Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Dziwadełka — część VIII

Ann i Ray

 

Odciętym skrawkiem koszuli zabandażował jej twarz. Wyglądała jak mumia. Któryś z jego dawnych kompanów miał na barku bardzo podobny tatuaż. Jakieś religijno-makabryczne połączenie obszyte tajemniczym napisem łacińskim. Nie tak stare, całkiem dobre czasy.

Opatrunek na twarzy Ann przeciekał. Brakowało jedynie upiększeń po drugiej stronie. Ray nie wyartykułował obaw, ale wiedział, co oznaczają takie rany. Połowa jej pięknej buźki w dotychczasowej formie trwale przestała istnieć. Brak lustra sprawiał, że nie miała możliwości przyjrzeć się obrażeniom. Chwała Bogu. Igły i nici nie mieli. Zrośnie się bardzo źle.

Szli w milczeniu. Dziewczyna trzymała go za rękę tak kurczowo, że wbijające się w skórę paznokcie powodowały ból. Kolejny nadepnięty telefon chrupnął pod wielkim butem.

Ostatni nabój stracili na człowieka. Ta myśl wkurzała go najbardziej. Świadomość, że wystrzelił bezmyślnie w nadbiegający cień, powodowała w nim złość. Celem był facet w sile wieku. Dostał w klatę, nim zdążyli zamienić choćby kilka słów. Włoch uznał to za własną słabość, objaw presji, osaczenia, mylny impuls, słowem – syndromy paniki. Słabo to zniósł, bo jak ćwierkały ptaszki, Ray Bonnano nigdy nie panikował.

Dodatkowo ból stopy promieniował przez łydkę, aż do uda. Nie mówiąc o tym, że zostawili za sobą trupa, z którego w momencie śmierci uleciała cała, skumulowana informacja. Kolejny pokurwiony sygnał dla jeszcze bardziej pokurwionych skurwysynów. Reasumując – wszystko było do dupy.

— Weźmiemy broń i pójdziemy spać.

Zerknęła z niedowierzaniem, luzując uścisk dłoni. Zamrugała jedyną swobodną powieką, po czym przyjrzała mu się jeszcze raz.

— Chyba sobie robisz jaja…

— Co powiedziałaś?

— Jaja.

Przystanął.

— Powtórz.

— Jaja, jaja, jaja! Jaja sobie robisz, Ray. — Puściła rękę. W sekundę chwycił ją znów i szarpnął. Poleciała na płot.

— Gdybyś nie była ranna, dostałabyś w tym momencie w twarz. — Wystrzelił wskazującym palcem, niemal dotykając jej nosa. — Przesadzasz, Ann.

— Nie, kurwa! To ty przesadzasz, Ray. Miałam kontakt z siostrą, rozwaliłeś telefon o ścianę! I co? Poniżyłam się, zeszmaciłam całkiem, żeby móc z nią chwilę porozmawiać. I co? Na darmo! Potem obiecałeś — podkreśliła ostatnie słowo — obiecałeś, że do niej pójdziemy! Będziemy mieli broń, ona nie ma, zginie. Liczy się każda godzina.

— Siedziałaś na dupie ponad dwa tygodnie. Trzeba było iść!

— Nie miałam broni, nie miałam…

— Kogo? Leszcza? Mam rozjebaną nogę, a tobie z jałopy kapie krew. Jest ciemno i jestem zmęczony. Jeszcze jedna pyskówka i zacznę cię traktować normalnie.

— Zacznij!

Wolno i dźwięcznie wciągał powietrze nosem.

— Zacznij — zachęcała z determinacją człowieka, który nie ma wiele do stracenia. — No, uderz. Dalej, Ray. Uderz mnie. Wal!

Złapał i wykręcił jej nadgarstek tak, że zgięła się w pół.

— Całkiem ci odjebało, Liebersten? — wysyczał dziewczynie do ucha. — Do mnie piejesz? Do mnie?! Masz aż tak niewyparzony pysk? Zaczynam rozumieć, dlaczego przytrafiła ci się przykra rzecz. I wiesz co? Powolutku przestaje mi cię być szkoda. Jak przestanie zupełnie — cedził, wykręcając jeszcze mocniej — to będzie źle.

Do komisariatu doszli w milczeniu i bez kolejnych przygód. Bonnano był na tyle wściekły, by zlekceważyć strach. Ann natomiast szczelnie wypełnił foch, który również neutralizował lęk.

Trzeba było obejść budynek, by dostać się do luku kryzysowego, a tam skład broni zabezpieczał weryfikator. Ustawa, która wprowadziła takie miejsca do pół-publicznego obiegu, weszła w życie niespełna rok wcześniej i dotyczyła wybranych, próbnych miast. Tak samo obywatelska weryfikacja. Informacja przy wejściu głosiła, że warunkiem otrzymania dostępu jest status pięć.

— Idź pierwsza.

Spojrzała gniewnie, niechętnie podchodząc do panelu. Zbliżyła twarz do modułu skanującego tęczówkę oka, równocześnie prawą dłoń przykładając do płaskiej powierzchni sczytującej linie papilarne. Na końcu, nie zmieniając pozycji, odczytała ciąg słów z napisu umieszczonego nad małym mikrofonem. Na ekranie po lewej pojawiły się dane: Ann Liebersten, kobieta, urodzona 16. 07.1994 r. w East Saint Louise w stanie Illinois, numer ubezpieczenia 320-43-3327. Naciśnij „OK”, aby potwierdzić.

Potwierdziła. Przez chwilę buforowało, po czym kolejny napis głosił: Status obywatela +3. Brak dostępu.

— Uuuuu, i tak wysoko. — Ray posłał kiepa w taflę kałuży. — Stawiałem na pulchne zero. Berstein pewnie ma minus jedenaście. Złaź — warknął, zamieniając się z dziewczyną miejscem. Wielka łapa dotknęła czytnika, przybliżył oko, odczytał ciąg słów. Wygenerowana treść informowała, co następuje: Raymond Bonnano, mężczyzna, urodzony 21.03.1990 r. w Rockford w stanie Illinois, numer ubezpieczenia 351-57-4046. Naciśnij „OK”, aby potwierdzić. W oczekiwaniu Ann zacisnęła kciuki. Nie sądziła, by miał więcej niż cztery, baa, nie wierzyła by miał nawet dwa. Był przecież cholernym gangsterem – rozmyślała – a zarazem kręcił niezły biznes, może, być może, kto wie… Twarz pulsowała coraz bardziej nieznośnym bólem i Ann miała szczerą nadzieję, że zdobędą do obrony coś więcej niż jedynie zaciśniętą pięść. Ekran wyświetlił: Status obywatela +6.

— Wooow! Masz dostęp! Ray!

— Taaa. Teraz „wow Ray” — warknął. — ale i tak spadłem. Gdyby tu był mój wuj, z tego lufcika w kącie wysunąłby mu się czerwony dywan. Zostań tu i poczekaj. Do kolejnego sektora muszę wejść sam, bo mogli tu założyć dezynfekcję.

Wpatrywała się w niego przez płaską powierzchnię zbrojonego szkła, po ruchu ust wnioskując, że mówił znacznie więcej niż przy wstępnej weryfikacji.

Odpowiadał na jakieś pytania, coś naciskał, czekał. Upłynęło kilkadziesiąt sekund, nim z obserwacji wyrwał ją szloch. Płacz, odgłos stóp, być może bieg. Zerknęła kątem oka, odwracając się dopiero wtedy, gdy na jej ramieniu wylądowała dłoń. Odskoczyła, podczas gdy obca kobieta umazana czymś, co zapewne było zakrzepłą krwią, usilnie próbowała się na niej uwiesić.

— Pomożesz mi, musisz, pomożesz, pani. Ukryć!

— Idź stąd! — Ann odeszła jeszcze kilka kroków. Wychwyciła w ciemności ślady duszenia na szyi przybyłej. — Nie pomogę. Nie mam gdzie cię ukryć.

Kobieta jeszcze przez chwilę próbowała przytulić Ann, po chwili jednak ustąpiła, patrząc na bandaże.

— Gonią mnie. Ciebie też gonili?

Nim zdołała sklecić jakąś myśl, dołączył do nich Ray z ogromnym rewolwerem w jednej i sportową torbą w drugiej dłoni.

— Wielki pan — wyartykułowała uciekinierka.

— Kto to?

— Moja ciotka, przyjechała w odwiedziny — parsknęła Ann. — Nie wiem kto. Spadamy?

— Spadacie? — znów kobieta, tym razem jednak słowo poprzedził śmiech. Śmiała się demonicznie i w akompaniamencie własnego rechotu pobiegła dalej.

— Jakaś… wariatka. Ktoś ją goni. Co zdobyłeś?

— Chiappa Rhino. Ma niewielki podrzut lufy, strzela z dolnej komory. Teraz będę trafiał od razu. — Puścił oczko. — Wyobraź sobie, że mieli tam też trochę podstawowych leków i opatrunki. Zaraz sobie przewiążę nogę, obadamy twoje — wskazał ręką — graffiti. Potem pójdziemy załatwić, co mamy i wracamy do baru.

— Jak to?

— Tak to. No a co myślałaś? Wygląda na to, że wszędzie jest chujowo. Rozejrzyj się. Chujowo jest, prawda?

Popatrzyła tu i spojrzała tam.

— No tak, ale…

— Żadnych "ale". Posprzątamy tam, zabarykadujemy się i będziemy czekać.

— Czekać? Na co?

— Na lepsze czasy, Ann.

Pokręciła głową.

— Do dupy pomysł.

— Już zaczynasz? Masz lepszy? Jak w końcu usiądziemy, to sobie spokojnie pogadamy, Liebersten. Dokładnie ci wytłumaczę, na czym polega twój bł…

Nim zdążył dokończyć, pokazała mu język. Znów! A w kolejnej sekundzie wyrwała z rąk torbę i z zaciekawieniem zaczęła w niej grzebać.

Usiadł i ściągnął but.

 

*

Nad ranem dotarli do Eagles Nest. Kilka proszków pozwoliło Ann uśmierzyć pulsujący ból twarzy, Ray’owy natomiast dokuśtykać do celu w miarę sprawnie. Całą drogę trzymali się bocznych uliczek, przy jednej splądrowali przydomowy sklepik, gdzie na zapleczu udało im się znaleźć zgrzewkę wody. Wzięli dwie butelki. Pod ośrodkiem minęli oblegającą chodnik grupkę młodych ludzi w stanie mocno wskazującym. Bonnano zaprosił jednego z biesiadujących na bok, otaczając jego ramię obszerną łapą.

— Cześć młody. Słuchaj. Szukamy niejakiej Angie. Podobno często tu bywa. Zerknij na tę babeczkę tutaj. — Wskazał Ann. — To jej siostra, więc z wyglądu może być podobna. Albo całkiem inna. Trudno stwierdzić. Skup się na imieniu. Angelina. Mówi ci to coś?

— Może mówi, a może nic nie mówi. Co będę z tego miał?

Mętne oczy fokusowały na obliczu Włocha w oczekiwaniu na propozycję ewentualnych korzyści. W odpowiedzi Bonnano wolno i spokojnie wyjął zza pleców broń. Lufa Chiappa Rhino ostukała wyczuwalne pod koszulką żebra.

— Pytanie brzmi, czego nie będziesz miał. Nie będziesz miał dziurki o tu. — Puk, puk, lufa-żebra, puk, puk. — Chyba że chcesz mieć taką dodatkową dziurkę. Chcesz?

— Jezu facet, wyluzuj. Pojebało was wszystkich. Ten zaćpany lachociąg kręcił się gdzieś tu z godzinę temu. Nie wiem, celowałbym w tamte garaże. — Wskazujący palec powędrował w stronę obskurnych wiat. — Ale jej już całkiem odpaliło. To opiowrak, człowieku. Opiowrak.

— Opiowrak?

— No opiowrak, człowieku. Dziura do szczania jest czystsza od jej gęby. Panna odjechała przez te wszystkie skurwielstwa z okolicy. Przychodziły, obwąchiwały nas. Jezu. Sporo ludzi nie żyje, wielki gościu. Dobrze jest strzelić towar. I to już chuj w odjazdy. W dzisiejszym świecie tak jest po prostu bezpieczniej.

Ray Bonnano był już w branży zbyt długo, by nadawać religijne znaczenie zwykłemu waleniu w kanał. Przez ostatnie trzy lata razem z Płaskim Reno uprasowali w miejscowej składnicy drewna więcej niewypłacalnych ćpunów, niż amerykańska flaga liczy gwiazdek. Walących rozróżniał podług dwóch stanów funkcjonowania. Ci mający dziesięć dolców na działkę albo martwi.

— Garaże, taa. No to smyku, prowadź.

Chłopak zerknął przez ramię, szukając wsparcia.

— Wszystko okay, Scott? — zapytał najmniej wyćpany z tej małej grupki zuchów. Kolejny przestrzelony mizerus wyglądający jak obdziobane drzewo. Suchotnik prężył wklęsłości piersiowej klatki, jakby miał ochotę na naprawdę brawurowy popis.

W odpowiedzi Ray uspokajająco uniósł dłoń, po czym wymanewrował Scottem w stronę garaży, gdzie rzekomo mogła przebywać czarna owieczka ze stajni Liebersten.

— Prowadź, prowadź.

— Angie! — Ann wyrwała się przodem.

— Stój, mała!

Pobiegła, nie zwracając uwagi.

Widząc, że sytuacja wymyka się spod kontroli, Ray dał sobie spokój z chłyskiem. Uznał to za ostatni przejaw niesubordynacji. Koniec.

— Angie!

— Ona zwariowała — dobiegł szczebiot chłopaka. — Ja bym uważ…

Nim zdążył dokończyć, nastąpił ciąg równoległych zdarzeń. Ray krzyknął za Ann, ta z kolei za Angie. Blaszane drzwi garażu wystrzeliły z hukiem, ukazując wyniszczoną dziewczynę z łopatą w dłoni, która staranowała nadbiegającą kobietę i godząc ostrzem sztychówki, zmasakrowała jej szyję. Chiappa Rhino trzykrotnie zadudnił. Dwie pierwsze kule wyłączyły z obiegu ćpunkę z łopatą w łapach. Trzecia dosięgnęła gościa, który wytoczył się za nią z garażu.

— Ja pierdolę, facet — skomentował Scott, po czym wraz z towarzyszami wziął nogi za pas.

Przerwana tętnica szyjna Ann wyrzucała kolejne porcje krwi. Otwarte oczy utraciły wyraz. Pobielała twarz. Ray Bonnano dygoczącymi dłońmi opuścił broń.

— Mówiłem, żebyś zaczekała, Ann. Mówiłem ci.

Średnia ocena: 4.1  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Dekaos Dondi miesiąc temu
    R*&*C→Chyba ta część podeszła mi – póki co – najbardziej, chocią nie rzeknę:dlaczego. Nie wiem jak rzec.
    Może dialogi ciutkę bardziej samotne.
    Jednakowoż tradycyjnie, marudzę trochę o to samo.. Kontrastów brak.
    Np: z dwa wersy poezji, znalezione na zakrwawionej kartce, walającej się przy zdechłym szczurze i odczytane... sam nie wiem. 
    Ale to sczegóły. Czytać będę.
    Pozdrawiam→5
  • Ritha miesiąc temu
    Dwa wersy poezji na zakrwawionej kartce? Notuję! :D
    Dzięki, Dekaos. Fajno, ze bydziesz czytoł :))
    Pozdrówki
  • Canulas miesiąc temu
    Hmmm, Rithą zanotowała, więc ok. Nie wiem czy aż tak bardzo w turpi-pastiż chcemy.
    Dzięki za odwiedziny DeDe
  • Dekaos Dondi 3 tygodnie temu
    R*&*S→Przez Waszą serie ''Dziwadełka'' napisałem tekst, bo mi się klimat deczko skojarzył.
    Dzięki:))
  • Ritha 3 tygodnie temu
    Dekaos Dondi który? Podrzuć linkacz
  • Dekaos Dondi 3 tygodnie temu
    Ritha                               Tekst jest o wiewiórkach, ale gdyby nie Wasz, to bym go nie napisał.
                          Mejli póki co wysyłać nie mogę. Jak coś się zmieni, to dam znać w komecie.
              Co prawda raz na 75 lat leci blisko Ziemi... no ale może jakoś dożyjemy...:))
    Gdyby chodziło o tekst, to czyńcie z nim co chcecie. Upierdliwy nie jestem, znając siebie, to nie mogę.)
    http://www.opowi.pl/miastowiewiorek-a53876/
  • Ritha 3 tygodnie temu
    Dekaos Dondi tylko, że sprawa wygląda tak, że kontakt mailowy jest nam konieczny, żeby tekst ukazał się w Anto. Daj znać do 30.08 czy się decydujesz.
    Pozdrówka
  • Canulas 3 tygodnie temu
    Dekaos - prosta piłka. Nie ma odstępstw. Płacimy frycowe, że najpierw jebnęliśmy edycję, a tera dopiero zgody, ale jak nie będziesz chciał, zostanie Ci odpicowane opko. Są różne drogi komunikacji. Się boisz, jedbnij przez Szu. Z nią chyba masz jakiś kontakt.
  • nimfetka miesiąc temu
    No, dialogi są prześwietne. Szczególnie te Bonnanowe. Znowu jest spokojniej.
    Czekajcie, czy dobrze wydedukowałam, że wariatka, która zawiesiła się na szyję Ann jest jej siostrą? Tak, to byłoby spójne! Chociaż z drugiej strony, chyba nietrudno o zwariowanie tam.
    Still nie mam się do czego przyczepić. Still akcja mnie pochłania. Still obserwuję i czekam na więcej.
    I tak z ciekawości, ile zamierzacie jeszcze części z tego ukręcić?
  • Canulas miesiąc temu
    Nie, to inna wariatka. Mamy lekki zakrętas, musimy wyprostować.
    Dzięki, że sledzisz tekst (a nie np. nas.)
    Pozdrox
  • Ritha miesiąc temu
    Taa, inna wariatka. Wariatów Ci u nas dostatek :D
    Dzięki nimf, fajnie, ze still wsio.
    Pozdrówki :)
  • Ritha 3 tygodnie temu
    A, Nimf, ile czesc? Nie wiadomix. Duzo.
  • JamCi miesiąc temu
    Ciekawie nadal. Zaskakujące zakończenie. Troszkę inaczej pisane, niż poprzednie. Problemu z gubieniem się w postaciach nie ma, gdy dzielicie w ten sposób, albo się już jakoś w głowie osadziły. Czekam na następne. Nadrobiłam zaległosci, bo jak na chwilę człek wylezie z obiegu, to ma dwie części w plecy.
  • Ritha miesiąc temu
    JamCi, dzieki za wizyte, no inaczej, bo cus tak troszke w klarownosc pod kątem bohaterow uderzylismy, stad czesc nie rozlozona na różne ludky.
    Zobaczymy jak bedzie dalej.
    Pozdrówki :)
  • JamCi miesiąc temu
    Ritha i dobrze jest. Jaśniej :-)
  • Ritha miesiąc temu
    JamCi no to git! :)
  • JamCi miesiąc temu
    Ritha :-)
  • betti 3 tygodnie temu
    Świetny rozdział, może tak faktycznie lepiej, chociaż i wcześniej bez trudu można się było odnaleźć.

    Czyta się jednym tchem, to najważniejsze.
    Pozdrawiam.
  • Ritha 3 tygodnie temu
    No to fajny, żeś w koncu zadowolona :D To i ja zadowolonam. Wybrednyś czytelnik, dobrze, nie ma lekko.
    Pozdrawiam i ja
  • Canulas 3 tygodnie temu
    Planujemy wybrnąć niebawem z tej niedogodności. Ma być klarownie kto i co.
    Dziękować za wizytę
  • betti 3 tygodnie temu
    A później wystarczy tylko wysłać do dobrego wydawnictwa, chociaż już można wysłać, bo to trochę trwa.
  • Ritha 3 tygodnie temu
    Pomyślimy :)
  • betti 3 tygodnie temu
    W sensie jakiś rozdział, żeby zainteresować.
  • marok ponad tydzień temu
    Poziom podtrzymany. Nie ma co się rozwodzić, skromne gratulacje za świetne opowiadanie i oby jak najwięcej części :)
  • Ritha 3 dni temu
    Dzięki Marok! Sorka, umknął mi ten komentarz. Fajnie, że śledzisz :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania