Dziecię dębu Rozdział 15. O amuletach i zdradliwym cieście

Jesienne dni mijały Derwanowi we względnym spokoju. Skupiał się jedynie na pomniejszych naprawach i przygotowywał się powoli na nastanie zimy. Zajmował się wtedy tworzeniem ozdób i amuletów ofiarnych dla kniazia lub też innych mniej, lub bardziej zamożnych mieszkańców swojej okolicy. Kniaź lubował się w jego dziełach, jako że Derwan był kiedyś czeladnikiem u starego Peruna. Teraz zaś Perun ze względu na swój wiek i chorobę bawił jedynie wnuki na swych kolanach, pozostawiwszy swój warsztat synowi, który niestety nie miał zdolności do tej misternej sztuki. Dlatego też Derwan przejął schedę po swym mistrzu w tej dziedzinie.

 

Do dziś bardzo dobrze wspominał ten okres swojego życia. Perun był mistrzem w swym fachu i grodowym kowalem. Raz na kilka lat miał zwyczaj poszukiwać wśród ludu nad wyraz pojętnych czeladników kowalskich, by zabrać ich do swego warsztatu dla doskonalenia szlachetnego rzemiosła. Derwan miał zaszczyt spędzić u niego cztery lata, przy okazji zostając jego ostatnim uczniem. Perun, nieszczęśliwie dla kowala, ze starości tracił wzrok na skutek zaćmy. Moc wiedźb i wieszczów nie była mu w stanie pomóc, lecz starzec pogodził się ze swym losem. „I tak się dużo napatrzyłem i narobiłem" zwykł mawiać mistrz w ostatnim roku terminowania Derwana w jego kuźni.

 

Derwan dzięki swemu mistrzowi udoskonalił swoje zdolności obróbki metalu, ale także zdobył umiejętności potrzebne do wyrobu ozdób i amuletów. Sztuka ta niosła za sobą również pewien pradawny mistycyzm. Każdy ornament niósł za sobą inne znaczenie. Inaczej wyglądały amulety ofiarne, inaczej te przeznaczone dla wojów lub też wieszczów i wiedźb.

 

Były one opiatami, ale też podarkami na różne okazji. Każde dziecko w niedługim czasie po narodzeniu otrzymywało swój pierwszy amulet. Do dziś z lekkim wzruszeniem wspominał, jak tuż po urodzeniu się Jabłonki, wykonał po raz pierwszy w swoim rodzinnym warsztacie bardzo misterny i trudny amulet przedstawiając kwiat jabłoni. Co prawda, dziecko otrzymało go długo po tym jak odpadł mu pępek i naznaczono je popiołem, lecz wszyscy byli pełni podziwu dla jego dzieła.

 

Przygotowania amuletów spędzały mu ostatnio sen z powiek. Chciał bowiem podarować Lubie prezent z okazji jej ślubu z Wirem. Amulety przedstawiające lipowe liście szły mu dość dobrze, chciał jednak wyjątkowo się w tym przypadku postarać, wszakże dziewczyna wchodziła do jego rodziny. Inną bardzo ważną, acz odległą kwestią, było wykonanie amuletu dla dziecięcia dębu. Derwan miał duży problem z utrzymaniem skali swych prac, amulet przeznaczony dla dziecka musiał być o wiele mniejszy niż ten dla dorosłych. Dodatkowo nigdy nie wykonywał amuletu przedstawiającego liść dębu. Kilka razy jedynie widział na prośbę Peruna amulet kniazia. Starzec za każdym razem dawał wtedy młodemu kuksańca w bok i mówił ,,A teraz koniec bujania w obłokach. Masz mi tu zapamiętać każdy szczegół. Ja już takiego nie wykonam, ale coś czuję, że jeszcze dożyję, by jako tako zobaczyć twoją pracę, a pamiętaj, że ja mogę wszystko zobaczyć rękoma. Żeby mi przez ciebie omen wszechmocy Praojca ze szkaradą na szyi nie chodził. Pomacaj, takie cienkie ma być.''

 

Kilka dni po nieszczęśliwym spacerze i dziwnych odwiedzinach Jabłonki, która ze zgrozą w oczach stwierdziła, że Rosa oszalała i Derwan ma się jej strzec, co ten, mimo ogromnej miłości do małej, puścił mimo uszu, Derwan postanowił zrobić jesienne porządki w składziku. Musiał tam zrobić miejsce na zimowe zapasy, po które miał zamiar udać się za klika dni na targ.

 

Skrupulatnie przestawiał i oglądał więc nagromadzone tam sprzęty, z lekkim ukłuciem nostalgii odkurzając stare matczyne krosna, które nadal były w całkiem dobrym stanie i inne niezbędne dla kobiety rzeczy. Spokojnie zagłębiał się w ciemnym składziku, gdy nagle sięgając po coś na górnej półce topornej spiżarki, strącił ramieniem zapomniany od dawna przedmiot. Drewniana konstrukcja, spadłszy z dość dużej wysokości, roztrzaskała się o podłogę, strasząc swym hukiem drzemiącego w izbie Kudłacza. Szczeniak z piskiem schował się pod siennik, a Derwan zaklął siarczyście. Na podłodze leżała bowiem zupełnie roztrzaskana kołyska. Dębowe deski, ozdobione starannie wyrytymi symbolami, które miały za zadanie ustrzec śpiące w nim niemowlę przed złymi mocami, leżały bezładnie na kupce pośrodku składziku.

 

Z wielkim uczuciem smutku Derwan podnosił po kolei każdą z nich. Drewno było już stare i zapomniane, nie dziwiło go więc, że straciło swoje właściwości. Odkładając deseczki na kupkę w rogu izby, przewiązał je sznurkiem i pomyślał „Będzie co zanieść nosicielce.". Nie zdążył bowiem jeszcze złożyć jej ofiary, jako że ciotuchna uparła się, w przypływie imitujących te babcine uczuć, że wykona dla dziecięcia dębu wełniany kocyk. Nie zanosiło się więc by zawitali tam jeszcze w przeciągu tygodnia, a chcieli udać się do chramu w rodzinnej grupie.

888888888888888888888888888888888888888

 

Zirytowany porankiem Derwan zabrał się do pracy w kuźni, postanowiwszy trochę popracować nad podarkiem dla Luby. Praca zajmowała praktycznie całą jego uwagę, nie dostrzegł więc, że dzień zbliżał się już do wieczora. Nagle Kudłacz, brykający dotychczas na podwórku, zaalarmował go swoim ujadaniem. W obrębie jego gospodarstwa pojawiła się Rosa, ze sporym zawiniątkiem w dłoniach. Sądząc po przyjemnym zapachu, musiało być to ciasto. Zdziwiło go to dość znacznie, z jego wiedzy zdobywanej na skutek obcowania z ciotką, wynikało, że Rosa ma raczej dwie lewe ręce do gotowania.

 

Dziewczyna weszła do kuźni i rozpromieniwszy się na widok amuletu, nad którym Derwan pracował na stole, rzekła:

 

— Witaj, Derwanie. Robiłam właśnie ciasto i pomyślałam, że przyniosę trochę dla ciebie.

 

—Nigdy nie słyszałem, żebyś piekła, ale dziękuję za podarek. Niestety, nie mam dzisiaj czasu na rozmowy, bo, jak widzisz, jestem zajęty. — Powiedział Derwan, wskazując na polerowany właśnie wisiorek.

 

Pełen tryumfu uśmieszek zagościł na twarzy Rosy, przyjrzała się przez chwilę amuletowi, po czym rzekła, myśląc, że to, co leżało teraz na stole, miało w przyszłości być jej własnością:

 

— Dobrze, nie będę ci przeszkadzać, dobrego wieczoru — powiedziała dziewka i wyszła z kuźni.

 

Derwan mógł więc dokończyć swoją pracę w spokoju. Gdy już uporał się z robotą, zaniósł wisiorek i ciasto do domostwa. Nakarmił głodnego Kudłacza, a sam z lenistwa postanowił zjeść na wieczerzę ciasto. Trzeba było przyznać, że było dość smaczne, lecz miało pewien dziwny, niedający się rozpoznać posmak. Derwan nie przejął się tym jednak zbytnio, był bowiem bardzo zmęczony. Od razu po zjedzeniu ciasta udał się na spoczynek i zadziwiająco szybko zapadł w głęboki sen.

 

888888888888888888888888888888888888

 

Nie wiedzieć czemu, Derwan obudził się w środku nocy, zlany potem i wyraźnym uczuciem dyskomfortu. Powracając z krainy snów do rzeczywistości, zorientował się, że jego ciało przypomniało sobie o pewnej ze swych ról. Niepokojącym był jednak fakt, że tego typu „niespodzianki" przytrafiały mu się zazwyczaj przy porannym przebudzeniu i nie towarzyszyło im owo dziwne odczuwane przez niego otępienie. Lekko zaskoczony, leżał więc wsłuchując się w ciszę nocy, w poszukiwaniu źródła tego, co go obudził. Po chwili posłyszał warczenie Kudłacza. Podszedł więc do głównej izby, by zobaczyć na co warczy pies. Szczeniak w wyczekiwaniu stał przy drzwiach i zaciekle, acz cicho warczał. Znając już swojego psa i mowę jego ciała, otumaniony Derwan, jak najciszej zamknął na zasuwę od środka drzwi wejściowe, po czym ostrożnie pozamykał na haczyki nieliczne, znajdujące się w niej okna.

 

Następnie wziął szczeniaka na ręce i usiadłszy na sienniku, wyczekiwał nocnego gościa. Cokolwiek, co było w jedzonym przez niego wieczorem cieście powoli przestawało działać, choć jeden jego składnik był nadal bardzo aktywny. Derwan połączył ze sobą fakty i rzekł ni to do siebie, ni to do szczeniaka:

 

— Przeklęty korzeń lubczyku, mogłem się domyślić.

 

Niespodziewanie ktoś spróbował otworzyć drzwi do domostwa. Mężczyzna ostrożnie, lecz nie bez wyraźnej siły, przytrzymał pokaźny pysk szczeniaka, by powstrzymać zajadłe ujadanie. Zza drzwi można było usłyszeć szkaradnie w ustach kobiety brzmiące przekleństwo. Po chwili szamotanie przeniosło się na drewniane okiennice, by po kilkunastu pełnych irytacji szarpnięciach ustać.

 

Po kilku minutach Derwan mógł oswobodzić pysk psa. Pogłaskał go za uszami i postawiwszy psiaka na ziemi, rzekł:

 

— Bardzo dobry pies, pan kupi ci za tę pobudkę dużą kość. A teraz z powrotem do spania.

 

Pies zdawał się rozumieć słowa swego pana, bo momentalnie położył się na swoim posłaniu tuż przy palenisku. Derwan zaś, wciąż źle czując się na skutek dodatków w cieście, udał się do swojej sypialni.

 

Rankiem obudził się dość wypoczęty, mimo nocnych odwiedzin. Jak gdyby nigdy nic, wstał, by się ubrać i zjeść śniadanie. Jednak tego ranka, pierwszymi słowami z jego ust nie było przywoływanie do siebie Kudłacza. Szczeniaka, miast imienia, tego dnia obudził dobiegający z sypialni jego pana gromki, pełen irytacji krzyk:

 

— Ten przeklęty korzeń nadal działa!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania