Dziecię dębu Rozdział 13. Spacer

Po skończonych uroczystościach, gdy pełna powagi postać wuja wyłoniła się z ciemnego chramu, Derwan wraz z resztą rodziny spokojnym krokiem udał się w stronę wioski. Jesienne już liście, opadając z drzew, utworzyły na drodze do chramu szeleszczącą pierzynę. Mężczyzna, nie mając co ze sobą zrobić, nie planował bowiem tego dnia na nowo rozpocząć pracy, postanowił, że wybierze się na przechadzkę do lasu, trenując tym samym Kudłacza do posłuszeństwa.

 

Pożegnawszy rodzinę, ruszył do swego gospodarstwa, gdzie po otwarciu drzwi do izby przywitał go szczęśliwy z zobaczenia swego pana szczeniak. Kudłacz mocno już wyrósł. Jego futro przybierało coraz bardziej szczeciniastą formę. Derwan podrapał młodego za uszami i energicznie zarządził:

 

— Idziemy się przewietrzyć, zobaczymy, czy masz nos do tropienia.

 

Ufne szczenię podążyło za swym panem w głąb prastarej kniei. Derwan miał dwojakie podejście do owego miejsca. Prastara puszcza niosła ze sobą spokój i wiele miejsc do polowań, ale i też nieprzyjemne wspomnienia. W owej puszczy bowiem pękło Derwanowi serce.

 

Zagłębiwszy się w las, dla odpoczynku usiadł na omszałym pniu. Jesienne liście tańczyły nad jego głową, spokojnie opadając rewią barw na ziemię. On zaś zapatrzył się w pełne puchatych chmur niebo. Rozmyślał trochę o dzisiejszym dniu. Co prawda przeżył już jedno nadejście dziecięcia dębu, tuż po tym, jak jako sześciolatek usiadł na uświęconego konia*, nie było to jednak dziecię z jego klanu, więc owo prastare zjawisko było dla niego dość obce.

 

Jego lud miał wiele prastarych celebr, które zawsze napawały go zadumą. Pełne dymu zapachu palonych świętych ziół, końskich ofiar i namaszczania krwią, zawsze sprawiały, że umacniał swą wiarę w Praojca. Dlatego też zdziwiła go specyficzną prostotą dzisiejszej uroczystości. Zwyczajne przejście osłoniętej welonem dziewki do chramu. Nawet święte dziewice wchodziły do chramów w bardziej rozbudowany sposób. Palono święte ognie, okadzano je, trzykrotnie okrążały chram i zanurzały się samotnie w wodzie. Tutaj zaś nie było nic podobnego. Jedynie pełne skupienia przejście i pokłon. Tysiące razy Derwan doświadczał tej części każdej celebry w równie licznych skupiskach, takich jak najdłuższy dzień roku, kiedy to całe ludzkie chmary biły równy, prastary w swej naturze pokłon zachodzącemu słońcu. Kłaniał się swemu domowemu dębowi, kłaniał się świętym dziewicom i drzewom w świętych gajach. Jednak prostota dzisiejszej uroczystości wywyższyła pokłon nosicielce ponad wszystkie pokłony, jakie dotąd było mu złożyć.

 

Towarzyszył mu bowiem elektryzujący dreszcz świadomości. „Oto największy pokaz mocy dęby". „To znak naszego pochodzenia i poddaństwa jego mocy". „Nie ma nic większego od tego omenu". Te słowa posłyszane w dzieciństwie z ust matki, która zwykła w długie zimowe wieczory tłumaczyć swym dzieciom, na czym opiera się ich świat, towarzyszyły mu właśnie przy owym pokłonie. Teraz gdy je wspominał, także przeszedł go dreszcz.

 

Uświadomił sobie teraz, jak bardzo brakuje mu tej, której słowa słyszał w swej głowie. Jej śmierć bardzo przeżywał, bo też stracił ją niecałe dziesięć lat temu. Zabrało ją jezioro. Niby niezrozumiała rzecz, przecież potrafiła pływać. Derwan długo się nie mógł z tym pogodzić. Śmierć przez wypadnięcie z łodzi. Nie było go wtedy z matką.

 

Jednak jako osoba dorosła zrozumiał tę śmierć na swój własny sposób. Każdy w głębi siebie chciałby tak umrzeć. Zanurzyć się i zniknąć. Bez choroby, starości, odebrania sobie życia, bez ran i cierpienia. Utopienie się było najczystszą formą śmierci jaką wszyscy znali. Matka, tak dobra i wyrozumiała osoba, wrażliwa na naturę, która ją otaczała, oraz ufna we wszystkim Praojcu, zasługiwała na takie odejście do niego.

 

Ojciec również rozpaczał, pogrążył się w goryczy samotności, lecz zawsze był wyrozumiały i wysłuchiwał Derwana we wszystkich chwilach, gdy ten potrzebował rozmowy. To ojciec pomógł mu pogodzić się z odtrąceniem przez tą, którą pierwszą pokochał. Dał mu czas na przebycie żałoby, po tym czymś, co nawet nie było związkiem, jedynie jednostronną adoracją. Potem zaś poklepał go pewnego dnia po ramieniu i rzekł dosadnie, tak jak to miał w zwyczaju: ,,JAK NIE TA, TO INNA.''. Dało mu to wtedy poczucie zrozumienia z jego strony. On zawsze go rozumiał.

 

Teraz zaś nie było przy nim nikogo. Tylko samotność przeplatana obecnością u wuja lub też odwiedziny Jabłonki, które ostatnimi czasy straciły na częstotliwości, ale nie na jakości. Ostatnimi czasy bowiem dziewuszka czyniła mu różnorakie wykłady dotyczące, w których miała brać udział, wiele z nich znał, o innych nie miał pojęcia i Jabłonka opisywała je dość pobieżnie. Czasem też dochodziła do takich szczegółowych opisów, że nie mógł się we wszystkim połapać. Trochę zatraciła się przy najkrótszym dniu w roku albo też przy opisywaniu zaślubin, ale to, co odstawiła przy opisywaniu narodzin dziecięcia dębu zaskoczyło kowala niewspółmiernie. Nie miał pojęcia jakim cudem spamiętywała każdy najdrobniejszy szczegół. W swych opowiastkach w kuźni nie rozdrabniała się tylko do swojej roli w tym wydarzeniu, ale dość rzeczowo i szczegółowo rozpisywała się co do roli i powinności wybranka dziecięcia dębu. Derwan brał to na karb fascynacji dziecka owym zjawiskiem i wysłuchiwał wszystkich instrukcji o pokłonach, zapaleniu pochodni, naznaczeniu popiołem i tym podobnych elementach owego wydarzenia. Jego przemyślenia przerwało szczekanie Kudłacza. Ktoś się do nich zbliżał.

 

8888888888888888888888

Rosa postanowiła tego pięknego jesiennego dnia wdrożyć w życie swój kolejny pomysł dotyczący usidlenia odpowiadającego jej swoją pozycją w społeczeństwie kowala. Mała paskuda Jabłonka, która przeszkadzała jej swoją ciągłą obecnością u kowala, była teraz na pewno zajęta nosicielką. Rosa chciała ją bardzo zobaczyć przy okazji składania swego warkocza jej w ofierze, by umocnić swoją pozycję wśród dziewcząt z okolicy i pokazać nowoprzybyłej, z kim tu ludzie się tak naprawdę liczą i kto bierze najlepszą partię w okolicy dla siebie.

 

Była pewna, że dziewczyna która przybyła dziś do ich chramu, musi być niezbyt urodziwa, oto bowiem słyszała przecież od samej Wierzby, że ktoś porzucił ją przed zanurzeniem się w trakcie zaślubin. Zazdrościła jej jednak trochę tej mitycznej sławy która ją otaczała, no i może trochę tego, że nigdy nie umrze w połogu. Rosa podchodziła do spraw macierzyństwa bardzo praktycznie. By nikt na nią nie psioczył, urodzi kowalowi dwójkę dzieci, potem zaś, by nie popsuć sobie figury, zacznie korzystać z pewnych ogólnie wszystkim znanych specyfików, i pod pretekstem złego przejścia ostatniego z porodów nie wyda na świat kolejnego dziecka. Wiele kobiet się zabezpieczało, ale, ku zgrozie Rosy, nie po to by nie mieć już więcej dzieci, lecz by urodzić je w większych odstępach czasu dla regeneracji po ciąży.

 

Po powrocie z chramu śledziła więc Derwana i spostrzegłszy, że idzie do lasu, postanowiła pokierować się tak, by się na niego przypadkiem natknąć. Liczyła, że bez małej strażniczki będzie jej on bardziej przychylnym, i może uda jej się skłonić go do pewnych igraszek, które zmuszą go do ożenienia się z nią.

 

Wyłoniła się więc eterycznie z kniei, posyłając jak najprzyjemniejszy uśmiech w stronę Derwana. Jego pies począł na nią straszliwie warczeć i szczekać, nie przejęła się tym zbytnio. Mogła natomiast przejąć się postawą Derwana, który właśnie w głębi siebie przeklinał ją, że się tu pojawiła.

 

Mężczyzna, ujrzawszy Rosę, zaklął siarczyście pod nosem. Ta trzpiotka działała mu na nerwy. Ostatnio był u niego nawet jej ojciec, insynuując propozycje małżeństwa z córką, na którą to Derwan odrzekł, że jeśli chciałby mieć wolnostojącą ozdobę w domu, to poprosi wuja o jakąś rzeźbę. Dziewczyna naprawdę mu się nie podobała. Co prawda, dopiero od niedawna samotność poczęła go naprawdę dobijać na tyle, że zmienił podejście od siebie z ''nie ożenię się nigdy'' na '' kiedyś się ożenię'', wolał się jednak nie żenić wcale niż połączyć się z dziewczyną, która przed nim stała.

 

Nie lubił nierobów i ludzi, którzy mu się narzucali. Rosa spełniała oba kryteria, musiał więc bacznie uważać na słowa, które do niej kierował. Postanowił wysilić się na neutralny ton. Wziął więc głęboki oddech i wyrzekł:

 

— Witaj Roso, widzę, że ty także spacerujesz, my akurat z Kudłaczem wracamy do domu — cedził przez prawie zaciśnięte szczęki.

 

— W takim razie wam potowarzyszę — odpowiedziała Rosa, całkowicie nie zrażając się ciągłym ujadaniem psa.

 

Rozmowa wyraźnie im się nie kleiła, Kudłacz szczekał niemiłosiernie, prawie atakując poły sukni Rosy, czemu jego pan wcale się nie zdziwił. Złość w Derwanie narastała i szukał wzrokiem jakowegoś ratunku. A oto ratunek nadszedł.

 

Jabłonka, pozachwycawszy się nowoprzybyłą nosicielką, widząc jak młoda kobieta jest zmęczona, postanowiła ją opuścić, co spotkało się z pełnym aprobaty wzrokiem Wierzby. Postanowiła udać się do cioci i wujaszka, ufając, że u nich znajdzie Derwana, i pod pretekstem stęsknienia się za Kudłaczem, którego widziała, co prawda wczorajszego ranka, ale przecież szczeniaczki tak szybko rosły. Nie znalazłszy ulubionego wujaszka ruszyła ku jego gospodarstwu. Ono również było puste. Wiedziała, gdzie znajdzie wujaszka. W swej stałości miał ulubione miejsce w lesie, na pewno tam zabrał Kudłacza.

 

Dziecko, pełne ufnego zachwytu dzisiejszym, dniem ruszyło więc dobrze sobie znaną ścieżką. Radość jej jednak zgasła, gdy posłyszała warczenie psa. Przecież ten pies prawie na nikogo nie warczy. Właściwie prawie na nikogo. Zaalarmowana i wściekła Jabłonka ruszyła prędko na ratunek malcowi, choć bardziej była to wyprawa ratująca nie psa, a jego pana.

 

Derwan jawnie rozpromienił się na widok biegnącemu ku niemu dziecka. Pochwycił małą w ramiona i jak zwykle podrzucił żartobliwie w powietrze. Mała zaborczo wczepiła się w kowalową szyję, po czym, zwróciwszy się w stronę idącej obok niej kobiety, zapytała, posyłając jej spojrzenie, które mogłoby zabić:

 

— Czy nie uważasz, że jeżeli on na ciebie tak warczy to znaczy, że bardzo cię nie lubi? — Zapytała dziewczynka, posyłając Rosie niby to niewinny uśmieszek.

 

Młoda dziewczyna była wyraźnie zaskoczona tym zuchwałym pytaniem dziecka mocy. Prychnęła tylko i odrzekła:

 

— Och, musi się do mnie przyzwyczaić. Dajmy mu trochę czasu! — Powiedziała Rosa, po czym sugestywnie spojrzała na Derwana.

 

Jabłonka przewróciła oczami i z dziwnym dla dziecka przekąsem, odrzekła:

 

— Już się raczej przyzwyczaił do każdego w wiosce, dam sobie obciąć nawet ten mały paluszek dać na pożarcie Biesowi — tu mała wskazała na swój mały palec lewej ręki — Że jak pozna Dziwę, to też ją od razu polubi.

 

Derwan mało co nie parsknął śmiechem, gdy uwieszona na jego szyi drobinka pokazała zszokowanej jej zachowaniem dziewce swój mały paluszek. Nie wiedział o kim dziecko mówi, zapytał się więc:

 

— Kto to?

 

(Jabłonka w myślach krzyczy ''Matka twojego dziecka'' )

 

— NASZA nosicielka — powiedziała dziewczynka z wyraźną dumą.

 

Resztę drogi przebyli jedynie wśród skowytu Kudłacza. Rosa była wyraźnie zniesmaczona uwagą Jabłonki, toteż szybko ruszyła w stronę swego domu. Kowal i dziecię mocy nie przejmowali się jej zniknięciem. Gdy tylko wściekła dziewka zniknęła im z pola widzenia, wujaszek obdarzył swoją drobinkę porozumiewawczym spojrzeniem, po czym oboje parsknęli śmiechem.

 

— Ale żeś jej powiedziała...

 

*u mnie dzieci zamiast postrzyżyn siadają na konika

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania