Poeci - twórczość, migawki z ich życia (ciekawostki) oraz inspiracje

Artbook
3 miesiące temu
Zakładam wątek, który mam cichą nadzieję, będzie miejscem, do którego zajrzymy od czasu do czasu i zainspirujemy się twórczością różnych poetów. Tych dawnych jak i obecnych. To wątek o twórczości i życiu poetów. Wszelkie informacje, inspiracje i wiadomości w tym temacie mile widziane. Piszcie o wszystkim co Was poruszyło, wzruszyło i nadało kierunek w pisaniu wierszy i nie tylko ;-)
Na dobry początek wrzucam, coś, co trochę waży z racji już kilkudziesięciu lat:

Halina Poświatowska czyta swoje wiersze:

Zaciekawiony
3 miesiące temu
Tuwim zaczął swoją karierę od skandalu, zupełnie zresztą nieoczekiwanego. Napisał rimbaudowski w stylu wiersz "Wiosna", który przeciwstawia tradycyjne wyobrażenia wesołej pory, podczas której można pójść na spacer do parku, z czysto organicznym wzbudzeniem pożądania i zwierzęcą chucią budzącą się do aktywności wraz z pierwszymi listkami. W jego wierszu "samice" dają się zgwałcić, aby rodzić bękarty. Całość miała trochę turpistyczny charakter, ale bez użycia wulgaryzmów, i wydawała się celować w odarcie wiosny z romantycznych wyobrażeń, w pokazywanie podskórnego ciśnienia tętniącego w tej młodej zieloności.

No i dostało mu się za to. Dla kontekstu - Tuwim był w tym czasie studentem polonistyki na UW, był to marzec 1918, gdy ważyły się jeszcze losy Polski jako niezależnego państwa, toteż jedni już dążyli do odbudowy polskiej kultury, a drudzy wykazywali zachowawczą uległość wobec zaborcy., na dodatek krytycy szybko wyłapali jego żydowskie pochodzenie.

Pierwsze zarzuty dotyczyły więc rozwydrzonej, porzucającej tradycję, niewychowanej młodzieży. Tuwima uznano za symbol zepsutego pokolenia, a jego samego oskarżono o szerzenie pornografii, deprawację panienek i kliniczną manię na temat seksu. Potem odezwały się głosy oburzenia w związku z tym, że pismo w jakim wiersz się ukazał było częściowo finansowane przez uniwersytet; toteż niechętni szkolnictwu w ogóle widzieli w tym świetną okazję aby zaatakować starych profesorów. Swoje dorzucali krytycy udziału Żydów w życiu kulturalnym, zaczęto wtedy po raz pierwszy urabiać prześmiewczy obraz Tuwima, jako plecącego w jidysz prymitywa, który udaje że jest Polakiem. W spór włączyły się czasopisma uległe wobec zaborców, twierdzące że tak wygląda ta młodzież walcząca o niepodległość kraju i w tym momencie wszyscy się rzucili na wszystkich, jakby tylko czekali na okazję aby sobie wzajemnie dowalić.

Gdy burze medialne troszkę ucichły, Tuwim wydał debiutancki tomik "Czyhając na Boga" i trochę chyba skorzystał z rozgłosu, uzyskując całkiem niezłą sprzedaż. Ponowna publikacja wiersza w drugim tomie poetyckim nie wywołała już podobnych reakcji, były to w polskiej literaturze inne czasy, podobnych sposobów szokowania próbowali w tym czasie już różni inni poeci.
Artbook
3 miesiące temu
Zaciekawiony to kawał dobrego nawiązania do tekstów Tuwima!

Nie miałem pojęcia, że tak rozpoczął swoją karierę. Kojarzę go z zupełnie innych tekstów, a tu proszę, taka sprawa ;-)

Fajnie, że o tym napisałeś. W zasadzie o to właśnie mi chodzi. Przedstawić tych "naszych" znanych i napisać o nich co nieco z innej strony. Często tej nie znanej.

Dzięki, Dobre i ciekawe informacje! :-)
Zaciekawiony
3 miesiące temu
Wielu poetów miało takie nieoczekiwane wyskoki. Gałczyński napisał kiedyś wiersz, będący ponoć zapisem majaków w delirce podczas odwyku, w którym z obrazu na ścianie wychodzi demoniczna wersja Czarnej Madonny i zaczyna gonić bohatera po całym szpitalu. Zgłaszano po tym skargi o obrazie uczuć religijnych.
JamCi
3 miesiące temu
Jeśli chodzi o Poświatowska, to jest wspaniałe źródło: Opowieść dla przyjaciela. Jej książka autobiograficzna. Nie ma fragmentów wybranych. Warto całość przeczytać. Pozwala bardzo dużo zrozumieć. Mam ja gdzieś w czeluściach, czytałam bardzo dawno, ale warto.
Enchanteuse
3 miesiące temu
Och, dziękuję Zaciekawionemu za ten niezwykle interesujący wtręt. I JamCi. Poświatowską mam na półce od niedawna i ma dla mnie wyjątkowe znaczenie. Myślę, że jej biografia mogłaby być interesująca.
JamCi
3 miesiące temu
Zciekawiony toż to wypisz wymaluj przebieg GB na Opowi :-)
No cóż, aż tak sie ludzie od tamtych czasów nie zmienili :-)

Poświatowską kocham od zawsze a książka jest warta przeczytania. Wiele wyjaśnia. I jest dobra sama w sobie.

Artbook interesujace nagranie. Nie znałam go.
Liv12365
3 miesiące temu
Mnie zainspirował esej naszej noblistki - Olgi Tokarczuk, który wygłosiła w Szwedzkiej Akademii na Sali Giełd. Tekst świetny, bo porusza wiele ważnych tematów i nieraz zapomnianych, jak sądzę.

Myślę, że każdy szanujący się autor i czytelnik powinien znać treść tego eseju ;)
Pozwólcie zatem, że w ramach tego wątku, przytoczę tu całość z strony:

https://www.tvn24.pl/kultura-styl,8/olga-tokarczuk-wyglosila-przemowe-noblowska,991401.html

Czuły narrator
"1. Pierwsze zdjęcie, jakie świadomie przeżyłam, to zdjęcie mojej matki, jeszcze zanim mnie urodziła. Zdjęcie jest niestety czarno-białe, przez co ginie wiele szczegółów, stając się zaledwie szarymi kształtami. Światło jest miękkie i deszczowe, chyba wiosenne i najpewniej sączy się przez okno, utrzymując pokój w ledwie zauważalnym blasku. Mama siedzi przy starym radiu, takim, które miało zielone oko i dwa pokrętła – jedno do regulowania głośności, drugie do wyszukiwania stacji. To radio stało się potem towarzyszem mojego dzieciństwa i z niego dowiedziałam się o istnieniu kosmosu. Kręcenie ebonitową gałką przesuwało delikatne czułki anten i w ich zasięg trafiały rozmaite stacje – Warszawa, Londyn, Luksemburg albo Paryż. Czasami jednak dźwięk zamierał, jakby pomiędzy Pragą a Nowym Jorkiem, Moskwą a Madrytem czułki anteny natrafiały na czarne dziury. Wtedy przechodził mnie dreszcz. Wierzyłam, że poprzez to radio odzywają się do mnie inne układy słoneczne i galaktyki, które wśród trzasków i szumów wysyłają mi wiadomości, a ja nie umiem ich rozszyfrować. Wpatrując się w to zdjęcie jako kilkuletnia dziewczynka byłam przekonana, że mama szukała mnie, kręcąc gałką radia. Niczym czuły radar penetrowała nieskończone obszary kosmosu próbując dowiedzieć się, kiedy i skąd przybędę. Jej fryzura i ubiór (duży dekolt w łódkę) wskazują, kiedy zrobiono to zdjęcie – to początek lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Patrząca gdzieś poza kadr, nieco zgarbiona kobieta, widzi coś, co nie jest dostępne oglądającemu to zdjęcie. Jako dziecko rozumiałam to tak, że ona patrzy w czas. Na tym zdjęciu nic się nie dzieje, to fotografia stanu, nie procesu. Kobieta jest smutna, zamyślona, jakby nieobecna. Kiedy ją potem pytałam o ten smutek – a robiłam to wiele razy, żeby zawsze usłyszeć to samo – mama odpowiadała, że jest smutna, bo jeszcze się nie urodziłam, a ona już do mnie tęskni. - Jak możesz do mnie tęsknić, skoro mnie jeszcze nie ma? – pytałam. Wiedziałam już, że tęskni się za kimś, kogo się utraciło, że tęsknota jest efektem straty. - Ale może też być odwrotnie – odpowiadała. – Jeżeli się do kogoś tęskni, to on już jest. Ta krótka wymiana zdań gdzieś na zachodniej polskiej prowincji pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku, wymiana zdań między moją mamą i mną, jej małym dzieckiem, utkwiła mi na zawsze w pamięci i dała zapas mocy na całe życie. Wyniosła bowiem moje istnienie poza zwyczajną materialność świata i przypadkowość, poza przyczynę i skutek oraz prawa prawdopodobieństwa. Umieściła je niejako poza czasem, w słodkim pobliżu wieczności. Zrozumiałam moim dziecięcym umysłem, że jest mnie więcej niż sobie do tej pory wyobrażałam. I nawet, jeżeli powiem: "Jestem nieobecna", to i tak na pierwszym miejscu znajduje się: "Jestem" – najważniejsze i najdziwniejsze słowo świata. W ten sposób niereligijna młoda kobieta, moja mama, dała mi coś, co kiedyś nazywano duszą, a więc wyposażyła w najlepszego na świecie czułego narratora.
2. Świat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach informacji, dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot. Dziś zasięg pracy tych krosien jest ogromny – za sprawą Internetu prawie każdy może brać udział w tym procesie, odpowiedzialnie i nieodpowiedzialnie, z miłością i nienawiścią, ku dobru i ku złu, dla życia i dla śmierci. Kiedy zmienia się ta opowieść – zmienia się świat. W tym sensie świat jest stworzony ze słów. To, jak myślimy o świecie i – co chyba ważniejsze – jak o nim opowiadamy, ma więc olbrzymie znaczenie. Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera. Wiedzą o tym bardzo dobrze nie tylko historycy, ale także (a może przede wszystkim) wszelkiej maści politycy i tyrani. Ten, kto ma i snuje opowieść – rządzi. Dziś problem polega – zdaje się – na tym, że nie mamy jeszcze gotowych narracji nie tylko na przyszłość, ale nawet na konkretne "teraz", na ultraszybkie przemiany dzisiejszego świata. Brakuje nam języka, brakuje punktów widzenia, metafor, mitów i nowych baśni. Jesteśmy za to świadkami, jak te nieprzystające, zardzewiałe i anachroniczne stare narracje próbuje się wprzęgnąć do wizji przyszłości, może wychodząc z założenia, że lepsze stare coś niż nowe nic, albo próbując w ten sposób poradzić sobie z ograniczeniem własnych horyzontów. Jednym słowem – brakuje nam nowych sposobów opowiadania o świecie. Żyjemy w rzeczywistości wielogłosowych narracji pierwszoosobowych i zewsząd dochodzi nas wielogłosowy szum. Mówiąc "pierwszoosobowe" mam na myśli ten rodzaj opowieści, który zatacza wąskie kręgi wokół "ja" twórcy, piszącego mniej lub bardziej wprost tylko o sobie i poprzez siebie. Uznaliśmy, że ten rodzaj zindywidualizowanego punktu widzenia, głos z "ja", jest najbardziej naturalny, ludzki, uczciwy, nawet jeżeli rezygnuje z szerszej perspektywy. Opowiadać w tak rozumianej pierwszej osobie to tkać absolutnie niepowtarzalny wzór, jedyny w swoim rodzaju, to mieć jako jednostka poczucie autonomii, być świadomym siebie i swojego losu. To jednak znaczy także budować opozycję: "ja" i "świat", a ta bywa alienująca. Myślę, że narracja prowadzona w pierwszej osobie jest bardzo charakterystyczna dla współczesnej optyki, w której jednostka pełni rolę subiektywnego centrum świata. Cywilizacja Zachodu jest w dużej mierze zbudowana i oparta właśnie na owym odkryciu "ja", które stanowi jedną z najważniejszych miar rzeczywistości. Człowiek jest tu głównym aktorem, a jego osąd – mimo, że jeden z wielu – traktowany jest zawsze z uwagą i powagą. Opowieść snuta w pierwszej osobie wydaje się być jednym z największych odkryć cywilizacji ludzkiej, jest czytana z namaszczeniem i darzona zaufaniem. Ten rodzaj opowieści, kiedy widzimy świat oczami jakiegoś "ja" i słuchamy świata w jego imieniu, buduje więź z narratorem jak żaden inny i każe postawić się w jego niepowtarzalnej pozycji. Nie da się przecenić tego, co pierwszoosobowa narracja zrobiła dla literatury i w ogóle dla ludzkiej cywilizacji – przerobiła opowieść o świecie jako miejscu działań herosów czy bóstw, na które nie mamy wpływu, na naszą indywidualną historię i oddała scenę ludziom takim samym jak my. Na dodatek, z takimi samymi jak my łatwo się zidentyfikować, dzięki czemu pomiędzy narratorem opowieści a czytelnikiem czy słuchaczem rodzi się emocjonalne porozumienie, bazujące na empatii. Ta zaś ze swej natury zbliża i niweluje granice – bardzo łatwo jest zatrzeć w powieści granice między "ja" narratora i "ja" czytelnika, a powieść, która "wciąga" wręcz liczy na to, że granica ta zostanie zniesiona i unieważniona, i to czytelnik, dzięki empatii, stanie się na jakiś czas narratorem. Literatura stała się więc polem wymiany doświadczeń, agorą, gdzie każdy może opowiedzieć swój własny los albo dać głos swojemu alter ego. Jest to przy tym przestrzeń demokratyczna – każdy może się wypowiedzieć, każdy może też dokonać kreacji "głosu, który mówi". Chyba jeszcze nigdy w historii człowieka tak wielu ludzi nie zajmowało się pisaniem i opowiadaniem. Wystarczy spojrzeć na pierwsze z brzegu statystyki. Kiedy odwiedzam targi książki, widzę jak wiele wydawanych książek dotyczy właśnie tego – autorskiego ja. Instynkt ekspresji – może równie silny, jak inne instynkty, które projektują nasze życie – najpełniej objawia się w sztuce. Chcemy być zauważeni, chcemy poczuć się wyjątkowi. Narracje typu: "Opowiem ci moją historię", "Opowiem ci historię mojej rodziny", ewentualnie "Opowiem ci, gdzie byłam" to dziś najpopularniejsze gatunki literackie. Jest to fenomen na wielką skalę także i dlatego, że dzisiaj powszechnie potrafimy posługiwać się pismem i wielu ludzi osiąga tę kiedyś zastrzeżoną dla nielicznych umiejętność wyrażenia siebie samego w słowie i opowieści. Paradoksalnie jednak wygląda to na chór złożony z samych solistów – głosy nakładają się na siebie, rywalizują o uwagę, poruszają po podobnych traktach, ostatecznie wzajemnie się zagłuszając. Wiemy o nich wszystko, jesteśmy w stanie utożsamić się z nimi i przeżyć ich życie jak swoje. Mimo to jednak doświadczenie czytelnicze zaskakująco często jest niekompletne i rozczarowujące, bo okazuje się, że ekspresja autorskiego "ja" nie daje gwarancji uniwersalności. Czego nam brakuje, to – jak się zdaje – paraboliczny wymiar opowieści. Bohater paraboli jest bowiem zarazem sobą, człowiekiem żyjącym w określonych warunkach historycznych czy geograficznych, a jednocześnie wykracza daleko poza ten konkret, stając się Każdym i Wszędzie. Kiedy czytelnik śledzi czyjąś historię opisaną w powieści, może utożsamiać się z losem opisywanej postaci i rozważać jej sytuację jak swoją, w paraboli zaś musi zrezygnować zupełnie ze swojej odrębności i stać się tym Każdym. W tym wymagającym psychologicznie zabiegu parabola, znajdując dla różnych losów wspólny mianownik, uniwersalizuje nasze doświadczenie, a jej niedostateczna obecność jest świadectwem bezradności. Być może, żeby nie utonąć w wielości tytułów i nazwisk zaczęliśmy dzielić ogromne lewiatanowe ciało literatury na gatunki, które traktujemy jak dziedziny w sporcie, a pisarzy i pisarki jak wyspecjalizowanych zawodników. Ogólne skomercjalizowanie rynku literackiego doprowadziło do podziału na branże – odtąd odbywają się targi i festiwale literatury takiej czy siakiej, zupełnie osobno, tworząc klientelę czytelników, którzy chętnie zatrzaskują się w kryminale, fantasy czy science-fiction. Cechą szczególną tej sytuacji jest, że to, co miało jedynie pomóc księgarzom i bibliotekarzom w uporządkowaniu na półkach ogromu wydawanych książek, a czytelnikom pomagało zorientować się w wielkości oferty, stało się abstrakcyjnymi kategoriami, w które już nie tylko wrzuca się zaistniałe dzieło, ale według których zaczynają pisać sami pisarze. Coraz częściej gatunkowe dzieło przypomina foremkę do ciasta, która produkuje bardzo podobne rezultaty, ich przewidywalność uważana jest za cnotę, ich banalność za osiągnięcie. Czytelnik wie, czego ma się spodziewać i dostaje dokładnie to, co chciał. Zawsze intuicyjnie byłam przeciwko takim porządkom, ponieważ prowadzą one do ograniczania wolności pisarskiej, do niechęci wobec eksperymentu i transgresji, która jest istotną cechą tworzenia w ogóle. I zupełnie wykluczają z procesu twórczego wszelką ekscentryczność, bez której nie ma sztuki. Dobra książka nie musi się opowiadać za swoją gatunkową przynależnością. Podział na gatunki jest wynikiem skomercjalizowania całej literatury i efektem traktowania jej jako produktu do sprzedaży z całą filozofią brandu, targetu i tym podobnych wynalazków współczesnego kapitalizmu. Możemy mieć dziś wielką satysfakcję, że jesteśmy świadkami powstania nowego sposobu opowiadania świata, jaki niesie ze sobą serial filmowy, a którego ukrytym zadaniem jest wprowadzić nas w trans. Oczywiście ten sposób opowiadania istniał już w mitach i opowieściach homeryckich, a Herkules, Achilles czy Odyseusz to bez wątpienia pierwsi serialowi bohaterowie. Jednak nigdy wcześniej nie zagarnął on dla siebie tak dużo przestrzeni i nie wpływał tak istotnie na zbiorową wyobraźnię. Pierwsze dwie dekady XXI wieku z pewnością należą do seriali. Ich wpływ na sposoby opowiadania (i przez to też rozumienia) świata jest rewolucyjny. Serial w dzisiejszej postaci nie tylko rozciągnął uczestniczenie w narracji w obrębie czasu, generując jego różne tempa, odnogi i aspekty, ale wniósł także swoje nowe porządki. Ponieważ w wielu przypadkach jego zadaniem jest utrzymanie uwagi widza jak najdłużej – narracja serialowa mnoży wątki, splatając je ze sobą w najbardziej nieprawdopodobny sposób tak bardzo, iż w obliczu bezradności sięga się nawet po stary zabieg narracyjny, skompromitowany kiedyś przez klasyczną operę: "deus ex machina". Wymyślając kolejne odcinki często zmienia się całą psychologię postaci ad hoc, żeby lepiej pasowała do pojawiających się wydarzeń. Postać łagodna i pełna rezerwy na początku zmienia się pod koniec w mściwą i gwałtowną, postać drugoplanowa staje się pierwszoplanową, zaś główny bohater, do której zdążyliśmy się już przywiązać, traci znaczenie lub wręcz znika ku naszej największej konsternacji. Potencjalne zaistnienie kolejnego sezonu stwarza konieczność otwartych zakończeń, w których nie ma szans pojawić się i wybrzmieć do końca owo tajemnicze katharsis, które było przeżyciem wewnętrznej przemiany, spełnienia się, satysfakcją z uczestniczenia w akcie opowieści. Taki rodzaj komplikowania i niekończenia, ciągłego odraczania nagrody, jaką jest katharsis, uzależnia i hipnotyzuje. Fabula interrupta wymyślona dawno temu i znana z opowieści Szeherezady powróciła w serialach w wielkim stylu, zmieniając naszą wrażliwość i niosąc przedziwne psychologiczne skutki, odrywając nas od własnego życia i hipnotyzując niczym używka. Jednocześnie serial wpisuje się w nowy, rozwlekły i nieuporządkowany rytm świata, w jego chaotyczną komunikację, jego niestałość i płynność. Ta forma opowieści chyba najbardziej twórczo szuka dziś nowej formuły. W tym sensie odbywa się w serialu poważna praca nad narracjami przyszłości, nad dopasowaniem opowieści do nowej rzeczywistości. Lecz nade wszystko żyjemy w świecie natłoku informacji sprzecznych ze sobą, wzajemnie się wykluczających, walczących na kły i pazury. Nasi przodkowie wierzyli, że dostęp do wiedzy przyniesie ludziom nie tylko szczęście, dobrobyt, zdrowie i bogactwo, ale stworzy społeczeństwo równe i sprawiedliwe. To, czego według nich brakowało światu to była powszechna mądrość, płynąca z wiedzy. Jan Amos Komenski, wielki pedagog XVII wieku, ukuł termin "pansofia", w którym zawarł idee możliwej omniscjencji, wiedzy uniwersalnej, która pomieści w sobie wszelkie możliwe poznanie. Było to także i przede wszystkim marzenie o wiedzy dostępnej każdemu. Czyż dostęp do informacji o świecie nie zmieni niepiśmiennego chłopa w refleksyjną jednostkę świadomą siebie i świata? Czy wiedza na wyciągnięcie ręki nie sprawi, że ludzie staną się rozważni i mądrze pokierują swoim życiem? Kiedy powstał Internet wydawało się, że idee te będą wreszcie mogły zrealizować się w sposób totalny. Wikipedia, którą podziwiam i wspieram, mogłaby wydać się Komenskiemu, podobnie jak wielu myślicielom tego nurtu, spełnieniem marzeń ludzkości – oto tworzymy i otrzymujemy ogromny zasób wiedzy nieustannie uzupełnianej, odświeżanej i demokratycznie dostępnej, praktycznie z każdego miejsca na Ziemi. Spełnione marzenia często nas rozczarowują. Okazało się, że nie jesteśmy w stanie unieść tego ogromu informacji, która zamiast jednoczyć, uogólniać i uwalniać – różnicuje, dzieli, zamyka w bańkach, tworzy wielość opowieści nieprzystających do siebie albo wręcz wrogich sobie, antagonizujących. Na dodatek Internet, poddany zupełnie bez refleksji procesom rynkowym i oddany graczom-monopolistom, steruje gigantycznymi ilościami danych, które wykorzystywane są całkiem nie "pansoficznie", ku szerokiemu dostępowi do wiedzy, ale przeciwnie, służąc przede wszystkim programowaniu zachowań użytkowników, czego dowiedzieliśmy się po aferze Cambridge Analytica. Zamiast usłyszeć harmonię świata, usłyszeliśmy kakofonię dźwięków, szum nie do zniesienia, w którym rozpaczliwie próbujemy dosłuchać się jakiejś najcichszej melodii, najsłabszego chociaż rytmu. Parafraza szekspirowskiego cytatu jak nigdy pasuje dzisiaj do tej kakofonicznej rzeczywistości: Internet to coraz częściej opowieść idioty pełna wściekłości i wrzasku. Także badania politologów przeczą niestety intuicjom Jana Amosa Komenskiego, opartych na przekonaniu, że im więcej powszechnie dostępnej wiedzy o świecie, tym politycy bardziej posługują się rozsądkiem i podejmują rozważne decyzje. Wygląda na to, że wcale nie jest to taka prosta sprawa. Wiedza może przytłaczać, a jej skomplikowanie i niejednoznaczność, powoduje powstawanie rożnego rodzaju mechanizmów obronnych – od zaprzeczenia i wyparcia, aż po ucieczkę w proste zasady myślenia upraszczającego, ideologicznego, partyjnego. Kategoria fake newsów i fake upów stawia nowe pytania o to, czym jest fikcja. Czytelnicy, którzy wiele razy dali się oszukać, zdezinformować czy wyprowadzić w pole, nabierają powoli specyficznej nerwicowej idiosynkrazji. Reakcją na takie zmęczenie fikcją może być ogromny sukces literatury non-fiction, która w tym wielkim chaosie informacyjnym krzyczy ponad naszymi głowami: "Opowiadam wam prawdę, tylko prawdę". "Moja opowieść oparta jest na faktach!". Fikcja straciła zaufanie czytelników, odkąd kłamstwo stało się niebezpieczną bronią masowego rażenia, nawet jeśli wciąż pozostaje prymitywnym narzędziem. Nader często spotykam się z tym pełnym niedowierzania pytaniem: "Czy to prawda, co pani napisała?" Za każdym razem mam wtedy wrażenie, że wieszczy ono koniec literatury. To niewinne z punktu widzenia czytelnika pytanie, dla pisarskich uszu brzmi naprawdę apokaliptycznie. Cóż mam odpowiedzieć? Jak wytłumaczyć ontologiczny status Hansa Castorpa, Anny Kareniny czy Misia Puchatka? Uważam tego typu czytelniczą ciekawość za cywilizacyjny regres. To upośledzenie umiejętności wielowymiarowego (konkretnego, historycznego, ale i symbolicznego, i mitycznego) uczestniczenia w łańcuchu wydarzeń zwanym naszym życiem. Życie tworzą wydarzenia, lecz dopiero wtedy, gdy potrafimy je zinterpretować, próbować zrozumieć i nadać im sens, zamieniają się one w doświadczenie. Wydarzenia są faktami, ale doświadczenie jest czymś niewyrażalnie innym. To ono, nie zaś wydarzenie, jest materią naszego życia. Doświadczenie jest faktem poddanym interpretacji i umieszczonym w pamięci. Odwołuje się także do pewnej podstawy, jaką mamy w umyśle, do głębokiej struktury znaczeń, na której potrafimy rozpiąć nasze własne życie i przyjrzeć mu się dokładnie. Wierzę, że rolę takiej struktury pełni mit. Mit jak wiadomo nigdy się nie wydarzył, ale dzieje się zawsze. Dziś działa już nie tylko poprzez przygody antycznych herosów, ale przenika do wszechobecnych i jak najbardziej popularnych opowieści współczesnego kina, gier, literatury. Życie mieszkańców Olimpu przeniosło się do Dynastii, a heroiczne czyny bohaterów obsługuje Lara Croft. W tym gorącym podziale na prawdę i fałsz opowieść o naszym doświadczeniu, jaką tworzy literatura, ma swój własny wymiar. Nigdy specjalnie nie entuzjazmowałam się prostym rozgraniczeniem na fiction i non-fiction, chyba, że uznamy je tylko za deklaratywne i uznaniowe. W morzu wielu definicji fikcji, najbardziej podoba mi się ta, która jest jednocześnie najstarsza i pochodzi od Arystotelesa. Fikcja jest zawsze jakimś rodzajem prawdy. Do przekonania trafia mi też rozróżnienie relacji wobec fabuły, której dokonał pisarz i eseista Edward Morgan Forster. Pisał on, że kiedy mówimy "Umarł mąż, a potem umarła żona" – to jest to relacja. Kiedy zaś mówimy "Umarł mąż, a potem ze smutku umarła żona" – to mamy fikcję. Każde fabularyzowanie jest przejściem od pytania – "Co było potem?" do próby jego zrozumienia opartym na naszym ludzkim doświadczeniu: "Dlaczego tak się stało?" Literatura zaczyna się od owego "Dlaczego?", nawet jeśli mielibyśmy na to pytanie odpowiadać bez przerwy zwyczajnym: "Nie wiem". Literatura stawia więc pytania, na które nie da się odpowiedzieć przy pomocy Wikipedii, wykracza bowiem poza same fakty i wydarzenia, odwołując się bezpośrednio do naszego ich doświadczania. Możliwe jest jednak, że powieść i literatura w ogóle stają się na naszych oczach czymś zgoła marginalnym wobec innych sposobów narracji. Że waga obrazu i nowych form bezpośredniego przekazywania doświadczenia – kina, fotografii, virtual reality i augmented reality – stanie się poważną alternatywą dla tradycyjnego czytania. Czytanie jest dość skomplikowanym psychologicznym procesem percepcji. Upraszczając: Najpierw najbardziej nieuchwytna treść jest konceptualizowana i werbalizowana, zamieniana w znaki i symbole, a potem następuje jej "odkodowanie" na powrót z języka na doświadczenie. Wymaga to pewnej kompetencji intelektualnej. A przede wszystkim wymaga uwagi i skupienia, umiejętności coraz rzadszych w dzisiejszym skrajnie rozpraszającym świecie. Ludzkość przeszła długą drogę w sposobach przekazywania i współdzielenia własnego doświadczenia, od oralności, zdanej na żywe słowo i ludzką pamięć, po rewolucję Gutenberga, kiedy opowieść została powszechnie zapośredniczona przez pismo i w ten sposób utrwalona i skodyfikowana oraz możliwa do powielania bez zmian. Największym osiągnięciem tej zmiany był moment, w którym myślenie jako takie utożsamiliśmy z pismem, czyli konkretnym sposobem używania idei, kategorii czy symboli. Dziś – to jasne – stoimy w obliczu podobnie znamiennej rewolucji, kiedy doświadczenie może być przekazywane bezpośrednio, bez pomocy słowa drukowanego. Nie ma już potrzeby prowadzić dziennika podróży, kiedy można fotografować i wysyłać te fotografie za pomocą portali społecznościowych w świat, zaraz i każdemu. Nie ma potrzeby pisać list, skoro łatwiej jest zadzwonić. Po co czytać grube powieści, skoro można zanurzyć się w serialu? Zamiast wyjść na miasto, żeby rozerwać się przyjaciółmi, lepiej zagrać w grę. Sięgnąć po autobiografię? Nie ma sensu, skoro śledzę życie celebrytów na Instagramie i wiem o nich wszystko. To już nawet nie obraz jest dzisiaj największym przeciwnikiem tekstu, jak myśleliśmy jeszcze w XX wieku, martwiąc się wpływem kina i telewizji. To zupełnie inny wymiar doświadczania świata – oddziaływujący bezpośrednio na nasze zmysły.
3. Nie chcę szkicować tu jakiejś całościowej wizji kryzysu opowieści o świecie. Często jednak doskwiera mi poczucie, że światu czegoś brakuje. Że doświadczając go przez szyby ekranów, przez aplikacje, staje się jakiś nierealny, daleki, dwuwymiarowy, dziwnie nieokreślony, mimo że dotarcie do każdej konkretnej informacji jest zdumiewająco łatwe. Męczące "ktoś", "coś", "gdzieś", "kiedyś" może dziś być bardziej niebezpieczne niż wygłaszane z absolutną pewnością bardzo konkretne i określone idee – ziemia jest plaska, szczepionki zabijają, ocieplenie klimatyczne jest bzdurą, a demokracja w wielu krajach nie jest zagrożona. "Gdzieś" toną jacyś ludzie, próbujący przeprawić się przez morze. "Gdzieś" od "jakiegoś" czasu trwa "jakaś" wojna. W natłoku informacji pojedyncze przekazy tracą kontury, rozwiewają się w naszej pamięci i stają się nierealne, znikają. Zalew obrazów przemocy, głupoty, okrucieństwa, mowy nienawiści, rozpaczliwie równoważone są przez wszelkie "dobre wiadomości", ale nie są one w stanie ujarzmić dojmującego wrażenia, które trudno jest nawet zwerbalizować: Coś jest ze światem nie tak. To poczucie, zarezerwowane kiedyś tylko dla neurotycznych poetów, dziś staje się epidemią nieokreśloności, sączącym się zewsząd niepokojem. Literatura jest jedną z niewielu dziedzin, które próbują nas przytrzymać przy konkrecie świata, ponieważ ze swej natury jest zawsze "psychologiczna". Skupia się bowiem na wewnętrznych racjach i motywach postaci, ujawnia ich doświadczenie w żaden inny sposób niedostępne dla drugiego człowieka lub zwyczajnie prowokuje Czytelnika do psychologicznej interpretacji ich zachowań. Tylko literatura jest w stanie pozwolić nam wejść głęboko w życie drugiej istoty, rozumieć jej racje, dzielić jej uczucia, przeżyć jej los. Opowieść zawsze zatacza kręgi wokół sensu. Nawet jeżeli nie wyraża tego wprost, nawet kiedy programowo odżegnuje się od poszukiwania znaczenia, skupiając się na formie, na eksperymencie, kiedy dokonuje formalnej rebelii, poszukując nowych środków wyrazu. Czytając nawet najbardziej behawiorystycznie i oszczędnie napisaną opowieść, nie potrafimy powstrzymać się od pytań: "Dlaczego tak się dzieje?", „Co to znaczy?”, "Jaki jest tego sens?", "Do czego to prowadzi?" Możliwe jest nawet, że nasz umysł wyewoluował ku opowieści jako procesowi nadawania sensu milionom bodźców, które nas otaczają i nawet podczas snu wciąż bezustannie i niezmordowanie snuje swoje narracje. Opowieść jest więc porządkowaniem w czasie nieskończonej ilości informacji, ustalając ich związki z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, odkrywaniem ich powtarzalności i układaniem ich w kategoriach przyczyny i skutku. Biorą w tej pracy udział i rozum, i emocje. Nic dziwnego, że jednym z najwcześniejszych odkryć dokonanych przez opowieści, było fatum, które oprócz tego, że jawiło się zawsze ludziom jako przerażające i nieludzkie, wprowadzało jednak w rzeczywistość porządek i niezmienność.
4. Szanowni Państwo. Kobieta ze zdjęcia, moja mama, która tęskniła do mnie, choć mnie jeszcze było, kilka lat później czytała mi bajki. W jednej z nich, autorstwa Hansa Christiana Andersena, wyrzucony na śmietnik imbryk skarżył się, że okrutnie został potraktowany przez ludzi – pozbyli się go, gdy tylko oberwało mu się ucho. A przecież mógłby jeszcze im służyć, gdyby ludzie nie byli tacy perfekcyjni i wymagający. Wtórowały mu inne popsute przedmioty, snując prawdziwie epickie opowieści ze swojego małego przedmiotowego życia. Będąc dzieckiem słuchałam tej bajki z wypiekami na twarzy i ze łzami w oczach, bo wierzyłam głęboko, że przedmioty mają swoje problemy, uczucia i nawet jakieś życie społeczne, całkiem porównywalne do naszego, ludzkiego. Talerze w kredensie mogły ze sobą rozmawiać, sztućce w szufladzie stanowiły coś w rodzaju rodziny. Podobnie zwierzęta były tajemniczymi, mądrymi i samoświadomymi istotami, z którymi łączyła nas od zawsze duchowa więź i głębokie podobieństwo. Ale i rzeki, lasy, drogi także miały swój byt – były żywymi istotami, które mapują naszą przestrzeń i budują poczucie przynależności, tajemniczy Raumgeist. Żywy był też krajobraz, który nas otaczał, i Słońce i Księżyc i wszystkie ciała niebieskie. Cały widzialny i niewidzialny świat. Kiedy zaczęłam w to wątpić? Poszukuję w swoim życiu jakiegoś momentu, w którym jak za sprawą jednego kliknięcia, wszystko stało się inne, mniej zniuansowane, prostsze. Szept świata umilkł, zastąpiły go hałasy miasta, szmer komputerów, grzmot przelatujących nad głową samolotów i męczący biały szum oceanów informacji. Od jakiegoś momentu w swoim życiu zaczynamy widzieć świat we fragmentach, wszystko osobno, w kawałkach odległych od siebie niczym galaktyki, a rzeczywistość, w jakiej żyjemy w tym nas upewnia: lekarze leczą nas według specjalności, podatki nie mają związku z odśnieżaniem drogi, którą jeździmy do pracy, obiad nijak się ma do wielkich ferm hodowlanych, a nowa bluzka do obskurnych fabryk gdzieś w Azji. Wszystko jest od siebie oddzielone, żyje osobno, bez związku. Żeby łatwiej nam było to znieść dostajemy numery, identyfikatory, karty, toporne plastikowe tożsamości, które próbują nas zredukować do użytkowania jakiejś jednej cząstki tej całości, którą przestaliśmy już dostrzegać. Świat umiera, a my nawet tego nie zauważamy. Nie zauważamy, że świat staje się zbiorem rzeczy i wydarzeń, martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni, miotani czyimiś decyzjami, zniewoleni niezrozumiałym fatum, poczuciem bycia igraszką wielkich sił historii czy przypadku. Nasza duchowość zanika albo staje się powierzchowna i rytualna. Albo po prostu stajemy się wyznawcami prostych sił – fizycznych, społecznych, ekonomicznych, które poruszają nami jakbyśmy byli zombie. I w takim świecie rzeczywiście jesteśmy zombie. Dlatego tęsknię do tamtego świata od imbryka.
5. Całe życie fascynują mnie wzajemne sieci powiązań i wpływów, których najczęściej nie jesteśmy świadomi, lecz odkrywamy je przypadkiem, jako zadziwiające zbiegi okoliczności, zbieżności losu, te wszystkie mosty, śruby, spawy i łączniki, które śledziłam w "Biegunach". Fascynuje mnie kojarzenie faktów, szukanie porządków. W gruncie rzeczy – jestem o tym przekonana – pisarski umysł jest umysłem syntetycznym, który z uporem zbiera wszystkie okruchy, próbując z nich na nowo skleić uniwersum całości. Jak pisać, jak konstruować swoją opowieść, żeby umiała unieść tę wielką konstelacyjną formę świata? Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest możliwy powrót do takiej opowieści o świecie, jaką znamy z mitów, baśni i legend, kiedy przekazywana sobie z ust do ust utrzymywała świat w istnieniu. Dziś ta opowieść musiałaby być dużo bardziej wielowymiarowa i skomplikowana. Wiemy przecież rzeczywiście o wiele więcej, znamy niesamowite powiązania rzeczy pozornie odległych. Przyjrzyjmy się pewnemu momentowi w historii świata. Jest to dzień, kiedy od nabrzeża portu Palos w Hiszpanii, 3 sierpnia 1492 roku, odbija nieduża karawela o nazwie "Santa Maria". Dowodzi nią Krzysztof Kolumb. Świeci słońce, po nabrzeżu kręcą się jeszcze marynarze, a robotnicy portowi ładują na statek ostatnie skrzynie z prowiantem. Jest gorąco, ale wiejący z zachodu lekki wietrzyk, ratuje żegnające rodziny przed zasłabnięciem. Mewy przechadzają się uroczyście po rampie, uważnie śledząc poczynania człowieka. Ten moment, który teraz widzimy poprzez czas, doprowadził do śmierci 56 milionów z blisko 60 milionów rdzennych Amerykanów. Ich populacja stanowiła wtedy około 10 procent całej ludności ziemi. Europejczycy nieświadomie przywieźli ze sobą śmiertelne prezenty – choroby i bakterie, na które rodowici mieszkańcy Ameryki nie byli odporni. Do tego doszło bezpardonowe niewolenie i zabijanie. Zagłada trwała lata i zmieniła kraj. Tam, gdzie kiedyś rosła fasola i kukurydza, ziemniaki i pomidory, na nawadnianych w wyrafinowany sposób polach uprawnych, wróciła dzika roślinność. Prawie sześćdziesiąt milionów hektarów uprawnej ziemi z biegiem lat zamieniło się w dżunglę. Roślinność regenerując się, pochłonęła ogromne ilości dwutlenku węgla, przez co osłabł efekt cieplarniany. To zaś obniżyło globalną temperaturę Ziemi. Jest to jedna z wielu naukowych hipotez wyjaśniających nastanie małej epoki lodowej w Europie, która pod koniec XVI wieku przyniosła długotrwałe ochłodzenie klimatu. Mała epoka lodowa odmieniła gospodarkę Europy. W ciągu następnych dekad mroźne i długie zimy, chłodne lata i intensywne opady zmniejszyły wydajność tradycyjnych form rolnictwa. W Europie Zachodniej małe rodzinne gospodarstwa produkujące żywność na własne potrzeby, okazały się niewydajne. Nastąpiły fale głodu i konieczność specjalizacji produkcji. Anglia czy Holandia najbardziej dotknięte ochłodzeniem, nie mogąc wiązać swej gospodarki z rolnictwem, zaczęły rozwijać handel i przemysł. Zagrożenie sztormami skłoniło Holendrów do osuszania polderów i przekształcania stref podmokłych i płytkich stref morskich w ląd. Przesunięcie na południe zasięgu występowania dorsza, katastrofalne dla Skandynawii, okazało się korzystne dla Anglii i Holandii – dzięki temu państwa te zaczęły wyrastać na potęgi morskie i handlowe. Znaczące ochłodzenie szczególnie dotkliwie było odczuwane w krajach skandynawskich. Urwała się łączność z zieloną Grenlandią i Islandią, surowe zimy zmniejszyły zbiory i zapanowały lata głodu i niedostatku. Szwecja zwróciła więc łakomy wzrok na południe wdając się w wojny z Polską (zwłaszcza, że zamarzł Bałtyk, przez co łatwo było się przezeń przeprawić armii) i angażując się w wojnę trzydziestoletnią w Europie. Wysiłki naukowców, próbujących lepiej rozumieć naszą rzeczywistość, ukazują ją jako wzajemnie spójną i gęsto powiązaną sieć wpływów. To już nie tylko słynny "efekt motyla", który jak wiemy polega na tym, że minimalne zmiany w warunkach początkowych jakiegoś procesu, mogą dać w przyszłości kolosalne i nieobliczalne rezultaty, ale nieskończona ilość motyli i ich skrzydeł, ciągle w ruchu. Potężna fala życia, która wędruje poprzez czas. Odkrycie "efektu motyla" kończy według mnie epokę niezachwianej ludzkiej wiary we własną swoją sprawczość, zdolność kontroli, a tym samym poczucie supremacji w świecie. Nie odbiera to człowiekowi jego mocy jako budowniczego, zdobywcy i wynalazcy, uzmysławia jednak, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż kiedykolwiek mogło się człowiekowi wydawać. I że jest on zaledwie małą cząstką tych procesów. Mamy coraz więcej dowodów na istnienie spektakularnych i czasem bardzo zaskakujących zależności w skali całego globu. Jesteśmy wszyscy – my, rośliny zwierzęta, przedmioty – zanurzeni w jednej przestrzeni, którą rządzą prawa fizyczne. Ta wspólna przestrzeń ma swój kształt, a prawa fizyczne rzeźbią w niej niepoliczalną ilość form nieustannie do siebie nawiązujących. Nasz układ krwionośny przypomina systemy dorzeczy rzek, budowa liścia jest podobna do systemów ludzkiej komunikacji, ruch galaktyk – wir spływającej wody w naszych umywalkach. Rozwój społeczeństw – kolonie bakterii. Mikro i makroskala ukazuje nieskończony system podobieństw. Nasza mowa, myślenie, twórczość nie są czymś abstrakcyjnym i oderwanym od świata, ale kontynuacją na innym poziomie jego nieustannych procesów przemiany.
6. Zastanawiam się tutaj cały czas, czy możliwe jest znalezienie dzisiaj podwalin pod nową opowieść uniwersalną, całościową, niewykluczającą, zakorzenioną w naturze, pełną kontekstów i jednocześnie zrozumiałą. Czy możliwa jest taka opowieść, która wyszłaby poza niekomunikatywne więzienie własnego "ja", odsłoniła większy obszar rzeczywistości i ukazała wzajemne związki? Która umiałaby się zdystansować od udeptanego oczywistego i banalnego centrum "powszechnie podzielanych opinii" i potrafiła spojrzeć na sprawy eks-centrycznie, spoza centrum? Cieszę się, że literatura cudownie zachowała sobie prawo do wszelkich dziwactw, do fantasmagorii, prowokacji, do groteski i wariactwa. Marzą mi się wysokie punkty widzenia i szerokie perspektywy, w których kontekst wykracza daleko poza to, czego moglibyśmy się spodziewać. Marzy mi się język, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję, marzy mi się metafora, która przekracza kulturowe różnice, i w końcu gatunek, który stanie się pojemny i transgresyjny, a jednocześnie ukochają go czytelnicy. Marzy mi się także nowy rodzaj narratora – "czwartoosobowego", który oczywiście nie sprowadza się tylko do jakiegoś konstruktu gramatycznego, ale potrafi zawrzeć w sobie zarówno perspektywę każdej z postaci, jak i umiejętność wykraczania poza horyzont każdej z nich, który widzi więcej i szerzej, który jest w stanie zignorować czas. O tak, jego istnienie jest możliwe. Czy zastanawialiście się kiedyś, kim jest ten cudowny opowiadacz, który w Biblii woła wielkim głosem: "Na początku było słowo"? Który opisuje stworzenie świata, jego pierwszy dzień, kiedy chaos został oddzielony od porządku? Który śledzi serial powstawania kosmosu? Który zna myśli Boga, zna jego wątpliwości i bez drżenia ręki stawia na papierze to niebywałe zdanie: "I uznał Bóg, że to było dobre". Kim jest to, które wie, co sądził Bóg? Wyjąwszy wszelkie wątpliwości teologiczne możemy uznać tę figurę tajemniczego i czułego narratora za cudowną i znamienną. To punkt, perspektywa, z której widzi się wszystko. Widzieć wszystko to uznać ostateczny fakt wzajemnego powiązania rzeczy istniejących w całość, nawet jeżeli te związki nie są jeszcze przez nas poznane. Widzieć wszystko oznacza też zupełnie inny rodzaj odpowiedzialności za świat, ponieważ staje się oczywiste, że każdy gest „tu” jest powiązany z gestem "tam", że decyzja podjęta w jednej części świata poskutkuje efektem w innej jego części, że rozróżnienie na "moje" i "twoje" zaczyna być dyskusyjne. Należałoby więc uczciwie opowiadać tak, żeby uruchomić w umyśle czytelnika zmysł całości, zdolność scalania fragmentów w jeden wzór, odkrywania w drobnicy zdarzeń całych konstelacji. Snuć historię, żeby było jasne, iż wszyscy i wszystko zanurzone jest w jednym wspólnym wyobrażeniu, które za każdym obrotem planety pieczołowicie produkujemy w naszych umysłach. Literatura ma taką moc. Musielibyśmy porzucić te nieskomplikowane kategorie wysokiej i niskiej literatury, popularnej i niszowej, z przymrużeniem oka potraktować podział na gatunki. Zrezygnować z określenia "literatury narodowe", wiedząc dobrze, że kosmos literatury jest jeden niczym idea unus mundus, wspólnej rzeczywistości psychicznej, w której jednoczy się nasze ludzkie doświadczenie, zaś Autor i Czytelnik pełnią równoważną rolę, pierwszy przez to, że tworzy, drugi zaś dzięki temu, że dokonuje nieustannej interpretacji. Może powinniśmy zaufać fragmentowi, jako że fragmenty tworzą konstelacje zdolne opisać więcej i w bardziej złożony sposób, wielowymiarowo. Nasze opowieści mogłyby się w nieskończony sposób odnosić do siebie, a ich bohaterowie wchodzić ze sobą w relacje. Myślę, że czeka nas przedefiniowanie tego, co rozumiemy dziś pod pojęciem realizmu, i poszukiwanie takiego, który pozwoliłby nam przekroczyć granice naszego ego i przeniknąć przez ten szybo-ekran, przez który widzimy świat. Potrzeba rzeczywistości jest dziś przecież obsługiwana przez media, portale społecznościowe, bezpośrednie relacje w internecie. Może to, co nieuchronnie nas czeka, to jakiś neosurrealizm, na nowo rozłożone punkty widzenia, które nie będą się bały zmierzyć z paradoksem i pójdą pod prąd wobec prostego porządku przyczynowo skutkowego. O, tak, nasza rzeczywistość już stała się surrealna. Jestem też pewna, że wiele opowieści domaga się przepisania w nowych intelektualnych kontekstach, inspirując się nowymi teoriami naukowymi. Ale równie ważne wydaje mi się ciągłe nawiązywanie do mitu i całego ludzkiego imaginarium. Taki powrót do zwartych struktur mitologii, mógłby przynieść jakieś poczucie stałości w tym niedookreśleniu, w którym dziś żyjemy. Wierzę, że mity stanowią budulec naszej psyche i nie da się ich zignorować (co najwyżej można być nieświadomym ich wpływu). Zapewne wkrótce pojawi się jakiś geniusz, który będzie mógł skonstruować zupełnie inną, niewyobrażalną dziś jeszcze narrację, w której zmieści się wszystko, co istotne. Taki sposób opowiadania z pewnością nas zmieni, porzucimy stare krepujące perspektywy i otworzymy się na nowe, które przecież istniały gdzieś tu zawsze, ale byliśmy na nie ślepi. W Doktorze Faustusie Tomasz Mann pisał o kompozytorze, który wymyślił nowy rodzaj totalnej muzyki będącej w stanie zmienić ludzkie myślenie. Ale Mann nie opisał tego, na czym miałaby polegać ta muzyka, stworzył tylko wyobrażenie, jak mogłaby ona brzmieć. Może właśnie na tym polega rola artystów – dać przedsmak tego, co mogłoby istnieć i w ten sposób sprawić, że mogłoby ono stać się wyobrażonym. A to, co wyobrażone, jest pierwszym stadium istnienia.
7. Piszę fikcję, ale nigdy nie jest to coś wyssanego z palca. Kiedy piszę, muszę wszystko czuć wewnątrz mnie samej. Muszę przepuścić przez siebie wszystkie istoty i przedmioty obecne w książce, wszystko, co ludzkie i poza ludzkie, żyjące i nieobdarzone życiem. Każdej rzeczy i osobie muszę przyjrzeć się z bliska, z największą powagą i uosobić je we mnie, spersonalizować. Do tego właśnie służy mi czułość – czułość jest bowiem sztuką uosabiania, współodczuwania, a więc nieustannego odnajdowania podobieństw. Tworzenie opowieści jest niekończącym się ożywianiem, nadawaniem istnienia tym wszystkim okruchom świata, jakimi są ludzkie doświadczenia, przeżyte sytuacje, wspomnienia. Czułość personalizuje to wszystko, do czego się odnosi, pozwala dać temu głos, dać przestrzeń i czas do zaistnienia, i ekspresji. To czułość sprawia, że imbryk zaczyna mówić. Czułość jest tą najskromniejszą odmianą miłości. To ten jej rodzaj, który nie pojawia się w pismach ani w ewangeliach, nikt na nią nie przysięga, nikt się nie powołuje. Nie ma swoich emblematów ani symboli, nie prowadzi do zbrodni ani zazdrości. Pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest "ja". Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna, wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest raczej świadomym, choć może trochę melancholijnym, współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu. Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący, i od siebie współzależny. Literatura jest właśnie zbudowana na czułości wobec każdego innego od nas bytu. To jest podstawowy psychologiczny mechanizm powieści. Dzięki temu cudownemu narzędziu, najbardziej wyrafinowanemu sposobowi ludzkiej komunikacji, nasze doświadczenie podróżuje poprzez czas i trafia do tych, którzy się jeszcze nie urodzili, a którzy kiedyś sięgną po to, co napisaliśmy, co opowiedzieliśmy o nas samych i o naszym świecie. Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądało ich życie, kim będą. Często o nich myślę z poczuciem winy i wstydu. Kryzys klimatyczny i polityczny, w którym dzisiaj próbujemy się odnaleźć i któremu pragniemy się przeciwstawić, ratując świat, nie wziął się znikąd. Często zapominamy, że nie jest to jakieś fatum i zrządzenie losu, ale rezultat bardzo konkretnych posunięć i decyzji ekonomicznych, społecznych i światopoglądowych (w tym religijnych). Chciwość, brak szacunku do natury, egoizm, brak wyobraźni, niekończące się współzawodnictwo, brak odpowiedzialności sprowadziły świat do statusu przedmiotu, który można ciąć na kawałki, używać i niszczyć. Dlatego wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego – jednocześnie małą i potężną – częścią." (http://www.tvn24.pl)

Źródło: https://www.tvn24.pl/kultura-styl,8/olga-tokarczuk-wyglosila-przemowe-noblowska,991401.html
Liv12365
3 miesiące temu
Jak i również link: https://www.youtube.com/watch?time_continue=13&v=VvZAXL28K2E&feature=emb_title
Zaciekawiony
3 miesiące temu
Neurotyk
3 miesiące temu
Neurotyk
3 miesiące temu
Zaciekawiony
3 miesiące temu
Pisanie wierszy "a natchnieniu" jest niebezpieczne. Po pierwsze, pod wpływem emocji można nie zauważyć różnych kiksów, a po drugie wena może czasem dość raptownie ulecieć. Coś takiego zdarzyło się angielskiemu romantykowi Samuelowi Coleridge'owi, który pewnego dnia 1797 roku obudził się z gotowym pomysłem.
Coleridge, wraz z Southeyem i Wordsworthem zaliczany do grupy "poetów jezior" był jednym z pierwszych wprowadzających do angielskiej poezji rodzący się dopiero romantyzm. Był znudzony miejskim życiem, które miało odcinać człowieka od prawdy i prostoty natury, ambicje idealistyczne zniszczyła w nim nieudana i ostatecznie wynaturzona w swoje przeciwieństwo Rewolucja Francuska, dlatego wyjechał na północ Anglii, do Krainy Jezior, aby tam oddać się kontemplacji i nowym poszukiwaniom poetyckim.
Nie jest dziś tajemnicą, że słabego zdrowia i cierpiący na migreny poeta tam właśnie uzależnił się od opium, co mogło mieć wpływ na wyobraźnię. Stworzył tam zresztą wiersze uważane za jego najlepsze dokonania - "Rymy o sędziwym marynarzu"; "Christobel"; "Francja" i mający swój początek w opiumowym śnie "Kubla Chan".

Tak więc pogrążony we śnie, być może pogłębionym i ubarwionym opium, poeta zobaczył w nim poemat. Było to przeczucie pokazujące całość, wielką i wielowątkową. Od razu po przebudzeniu rzucił się aby zapisać to co jeszcze pamięta. I tu ujawniła się złośliwość lodu - gdy miał zapisane już około 200 linijek, co stanowiło niewielką część całości, ktoś mu przerwał. Źródła różnie podają, ale najczęściej mówi się o właścicielu domu, który dopytywał się o niezapłacony czynsz. Po zapłaceniu i spławieniu natręta poeta ponownie zasiadł przed karty z piórem i wpadł w rozpacz. Nie pamiętał już co miało być dalej.
Z mozołem odtworzył kilkanaście linijek, ale czując, że "to nie jest to", zanotował drobne urywki z dalszych, mających pojawić się dużo dalej części, ale nie był w stanie powrócić do stanu, w jakim zaczął pisać. Poemat, który uważał w tym czasie za swoje najlepsze dzieło, przepadł w mrokach pamięci.

"W Xanadu Kubla Chan rozkazu mocą
Pałac rozkoszy wzniósł wspaniały
Gdzie rzeka Alph swe święte wody toczy
W grot głębi, gdzie się gubią ludzkie oczy
Ku morzu, które słońca nie zaznało.
Ziemi dwakroć mil pięć bogatej płodami
Otoczył krąg wyniosły murów z wieżycami.
W środku strumienie kręte na ogród blask lały
Gdzie kwitły mnogie drzewa kadzidlane
I odwieczne jak wzgórza lasy otaczały
Rozsłonecznione polany. (...)"
Przekład - Ludwik Dorn

Wiersz "Kubla Chan" opublikowano dopiero po upływie 20 lat na gorącą prośbę Byrona, uważany jest dziś za jedno z najciekawszych dzieł romantycznych. Szkoda więc, że nie został ukończony. Zasadnicza fabuła oplata się wokół postaci historycznej, Chana, który podbił Chiny, ale już na początku rozpada się na trzy wątki. Na początku obserwujemy, jak to Chan przybywa do krainy Xanadu, aby zbudować wspaniały zamek, potem jednak punkt widzenia schodzi pod ziemię, gdzie przez lodowe jaskinie pędzi niepowstrzymana rzeka, krusząca skały swym pędem i wytryskująca na powierzchnię wysoką fontanną; po czym przyglądamy się abisyńskiej dziewczynie grającej na cymbałach tak pięknie, że jej muzykę pragnął wpleść w swój pałac Chan, który...
No i tu się urywa.

Wiersz napisano został nie do końca regularnie - w ramach metrum jambiczego przeważają wersy pięcio i czterostopowe, niektóre mieszczą tylko trzy stopy metryczne, rym pojawia się swobodnie, w różnych odstępach. Brzmienie miejscami jest podbite aliteracją.
Maurycy Lesniewski
3 miesiące temu
Kiedy przyszli...

Martin Niemöller, 1892-1984
(niemiecki pastor luterański; wiersz napisany w obozie w Dachau w 1942 r.)
Po polsku:

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem.
Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.

W oryginale (po niemiecku):

Als die Nazis die Kommunisten holten, habe ich geschwiegen; ich war ja kein Kommunist.
Als sie die Sozialdemokraten einsperrten, habe ich geschwiegen;
ich war ja kein Sozialdemokrat.
Als sie die Gewerkschafter holten, habe ich nicht protestiert;
ich war ja kein Gewerkschafter.
Als sie mich holten, gab es keinen mehr, der protestieren konnte.
bogumil1
3 miesiące temu
Ha ha ha głupi cytat starego szwabskiego komucha. Gdyby najpierw przyszli po Ciebie myślisz, że ci wszyscy Żydzi, socjaldemokraci, związkowcy i inna swołocz by protestowała?
bogumil1
3 miesiące temu
Err-protestowali.
iNick
3 miesiące temu
bogumil1, Dlatego ja ścigam Bogumiłów, zanim zaczną przychodzić po kogokolwiek. Szkoda, że do innych ciężko dociera, to co wyniknie z przyzwoleń i pogłaskiwania. "Dobry Bogumił" - wiara w iluzję.
iNick
3 miesiące temu
Myślę, że coś się potwierdza po raz enty.
Freya
3 miesiące temu
Ciekawe są posty Zaciekawionego & Leśniewskiego.

A więc upośledzenia są nie tylko genetyczną wariacją lecz także formatywną możliwością.
Pranie mózgu czy wotherboaring zakazany 😵
AlaOlaUla
3 miesiące temu
Który skrzywdziłeś

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się skłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi że jeszcze jeden dzień przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta
Możesz go zabić - narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

_
Czesław Miłosz (Washington D.C., 1950)
Pułkownik Marian Bońka
3 miesiące temu
Janusz Korwin - Mikke zacytował to podczas inauguracji swojej kampanii przed wyborami prezydenckimi w 2015
JamCi
3 miesiące temu
Tomciu wsadź sobie Korwina gdzieś a tu jest miejsce na coś innego, bądź łaskaw zauważyć i uszanować.
jagodolas
3 miesiące temu
HWDK
Artbook
2 miesiące temu
Liv12365 bardzo dziękuje za nawiązanie obszernego eseju. Dużo interesujących nawiązań, które zachęcają do porządnej dyskusji ;-)

Zaciekawiony z dużą przyjemnością czytam twoje ciekawostki. Z niejednych sporo się uśmiałem ;-) Nieznane fakty z życia poetów i pisarzy, to naprawdę niezła gratka dla koneserów inie tylko ;-)

Maurycy i AlaOlaUla - coś pięknego, dziękuje za te przypomnienia i nawiązania! Z przyjemnością przeczytałem :-)

Szacunek Neurotyk za Zbigniewa Herberta (bardzo ciekawy komentarz) i Szymborską (Cebula - byt niesprzeczny) Zaciekawiony! Super ;-)
Artbook
2 miesiące temu
Hans Christian Andersen nie zwracał zbytniej uwagi na swoją powierzchowność i chwilami wyglądał dość skromnie. Pewnego dnia zauważył to jeden z obserwatorów i zapytał:

- Ten żałosny przedmiot na pańskiej głowie nazywa pan kapeluszem?

Wielki bajkopisarz nie dał się wyprowadzić z równowagi i spokojnie odpowiedział:

- A ten żałosny przedmiot pod pańskim kapeluszem nazywa pan głową?
AlaOlaUla
2 miesiące temu
„I
Domokrążny przekupień ogrodów
zielnik swój niesie,
z księgą zapachu krąży.

Nocą przychodzą do jej gałęzi
duszyczki starych ptaków.

Śpiewają w tym zdławionym lesie,
któremu trzeba źródeł płaczu.

Jak małe noski dzieci
spłaszczone na matowych szybach,
tak kwiaty owej księgi
u szyby lat, której nie widać.

Oto przekupień ogrodów
zagląda z płaczem do księgi
i omdlewają nad zielnikiem
żywych kolorów przybłędy.

II
Oto przekupień czasu
przynosi zielnik snów.

Ja
Gdzie zielnik twój, gdzie księga?

Przekupień
Trzymasz ją w swoich rękach.

Ja
Mam wolnych dziesięć palców

Przekupień
Sny w twoich włosach tańczą.

Ja
Ile minęło już stuleci?

Przekupień
Godzinę tylko ma mój zielnik.

Ja
Czy idę w zmierzch, czy do świtania?

Przekupień
Przeszłość jest nie do zamieszkania.

Ja
O gorzkie owoców ogrody!
Przekupień
Gorszy jest zielnik księżycowy.

III
Przyjaciel przyniósł mi po ciemku
w tajemnicy zielnik dźwięków

(Pst…Niech będzie cisza! Oto noc z nieba zwisa!)

W świetle portu zagubionego
wracają echa wszystkich wieków

(Pst…Niech cisza wytrwa jeszcze!
Oto noc chwieje się na wietrze!)

Pst…Dajcie ciszy więcej!
Gniew stary palce mi wykręca.“

Federico García Lorca
Neurotyk
2 miesiące temu
Artbook: "- Ten żałosny przedmiot na pańskiej głowie nazywa pan kapeluszem?

Wielki bajkopisarz nie dał się wyprowadzić z równowagi i spokojnie odpowiedział:

- A ten żałosny przedmiot pod pańskim kapeluszem nazywa pan głową?"

Ha ha ha :D
Zaciekawiony
2 miesiące temu
Na temat Goethego opowiada się taką anegdotę, jak to chodząc po miejskim parku natknął się na wąskiej ścieżce na swojego zajadłego krytyka prasowego, nadchodzącego z naprzeciwka. Z obu stron wąski pas kwiatów, dalej trawa. Niby nic szczególnego, ale wyminąć się nie dało. Gdy obaj panowie przystanęli, krytyk powiedział:
- Nie wiem co pan zamierzasz, ale ja nie ustępuję idiotom.
- A ja tak! - odrzekł Goethe i zeskoczył na trawę.
Myślę, że można z tej anegdoty wyciągnąć morał, bardzo przydatny we współczesnym internecie.
Artbook
2 miesiące temu
" W tekście ,,Pierwsza fotografia Hitlera” przyszły zbrodniarz opisany został jako słodkie, bezbronne, małe dziecko. Podmiot liryczny wymienia wiele dróg życia, jakimi mógłby podążyć Adolf. Jego narodzinom towarzyszyło wiele pomyślnych znaków. Nikt nie był w stanie przewidzieć, że z dziecka jakich wiele wyrośnie osoba, która wyrządzi tyle zła całej ludzkości. Wzruszające, idylliczne wręcz opisy małego Adolfa kontrastują ze znanymi z historii relacjami jego zbrodni jak światło z ciemnością. Choć jest to tak oczywiste, trudno uświadomić sobie, że kanclerz III Rzeszy był kiedyś niewinnym dzieckiem." (źródło: Nowy Jork, Madryt , Londyn...– refleksje na temat wiersza Wisławy Szymborskiej „Terrorysta, on patrzy...”)

...dlatego ten wiersz robi na mnie piorunujące wrażenie!

Pierwsza fotografia Hitlera.

A któż to jest ten mały dzi­dziuś w ka­fta­ni­ku?
Toż to mały Adol­fek, syn pań­stwa Hi­tle­rów!
Może wy­ro­śnie na dok­to­ra praw?
Albo bę­dzie te­no­rem w ope­rze wie­deń­skiej?
Czy­ja to rącz­ka, czy­ja, uszko, oczko, no­sek?
Czyj brzu­szek pe­łen mle­ka, nie wia­do­mo jesz­cze:
dru­ka­rza, kon­sy­lia­rza, kup­ca, księ­dza?
Do­kąd te śmiesz­ne nóż­ki za­wę­dru­ją, do­kąd?
Do ogród­ka, do szko­ły, do biu­ra, na ślub
może z cór­ką bur­mi­strza?

Bobo, anio­łek, kru­szy­na, pro­my­czek,
kie­dy rok temu przy­cho­dził na świat,
nie bra­kło zna­ków na nie­bie i zie­mi:
wio­sen­ne słoń­ce, w oknach pe­lar­go­nie,
mu­zy­ka ka­ta­ryn­ki na po­dwór­ku,
po­myśl­na wróż­ba w bi­buł­ce ró­żo­wej,
tuż przed po­ro­dem pro­ro­czy sen mat­ki:
go­łąb­ka we śnie wi­dzieć - ra­do­sna no­wi­na,
te­goż schwy­tać - przy­bę­dzie gość dłu­go cze­ka­ny.
Puk puk, kto tam, to stu­ka ser­dusz­ko Adolf­ka.

Smo­czek, pie­lusz­ka, śli­nia­czek, grze­chot­ka,
chłop­czy­na, chwa­lić Boga i od­pu­kać, zdrów,
po­dob­ny do ro­dzi­ców, do kot­ka w ko­szy­ku,
do dzie­ci z wszyst­kich in­nych ro­dzin­nych al­bu­mów.
No, nie bę­dzie­my chy­ba te­raz pła­kać,
pan fo­to­graf pod czar­ną płach­tą zro­bi pstryk.

Ate­lier Klin­ger, Gra­ben­stras­se Brau­nau,
a Brau­nau to nie­wiel­kie, ale god­ne mia­sto,
so­lid­ne fir­my, po­czci­wi są­sie­dzi,
woń cia­sta droż­dżo­we­go i sza­re­go my­dła.
Nie sły­chać wy­cia psów i kro­ków prze­zna­cze­nia.
Na­uczy­ciel hi­sto­rii roz­luź­nia koł­nie­rzyk
i zie­wa nad ze­szy­ta­mi.

Wisława Szymborska
JamCi
2 miesiące temu
No wstrząsające trochę.
Neurotyk
2 miesiące temu
Artykuł cytuje z http://booklips.pl/newsy/rekopis-wiersza-najgorszego-poety-na-swiecie-zostanie-wystawiony-na-sprzedaz/

Historia szkockiego tkacza, aktora i marnego poety mogłaby stać się tematem niejednej barwnej komedii. W swojej karierze McGonagall napisał około 200 wierszy, składających się z kiepskich rymów, absurdalnych metafor i słabego słownictwa. Chociaż w Polsce jest on zupełnie nieznany, na świecie cieszy się swoistą sławą, porównywalną do statusu Eda Wooda.

Zgodnie z źródłami historycznymi McGonagall był szczerze przekonany o swojej wielkości. Kiedy pojął, że do osiągnięcia sukcesu potrzebny jest mu patron, napisał list do królowej Wiktorii z prośbą o wsparcie. Urzędnik królewski odrzucił propozycję, dziękując jednocześnie za zainteresowanie. McGonagall uznał to jednak za pochwałę swojej twórczości. Stwierdził, że królowa jeszcze bardziej doceniłaby jego talent, gdyby mógł wystąpić przed nią na żywo. W tym celu udał się do Balmoral, gdzie przebywała akurat monarchini. Strażnikom przedstawił się jako „królewski poeta”, na dowód czego pokazał list z „podziękowaniem za zainteresowanie”. Odmówiono mu jednak wjazdu, nie zapominając przy okazji poinformować, kto rzeczywiście jest nadwornym poetą królowej.

Trzeba jednak dodać sprawiedliwie, że McGonagall przez pewien czas zarabiał pieniądze na swojej poezji. Związany był lukratywnym kontraktem z miejscowym cyrkiem w Dundee. Poeta stawał przed publicznością i czytał swoje wiersze. Tłum zaś za odpowiednią opłatą mógł bombardować go jajami, mąką, śledziami, ziemniakami lub czerstwym chlebem.

Obecnie, ponad 110 lat po śmierci McGonagalla, jego wiersze są wznawiane w tomikach, ciesząc się pewnym zainteresowaniem wśród koneserów dobrego humoru. Rękopis niepublikowanego wcześniej wiersza pochodzi z archiwów prywatnego kolekcjonera, który zdecydował się wystawić na sprzedaż całe swoje zbiory. Paradoksalnie, najwięcej emocji w mediach budzi manuskrypt napisany przez autora uznawanego za najgorszego poetę na świecie.

Poniżej prezentujemy wam próbkę twórczości Williama Topaza McGonagalla:

Więc rozliczni turyści, dobrą radę wam dam:
Przyjedźcie po Edynburgu chodzić tam i siam
Bo jedynie w tym mieście nie szkoda wam czasu,
By podziwiać widoki i pomniki w pełnej krasie.

Wiersz w tłumaczeniu Małgorzaty Fabianowskiej pochodzi z książki Terry’ego Deary pt. „Krwawa Szkocja” (wyd. Egmont).
Zaciekawiony
2 miesiące temu
Innym poetą, który wywołał kiedyś swoim wierszem skandal, był Konstanty Ildeofons Gałczyński. W latach 30. był popularnym poetą, który pisał dużo na potrzeby gazet, kabaretów, kupletów satyrycznych i na zamówienie polityczne. Gdy było trzeba, napisał coś pochwalającego prezydenta, gdy akurat panowały odpowiednie nastroje ośmieszał satyrycznymi tekstami kogoś, kto się akurat opinii publicznej nie podobał.
Dlatego pewnym zaskoczeniem był niepozorny wiersz "Skumbrie w tomacie" z 1936 roku, opublikowany w "Prosto z Mostu", gazecie związanej ze środowiskami ND i ONR, którego wydźwięk budził dziwne skojarzenia:

Raz do gazety „Słowo Niebieskie”
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
przyszedł maluśki staruszek z pieskiem.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

— Kto pan jest, mów pan, choć pod sekretem!
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
— Ja jestem król Władysław Łokietek.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Siedziałem — mówi — długo w tej grocie,
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
dłużej nie mogę… skumbrie w tomacie!
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Zaraza rośnie świątek i piątek.
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Idę w Polskę robić porządek.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Na to naczelny kichnął redaktor
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
i po namyśle powiada: — Jak to?
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Chce pan naprawić błędy systemu?
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Był tu już taki dziesięć lat temu.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Także szlachetny. Strzelał. Nie wyszło.
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Krew się polała, a potem wyschło.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

— Ach, co pan mówi? —jęknął Łokietek;
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
łzami w redakcji zalał serwetę.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

— Znaczy się, muszę wracać do groty,
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
czyli że pocierp, mój Władku złoty!
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie!
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Chcieliście Polski, no to ją macie!
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Skumbrie w tomacie to tylko prozaiczne puszkowane makrele w sosie pomidorowym, nie trudno się jednak domyśleć, że miały tutaj obrazować przenośne "konserwy" w ich pejoratywnym znaczeniu. Zestawienie słów jest jednak tak nieoczekiwane, że przez to całość trąci nonsensem. Reszta jest bardziej czytelna dla znających kontekst - Łokietek to król, który zjednoczył dzielnice na jakie podzieliła się w pewnym okresie Polska. Skoro teraz przybył aby rozpocząć podobne działania to oznacza, że Polska była wtedy podobnie "rozbita". Redaktor uświadamia go, że ktoś próbował tego 10 lat wcześniej, ale tylko krew się polała a potem sprawy jedynie przyschły zamiast doprowadzić do jednoznacznego polepszenia.

Wiersz napisano w 1936 roku, więc chodzić musiało o Zamach Majowy, który wyniósł do władzy ludzi, rządzących nadal w tym czasie. Czemu spraw nie udało się ruszyć, poprawić sytuacji, a zamiast tego nie rozwiązane konflikty tylko przyschły? Bo mieliśmy w tym czasie u władzy puszkowane rybki, które nie zamierzały się ze stołka ruszyć.

Odbiór wiersza był zróżnicowany. Kręgi literackie bliskie rządowi krytykowały poetę za naruszenia dobrego imienia śp. Marszałka, inni zastanawiali się co mu nagle strzeliło go głowy, żeby wziąć się za drażliwe tematy i skąd nagle taka jego miłość do nacjonalistów, których wcześniej sam obśmiewał. Niektórzy interpretowali, że tym szlachetnym co strzelał był Niewiadomski, zabójca prezydenta Narutowicza, w związku z czym wiersz wychwala jego czyn i zachęca innych do kontynuowania. Najgłośniejsza okazała się odpowiedź autorstwa Tuwima, który w Wiadomościach Literackich sparodiował wiersz, przerabiając leitmotiv na "ozór na szaro" i opisując jak to młody poeta Konstanty przychodzi do gazety aby zawezwać do rozprawienia się w Żydami.

I znów, cofnijmy się do kontekstu - Tuwim miał żydowskie pochodzenie, co krytycy wypominali mu w zasadzie od samego początku (od afery wokół wiersza "Wiosna"). Teksty krytyczne na jego temat często z tego powodu przekraczały granicę dobrego smaku, w czym przodowali autorzy skupieni wokół "Prosto w Mostu". Tymczasem sytuacja stosunków polsko-żydowskich robiła się nieco napięta, pojawiały się pobicia, akty demolowania sklepów żydowskich, prasowe akcje bojkotu, nawoływania do odizolowania, zamknięcia w dosłownych i przenośnych gettach. Gałczyński w tym czasie znał się prywatnie z Tuwimem i wiele razy dali znać, że cenią wzajemnie swoje wiersze, była to jednak przyjaźń trudna, bo wraz z zawirowaniami trendów publicznych Kostek potrafił czasem nawoływać do oczyszczenia literatury z obcych autorów.
Tuwim prywatnie żalił się z wyskoków znajomego, po którym ciężko było poznać co właściwie uważa, publicznie jednak zachowywał dystans i nic nie komentował. Gdy więc Gałczyński wrzucił wiersz mówiący o tym, że próbowano zbrojnie wprowadzać zmiany, które nie doszły do końca, a przecież trzeba, i zrobił to w piśmie nawołującym do bojkotu sklepów żydowskich i wykluczenia z życia publicznego wszystkich pisarzy innego niż chrześcijańskie pochodzenia, Tuwimowi się ulało.

Kłótnie prasowe trwały jeszcze kilka tygodni, aż Gałczyński zaatakował Tuwima w wierszu "List do przyjaciół". Ten nie pozostając dłużny przygotował długi artykuł, z wszystkimi rzeczami jakie się między nimi nagromadziły. Zarzucał mu schlebianie wszystkim, którzy płacili, naśmiewanie się z nacjonalistów i chrześcijan, zabieganie o wydania wierszy u żydowskich wydawców, wychwalanie jego samego w różnych dedykacjach a nade wszystko pijaństwo, zamroczenie, pisanie w delirce i chodzenie na dziwki. Ciężko powiedzieć który z nich byłby tym tekstem bardziej skompromitowany, ale ostatecznie w trakcie prac redakcyjnych Tuwim tekst wycofał i milczał o tym, że w ogóle go przygotował. Może uznał, że śmiertelnie poważna kłótnia i tak nic nie zmieni?
Neurotyk
miesiąc temu
Inspiruje się poezja Marcina Bzyka.

To poeta współczesny, choć pełnymi garściami czerpie z nurtow wczesnoabsyrakcyjnych.

*absyrakcja jest to niedojrzala odmiana abstrakcji.
Dariusz
miesiąc temu
obsyrakcja

Zaloguj się, aby wziąć udział w dyskusji