Wspólne opowiadanie! Co wy na to? :-)

Mroczhna
27.03.2015
Każdy z nas doda od siebie od trzech do sześciu zdań w komentarzu i tak każdy, aż powstanie spójna, ciekawa treść. :)

Zacznę:

"Obudził się z potwornym bólem w lewym kolanie i uciskiem w prawym biodrze. Spróbował wstać, na daremno.
- Pomocy! Tutaj! Halooo! - wołał w niebogłosy z nadzieją, że ktokolwiek go odnajdzie, chociaż sam nie wiedział, gdzie jest. Cicho zapłakał."
BreezyLove
27.03.2015
Nagle zobaczył postać wyłaniającą się z zarośli. Była to kobieta. Zaczęła mu się przyglądać, a z jej ust wydobywały się dziwne dźwięki. Chłopak patrzył na nią, o dziwo nie czując lęku.
Ktokolwiek
27.03.2015
Wręcz przeciwnie, poczuł ulge w bólu, jakby w tej istocie było coś magicznego. Później sam nie widział, czy tak było naprawdę, czy tylko jego wyobraźnia spłatała mu figla. Kiedy kobieta zrozumiała, że chłopak nie zna znaczenia dźwięków, które się z niej wydobywały, przemówiła ludzkim głosem.
KarolaKorman
27.03.2015
- A cóż to za robaczek leży tutaj w trawie - jej głos brzmiał pieszczotliwie, jakby przemawiała do bezbronnego dziecka - skąd się tu znalazłeś. Tacy jak ty nie zapuszczają się w te strony.
LinOleUm
27.03.2015
Jego oczy roziskrzyły się delikatnie, Odparł cicho, pomimo niesamowitego ucisku:
- Skąd wiesz jaki jestem? Tacy jak ty nie powinni tego wiedzieć. - odparł z wymuszonym uśmiechem, przyglądając się jej badawczo.
Wena
27.03.2015
Dziewczyna również wykonała grymas mający zapewne być uśmiechem.
- Widzę, że cię coś boli. Wyciągnij ten telefon z kieszeni, to on tak cię uwiera.
Chłopak dopiero teraz skojarzył, że faktycznie wepchnął nowego smartfona w spodnie. Pewnie jest cały połamany. Zwinął go w supermarkecie jednemu gościowi, który przymierzał kask motocyklowy. Cieszył się, bo jego stara komórka wpadła mu wczoraj do sedesu. Próbował ją wyłowić ale, te cholerne szczury znów wytykały łby. Ojciec już kilka razy wrzucał trutki do muszli. Pomagało to jednak na kilka dni.
Sięgnął do kieszeni i wyjął jakiś plastikowy kawałek.
- To klapka od baterii – powiedziała dziewczyna.
- Wiem – mruknął ze złością.
- Nie bądź niemiły.
Po chwili wydobył resztę telefonu. Poczuł ulgę. Ona miała rację. Kim była? Czy to jakaś jasnowidzka?
- Jak masz na imię? – zapytał.
KarolaKorman
27.03.2015
- Dee Dee - odparła - a ty?
Chłopak zrobił dziwną minę. Takiego imienia nigdy wcześniej nie słyszał, ale dobre wychowanie, o którym słyszał, mówiło mu, że należy się odwzajemnić.
- Jestem - zaczął się przedstawiać, ale kolejna część plastiku dokuczliwie ukuła go w pośladek.
Wena
27.03.2015
- Ałł! – krzyknął. – Powiem ci później. Chce mi się spać.
Odwrócił się na bok i prawie natychmiast rozległo się potworne chrapanie. Dee Dee usiadła z naburmuszoną miną na trawie.
xnobodyperfectx
27.03.2015
Pogrążony był w głębokim śnie. Zapach wilgotnego powietrza delikatnie drażnił jego nozdrza. Znajdował się w pustce, która momentalnie zamieniła się w przejaskrawioną galaktykę. Zakrył dłonią oczy by nie oślepił go blask bijący od gwiazd. Niespodziewanie zauważył, że z jego ręki zaczynają odpadać kolejno kawałki skóry tym samym odlatując w nieznane. Przerażony spojrzał na swoje ciało.
BreezyLove
27.03.2015
Całe pokryte było teraz dziwną substancją. Miała przyjemny zapach. Chłopak spojrzał na Dee Dee i zapytał:
- Co się ze mną dzieje?
xnobodyperfectx
27.03.2015
Twarz kobiety przybierała różne kształty. Lwa, orła, madonny, faceta z blizną.
- Olivier...- z jej zamkniętych ust wyrwał się głos, cichy, syczący, ale jakże przyjemny.- Olivier... Olivier...- wyciągnęła swoje ręce w kierunku chłopaka.
- Uff...- wciągnął powietrze budząc się ze snu.
Podniósł się do pozycji siedzącej i rękawem wytarł krople potu z czoła.
BreezyLove
27.03.2015
- To tylko sen - powiedział - zaraz, zaraz, a co Ty w nim robiłaś? - zwrócił się do swojej towarzyszki.
Ona siedziała i patrzyła w Jego oczy, nic nie mówiąc. Po dłuższej chwili milczenia chłopak nie wytrzymał i ze wściekłością podszedł do dziewczyny. Chciał nią potrzsnąć, ale Jego ręce trafiły w nicość, gdy jej dotykał.
KarolaKorman
27.03.2015
Starał sobie przypomnieć co wydarzyło się przed chwilą. Jeszcze przed tym kiedy chciał na niej wyładować swoją wściekłość, ale dlaczego był taki zły? Tego też ni pamiętał.
BreezyLove
27.03.2015
Nagle poczuł mrowienie w okolicach stóp i zakręciło mu się w głowie. Gdy wszystko wróciło do normy, zdał sobie sprawę, że Dee Dee zniknęła.
Rozejrzał się dookoła, pierwsze co wpadło mu w ręce, to złożona w kopertę gazeta. Kiedy otworzył zawiniątko zobaczył kilkaset malutkich grzybków.
-Co to do cholery jest? Czy to co przeszedłem, jest efektem spożycia tego czegoś? I czy zażyję je po raz kolejny?! - Pomyślał.
xnobodyperfectx
28.03.2015
- Co za gówno! Pss...- parsknął pod nosem.
Pakunek trzymany w rękach zgniótł i odrzucił w bok. Dłonią przetarł czoło. Nie mógł zbytnio ogarnąć obecnej sytuacji.
Mroczhna
28.03.2015
Jego wzrok skierował się na pakunek. Przez myśl przemknął mu portret kobiety ze świata marzeń, snów i halucynacji. Poczuł jak gdyby Dee Dee była mu kimś dobrze znanym, zrobiło mu się jej szkoda, że jest tam tylko ona jedna, w całym wymiarze. Zresztą, sam dobrze wiedział, czym jest samotność, dlatego nie chciał, aby ktoś jeszcze musiał jej doświadczyć.
Sięgnął po jednego grzybka, dokładnie go obwąchał i przystawił do ust.
- Za Dee Dee! - odgryzł trzon, a następnie pochłonął kapelusz - Fuuu, gorzkie!
BreezyLove
28.03.2015
Znów znalazł się tam gdzie poprzednio. Tylko, że tym razem zamiast jednej Dee Dee, było ich kilkanaście. Chłopak wolnym krokiem podszedł do nich, czując mocne ukłucie w brzuchu.
KarolaKorman
28.03.2015
Nie był to muchomor. Tego zna jeszcze z dzieciństwa, jest czerwony w białe kropki. Teraz czekał na reakcją. Czy znów spotka Dee Dee? Kołatało mu się po głowie tylko to pytanie.
xnobodyperfectx
28.03.2015
Mlaskał coraz wolniej, a jego grymas powoli zamieniał się w jego normalną mimikę twarzy. Zmrużył oczy po czym upadł głową na trawę. Przez chwilę pusto wpatrywał się przed siebie po czym zamknął powieki i odleciał.

Część postów została ukryta (96)

Zaloguj się, aby przeglądać cały wątek

Robert. M
rok temu
-Tereska, aż łezka się w oku zakręciła. Nie wiem jak Ty, ale ja często o tym wspominam, i zawsze powtarzam, że jestem jednym z ostatnich roczników, które mogły mieć cudowne dzieciństwo. Oparte na radościach dostępnych na wyciągnięcie ręki - gdzie nie było podziału na lepszych i gorszych, gdzie na jednym podwórku schodziły się dzieci z całej okolicy i potrafiły radośnie spędzać ze sobą czas do godzin wieczornych. Jedynym limitem były słowa mamy: chodź do kąpieli!!!!
Robert. M
rok temu
- Taka jest prawda, wiem, że nikt nie powinien żyć przeszłością, ciągle powtarzać, że dawniej to było lepiej, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że było to prawdziwe, autentyczne życie. Dziś nikt nie potrzebuje spotkań, sami sobie radzimy, bo trzeba być mobilnym, aktywnym, a znajomi , to może poczekać. To dotyczy również mnie, aż wstyd się przyznać jak długo z kilkoma się nie widziałam.
Karawan
rok temu
Spokojnie Rob! Ludzkość nie ma czasu na pierdoły, bo kopie sobie grób. Zajęcie poważne i szlachetne. Niejaki Dante napisał, że nie ma większego bólu jak w nieszczęściu wspominać czasy szczęśliwe. Przeszłość to rozlane mleko - nic z tym nie zrobisz, a gdy tak patrzysz na zmalałe Twoje podwórko nie zauważasz, że łobuz leje żonę (bo to nie Twoja sprawa, albo załatwisz to jutro-nigdy). Dorastasz i zaczynasz dostrzegać, ale im będziesz starszy tym więcej będziesz widział i jednocześnie rozumiał jak mało możesz zrobić. Spokojnie! Obserwuj grabarzy człowieczeństwa, ale nie podniecaj się - Oni też muszą przeminąć.
Robert. M
rok temu
To właśnie mnie przeraża, że większość z nas nie umie się cieszyć chwilą, tym, co już mamy, a ciągle obiecujemy sobie, że jeszcze tylko dana rzecz, sprawa, a będziemy szczęśliwi. A najgorsze jest to, że osiągnięty cel nas rozczarowuje i ku ironii to po czasie stwierdzamy, że to samo zabieganie o niego było czymś ciekawszym. Bo coś się działo, spotykaliśmy wówczas ludzi, dopytywaliśmy, wchodziliśmy w relacje, staraliśmy się pokazać z jak najlepszej strony.
Może i tak jest, że doświadczając trudnej codzienności mam świadomość swojej ułomności a co za tym idzie schodzę z pewnych dróg, które kiedyś uważałem za swoje i rozpamiętuję jak to kiedyś byłem wodzirejem, a przynajmniej tak mi się zdawało.
A i obserwuję, tylko czasem nie wiem, czy i ja z nimi nie zatracam swego jestestwa.
Robert. M
rok temu
Każdy ma swoje plany, priorytety, coś co go pcha do celu, co budzi go do życia , sprawia, że chce się męczyć, bo wie, że kiedyś dojdzie do tego, swego marzenia.

I niby wszystko jest proste, wystarczy się starać, odliczać dni, pieniądze, bo nie oszukujmy się, większość tych rzeczy, związana jest z gotówką.
I żeby przejść do meritum sprawy, ustalmy, że już to osiągnęliśmy, jest przyklepane , nasze, no tylko usiąść i z rozanieloną gębą podziwiać.
Nie ważne co to ma być, co jest, było, będzie, po prostu jest.
I teraz jak każdy to ma przed oczyma, niech z ręką na sercu powie, ile się tym umiał autentycznie cieszyć. Jak długo jego wymarzony cel, był w stanie zagwarantować mu poczucie szczęścia.
Karawan
rok temu
Bardzo stare zagadnienie; być czy mieć. Być oznacza istnienie świadome własnej małości i ułomności, mieć oznacza posiadać bez bycia. Każdy z nas zabiega by być dostrzeżonym, docenionym, choć przez chwilę tym "naj". Niewielu dostrzega, że nie koniecznie trzeba robić z siebie błazna by otrzymać uznanie, szacunek etc. Zdecydowana większość patrzy "tu i teraz- łap okazję". Z tego wywodzą się dwie postaci zauważane; supersqrwysyn i Człowiek. Czasem zdarza się, że to ta sama osoba o dwu różnych obliczach - na zewnątrz pozornie Człowiek,a de facto cyniczny pasożyt bez skrupułów i zahamowań, bez etyki i jakichkolwiek uczuć. Smutny świat. Wole więc wychodzić do mojego. Tam cieszę się tym co mam!
Robert. M
rok temu
Minął mi czas ,że brałem do siebie, co inni mi mówili.
Jeżeli ktoś musi mieć poklask, zwłaszcza za cenę własnego upokorzenia(błazna)
to już jest powód do ubolewania nad własnym życiem.
Zgadzam się, że ten świat jest smutny, ale na szczęście napisałeś:
- "Wolę więc wychodzić do mojego. Tam cieszę się tym , co mam!"
Dokładnie, tak właśnie staram się żyć i dobrałem sobie kilku ludzi,
którzy umieją to we mnie pielęgnować, bo nie oszukujmy się, potrzebujemy
wsparcia, gestu, słowa, p prostu drugiego człowieka.
Nawet nie próbuję zwracać uwagę na swoje potrzeby.
Jestem wolny od problemów, bo zrezygnowałem ze współzawodnictwa.
Nie mam wrogów bo nikomu nie wchodzę w drogę.
.Ustępuję miejsca nawet tym co na to nie liczą.
Idę tam , gdzie wszyscy byli, a jednak to miejsce przeoczyli.
Nikomu nie doradzam, niech każdy sam do tego powróci.
Czasem tylko się uśmiecham, że takie to było oczywiste.
Ozar
rok temu
Karawan. Masz całkowita racje. Nie trzeba z siebie robić błazna itd. "Ludzkość nie ma czasu na pierdoły, bo kopie sobie grób" - tu padam do nóg, ja o tym pisze od lat, a zazwyczaj ludziska tego nie kumają.
Robert. M
rok temu
Bo jak trudno nam się integrować, porównywać z tymi co mają pod górę, bo musimy wówczas przyznać przed samym sobą, że życie nam sprzyja. Nie mamy na szczęście powodu by przesiadywać przy łóżku chorego dziecka, patrzeć na powolne zatapianie się w nałogu członka rodziny itp.: To co dla nas jest czymś odległym, znanym z reportaży, czasami znajduje odzwierciedlenie tuż obok, ale nas nie interesuje, tak dla własnego bhp, by sobie nie psuć dnia.

Z wiekiem nabieramy doświadczenia, więc pewnie kiedyś docenię tych wszystkich, co wychowywali ludzi, starali się i dla mnie, dziś jeszcze za dużo mam siebie na uwadze, by im przyznać rację. Tylko bowiem poświęcenie się dla kogoś daje satysfakcję, pozwoli kiedyś spojrzeć na swe życie z myślą, że zrobiłem coś z sensem. A że o tym nikt nie przeczyta, nikt nie usłyszy, to niuans, ważne by te osoby, osoba, popatrzyła z wdzięcznością, gdy podczas świąt łamiemy się opłatkiem
Robert. M
10 miesięcy temu
Kiedyś nasza sąsiadka powiedziała, że nawet najmniejszy nasz ruch, powoduje lawinę zdarzeń, która doprowadza do wielu nieuniknionych wypadków losowych. Nie wiem o co w tym chodzi, ale zdaje się, że miała na myśli nasze każde słowo, nawoływania do zmiany upodobań, czy zwykłe spotkanie na ulicy. Co skutkuje spóźnieniem, być może innym spotkaniem, bądź ominięciem właśnie danej osoby. Takie właśnie dialogi, sytuacje zapamiętuję, co sprawia, że nie jestem pewna już niczego, a najmniej swej tożsamości.
Robert. M
7 miesięcy temu
--Twoja sąsiadka miała na myśli chyba zbieg okoliczności.
To jak w tym przypadku o szklance w połowie napełnionej, gdzie nikt nie może mieć pewności, co wyjdzie mimo misternych planów bo życie jednak potrafi zaskoczyć.
--Nie znam tego to jakieś opowiadanie, anegdota?
--Już ci opowiadam. Andrzejek ma mamusię, delikatnie mówiąc bardzo apodyktyczną, która ciągle dyktuje:
- Synu, tak robiąc napykasz sobie biedy. Posłuchaj mnie to wyjdziesz na tym dobrze. Rób jak uważasz, ale nie miej pretensji, bo ja już widzę, że to szkoda twojego zdrowia.
On tak jest już tym zmęczony że przysięga sobie, że jak znajdzie dziewczynę, to wszystko zniesie, pod warunkiem, że ta jedyna będzie spolegliwa, a przynajmniej będzie umiała iść na kompromis. Wykombinowało sobie chłopisko ( według niego) taki chytry plan, w którym to on będzie testerem. Czujesz to? To już nie może się udać, ale dobra, nie będę uprzedzał.
Miało to polegać na tym, że jak spotka taką miłą dziewczynę, to zanim coś się rozwinie odwiedzi ją w domu i poprosi o pół szklanki herbaty. Gdy ta nieświadoma kandydatka zrobi dokładnie w ten sposób, to jego nie trzeba więcej przekonywać. Mija czas parę kobiet tak odpadło, bo mówiły:
– No, co ty? Nie rób scen, co to za fanaberie – takie i tego typu podobne odpowiedzi padały z ich ust, więc je opuszczał, bywało, że z bólem serca.
Aż trafiła się Hania, co w takiej ilości podała herbatę i żeby było śmieszniej sobie również tyle nalała. A, co? Jak ma mu dogodzić to po równo, czyli dwa razy po pół. Andrzejek w skowronkach, w końcu cel osiągnięty, dziewczyna konkretna, taka do życia, więc tylko dokończyć dzieła.
Oświadczył się, ustalili datę ślubu i własnej przyszłości, wszystko dobrze się ułożyło to co? Najprościej powiedzie i tak żyli dłuuuuuugo i szczęśliwie.
Niby tak, tylko w rocznicę Andrzejek wymyślił sobie wypad na kolację. Tam w restauracji powspominali, później do domu i łózia, by miło zakończyć dzień. I taki pech, że Hani przed figlami zapyta:
- Andrzej, a co cię przekonało, albo inaczej, kiedy zrozumiałeś, że ja to jestem tą jedyną?
Robert. M
3 miesiące temu
Mijały miesiące, aż w końcu nastąpił ten dzień, w którym zwierzęta przemówiły w ludzkim języku.

Wszystkie zwierzęta na świecie były poinformowane i dogadane z wróżką i pomiędzy sobą jakie mają być ich pierwsze słowa wypowiedziane w ludzkim języku.

We wszystkich domostwach,chlewach, oborach, pastwiskach,, na podwórzach, polanach, łąkach, lasach, stepach, sawannach, w puszczach i na pustyniach, zabrzmiał donośny głos:

My też żyjemy! My też żyjemy! Cierpimy, kochamy jak wy!!!
Robert. M
3 miesiące temu
Przerażenie ogarnęło całą ludność. Jakże się przestraszyli i zdumieli z zaistniałej sytuacji.

Nastała głęboka cisza, po czym znów zwierzęta zaczęły śpiewać:

Chcemy większej wolności,

chcemy większych praw,

chcemy miłości,

szacunku i troskliwości
Robert. M
miesiąc temu
Jak miałem naście lat, to miałem swoich idoli, bohaterów, czy to filmowych, czy scenicznych, których podziwiałem, chciałem być jak oni. Wyobrażałem sobie, że udzielam wywiadów, jestem proszony o autograf, udzielam się charytatywnie, poznaję ludzi, prowadzę korespondencję. Każda sytuacja związana z prozą życia, sprawiała mi ogromne problemy, nosiła znamiona unicestwiania tego co jest prawdziwym życiem.

Ciężko mi było sobie przyswoić, że jakiś piłkarz, piosenkarz, muszą robić takie rzeczy jak ja, nie mówiąc o tym co wykonują moja mama czy tata. Kiwałem głową jak słyszałem te ciągłe napominania, że to nie tak, że oni też mają problemy, że to cała otoczka, a życie i tak upomni się o ich obecność, zaangażowanie. Nie umiałem sobie uzmysłowić, że mogą czuć pustkę, niezrozumienie, jałowość, że posilają się rozmowami o pogodzie, co dziś zgotować, czym polakierować parkiet. Wszystko to dla mnie było nie do przyjęcia, miałem po prostu ich świat za odrealniony, gdzie trawa jest nawet bardziej zielona, a drzewa o bujniejszych listowiu.
Robert. M
miesiąc temu
Z wiekiem dawni idole przestali być ważni, w ogóle mnie już nie interesują, a ich miejsce zajęli prawdziwi herosi, walczaki, którzy czasem w ciągu swego życia, nie mieli okazji być ważnymi dla większości. Którzy od wielkiego dzwonu, dostąpili zaszczytu uczestnictwa jako goście, jako obsługiwani, by już następnego dnia wracać do swej codzienności. Którzy w cichości swego domu, wykonywali swe czynności, zmagając się z czasem, własnymi dolegliwościami, ułomnościami swego bezkształtnego ja. Nie mając czasem wsparcia, podtrzymywali jeszcze innych w przekonaniu, że bywało gorzej i się chwaliło, więc czemu to ma być aktem degrengolady.

Ile razy to sam, będąc w złym nastroju, dopieszczam swoje ego, nasycając je mrzonkami o wielkiej niesprawiedliwości, jakoby mnie spotkała. Rozpuszczam swoje pragnienia na łąkę niwy, gdzie syto karmię je wizjami imprez, wycieczek, swawoli, które powinny być moim udziałem. Nie dopuszczam otoczenia do głosu, czasem tylko tych co akurat złapali kontakt z adrenaliną, ale najczęściej medialne wizerunki, epatujące ruchem kształty. Trwam tak w stanie zniechęcenia, bo tylko ja muszę dawać coś od siebie, ale nic nie korzystam z przywilejów młodości. To jawna niesprawiedliwość, by musieć się produkować, a jakość życia, mego jestestwa cierpi niedostatek na płaszczyżnie emocjonalnej.
Canulas
miesiąc temu
Sorry za offtop, ale pięknie to wygląda.
Wspólne opowiadanie Roberta z Robertem ;)
Agnieszka Gu
miesiąc temu
Dygresyjka: Robert M - jak dla mnie - to ikona. Świetnie, świadomie pisząca. Zatem, osobiście nie mam nic przeciw rozdwojenju, tudzież rozmnożeniu, zdublowaniu etc tegoż autora. Ot, tyle. Już nie przeszkadzam.
Canulas
miesiąc temu
Też nie mam i wiem, że pisze dobrze. Ot, taki żart
Agnieszka Gu
miesiąc temu
Canulas :))
Robert. M
miesiąc temu
Ileż to mamy powiedzeń, aforyzmów, ludowych prawideł, ba! Mądrości życiowych,
którymi obdarowujemy naszych znajomych. Z Każde miasto ma swoje ciekawostki, swoich ludzi, którzy tworzyli dzieje, wpisali się w annały rękopisu danego zakątka.
Robert. M
miesiąc temu
Ileż to mamy powiedzeń, aforyzmów, ludowych prawideł, ba! Mądrości życiowych,
którymi obdarowujemy naszych znajomych. Z niezachwiana pewnością swej racji,
powtarzamy jak mantrę oklepane sentencje.
I żeby nie szukać daleko, to pierwsze, które mi przychodzi na myśl, a mianowicie:
- " Cudze chwalicie, swego nie znacie" -
Aż wstyd się przyznać, ale zdarza się, że często zazdroszczę ludziom, choćby z niewielkiej
mieściny, co tylko kilka uliczek posiada. A dlaczego? Bo ktoś umiał opakować "swój świat."
Tam nie ma niczego nadzwyczajnego, ale mnie sprzedał ułudę wielkiego szczęścia i wprawił
w rozterkę, czy aby ja nie trafiłem w miejsce w którym jedynie z rutyną można być za pan brat.
Tak, niewiele trzeba by dobudować do jego wizji siebie i to bardzo zadowolonego z życia.
Tak naprawdę wystarczy, że pokazał mi wszelkie plusy, to wszystko, czego mógłbym doświadczać
tam, a ja już porównuję ze swoimi godzinami. I nie muszę mówić, że werdykt jest jedyny z możliwych.
A cóż takiego zrobił by mi zaimponować? Wystarczyło, że nie narzekał, nie machał na uciążliwość,
zaściankowość i nie mówił wielu innych negatywnych rzeczy. Czyli wszystkiego tego, czego doświadczamy
od siódmej rano w poniedziałek, słysząc na dzień dobry: - "Żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce" -
aż po niedzielę: - " I jutro znowu kołomyja i takie to życie" -
Tak.
A przecież wszystko zależy ode mnie, nas samych mieszkańców tych mieścin. Czy ktoś opuszczając
moje strony będzie ciężko wzdychał, patrząc z żalem, że chcąc nie chcąc musi wracać do siebie.
To na moim przykładzie przedstawi swoim znajomym opinię o tej miejscowości, ludziach, czy ta zwyczajna
w swej zwyczajności szerokość geograficzna, nagle przez pryzmat mego optymizmu, mej gościnności,
nie stanie się oazą spokoju i ładu.
Bo jak na początku napisałem:
- Każde miasto ma swoje ciekawostki, swoich ludzi, którzy tworzyli dzieje, wpisali się
w annały danego zakątka. -
Nawet ja i ty możemy być kimś takim. Dlatego warto opisać, co dobre, zaskakujące
znane w regionie, okolicy, przekazywane przez pokolenia..
Wszelkie znane ciekawostki, anegdoty, ludzi, którzy nie wyszli poza opłotki, a warto
ich przybliżyć.
madoka
3 tygodnie temu
To o czym to wspólne opko? Bo jestem tu nowa i nie ogarniam. :)
Nuncjusz
3 tygodnie temu
Tego to nikt nie ogarnia
Robert. M
3 tygodnie temu
Południe Nowego Roku, to taka wyjątkowa pora, kiedy każdy z nas, budzi się jakby z letargu,
po hucznie spędzonej uprzednio nocy. Większość nie pamięta środka dnia, ale tym, co zaczynają
kojarzyć fakty, nasza telewizja wychodzi na przeciw, przenosząc nas do Wiednia, skąd transmituje
koncert, Orkiestry Filharmoników Wiedeńskich. Marian Drwięga, czyli mój dziadek w ten oto sposób
zaczynał kolejny rok swojego życia, a przy okazji i całej rodziny.
W 1997 roku, po wysłuchaniu owego koncertu, dziadka nawiedziła melancholia, dzięki której usłyszałem
o zamierzchłych czasach, o których jemu z kolei opowiadał jego ojciec....
Robert. M
3 tygodnie temu
Pewnie dziwi cię, skąd taka pewność, że to akurat ten Nowy Rok. A ja napiszę, że odpowiedz jest prozaiczna, mianowicie w następnym roku we wrześniu dziadek zmarł. Ale na szczęście przez te kilkanaście miesięcy miałem okazje poznać wiele ciekawostek związanych z moją a i ościennymi miejscowościami. To wszystko, czego miał okazję doświadczyć, a jeśli nie on, to z kolei jego ojciec, który mu to skrzętnie przekazał. Ale żeby nie zanudzić to przejdę może do sedna, póki jeszcze pamiętam.
Owego, więc dnia zastałem dziadka w salonie, w pozycji, która jak żywo przypominała mi sylwetkę zadumanego nad bytem Stańczyka. Gdzieś we wczesnej młodości ta reprodukcja wryła mi się w pamięć i stąd może tak niebanalne skojarzenie. Kilka minut wcześniej skończył się koncert noworoczny i z odbiornika ryczały reklamy, ale dziadek wpatrywał się w nie z zamiłowaniem. Jakby liczył, że jeszcze choćby na moment powróci na wizję amfiteatr z Wiednia a niezmordowany dyrygent da znak by kontynuowali „ Marsz Radetzky`ego”.
- Będziesz jeszcze dziadku coś oglądał? – zapytałem, bardziej by sprawdzić czy coś mu nie jest.
- Nie, Kacperku. Możesz sobie przerzucić, na to, na co masz ochotę. – Odpowiedział, nie zmieniając pozycji, nie licząc pociągnięcia kopciucha, - bo tak babcia zwykła nazywać palenie papierosów. – Cesarz Franciszek Józef I, i tamten okres już odeszli. A i mnie najwyższa pora się zbierać. – dodał, jakby dla własnej wiadomości.
Nim zdążyłem odpowiedzieć, że w tym momencie nie jestem jakoś szczególnie zainteresowany tym, co serwuje telewizja, dziadek popatrzył na mnie i rzekł:
- Czy ty wiesz jak po kątach nazywano cesarza?
Przestąpiłem z nogi na nogę i pokiwałem głową na znak braku wiedzy w tej materii.
- Nie bardzo, dziadku.
- Starym pierdołą.
Zaśmiałem się jak to sztyl w tym wieku. Bo nasunął mi się obraz wojska a na jego czele na pięknym rumaku, główny dowodzący w postaci starego sumiastego łazęgi…
Robert. M
3 tygodnie temu
- Dziś Kacperku możemy sobie z tego robić śmiechy. Ale wówczas – tu dziadek wyciągnął wskazujący palec – gdyby ktoś zgłosił takie oświadczenie do władz naszego powiatu – machnął ręką – nawet nie chcę myśleć, jakie by to poniosło reperkusje dla takiego delikwenta. Bo jak wiesz z historii, po pierwszym rozbiorze Polski znaleźliśmy się pod panowaniem Austrii, tym samym obraziłbyś monarchę, dodajmy swojego.
Dziadek wypuścił kłęby dymu przez nozdrza i przez moment jego twarz zasnuła się w tych jakby oparach przeszłości.
- Zresztą – kontynuował – doszło to w końcu i do uszu Franciszka Józefa. Trzeba było wprawionego dyplomaty, by mu uzmysłowić, że to nie ma negatywnych znamion. A wręcz przeciwnie, tak w wielu naszych domach nazywa się osoby w leciwym wieku, które są dobroduszne i życzliwe.
- I cesarz w to uwierzy? – zapytałem, pełen wątpliwości.
- Mało, że uwierzył. Podobno sam zaczął tak nazywać tych, których polubił. Ale to ponoć był taki człowiek.
Dziadek obejrzał się w kierunku zegara z kukułką, po czym rzekł:
- Zbliża się pora obiadu, więc nie będę już rozpoczynał historii na potwierdzenie tej tezy. Ale przypomnij kiedyś, bym opowiedział, co zrobił tu u nas na Błoniach.
- To on tu był? Tu na placu gdzie przyjeżdża cyrk?
- Nie inaczej. Mnie jeszcze na świecie nie było, ale mój profesor w gimnazjum to zapamiętał, a uwierz – mrugnął do mnie - miał powód.
I w taki oto sposób, nie powiem, dość kpiarski, dziadek zaszczepił we mnie ciekawość.
Ciekawość, do tego, co kojarzyło się z nudnym obowiązkiem wkucia dat i zapamiętywaniem kolejnych monarchów. Tego, bowiem dnia zrozumiałem, że te postacie z czarno-białych fotografii, tez żyły, jak moja mama, ja i Zuzia z 4c, miały tak samo, sny, marzenia, bolączki i to wszystko, co jest udziałem człowieka. Różnił nas tylko czas przybycia na ten świat i bardziej rygorystyczna mentalność na przypadający okres. Narzucone konwenanse, zasady, mniejsza możliwość kreatywności, ale za kilkadziesiąt lat być może tak samo ktoś napisze o ludziach z naszej epoki. Ot, życie
Robert. M
3 tygodnie temu
Kolejna okazja do sprawdzenia dziadkowej pamięci nadarzyła się
w niedzielne przedpołudnie i tak już zostało. Ten niekoniecznie lubiany
fragment dnia, został podporządkowany dla naszych spotkań.
Mógłbym to nazwać pompatycznie taką niepisana umową.
- Pod jednym względem się nic się nie zmienia – zaczął senior – jak
za moich czasów, tak i dziś, zagaduje się profesorów, by uniknąć pytanka.
My mieliśmy jednak szczęście, ponieważ trafiliśmy na gawędziarza i
w zasadzie wystarczyło odpowiednio zadać pytanie, poddać w wątpliwość
daną kwestię i mieliśmy to z głowy….
Robert. M
3 tygodnie temu
Kolejna okazja do sprawdzenia dziadkowej pamięci nadarzyła się
w niedzielne przedpołudnie i tak już zostało. Ten niekoniecznie lubiany
fragment dnia, został podporządkowany dla naszych spotkań.
Mógłbym to nazwać pompatycznie taką niepisana umową.
- Pod jednym względem się nic się nie zmienia – zaczął senior – jak
za moich czasów, tak i dziś, zagaduje się profesorów, by uniknąć pytanka.
My mieliśmy jednak szczęście, ponieważ trafiliśmy na gawędziarza i
w zasadzie wystarczyło odpowiednio zadać pytanie, poddać w wątpliwość
daną kwestię i mieliśmy to z głowy….

Pewnego dnia podważyliśmy słuszność odbywania służby wojskowej.

Profesor usiadł wygodnie i odpowiedział w ten oto sposób:
Zapewne do dzisiaj byłbym podobnego zdania, co wy kochana młodzieży. Gdyby podczas jej pełnienia nie nastąpiła jedna z ciekawszych sytuacji w mym życiu. Otóż 45 Pułk Piechoty Austriackiej, do którego zostałem wcielony, miał odbyć manewry z oddziałami z Przemyśla, Rzeszowa i Dębicy. Po kilku dniach, gdy wypełniliśmy wszelkie zadania operacyjne mieliśmy doprowadzić się do porządku.
Zarządzono zbiórkę by przemaszerować na nasze Błonie. Z daleko było słychać orkiestrę, a w miarę przybliżania dostrzegłem gro ludzi. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że ma przybyć jakiś generał, a my mamy czekać na znak by go powitać tubalnym okrzykiem „ Niech żyje!” Czas się dłużył zwłaszcza po tak ciężkim okresie sprawdzania naszego ducha, co zrozumiałe, myśleliśmy tylko o odpoczynku. Ale jak mus to mus. Wreszcie nadjechał piękny powóz, woźnica sprawnie objechał wokół każdej kompanii i zatrzymał się na samych środku placu. I nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie osoba, która nam się przyglądała. Darliśmy bowiem gardła dla samego cesarza Franciszka Józefa I.
Gdy jeszcze nie ochłonęliśmy z wrażenia, cesarz postanowił pooglądać nas z bliska. Spacerował tak od jednego wschodniego skrzydła aż po nasz Pułk. Widziałem, jak co pewien czas jakiś żołnierz się wypręża, występuje z szeregu, coś odpowiada, salutuje i wraca na miejsce. Gdy doszedł do mnie usłyszałem: „Jakie jest twoje imię i nazwisko żołnierzu?”. Odpowiedziałem: „ Nazywam się Franciszek Wołk”. Cesarz spojrzał na mojego dowódcę, który zdecydowanym gestem przytaknął, na znak prawdziwości mej wypowiedzi. Roześmiał się i klepiąc mnie w ramię odrzekł: „ A to ci heca! Ja Franciszek i ty Franciszek – od dziś będziemy sobie mówić przez ty”.
- Eee, to dziadku cygaństwo. – powiedziałem z grymasem zniesmaczenia taką historią.
- Może i masz rację, bo ja sam przez wiele lat tak sądziłem. Tylko – zrobił pauzę – czy aby cesarz podczas takiego objazdu Galicji, nie zaproponował tego samego wielu Franciszkom? Moja stara siwa głowa nie jest wiele warta, ale coś mi mówi, że cesarz wiedział, co robi. Mógł straszyć, siać zgrozę, ale takimi i tym podobnymi gestami, ten stary lis, zjednywał sobie ludzi, a to ważniejsze niż zastraszony poddany. Czyż nie mój wnuku?
- To prawda, dziadku.
Robert. M
4 dni temu
Zawsze kiedy słyszę, że książki o magii, że czary, wróżby, talizmany są nośnikiem, dzisiejszej kultury, to jestem zdumiony.

Mamy do czynienia z urządzeniami, które są wstanie zrobić za nas wszystko, no prawie wszystko. Posługujemy się technicznymi nowinkami, a wierzymy w gusła, zabobony, w to co odrealnione.

Chyba czym więcej wiemy, tym mniej nas ciekawi świat. Szukamy namiastki, substytutu, jakiegoś cudu, a kończymy na grotesce, która jest wynikiem przesycenia.

Zaczynamy się bardziej bawić, tym co niewidzialne, kierując swe zainteresowanie okultyzmem, hipnozą, by choć przez chwilę być kimś innym.

Poszukujemy tego co jest niepewne, byle uniknąć stagnacji.

Wiara jest dla nas czymś z lamusa, takim tworem dla starych , biednych, brzydkich.

To oni mogą klepać paciorki, być grzeczni, kłaniać się i tak do usranej śmierci.

Bo jak każdy z nas sobie przypomni, to kiwanie palcem, to biadolenie, że mamy być grzeczni, bo inaczej nie pójdziemy do Nieba. To robi się tak smętnie, tak bardzo drętwo, że chce się aż zapomnieć, że było tak i ciągle tak się dzieci straszy.

Z Anioła Stróża, zrobiono nam kamerdynera, niańkę, chłoptasia na usługi.

To on miał nam usługiwać, nosić plecak, spać przy łóżku, bo może kołderka się omsknęła, a więc on zmarznięty czuwał.

Nauczono nas ,że Niebo to takie schronisko, gdzie wszyscy w białych szatach, filakteriach, zadowoleni, beztrosko zaliczają dni.

Klaszczą w dłonie, śpiewają, jakiś tam szarpie na cytrze, uśmiechnięci jak na haju, no szał.

Stoły się uginają od jedzenia, miodu nie brakuje, no żyć nie umierać.

Tylko kto by tak chciał się imprezować, pohusiać, pomodlić i nyniu?

Takiej wiary mnie nauczono i przez wiele lat sądziłem, że to nie jest warte zawracania sobie głowy. Bo niby po jakiego – nomem omem, czorta się starać, skoro to nie jest nawet ociupinkę fascynujące.

Eschatologia, jakieś proroctwa, to mi było bliższe, takie na miarę, na dziś.

Ale odnalazłem się w tym co wiarą zwą, dzięki temu, że dostałem po głowie, bo życie lubi zaskakiwać.

I wiem, że tylko pokora i cierpliwość, są w stanie nauczyć mnie wartości, priorytetu.

Dziś jak większość, nie wiem jak tam jest, ale na pewno nie będę śpiewał w jakimś chórze, grał na fujarce, czy wysłuchiwał kazań. Bo Bóg wie, że ja to wolę się pobujać w innych klimatach a i z dziewczynami, a i owszem.

Więc Boże powiem wprost, jeśli tego oko nie widziało, to trzymam Cię za słowo, a liczę na wiele. A że tam będę to wiem, bo z Łaski mi to będzie dane, bo zasługi to mam marne.

Nigdy nie byłem orłem, można śmiało przy mnie otwierać okna, ale to jedno w porę zrozumiałem, że tu na Ziemi to jestem jak w pracy. A należność odbiorę będąc świadomym, że wszystko jest mi dane, choć potrzeb to raczej tam nie będzie.
Agnieszka Gu
wczoraj o 8:01
Robert M. - ten wpis to świetna lektura do porannej kawy. Bardzo ciekawe i skądinąd bliskie mi podejście do kilku spraw. Pozdrawiam znad parującego eliksiru...

Zaloguj się, aby wziąć udział w dyskusji