Doniebawzięci

Magda była...

... Magda była dziwna

Znam, to znaczy znałem, ją tyle lat a to pierwsze co przychodzi mi do głowy. Była metaforą wszystkiego co sensacyjne i nieprzewidywalne. Poznaliśmy sie w gimnazjum, gdzie od razu mnie zaintrygowała. Z tego co wiem tak samo miało ćwierć szkoły, dla połowy męskiej społeczności była pierwszą, nieodwzajemnioną, miłością. Czemu? Bo zajęta, należała do tego jednego procenta które bawiło się w miłość już wcześniej. Nie była ikoną piękna, w końcu była w harcerstwie... Dobrze sie tam czuła, lubiła przyrodę, może w niej odnajdywała spokój. Miała psa, pseudopekinczyk, ale go kochała... Dobra, sorry za dygresje, a więc wracając, miała to coś, co powodowało że faceci mieli do niej słabość. To nieokreślone coś co wyróżniał ją spośród reszty, dawało rząd dusz. Sherlock Holmes mówił o takich "Ta Kobieta".

Była zmienna i bezlitosna, rozkochiwała, brała co swoje i zostawiała. Niektórzy nazywają to "Modliszkowaniem". W tym wszystkim, z tego co wiem, nie była jednak szczęśliwa, miała swoje demony które rosły z każdym kolejnym wdechem i spojrzeniem...

Mijały lata, poznawaliśmy sie coraz bardziej. Nawet myślałem by do niej zarywać, ale to nie była moja półka, i miałem świadomość że jej oczy mnie zgubią, że wejście w jej świat sprawi że mentalnie zgine, tak jak wielu nieświadomych. Wylądowaliśmy w jednej klasie także w liceum, tam dalej w najlepsze trwał proces rozbujania jej mentalnej chuśtawki nastrojów. Z zewnątrz silna i niezmienna, bezkompromisowa - w środku coraz bardziej podzielona, w kawałkach. Pojawiały sie używki, alkohol najpierw był spoko ale potem zaczął kolidować z antydepresantami, a one z kolei były reakcją na blizny zauważone przez rodziców, lubiła sie ciąć po pijaku. Rodzice nie byli ślepi... Więc trunki zmieniła na dym z lufki, nawet mnie w to wprowadziła, miała nosa do towaru, nigdy nie miałem z nią bad tripa. A wracając do blizn: zakrywała je tatuażami, to chyba jej największa pasja. Szybko zaczęła sama je sobie robić, a potem nawet innym. Nawet planowała mnie wydziarać...

W końcu jednak trafiła kosa na kamień. Pojawił sie Mariusz. Prosty chłopak ze wsi, ale dobry człowiek. Też trafił do mojej klasy, chyba mój najlepszy kumpel. Był głupi w swej mądrości, nie wykorzystany potencjał. Miał chłop wiedzę ale wolał kuć zamiast myśleć. Z wierzchu był luzakiem, charakternym i z zasadami, w środku stapający po ziemi tak stanowczo że świat go obserwując czekał na nieuniknione trzęsienie. Przez to był pracoholikiem, dorabiał gdzie się da i wiecznie oszczędzał, mając w wirtualnym portfelu sumke pieciocyfrową. Żadna praca go nie hańbiła, harował u własnego ojca za niegodne pieniądze ale widział w tym drogę do sukcesu. Gdyby miał wizje to by i grabarzem został. To go charakteryzowało. I miał czujke, wiedział że coś wisi w powietrzu. Wtedy też czuł że niedługo pierwszy raz będzie stąpał po gruncie niepewnym.

 

Jeśli życie to maszyna to ta była strasznie zdezelowana i sie zacinała. W końcu stwierdziłem że trzeba coś z tym zrobić i ją kopnąłem. No i dwa trybiki zaskoczyły, zaskoczyły siebie i cały świat.

Magda miała zły okres, zostawił ją jeden, drugi wystawił, rzuciła leki wróciła do alkoholu. Mariuszowi czegoś brakowało, każdy wie czego, i coraz bardziej lubił Magde. Pewnego razu na domówce poprosiłem go o pomoc w poderwaniu Madzi, skończyło sie tak że sami sie przylizali... I machina ruszyła.

To nie była relacja jak te wcześniejsze Magdy. Tu było coś pierwotnego, niesamowicie radosnego a zarazem intymnego. Wszystko stało sie tak nienormalnie normalne, po prostu sie kochali. Cały świat zaczął sie uśmiechać, kazania w kościele były tylko radosne, i każde z nich co tydzień skierowane jakby do nich. Ale ludzie gadali, jak zawsze. Przy nich: chwalili i zazdrościli, cieszyli sie. Potem jednak już tylko zazdrościli. Każdy, ba nawet ja, pisał już scenariusz, ten dobrze znany. Wszyscy już dawno skreślili Magde, a Mariusz był kolejnym zjedzonym partnerem...

 

Lecz na przekór wszystkim i wszystkiemu trwał czas uniesienia. Na wycieczce klasowej do Zakopanego pewnego dnia zostałem w teorii sam w pensjonacie, a to dla tego że nie lubiłem wody, a co za tym idzie Term. Jednak ta samotność była tylko pozorna. Zza cienkiej ściany, podczas przerzucania stron książki, było wiele słychać. Wykorzystywali przebywanie w gościach na neutralnej ziemi tak jak umieli najlepiej. Trwało to jakieś cztery i pół godziny, dopóki nie wróciła reszta wycieczki i koleżanka nie przyłapała Magdy i Mariusza na "oglądaniu <>" . A ja przewracałem kolejne kartki "Imienia Róży"...

 

Ale ten skok na cud nie mógł sie udać, u Magdy musiały prędzej czy później wrócić jej zwidy i herezje. Znudziła jej sie nuda, już nie starczały spacery i wspólne obiady... W sumie to chyba sama nie wiedziała czego chciała, a tym bardziej nie mógł tego wiedzieć Mariusz. Płomień momentalnie obrócił sie w dym. Ona wróciła do swojej roli, twardej i szukające wrażeń, mającej w poważaniu codzienność i codziennych facetów. A on był w tej miłości tak stereotypowy i delikatny. Wszystkim na niego nadawała, mówiła jak jest beznadziejny, po prostu słaby. Ale nie zrywała z nim, jakby jakaś jej część czuła że w nim jest ostatnia nadzieja, nie wiadomo nawet na co. Przyjąłem role reżysera, przekonałem go by z nią skończył...

 

Co był9 dalej? Po staremu. Do matury miała trzech kolejnych, miała też coraz więcej tatuaży. Wszystko było spoko dopóki nie drążyłeś tematu. Miasto cicho gadało, że sie puszcza na lewo i prawo a nocami płacze. Ale to nie była zła osoba, to musiały być kłamstwa... A on sie z zewnątrz nie zmieniał. Środek jednak był dość kruchy i szukający siebie samego po moralnym zagubieniu.

Po maturze on pracował na budowie, a ona podróżowała, chcąc uciec. Zasugerowałem jej by sie do Mariusza odezwałał, było widać że zaczyna sie ze sobą godzić i wyciągać wnioski. Zadzwoniła, umówili sie. Następnego dnia Mariusz spadł z rusztowania, lekarze mogli jedynie stwierdzić zgon. Co za ironia bezczelnego losu. Magda zniknęła, nie byla na pogrzebie i nie widziałem jej do końcówki września. Lecz w ostatnim tygodniu wakacji trafiłem na nią w jednym z barów. Była cieniem samej siebie, schudła. Piła drinki i twierdziła że dalej bierze leki... Ręce były całe w tatuażach, wiedziałem że więcej miejsca na nowe blizny już tam nie znajdzie. Tak jak w każdej tego typu historii, finał był ten sam...

... Była jak Śmierć

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • JamCi 3 tygodnie temu
    Dreadlock Queen?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania