył drzwi.

- Niesamowite! – wykrzyknął, gdy zobaczył, o jakiej porze dnia wylądował. Dokładniej mówiąc, nie dnia, ale o zmierzchu. Cała hala była pusta.

Na suficie żarzyły się blado jarzeniówki, które nie dawały zbyt wiele światła.

Skierował się do alejki, w której był już wcześniej. Zaczął w pośpiechu szukać pudełka z niebieskimi skate’ami.

- Uff – odetchnął z ulgą po chwili szperania po półkach. Wziął karton do ręki i otworzył go.

Nie było puste.

- Doskonale. Witajcie, buciki – rzekł z uśmiechem i wrócił do przymierzalni.

 

*VWOOORP-VWOOORP-VWOOORP…*

 

Budka pojawiła się tym razem na trawniku przed budynkiem szkoły. Zdziwiło to Słomkę, który chciał zaparkować tam, gdzie ostatnio.

- No cóż, może coś się popsuło… - stwierdził.

Poszedł w kierunku wejścia.

W środku było mniej osób niż gdy był tu ostatnio, jednak nie było w tym nic dziwnego. W końcu zbliżały się wakacje, a większość dzieci skończyła już pewnie lekcje. Szedł korytarzem, gdy nagle wpadła na niego Animucka.

- O, witaj – powiedziała. – Przemyślałam sobie kilka rzeczy i…

- Coś nie tak? – Słomka nie wiedział, o czym mówi.

- Nie, nie, po prostu… - zaczęła. Nagle pociągnęła go za ramię i schowała się za rogiem.

- Wierzę ci. Właściwie to od początku tak było, pokaż mi…

- Mhm. Fajnie, ale nie musisz tego tak okazywać – nie miał zamiaru uczestniczyć w jej przedstawieniu. – Masz coś konkretnego do powiedzenia?

- Tak. Muszę ci coś pokazać – rzuciła ostro. – Ale nikt nie może o tym wiedzieć.

- Jasne. Co takiego?

- Chodź za mną, to się dowiesz – oświadczyła i poszła w kierunku sali gimnastycznej.

Po chwili jednak odwróciła się do Słomki i rzekła:

- Niezłe buty – pochwaliła go, spoglądając na niebieskie skate’y.

- Wiem – powiedział z uśmiechem.

 

Poszła razem z nim do tajemniczego pomnika. Słomka był nieco zaniepokojony. Nie wiedział do czego zmierza.

Odsunęła skalisty blok i zwróciła się do niego:

- Na dół, szybko.

 

Nie podobało mu się to. Jednak na jej prośbę zaczął schodzić po kamiennych stopniach, które były nieco nadgryzione zębem czasu, ale nie sprawiały wrażenia, że na ich końcu znajdowała się jakaś zatęchła dziura.

Miał rację.

 

W pomieszczeniu było dość schludnie, pomimo faktu, że tu i ówdzie walały się kartony z jakimiś metalowymi częściami. Z sufitu zwisały bardzo opornie i niechlujnie powieszone żarówki.

Matematyczka podeszła do jednej z nich i pociągnęła za przyczepiony do niej sznurek.

Rozświetliła ona stojący poniżej drewniany stolik przytulnym, żółtym światłem.

Taki sam mebel stał kilka metrów obok.

 

Pod ścianą naprzeciwko niego znajdowało się kilka regałów, z różnymi rodzajami dziwacznych urządzeń, których działanie jednak pozostawało dla niego nieodkryte.

Ogólnie rzecz biorąc, panował tutaj wszechobecny bałagan, a składnie i czysto urządzone wnętrze niestety nie dawało rady ukryć tego wrażenia.

Jednak Animucka zdawała się nie zwracać na to uwagi.

- Muszę przyznać, że zaintrygował mnie fakt, że możesz pochodzić z przeszłości. Powiem ci nawet, że zawsze marzyłam, aby spotkać kogoś takiego – rzuciła bez ceregieli do Słomki, który dalej rozglądał się po całkiem zimnym i ciemnym pokoiku.

- Dlaczego? – nie miał pojęcia, że tego typu rzeczy nurtowały wszystkich ludzi, nie tylko naukowców, po wojnie, gdy nareszcie zapanował pokój. On jednak nie mógł go doświadczyć w swoich czasach.

- To proste – roześmiała się. – Zastanawiało mnie, czy to możliwe. W końcu, taka okazja nie zdarza się zbyt często, nie zrozum mnie źle… - dodała, gdy zmierzył ją wzrokiem.

Usiadł na krzesełku, a nauczycielka wzięła ze stojącej obok szafki przedmiot, który przypominał termometr elektroniczny.

- A… po co ci te wszystkie rzeczy? Myślałem, że uczysz tu tylko matematyki. Z tego co widzę, twój obszar zainteresowań wykracza znacznie poza ‘normalne liczenie’.

Zapeszyła się.

- To nic wielkiego. Po prostu taki rodzaj rozrywki po pracy… Kiedyś pracowałam z takim jednym… - nagle ucięła, jakby się czegoś przeraziła.

- Z kim? – zapytał Słomka, nie mając zielonego pojęcia, o czym mówiła.

Niestety, nie uzyskał odpowiedzi.

- Nieważne… - zrobiła wymuszony uśmiech. – Mogę cię o coś poprosić? – spytała tym razem jego.

- Dobrze… Słucham?

Wzięła zagadkowy termometr do ręki i podeszła do niego.

- Chciałabym sprawdzić twój wiek biologiczny. Oczywiście, jeśli nie masz nic przeciwko.

Słomka wzruszył ramionami.

- Jak chcesz – odparł. Przyrząd nie wyglądał groźnie.

- Nie będzie bolało…

 

Nacisnęła przycisk i przyłożyła metalową płytkę, będącą częścią urządzenia, do nadgarstka. Po kilku sekundach spojrzała ze zdumieniem na ekranik.

- Co… coś nie tak? – był nieco zaniepokojony.

- Nie… po prostu… Licznik jest poza skalą. Oznacza to, że…

- Co to oznacza? – zdenerwował się. Wiedział przecież kiedy się urodził! Czy całe jego życie było kłamstwem?

- Nie stresuj się. Wszystko w porządku… Może po prostu zrobiłam coś źle… - tutaj spojrzała na Słomkę, przechadzającego się po pokoju z głową skierowaną w dół. – Mówiłeś, że w twoim kraju jest wojna… opowiesz o niej coś więcej?

- Nie ma tu zbyt wiele do opowiadania… Ot, wszechobecne zniszczenie i terror. Nie mam zbyt ciekawego zawodu…

- Jak to nie? – urwała mu Animucka. – Chcesz mi powiedzieć, że praca szpiega nie jest interesująca?

- Może i jest – odparł. – Ale nie dla mnie. Nigdy nie robię nic jak należy. Może udaje mi się najważniejszy punkt misji, jaką mi zlecają, ale cała reszta… ehh… Miałem dosyć tego jak mnie tam traktowali, więc uciekłem, gdy nadarzyła się okazja…

Spojrzała na niego pytająco.

- Właśnie… okazja. Skąd masz tą budkę, o której wspomniałeś dziś rano?

- Ten ‘wehikuł czasu’? – upewnił się. – Tak naprawdę to nie wiem. Znalazłem go w jakiejś starej szopie.

- Mogę rzucić na niego okiem? – zaproponowała, odchodząc od stołu.

- Jeśli cię on ciekawi, to czemu nie?

 

Wyszli na powietrze. Przez ten czas, gdy rozmawiali, słońce zdążyło już prawie całkowicie zajść. Jednak ciekawość matematyczki kazała jej zobaczyć zagadkową maszynę za wszelką cenę.

 

Słomka zaprowadził ją pod TARDIS. Wydawała się dość zaskoczona.

- Hm, myślałam, że będzie większa – wyznała. – No cóż.

Przyjrzała się bliżej drewnianej niebieskiej skrzynce. Wydawała się zupełnie normalna. Nie było tutaj nic, co wskazywałoby, że to statek kosmiczny.

- Chyba żartujesz? – roześmiała się. – Przecież to nie może latać w próżni! Ciśnienie rozerwało by ją od środka.

- To w takim razie – podchwycił jej tok myślenia Słomka – jak znalazła się tutaj?

- Ja… nie wiem…

 

Stali teraz przed TARDIS, zastanawiając się, jak to możliwe. Po chwili Animucka postanowiła sama to sprawdzić.

- Mogę zobaczyć w środku? Pewnie zbyt wiele tam nie ma, ale…

- Proszę bardzo – oświadczył, można powiedzieć, właściciel wehikułu. – Ale ostrzegam, pierwsze wrażenie jest dosyć… konkretne.

Otworzyła drzwi i poszła przed siebie, nie zważając na jego słowa.

 

Przeszła kilka kroków i stwierdziła, że coś jest nie tak. Nie powinna przejść tak dużej odległości. Jednak wtedy podniosła głowę.

- Niech to… - wykrzyknęła na widok niesamowitych wymiarów budki.

Podeszła do konsoli. Zaczęła obmacywać wszystko, co się dało. Wiedziała, że nie śni, gdyż powietrze było podobne do tego na zewnątrz.

- Tu jest wspaniale!

Słomka roześmiał się.

Nauczycielka wybiegła na zewnątrz, wielokrotnie sprawdzając, czy pomieszczenie, w którym przed momentem się znalazła, rzeczywiście było w środku. Wszystko na to wskazywało.

- I jak? Szok minął? – zapytał nieco zniecierpliwiony.

- Tak… myślę, że się… przyzwyczaiłam. Chwila, ty umiesz tym sterować?

- Czasem tak, czasem nie – wyjaśnił. – Sam nie wiem. Mam wrażenie, że kiedyś już widziałem tę budkę.

- Czy od kiedy tu przyleciałeś, próbowałeś nią lecieć gdzieś jeszcze? – Animucka była podekscytowana. Chciała wiedzieć jak najwięcej o TARDIS.

Hiszpański przybysz usiadł na trawniku.

- Chciałem kupić te buty, - tu wskazał na skate’y – ale powiedzieli mi, że mam niewłaściwe pieniądze. Złożyłem im więc niespodziewaną wizytę po zamknięciu i…

Nagle uderzyła go dłoń matematyczki.

- Zwariowałeś? – była wściekła. – Ukradłeś je?

- Spokojnie… to moja praca, nie mogę wyjść z wprawy. Poza tym, z tego co zauważyłem, wielu z was twierdzi, że jestem wariatem. Mogę więc twierdzić, że nie ma problemu – oświadczył z uśmiechem.

 

Animucka prychnęła. Jeszcze raz weszła do budki. Tym razem Słomka poszedł w jej ślady.

Rozejrzała się po wnętrzu. Te wszystkie światła, przyciski, praktycznie cały pokój stwarzał przyjemną atmosferę. Nie mogła się doczekać, kiedy wypróbuje tę machinę. Jednak pozostały jeszcze pewne sprawy do dokończenia.

 

- Masz szczęście, że znalazłeś taki cud techniki. Przecież teraz… masz nieskończone możliwości… Możesz odwiedzić praktycznie… wszystko.

- To prawda, ale nie czuję się jeszcze w stu procentach pewien, czy mogę opuścić to miejsce – odparł Słomka, przesuwając dłonią po poręczy.

Nagle jego rozmówczyni odwróciła się.

- Czyli… jesteś agentem?

- Raczej tak, to się zgadza… - odparł niepewnie. – skąd ta nagła zmiana tematu?

- Mam dla ciebie pewną propozycję – rzekła z tajemniczym uśmiechem.

 

Gdy dyrektorka dowiedziała się o umiejętnościach tego dziwnego mężczyzny, była w siódmym niebie. Nie miała zamiaru robić zamieszania w szkole, sprowadzając policję, czy inne oddziały specjalne. Interwencja Słomki wydawała się więc idealnym rozwiązaniem, aby złapać p. Kameckiego i uratować chlubę szkoły.

- Doskonale, doskonale! – odparła, gdy usłyszała, jakiego rodzaju misje otrzymywał Słomka w przeszłości. Nie mówił o Gernice i całej aferze z TARDIS w ogóle, nie chciał jej niepotrzebnie martwić. – U naszego poszukiwanego już była policja, zrobili większość brudnej roboty. Twoim zadaniem będzie się więc upewnić, że nie kontynuuje swoich niekonwencjonalnych taktyk zarobku – wyjaśniła mu, podczas gdy siedział na fotelu i rozglądał się po gabinecie.

- Dobrze, zgadzam się – rzekł do niej. – Jednak, tak sobie pomyślałem, czy nie mógłbym go zamknąć od razu?

- Obawiam się, że to niemożliwe.

- Myślę, że jestem do tego zdolny. P. Kamecki nie mógłby już zakłócać pani spokoju, a szkoła byłaby wolna od jego fałszywej pracy.

Zastanowiła się przez moment nad tym. Nie miała pojęcia, w jaki sposób ten długi, chudy mężczyzna w płaszczu sprzed siedemdziesięciu lat chciał tego dokonać.

Wstała od biurka.

- Wszystko mi jedno, jak pan to zrobi. Jeśli się uda, to będę wdzięczna.

- Nie zawiedzie się pani – oświadczył Słomka.

 

Nareszcie odzyskał pewność siebie. Ktoś nareszcie potraktował go poważnie, a nawet przyjął jego usługi z radością. Był pewien, że teraz jest zdolny do wszystkiego.

 

- Jeszcze jedno…

Słomka nastawił uszu.

- Jeżeli misja się powiedzie… otrzyma pan posadę, u nas w szkole, jako… historyk… Sądzę, że tego typu przedmiot nie jest panu obcy.

- Nie wydaje mi się – odparł.

- Dobrze więc. Proszę iść ze mną do pokoju nauczycielskiego.

 

Weszli na piętro, gdzie znajdowało się rzeczone pomieszczenie. Wewnątrz było dosyć ciasno, ale dało się wytrzymać. Dyrektorka zaczęła poszukiwać jakiegoś dokumentu, przedzierając się przez stertę papierów.

- O, mam go – rzekła, biorąc do ręki ołówek. Zaznaczyła w kółko fragment tekstu. – To jego adres. Jednak gdy tam dotrzesz bądź ostrożny. Nie mam pojęcia, do czego jest zdolny ten szaleniec.

- Spokojna głowa. Myślę, że się dogadamy – zapewnił, biorąc ze sobą kartkę.

 

Wyszedł z budynku i pobiegł do TARDIS. Na szczęście nie był on widoczny z żadnego okna w szkole, więc jego mały sekret był bezpieczny.

Wpisał na klawiaturze adres podany mu wcześniej. Statek nie miał problemu ze znalezieniem tej lokalizacji, od razu ustalając go jako cel podróży.

Zaskoczyło go to, ale już dziś widział dużo niecodziennych jak dla niego rzeczy.

- Świetnie… No to w drogę – oświadczył, pociągając za dźwignię.

 

*VWOOORP-VWOOORP-VWOOORP…*

 

Tymczasem pan Kamecki, nieświadomy wizytacji, która niedługo nastąpi, przeliczał skradzione pieniądze. Było to możliwe, gdyż, co dziwne, policja ostrzegła go tylko przed tym co go czeka, jeśli będzie kontynuował tego typu działania i przeszukali dom.

 

Cały stół był wyłożony amerykańskim bilonem. Nie był zachwycony faktem, że gdy postanowił podjąć wreszcie legalną pracę, jego ciemna przeszłość wyszła na jaw. Co prawda, wiedział, co ryzykuje, jednak nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.

 

Jego dom był dość duży i reprezentatywny, jak na pensję nauczycielską. Wszystko wskazywało na to, że jest z nim coś nie tak.

Kilka minut po tym, jak zamknął wypełnioną banknotami walizkę, w pobliżu rozległ się niepokojący dźwięk.

 

*VWOOORP-VWOOORP-VWOOORP…TUM-DUM*

 

Przerażony podbiegł do okna.Zobaczył niebieską budkę telefoniczną. Zdziwiło go to, ponieważ nie widział jej tu wcześniej. Tak naprawdę to nigdy. Czy było to możliwe? Czy przez ten cały miesiąc jak tutaj mieszkał, nie zauważył stojącej obok jego domu budki? „To koniec” pomyślał. Było z nim coraz gorzej.

 

Jednak prawdziwy strach obleciał go, gdy przeczytał znak znajdujący się na tej drewnianej skrzynce. Głosił on ‘POLICE BOX’.

- O nie! Mają mnie! – krzyknął przytłumionym głosem, chowając się za fotelem. „Czy oni wreszcie zostawią mnie w spokoju?

 

Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Było ono spokojne, nie nazbyt głośne, a do tego ciche. Mężczyzna nie wiedział co się dzieje. Prawdopodobnie jakiś sąsiad. Coś mu jednak nie pasowało.

 

Ostrożnie podszedł do drzwi, po czym spojrzał przez judasza, aby zobaczyć któż to taki zaszczycił go swoją obecnością. Zobaczył długą głowę oraz parę małych, świdrujących oczu. Ktokolwiek to był, musiało mu bardzo zależeć, aby się z nim spotkać.

 

Nie wydawał się nikim, kto stwarzałby zagrożenie. Wobec tego, delikatnie przekręcił klamkę i otworzył drzwi gościowi.

- Witam – powitał go Słomka. – Doszły mnie słuchy, że jest pan nauczycielem wychowania fizycznego. Bardzo dobrym – zwodził go. – Postanowiłem więc pana odwiedzić.

- Kim pan jest?

- Ja? Pana największym fanem – zaśmiał się. – Ale my tu nie o mnie, tylko o panu. Proszę mi opowiedzieć, jak pan zaczął swoją karierę – gdy tak gadał, udało mu się zwabić Kameckiego do salonu, gdzie znajdowała się walizka z pieniędzmi.

- Niech pan siada… - poprosił jego współrozmówca, nieco zdziwiony.

- Nie, nie… nie zamierzam siadać w mieszkaniu takiej ciekawej persony, jaką pan bez wątpienia jest, mam rację?

 

Nie wiedział co odpowiedzieć. Facet zdawał się chcieć wiedzieć zbyt dużo. „Ale, co mi tam’ pomyślał i zaczął mówić:

- Dobrze więc… Zanim zacząłem pracę wuefisty… Wykładałem na AWF. Byłem tam ceniony przez uczniów, głównie przez moje radykalne metody… Ale ja chciałem czegoś więcej, czegoś, co będzie miało większe ambicje!

- Tak… dlatego skończył pan w szkole publicznej…

- Pan nie rozumie! To miało skończyć się zupełnie inaczej. Miałem zostać trenerem reprezentacji, ale oni mi nie ufali. Nie wierzyli, że ktoś taki jak ja, mógł poprowadzić ten kraj do zwycięstwa… Musiałem więc podjąć się czegoś okropnego.

- A ta walizka? – tu Słomka wskazał ją palcem. – Co w niej jest?

- Wie pan, nic wielkiego. Jakieś stare dokumenty i pamiątki z młodzieżowego klubu piłkarskiego.

- To ciekawe… Proszę mówić dalej…

- W końcu ustąpili… obsadzili mnie na stanowisku trenera. Przez kilka tygodni było wspaniale, ale ten błogostan nie trwał długo. Piłkarze brali moje strategie za niedorzeczne, twierdzili, że ich poniżam, gdy grali źle… Ale oni nie wiedzieli, co robią źle! W skrócie: Po dwóch tygodniach mnie wyrzucili. A o pensji ani słowa. Potem się dowiedziałem, że przejdzie ona na nowego trenera. Nie mogłem do tego dopuścić…

- Czyli… okradł pan tego osobnika z jego własnej pensji?

- O nie, to nie należało do niego, to były moje pieniądze!

- Proszę się nie wydzierać, spokojnie.

 

Podszedł do stolika i otworzył teczkę. W środku – dolary.

- To chyba nie ta ‘pańska pensja’? Coś za dużo tego.

Przerażony Kamecki podbiegł do niego i odepchnął go.

Słomka wyciągnął z dołu płaszcza pistolet i wycelował go w jego głowę.

- Ładną historię pan wymyślił. Może jest prawdziwa, ale to nie sprawia, że jest pan w dobrej sytuacji…

- Pan jest z policji? – zapytał rozkojarzony.

- Nie. Jestem… agentem czasu…

Spojrzał na Słomkę jak na idiotę.

- Proszę mi powiedzieć, skąd to jest – rzucił pistolet na stertę banknotów.

- Dobrze, już dobrze… Wdałem się w pewne szemrane interesy z…

- To mi wystarczy. Nie muszę wiedzieć więcej. Jest pan aresztowany.

- Niech pan się zlituje. Wie pan przecież, że praca nauczyciela niewiele daje człowiekowi…

- Daje ona więcej niż pan myśli… I nie chodzi tu tylko o pieniądze. A teraz proszę za mną, nie mam całego dnia. „Chociaż, tak właściwie to mógłbym” pomyślał.

 

Zdruzgotany i pokonany pan Kamecki poszedł za tajniakiem w płaszczu.

 

- I żadnych sztuczek!

 

Weszli do TARDIS. Zatrzymany właśnie mężczyzna poczuł się dość nieswojo.

Rozejrzał się po pokoju. Nie był pewien, czy oberwał od Słomki w głowę, ale teraz się dłużej nad tym zastanowił, było to możliwe. Przecież to nie mogła być prawda!

- Nie ma się na co oglądać. To tylko nowoczesny sposób na wysyłanie przestępców do więzienia.

Zrobił zakłopotaną minę.

- Niech się pan jednak nie martwi. W związku z tym, że uczył pan w szkole, gdzie zdążyłem już zawrzeć kilka nowych znajomości, oraz że mam dobrą wolę, pozwolę panu wybrać miejsce pobytu.

- Ja… jak to?

- Więzienie. Może pan sobie wybrać… Do dyspozycji ma pan cały świat.

 

Pan Kamecki wyglądał, jakby miał za chwilę zemdleć. Nie wiedział, jakim cudem ta stara, drewniana policyjna budka zawierała w sobie cały ogromny pokój z różnymi urządzeniami elektronicznymi, przynajmniej na jego oko. Chyba kompletnie zwariował.

- Ja… ja… nie… gdzie my…

Gernikanin uśmiechnął się z politowaniem.

- Widzę, że jest pan nieprzyzwyczajony. Zapewne długo pan siedział w domu, w ciągłym strachu przed policją. Nie zauważył pan nawet, jak rozwinął się postęp technologii. No ale cóż, skoro nie umie pan wybrać, to z przyjemnością pana wyręczę.

- Ale, nie jestem przestępcą, niech pan zrozumie, to była sytuacja podbramkowa!

- W moich stronach nie ma wyjątków, jeśli chodzi o prawo.

 

Zaczął wpisywać na klawiaturze adres pewnego znanego mu więzienia dla więźniów politycznych. Jednak, żeby szok związany z podróżami w czasie był mniejszy, wybrał trochę bardziej współczesny okres niż lata 30.

Pociągnął za wajchę.

 

Carabanchel, 1951 r.

 

*VWOOORP-VWOOORP-VWOOORP…TUM-DUM*

 

TARDIS zatrzymał się pod ogromnym budynkiem, który zdawał rozpościerać się na pół miasta. Z daleka było widać wielką ceglaną kopułę.

Słomka i pan Kamecki wyszli z budki. Ten drugi zaczął rozglądać się wokół, jak wariat dokazując, ze względu na fakt, że przenieśli się w czasie.

- To prawda, jesteśmy w przeszłości – uprzedził jego pytanie.

- Ale… jak to możliwe! Przecież… Może zwiedzimy to miejsce, co pan na to?

Zerknął na niego z pogardą.

- Nie jesteśmy tu na wycieczce krajoznawczej, proszę pana. Za mną, i to szybko.

- Ale… niech pan zaczeka…

 

Nie zwracał na niego uwagi. Zaczął spacerować w kierunku bramy wjazdowej. Zatrzymali go strażnicy.

- Dzień dobry panom – powitał ich. – Ten oto tu osobnik jest anarchistą i próbował wzniecić rewolucję przeciw rządom gen. Franco – wyjaśnił, aby wzięli oni jego tymczasowego towarzysza. Rzecz jasna, był on republikaninem, ale czasami trzeba było naciągnąć zasady. – Liczę, że się panowie nim zaopiekują – dodał z uśmiechem.

- Zaraz! On kłamie! Paskudny agent… - zaczął wykrzykiwać hasłami, aby się ratować. – Zostawcie mnie!

 

Takie zachowanie wystarczyło strażnikom, aby zaufać słowom Słomki.

- Dobrze obywatelu, ma pan nasze słowo. Zajmiemy się nim.

- Stokrotne dzięki! – wykrzyknął z radością. – Żegnam i życzę miłego dnia.

Po czym oddalił się w kierunku TARDIS, słysząc za sobą marudzącego pana Kameckiego. „Łatwo poszło” pomyślał.

 

Zadowolony z dobrze wykonanej roboty wszedł do budki i wrócił do szkoły. Miał nadzieję, że jego starania nie poszły na marne.

 

*VWOOORP-VWOOORP-VWOOORP…*

 

Budka zatrzymała się tuż obok wyjścia na boisko. Słomka wyszedł z promienistym uśmiechem na twarzy i wszedł do budynku. Wiedział, gdzie powinien iść. Skierował się do sali 102.

W środku czekała na niego Animucka, robiąc to co zwykle robiła po godzinach: sprawdzała kartkówki.

- Witaj z powrotem – powiedziała ze spokojem w głosie. – Zająłeś się nim?

- Tak, zamknąłem go w pewnym hiszpańskim więzieniu.

Nauczycielka zrobiła zaskoczoną minę.

- No… nie spodziewałam się po tobie aż takiej skuteczności.

Obruszył się.

- Ale… - kontynuowała – myślę, że udowodniłeś, że jesteś kimś więcej niż tylko idiotą z budki.

- Tak myślisz? – nie sądził, aby takie proste zadanie znaczyło coś więcej.

- Nie, nie myślę! Zamknąłeś potencjalnie groźnego wariata, który tylko szukał okazji, aby skubnąć pieniądze za darmo, a ty masz jeszcze wątpliwości. Przestań.

- Może i masz rację… - odparł zamyślony. – Pójdę już…

- Cześć.

 

Nie wiedział, czy uciekanie się do podstępu było w jego naturze, ale w końcu był szpiegiem. Jakoś musiał sobie radzić. Poszedł do gabinetu dyrektorskiego, aby złożyć raport z wykonanego zadania.

 

Gdy wszedł do środka, głowa placówki siedziała przy biurku i wypełniała jakieś papiery. Na widok Słomki rozpromieniła się.

- I jak? Załatwione?

- Jak najbardziej – oznajmił z uśmiechem. – Ta szkoła jest już bezpieczna od takich jak on.

- To wspaniale. W takim razie, chyba możemy kontynuować współpracę, czyż nie?

- Z przyjemnością – odparł uradowany.

 

Poszedł wraz z nią do pokoju nauczycielskiego, gdzie wręczyła mu klucz do sali i wcześniej już przygotowane papiery. „Nareszcie” pomyślał. „Zawód, który otrzymam w przyjaznych warunkach”. Wiedział, że teraz będzie mógł teraz szerzyć prawdę o zbrodniach wyrządzonych w jego kraju i nie tylko, bez żadnego niebezpieczeństwa ze strony ustroju politycznego. W jego czasach bywało z tym trudno.

 

Gdy wyszedł na korytarz, dyrektorka podziękowała mu za to, co zrobił.

- Dziękuję. Uratowałeś dzieci przed niekompetentnym nauczycielem, ale również ochroniłeś dobre imię szkoły.

Słomka był nieco rozkojarzony.

- Chyba nie zdajesz sobie sprawy, jakie to dla nas ważne…

Odwrócił się i odparł szybko:

- Rozumiem, rozumiem wszystko… teraz… pani wybaczy, ale muszę się z kimś spotkać – wyjaśnił, widząc kątem oka, jak Animucka wychodzi z sali 102.

 

Dobrze wiedział, dokąd zmierzała matematyczka. Jednak na początek chciał zobaczyć, jak wygląda jego sala. Spojrzał na kluczyk. Naklejka głosiła – 215. „A więc powinna być piętro wyżej” stwierdził. Poszedł więc na drugie piętro.

Nie musiał szukać swojej klasy długo, gdyż znajdowała się ona tuż obok schodów. „Oraz… toalety…” pomyślał z niesmakiem. Ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.

Wszedł do środka. W zasadzie nic szczególnego. Ot, trzy rzędy ławek ustawionych jeden obok drugiego, przy oknie biurko, do tego tablica. W rogu znajdowała się półka, na której stał telewizor.

 

Usiadł na krzesełku przed biurkiem i zaczął wpatrywać się w okno. Pomyślał o Gernice. Czy rzeczywiście dobrze wybrał, zostawiając wszystko za sobą? Dlaczego tak go to męczyło? Czy on w ogóle był tam od początku? Nie wiedział.

Jednak nie martwiło go to. Nie wiedzieć czemu.

 

Otworzył szufladkę, od której kluczyk był obok klucza do sali. Wysunął ją i schował tam wszystkie szpargały, które miał w kieszeniach. No, prawie wszystkie. Pistolet wolał mieć przy sobie, tak na wszelki wypadek.

 

„To zaszło już za daleko” uznał. Nie mógł wrócić już do Gerniki. Pora zacząć nowe życie. Teraz miał nieskończoność możliwości oraz… towarzyszkę podróży.

 

Animucka, jak należało się tego spodziewać, siedziała w swoim sekretnym laboratorium i majstrowała coś przy swoich dziwnych wynalazkach. Teraz bawiła się jakimś okrągłym, metalowym przedmiotem, który świecił się wewnątrz na niebiesko.

Nagle usłyszała, jak ktoś schodzi po stopniach.

- Witaj! – rzekł Słomka.

- Uff. To tylko ty… - odetchnęła z ulgą. – Co cię tu sprowadza?

Rozejrzał się po pomieszczeniu. Tym razem widać było, że nad czymś pracowała.

- Pomyślałem, że wpadnę. Co porabiasz?

Roześmiała się.

- Wiesz, może to głupie, ale… Pracuję nad wynalazkiem, który pozwoli mi pomijać przerwy, kiedy będzie to potrzebne…

- Fascynujące. A jak to działa?

- Pozwala mi przyspieszać czas, najprościej rzecz ujmując… Trochę nad tym pracowałam i… mam nadzieję, że zadziała…

- A jak nie? – zapytał Słomka, nie mając nadal pojęcia, o czym mówi.

- Nie ma takiej opcji, wszystko jest w… - tutaj zahaczyła o jakiś element pęsetą, ale rozproszona rozmową urwała go. Doszło do eksplozji czegoś, co wyglądało jak błękitny ogień.

- …porządku – dokończyła, już nie tak bardzo pewna siebie.

 

Spojrzała na wiszący na ścianie zegarek. Wskazówki nie ruszały się.

- Co do… - wstała od stolika.

 

Wybiegła razem ze Słomką, który był ciekaw, co się popsuło, na zewnątrz. Słońce już prawie zachodziło, mimo tego, że przed chwilą w szkole był jeszcze gwar.

 

- Czy tutaj zawsze jest tak słaby wiatr? – zapytał nowy nauczyciel historii.

Animucka pośpiesznie podeszła do niego. Trawa nie ruszała się W ogóle. Nawet lekki podmuch powietrza nie zmieniał tego stanu rzeczy, co sprawdziła, dmuchając ustami.

- Chodźmy do środka… Mam złe przeczucia.

 

Wbiegli do budynku, jednak tam było absolutnie pusto. Nie było nawet woźnych. Zaczęli oboje biegać po całej szkole jak wariaci, nie wiedząc co się dzieje. „Cholera, trzeba było zamknąć to wszystko, jak jeszcze nie było za późno” pomyślała ze smutkiem.

 

Stała teraz przed pokojem nauczycielskim, gdzie znajdował się wielki hol. Zerknęła za okno. Nagle słońce zmieniło swoją pozycję. Matematyczka postradała zmysły.

Usłyszała po chwili za sobą znajomy głos.

- Proszę pani!

- Michałek? – zapytała na głos.

W ostatniej chwili odwróciła się. Zobaczyła na ułamek sekundy widmo dzieci idących po korytarzu, które to jednak szybko zniknęło, jakby było powidokiem, gdy patrzy się na moment pod słońce.

- Co się dzieje? – spytał ja Słomka, który myślał, że zemdleje na miejscu.

- Wydaje mi się, że rozstroiłam coś i odpadł pewien istotny element… Teraz ten reaktor będzie powodował nagłe przeskoki czasu.

Spojrzał na nią zakłopotany.

- Ehh… co ja narobiłam… - była załamana.

- Nie martw się, - pocieszył ją - sądzę, że da się coś zrobić. Chodźmy.

 

Wyszli na zewnątrz. Słomka niezwłocznie skierował się do TARDIS. Wszedł do środka i podszedł do regału z książkami, pomyślał, że tam coś znajdzie. Gdy przekartkowywał strony jednej z nich, na ziemię wypadł jakiś mały, metalowy przedmiot.

Był to klucz, taki sam jak do TARDIS.

- Wspaniale! – wykrzyknął. Musiał mieć tu zapasowy, kto wie, co może się wydarzyć.

 

Wyszedł z budki. Animucka szła właśnie do niego, zastał ją przy wejściu.

- Gdzie idziesz? – spytała. – Byłeś przecież w tej budce. Nie możemy polecieć do momentu, zanim to popsułam?

- Nie sądzę…, aby to było rozsądne… Spotkanie samych siebie może mieć nieprzewidziane skutki.

Posmutniała.

- Musi być przecież jakieś wyjście z tego! – wykrzyknęła zrozpaczona.

 

- Wiem, że to, co się stało, jest dosyć dziwne i nagłe, ale musimy się opanować – uspokoił ją, wchodząc po chwili do sali 215.

Podszedł do szufladki i odsunął ją. Wrzucił tam kluczyk od TARDIS i zatrzasnął ten element biurka. Animucka miała zszarpane nerwy.

- Ym, posłuchaj… Skoro taka sytuacja się wydarzyła, to co teraz zrobimy? – zagadnął ją, siadając na biurku.

Zastanowiła się przez chwilę.

- Sama nie wiem… Nie wiem, jak kontynuować pracę, Zepsułam chyba w tym budynku przepływ czasu sam w sobie… Chyba nie mamy zbyt dużego wyboru.

- Właśnie, że mamy. Nieskończony – oznajmił Słomka. – Mamy przecież wehikuł czasu.

Nie wiedziała, czy to dobry pomysł, ale mimo to, była ciekawa, co skrywa TARDIS.

- Jest tam więcej rzeczy? Chciałabym się temu wszystkiemu dokładniej przyjrzeć.

- Teraz możesz. No, chyba, że wolisz zostać tu, w tej… popsutej szkole.

Uśmiechnęła się.

- W sumie to masz rację. Nie mam jak uczyć, a i tak przecież zbliżają się wakacje. Przyda mi się odpoczynek.

Zadowolony Słomka skierował się do drzwi od sali i rzekł:

- Jaki więc jest cel podróży?

- Może to się wydać dziwne, ale… - zaczęła niepewnie.

Patrzył na nią uważnie.

- Nie śmiej się!

- Ja nic nie mówię! – odparł na jej obawy.

- Chcę odwiedzić… Talesa z Miletu.

- Dobrze… A kto to?

Oboje roześmiali się.

- Powiem ci po drodze – zapewniła go.

- Wiesz co? – zaczął nagle Słomka.

- Tak?

- Skoro zostawiamy za sobą wszystko, muszę zrobić coś jeszcze – rzekł tajemniczo. – Znasz może jakiś tytuł, dość uniwersalny, który pozwoli mi być twoim – tu spojrzał na Animucką - przewodnikiem po wszechświecie?

 

To pytanie zastanowiło ją.

- No nie wiem… Uratowałeś szkołę od wpływu przestępczości… A więc może, no nie wiem… doktor?

Słomka roześmiał się.

- Świetny wybór! – wykrzyknął. Miała rację. Żegnaj Słomko, witaj Doktorze.

- A więc… ruszajmy! – zawołał i pobiegł po schodach na dół.

 

Ruszyli w kierunku TARDIS. To prawda. Teraz oboje mogli zapewnić sobie nowe, ekscytujące przygody, zaczynawszy od znanego matematyka, jakim był Tales właśnie.

Tym razem uciekali stąd na znacznie dłużej.

- Wiesz, właściwie to sądzę, że nic się nie stanie, jak wrócimy tu później. Albo jeszcze lepiej – wcale – roześmiała się.

- Jak chcesz. Powiedz mi tylko, gdzie szukać tego Miletu.

- Już pomagam, patrz… - wpisała co trzeba na klawiaturze.

- To tam? – zapytał Słomka spoglądając na monitor.

- Tak – odparła, widząc jego zakłopotaną minę.

Westchnął i pociągnął za dźwignię.

 

*VWOOORP-VWOOORP-VWOOORP…*

 

Do namiotu gen. Richthofena przybył właśnie major Hugo z niepokojącą wiadomością. Miał nadzieję, że za to, co za chwilę mu powie, nie wyśle go na natychmiastowe rozstrzelanie.

 

Dowódca Luftwaffe podpisywał właśnie ważny dokument dotyczący Operacji Rügen, związanej z planowanym aktualnie bombardowaniem Gerniki.

Pojawienie się jego posłańca początkowo go ucieszyło.

- No i jak? Dobre wieści? – spytał z uśmiechem.

- Niestety nie, szefie. Nie było go w domu.

Richthofen wstał, robiąc gniewną minę.

- Co to znaczy ‘nie było’? – wycedził przez zęby.

- No po prostu… nie było go w budynku. Przeszukali też wszystkie okolice, tego całego Słomki ani śladu.

Generał wstał i zaczął przechadzać się po namiocie.

- Miałeś tylko jedno zadanie…

Nagle wrócił do stolika i walnął pięścią w stół. Przerażony major odsunął się.

- Dobrze więc… - zaczął – jeśli ten idiota w jakikolwiek sposób wróci… będziemy musieli się nim zająć raz, a skutecznie – oświadczył z szyderczym uśmieszkiem.

 

CDN.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania