Dziecię dębu Rozdział 12. Droga do chramu

Lekka mgła okalała całą okolicę, gdy Dziwa żegnała się ze swoim domostwem. Cała wioska przyszła zobaczyć ją po raz ostatni jako pannę, radośnie wiedząc, że gdy przyjdzie im ją kiedyś ujrzeć po raz kolejny, będzie już mężatką i matką. Prawdziwy szpaler radosnych, acz zaspanych ludzi towarzyszył dziewczynie w drodze do wozu, przy którym to stali odświętnie odziany Jesion oraz Brzoza. Lekko rozedrgana z przejęcia Dziwa została wyściskana przez swych najbliższych, po czym ojciec pomógł jej wsiąść do wozu, na który wsadzono już wcześniej jej posag.

 

Wszyscy trwali w uroczystym milczeniu, gdy twarz Dziwy została pokryta jasnozielonym welonem, który nałożył jej ojciec. Wtedy to serce Dziwy przepełnił straszliwy smutek i strach. Prawdziwie cieszyła się, że welon zakryje jej uczucia, nie chciała bowiem zostać źle odebrana przez dobrze znane i drogie sobie osoby. W welonie niedane było widzieć jej ich twarzy, jednak widziała ich sylwetki, które gdy tylko wóz ruszył z szarpnięciem z podwórza rodzinnego domu Dziwy, zbiły się w jedną dużą grupę, by pokłonić się jej w pożegnalnym geście.

 

Tak oto Dziwa ruszyła w swoją wielką podróż. Jako że po krótkiej chwili powóz powożony przez Jesiona wjechał na trakt wiodący przez środek puszczy, Dziwa wiedząc, że po tak wczesnym poranku nikogo tam jeszcze nie spotkają, poczęła dawać upust swoim tłamszonym wewnątrz emocjom. Jesion nie zdziwił się słysząc ciche pochlipywanie spod zielonego welonu, w pierwszej chwili odwrócił się i choć Dziwa tego nie widziała, pełen zatroskania westchnął i przyglądał się trzęsącym się od płaczu ramionom.

 

Wieszcz doskonale zdawał sobie sprawę z tego jakie emocje mogą teraz targać nosicielką. Jechała bowiem do nowego miejsca, gdzie nikogo nie zna, jest w ciąży, co też przydaje powodów do różnych, często irracjonalnych obaw, a na dodatek jest to ciąża o mistycznym znaczeniu i większa część Matecznika czeka na omen, jaki przyniesie ze sobą jej dziecko.

 

Po pewnym czasie, gdy Dziwa dała już upust swym obawom, starzec odwrócił się i rzekł:

 

— Nie przejmuj się tym, co teraz czujesz, to jak najbardziej normalne, po pewnym czasie zadomowisz się u Wierzby i będzie ci o wiele lepiej na sercu. Nikt przecież was, dziewcząt, nie szykuje na zostanie nosicielką. Wam się od początku wpaja trochę inną kolej rzeczy, ale nie ma się co obawiać. Mogę cię nawet pocieszyć, że dzieci dębu nie wybierają sobie ojców o złych skłonnościach, takich jak lubość w pijatykach i mordobiciach, ba, nawet wybierają sobie takich niebrzydkich, więc w kwestii po kim twoje dziecko odziedziczy drugie oko, nie ma co się obawiać. Do zdrady, jak cię już trochę poznałem, raczej skora nie jesteś, więc tym bardziej ci nic nie grozi.

Przerwał swój dalszy wywód, oto bowiem zbliżali się do wioski i starzec musiał zadąć w róg jeszcze przed wkroczeniem w jej obręb, aby i jej mieszkańcy mogli pokłonić się nosicielce. Tak więc, gdy tylko przekroczyli granice wioski, po obu stronach drogi, która ją przecinała, poczęli się stawiać ludzie, by złożyć pokłon jadącej Dziwie. Kilka dziewek podeszło do wozu by podarować Dziwie swe panieńskie warkocze. Panny bowiem, które miały wyjść za mąż przed tym, jak dziecię dębu miało przyjść na świat, składały za jego wstawiennictwem w ofierze na świętym ogniu swe panieńskie warkocze, dla pomyślności swego macierzyństwa. Gdy już dokona się celebra przybycia nosicielki do nowego chramu, Dziwa miała spalić podarowane jej warkocze na świętym ogniu, by dopełnić opiaty dla dziewcząt.

 

Podobnie wyglądało przybycie do innych mijanych po drodze wiosek. Peszyło ją trochę to, że wciąż i wciąż wszyscy się jej kłaniają, rozumiała jednak jak ważnym wydarzeniem jest jej podróż. Czasem mijali też podróżujących po traktach ludzi. Oni także rozstępowali się, by wóz mógł swobodnie przejechać, bijąc przy tym nabożny pokłon.

 

8888888888888888888888888888888888888

 

Zamieszanie w wiosce było tego dnia nieznośne. Nikt nie pracował, oporządzono naprędce wszystkie gospodarskie zwierzęta, by ubrawszy się odświętnie, ruszyć na drogę wiodącą ku chramowi. Derwan już wcześnie rano zamknął Kudłacza w domu, lekko bojąc się, że szczeniak stratuje mu tęskniąc całą izbę, nie chciał go jednak zostawiać na dworze, maluch nie był bowiem jeszcze nauczony całkowitego posłuszeństwa. Przekroczywszy bramę gospodarstwa wuja, zastał ciotkę nerwowo kończącą karmienie kur. Gdy tylko go ujrzała wykrzyknęła:

 

— Nowa koszula na ławie, nie mamy czasu! Twój wuj i tak się już denerwuje.

 

Derwan żartobliwie przyspieszył kroku, w pełni rozumiejąc zdenerwowanie ciotki. Wuj Nadar bowiem jako szanowany starszy mężczyzna miał dostąpić zaszczytu wprowadzenia nosicielki do chramu, gdzie też, niczym jej ojciec, miał spalić jej stary welon. Mężczyzna był bardzo dumny z owej roli, ciesząc się z poważania, jakie ma wśród swych ludzi, trapiła go jednak obawa, że popełni jakąś gafę.

 

Wszedłszy do domostwa zastał tam odświętnie odzianych kuzyna i wuja, którzy pełni zadumy wyczekiwali pojawienia się w domu ciotki, by ruszyć wreszcie ku chramowi. Wir już dawno poszedł ku chramowi razem z Lubą, by móc cieszyć się jej towarzystwem podczas obrządku, co też nikogo nie dziwiło, jako że od jakiegoś czasu byli ze sobą po słowie. Derwan prędko przywdział nową koszulę, którą sprezentowała mu ciotka z okazji urodzin, które to świętował zeszłego wieczora w domu wuja, w towarzystwie najbliższej rodziny, Mira i Sambora, który to był jego kuzynem, oraz Luby która praktycznie także już była rodziną. Szczęśliwie, miód pitny sprezentowany przez kuzyna i jego małżonka nie zemścił się na biesiadnikach, nikt więc tego poranka nie cierpiał.

 

Gdy tylko Derwan się ubrał, ciotka powróciła z podwórza, dając znak, że mogą już wychodzić. Wuj i Ziemko powstali więc i wszyscy szybko wyszli z domu i udali się w stronę chramu. Napotkali po drodze wielu znajomych, którzy także udawali się na powitanie nosicielki. Do małej grupki rodziny Derwana na stałe dołączyli się Mir i Derwan, żartując:

 

— O, widać, że miodzik nie wszedł za mocno, i bardzo dobrze, bo by krucho było.

 

— Jak się ma głowę, to mocno nie wchodzi — zażartował Derwan.

 

Po tej krótkiej wymianie serdeczności wszyscy jednak zamilkli, by pełni powagi dotrzeć na miejsce. Z racji funkcji wuja Nadara czekało na nich miejsce na drodze, tuż przy chramie. Po tym, jak przybili na miejsce, docierali tam ostatni okoliczni mieszkańcy. Wszyscy czekali w pełnej skupienia ciszy, nasłuchując odgłosu uświęconego rogu. Ich pełne powagi twarze uporczywie wpatrywały się w drogę, skąd miała przybyć nosicielka.

 

Wreszcie róg zabrzmiał, na co odpowiedział mu róg czekającej u wejścia chramu Wierzby. Wiedząc, co ma czynić, wuj Nadar wyszedł z tłumu i chwyciwszy za rączkę widocznie zaaferowaną Jabłonkę, która uroczo prezentowała się w odświętnym wianku wiedźb i luźnym giezełku przepasanym tkanym paskiem. Dziewczynka podreptała razem z mężczyzną na spotkanie wozu, rzuciwszy przez ramię nieodgadnione, choć pełne zadowolenia spojrzenie w stronę Derwana, po czym w pełni skoncentrowała się na ścieżce przed nią.

 

Nareszcie, na końcu szpaleru, utworzonego z okolicznych mieszkańców, zatrzymał się wóz, powożony przez starego wieszcza. Nadar ostrożnie pomógł zsiąść z wozu nosicielce. Ta z wdzięcznością, której nie było widać zza jej welonu, przyjęła jego ramię i powolnym krokiem udali się w stronę budynku. Jabłonka zaś ostrożnie zabrała ze sobą podarowane Dziwie warkocze, jako że miały one niedługo zostać spalone.

 

Gdy tylko Dziwa dotarła w asyście do wejścia chramu, powitał ją donośny, acz znany głos:

 

— Witaj, nosicielko, ta która przyniesiesz nam najświętszy omen. Rzadka to radość witać takie jak ty w świętych chramach.

 

Dziwa pokłoniła się, tak jak to miała uczynić najpierw starej Wierzbie, potem zaś odwróciła się tłumowi. Wyprostowawszy się, skłoniła się starannie przed całym otaczającym ją tłumem. Gdy się wyprostowała, ujrzała jak równo kłania się jej otaczający ją tłum. Wszyscy, czy to Sambor, Mir, Derwan czy też mały Ziemko, pokłoniwszy się nieznanej im dziewce o zakrytym obliczu, poczuli jak świętego obrządku dostępują. Dziwa zaś widząc te nieznane sylwetki, przywitała w swoim sercu spokój, wynikający z poczucia pełnego przyjęcia do wspólnoty.

 

Gdy już uczyniono pokłony w pełnej ciszy, nieznany mężczyzna zaprowadził Dziwę do środka chramu. Ciepło miejsca napełniło dziewkę spokojem. Widziała zarys męskiej postaci pochylającej się nabożnie nad świętym ogniem i od razu odgadła, że właśnie płonie jej biały welon. Mężczyzna skłonił się świętemu ogniowi i wyszedł z chramu.

 

Dziwa zaś została posadzona na stołku. Usiądziecie przy świętym ogniu zapieczętowało jej przybycie, toteż ludzie, wiedząc, że na odwiedzenie nosicielki nadejdzie jeszcze czas, chcąc jej teraz dać czas do odpoczynku, poczęli opuszczać teren chramu. Zamknięto odrzwia więc, jako że w świątyni zostały tylko ona, święte dziewice i wiedźba ze swą młodszą, Wierzba zdjęła dziewczynie welon. Przez chwilę Dziwa musiała przywyknąć do światła, potem zaś rozejrzała się swobodnie po pomieszczeniu. Pierwszym, co ujrzała, była wprost emanująca pełnią zadowolenia rozkoszna twarzyczka dziecięcia mocy. Dziewuszka dzielnie trzymała w swych ramionkach około tuzina warkoczy, więc Dziwa skinęła na nią, by ta podała je jej. Potem zaś kolejno z odpowiednim szacunkiem paliła wielobarwne kosy w ognisku, które długo płonęły na wielkim palenisku. Choć towarzyszył temu straszliwy swąd palonych włosów, Dziwa poczęła czuć w sobie pełnię spokoju, czy to za sprawą życzliwie patrzących na nią ludzi, czy też dzięki świętemu ogniu, który nieprzerwanie trwał tu od wieków.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania